Na jeziorze

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye w nowym układzie. Tom II, Helenica

W zachodu złotą płyniem toń,Po rubinowej fali,Nad łodzią naszą ogniem zórz,Wielka się łuna pali.

Ogromny słońca płonie stosNa samej nieb krawędzi,A taka cisza, że bez tchuŁódź nasza w ogień pędzi.

Z pod róż ucieka, co w jej śladMdlejące sypią liście,I w płomień leci, leci w żar,Co bucha tam ogniście.

— Jeżeli na niej gości duch —Z tych ogniów wyjdzie cało,

Zginie w płomieniach, jeśli nie...Jeśli ma tylko ciało! —

U rudla stoję, wiosło meW toń przeźroczystą trąca,I nie wiem, czy tak serce me,Czy fala bije drżąca?

I czekam na ten boży sąd,Na objawienie ducha...A łódź cichemi pióry mknie,A stos ogniami bucha.

Na brzegu strojny, gwarny tłumRoi się w słońca blasku,Szerokiej fali miękki szum,Na złotym kona piasku.

Wabiące słówka, młody śmiech,Nad wodą lecą siną,I z pluskiem, z szumem nawskróś ech,W powietrzu modrem giną.

Na każdej piersi kwiecia puch,Na każdej fali słońce,A pierś i falę w jeden ruchPodnosi życie wrzące.

Zdmuchnięta z rannej zorzy mgła,Srebrzyste gazy winie,

A z najdalszego kędyś tła,Milcząca barka płynie.

Płynie, i ciężko idzie w toń,Do burtów, do krawędzi...Ściągnięty żagiel: silna dłońWiosłem ją tylko pędzi.

Dziwny ładunek dziś na lądDo brzegu cicho niesie:Głaz w niej przy głazie sterczy w rząd,Jak pnie, w zrąbanym lesie.

Z kamieniołomu, z skalnych ław,Pod jedną cięte miarę,Grobowe płyty niesie wpław,Surowe, proste, szare...

Odarty wioślarz barkę pcha,Powoli, ciężko, żmudnie...A róże pachną, a śmiech drga,A żarem tchnie południe...

I zwraca barka tępy biegZ ładunkiem swym cmentarnymWprost na słoneczny, kwietny brzeg,Szumiący tłumem gwarnym.

Chwieją się główki pięknych damNa lewo i na prawo:Chcą dojrzeć, co też płynie tam,Tą ciężką, płaską nawą?...

I na paluszki drobnych stópWspinają się boginie,A wiosło rzuca cienia słup,A barka cicho płynie...

Gdyby odmuchnął lekką mgłę,Uwianą na błękicie,Każdyby własne imię sweNa szarej dojrzał płycie.

I gdyby posłał słuch, jak grot,Daleko tam, daleko,Mógłby usłyszeć, jak mu młotDo trumny zbija wieko...

Lecz któż o śmierci myśleć maW rozkosznej tej godzinie?W płonących różach życie drga,A barka cicho płynie...

I kopie wiosło grzbiety fal,W głębokie, czarne rowy,

I z pluskiem jego leci w dalMiłosny śmiech perłowy.

A wiatr z głębiny zerwał się,Zakręcił czarne wiry,I na śmiejące usta tchnieKościelnej zapach miry.

I nagły na pierś powiał chłódUroczych dam drużynie,I dziwny cień padł nawskróś wód,A barka cicho płynie...

U starej tamy zgięci w łęgOd długiej, ciężkiej pracy,Od żrących pyłów ślepi wpółMocują się biedacy.

Zapadła pierś ich ledwo tchnie,Pot im zalewa oczy,Gną się kolana wyschłych nóg,A każdy głaz swój toczy...

Trzęsą się czaszki łysych głów,Mdłym, beznadziejnym ruchem,W schylonych grzbietach trzeszczy kośćWiązaniem twardem, suchem...

Każdy z nich dźwiga tyleż lat,Co i ta stara tama,

Jak dawno żyją — tego śmierćNie pomni nawet sama.

I ciągną taczki, pęki lin,Dębowe ciągną tramy,Umocnić muszą wątły murTej starej, starej tamy...

Lecz próżno sypią gruz i żwir,I próżno walą kłody,Z pod rąk im chwyta wartki wirZapory i zagrody.

Chwieje się belka, pęka sznur,Staczają skał odłamy,Potężna fala rwie się w murTej starej, starej tamy...

A wtedy stoją, patrzą w dalSwym osłupiałym wzrokiem,Za tą ogromną siłą fal,Za tchnieniem wód szerokiem.

Zwiędłe im wargi jakiś dziwI jakiś lęk otwiera;I patrzą, patrzą, jak z pod nógWoda im ląd wydziera.

Ani w nich skargi, ani słów,Tylko milczenie samo,I zadziwione chwianie głów,Nad starą, starą tamą...

Zeszły już z toni oczy me,Rybitwy dwie tułacze,Co o wód modrość biły się,W nieukojonych lotów śnie,A fala płacze...

I już ściągnęłam myśli me,Więcierze te rybacze,Co idą ślepo gdzieś po dnie,I ostrym żwirem ranią się,A fala płacze...

I płynę cicha, i tam, gdzieNawietrzny orlik kracze,Szukam mej drogi, wracać chcę,Choć nigdzie, nikt nie czeka mnie,A fala płacze...

Ani się śpieszę, ani drżę,Że cudzy brzeg obaczę,I w szarej, cichej płynę mgle,Przez szare, ciche wody te,A fala płacze... płacze...