W poranek

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye w nowym układzie. Tom IV, Obrazki

Z Jarmuty mgła spada, jak rąbek z dziewczyny,Po niebie obłoczek przewija się siny,Za chwilę, wschodząceSpromieni go słońce,I tronem on będzie jutrzence...Wcześniejszy od świtu, ciemniejszy niż zmierzchy,Wszedł góral w swej guni, z siekierką, na wierzchy;Nim dzionek rozbłyśnie,On zagrzmi, zaświśnie,I echa rozbudzi w piosence.O cicho... o cicho! schylony na skale,Utopił źrenice w powietrza krysztaleI liczy, jak skarby,Omszone te garby,Rodzinnych gór swoich przyczoła...— «Prehyba... Petrańczyk i Wilcze zielone...To moja sadyba i gniazdo rodzone...Jam z wiatrem tam latał,I z orłem się bratał,

Znam wszystkie smereki dokoła...Tu Kunia, Opołta, a tam Koszarisko...Ej! dalneż to wierchy, choć widzą się blizko!...Pieniężna, Czerteże,Gdzie skarbów złe strzeże,Gdzie rogi nie jęczą pastusze...Ej, byłoż mi świata po skalne te ściany,Dopókim nie poznał wietrznicy Marany,Co miga mi w oczach,Po łanach, po zboczach,A śmiechem zabiera mi duszę!...Wróżyła cyganka: «Złe dnie z Sokolicy!Ej! nie chodź pod okno Marany wietrznicy,Bo serce wyśpiewasz,I Boga zagniewasz,I pójdzie twa dola na marne!»Nie chodzić?... A także! Od świtu się włóczę,Gdzie dziewczę zaplata warkocze swe krucze...Och! wróżby... wróżbity...Jam wesół i syty,Gdy w oczy popatrzę się czarne!Nie będzie mnie chciała? — Ej znam ja wąwozy,Gdzie strzelcom z pod kulki z wichrami mkną kozy...Ot, Rogacz... Homole...Wybieram, co wolę...Przepaści, jak śmierć, tam głębokie!

Ej, słońce ty, słońce, pospieszaj ze wschodem,Bo trudnoż mi z sercem stęsknionem i młodem...Och! ani pamięta,Że ziemia ta święta,A nad nią — jest niebo wysokie!