Do granicy
Poezye w nowym układzie. Tom IV, Obrazki
— Zaparli chałupę,I «befel» gwoździem do wrótni przybili.Więc dzieciąteczka zgarnęłam na kupę,A to najmłodsze, co płacze i kwiliJak ten wróbelek — dźwignęłam na ręce,I tak powiodłam to stadko jagnięceW świat, gdzie poniosą oczy...— Patrzę — z dachuJaskółka drobna za nami wyleci,A że nie miała od ludzi przestrachu,Więc się z szczebiotem poniesie nad dzieci,Jakby żegnając właśnie... A był ranekZimny, i wiatr nam zawiewał do kości.A słońce tlało jak lichy kaganek,Tak już sam Pan Bóg uskąpił jasnościNa oną drogę smętną...— Szłyśmy razem,Kobiety z dziećmi żałosną gromadą.Za nami, pobok, straże konne jadą,I klną, i dziatwę drobną biją płazem,Nagląc do drogi...
— Byłaż to godzina!...Rodząca bólów swoich zapomina,Ale mnie owej nie zapomnieć chwili,Kiedy nas żywym murem otoczyli,I z trzech stron świata — zamknęli nas ścianąŁbów końskich, białą parskających pianą...Za nami wioski nasze i sadyby,Pola, ogrody, pasieki i łąki —A my tu gnani, jako te skowronkiZ gniazd wyrzucone, albo z wody ryby...Jezu Ty Chryste!...— Odwrócę ja głowę,Żeby raz jeszcze popatrzeć na onąChatę, obórkę, na sady wiszniowe,Na wdowią rolę trójpotem zroszoną...A ta mi strzecha stanęła jak złotaW oczach, a na niej dwa gołębie siwe,Jakby ze srebra.... A wszystko od płota,Aż do żórawia, co moknie w studzience,Wydało mi się jakby było żywe,I jakby do mnie wyciągało ręce...Patrzę ja pilnie, aż moja Bielicha,Moja krowina, com ją zaprzedała,Stoi a ryczy... A choć w trawie stała,Nie posięgnęła się przecież do jadła,Tylko za nami patrzy się, a wzdycha,Właśnie jak człowiek...
— Dziw żem tam nie padła,Taka mnie żałość zdjęła!... Wszystko mojeTam się zostało, a ja tu przed siebie,Jako gąseczki dzieciątek tych trojeZaganiająca, o głodnym szłam chlebie,Między tych matek żałosnym narodem...A one liche sieroty nie wiedzą,Że już ostatni to kąseczek chleba,Co go z zagona osiadłego jedzą,Z własnego ziarna, z pod własnego nieba...Tylko najstarszy, co w kupce szedł przodemI niósł na kiju ojcowską sukmanę,Miał liczko jakby czegoś zadumane,I oczy jakby we łzach pływające,Ile się razy obrócił na słońce...— A bliżej koło mnieSzła gadająca z sobą nieprzytomnieStaruszka, jako ta turkawka siwa,Trzęsąca głową, ślepa, ledwo żywaI drogi sobie kijem szukająca,I jak osiki listek cała drżąca...Więc że jej stare nie służyły nogi,I zostawała w tyle za innemi,Popchnął ją żołnierz... Upadła wśród drogi,A gdy ją ludzie podnieśli, na ziemiTak odcisnęło się jej wyschłe ciałoJak w Weroniki chuście, i zostało
Jak pieczęć krzywdy naszej przyłożona —Pod okiem Boga — do ziemi tej łona.
Jak kamień ciężkie, jak węgiel gorąceByło dzieciątko na rękach mych śpiące.A tu ni stanąć, ni siąść, choć pod miedzą,Choć na kamieniu, jako pliszki siedzą,Albo jak kawki w polu...— Dalej! Dalej!...Aż nas na rozstaj pod wieczór przygnali.A na rozstaju był krzyż. Więc się oweNiewiasty z płaczem do niego rzuciły...A gwiazdy wzeszły na niebo czerwoneJak krwawe boże łzy — i tak świeciły.
...O Utajony na krzyżu, o Chryste!Najlichszej muszce naznaczysz uchronęI ptaki wracasz na drzewa ojczyste,A nasze gniazda zburzone?...O Utajony na krzyżu, o Panie!Mróweczkę strzeżesz w mrówczanym jej gmachu,I liszce w norze obierasz mieszkanie,A nasze głowy bez dachu?...O Utajony na niebie i ziemi!Ty wiosną domki budujesz ślimacze...Myż tylko sami, pomiędzy wszystkiemiMamy być wieczni tułacze?...............
Ustał płacz niewiast, i tylko się z cichaTu, owdzie, łkanie stłumione zaniesie,A las w oddali, to szumi, to wzdycha,A wicher jęczy i wyje po lesie...W mchu utuliłam zziębnięte dzieciny,W nieboszczykową odziawszy sukmanę.Ale najmłodszy nie spał, a był siny,Oczy otwarte miał i jakby szklane,I po powietrzu rączkami się chwytał,Do domu wołał, i o coś się pytał...A już od rana plątało się przy mnie,Drżące w chustczynie nędznej na tem zimnie,Dziewczątko drobne, może siedmiolatka.Więc rzekę do niej: A gdzież twoja matka?— Pomarli matuś — odrzecze mi na to.— A ojciec? — Tato? Pomarli i Tato!...— Cóż ty tu robisz? — A mnie wypędzili.Precz mi kazali bieżeć za innemi...» —I jak to kurczę głowinę pochyliNa bok, i do snu skuli się na ziemi...Więc ją fartuchem okryłam i wstałam,I patrząc na to sieroctwo — nie spałam.............Trzy dni my takie i trzy mieli noce.Gwiazdy nas kładły i gwiazdy budziły...A ze mnie wyszły ostatnie już moce,I duch i wszystkie ze mnie wyszły siły.
Com je dobyła z siebie, niosąc dzieci,Jedno po drugiem przez dwa dni i trzeci...A było ich już, jako w koniczynieOnych listeczków — trojgo... A ten czwartyZastygł mi w ręku, i poszedł w olszynieCudzej, pod krzyżem odprawować warty,I czekać, aż mu pióreczka odrosną,Żeby do domu zaś odlecieć wiosną,Jako ten gołąb, co nie chce od strzechyOdstać, a indziej zażywać pociechy...W białym on piasku bez trumienki leży,Na cudzej miedzy i leśnej rubieży,I tylko po nim rozchodnik ten pnie sięI ta kukułka mu kuka po lesie...........................
Krwawemi łuny wschodziło nam ranoU tej granicy, do której nas gnano.A choć nas rosy przejadły ziębiące,Nikt się nie cieszył, że wschodzi to słońce,Które nam obce i zimne się zdało,Gdy tak na nędzę naszą patrząc — wstało.Pokulbaczyły swoje konie straże,I znów nas innym strażnikom oddały.A teraz wrócę tam, gdzie są cmentarze,Zamiast tych wiosek naszych, co się śmiały
Białością domostw i sadów zielenią...A dziś zczernieją od łez i tak zmieniąTę jasność swoją od klątw, co tam lecą,Że nie rozśmieją się już, nie rozkwiecą,I będą stały przed Bogiem — jak groby,Pełne tej krzywdy naszej i żałoby...........................
A teraz, choć dzień, jest mi w oczach ciemno.I nie wiem sama, czy ten świat przede mnąBędzie mi kiedy ojczyzną i domem...A jestem dzisiaj porażona gromem,I oderwana od piersi tej ziemi,Co mnie zbożami karmiła swojemi,I słońcem swojem cieszyła mi duszę...............A to wiem, że tu żyć i cierpieć muszę...............