Wichrem porwany
Poezye w nowym układzie. Tom IV, Obrazki
Jest jedno cudne wśród ludu podanie,O którem słysząc, gubiłam w przestrzeniWzrok smutny, jak ci, co napół uśpieniWpadają w ciche, błękitne dumanie.I zdało mi się, że widzę w oddaliGóralską wioskę, tę wioskę prostaczą,Co przechowała dawną, żywą wiarę,Co na swych krzyżach chusty wiesza stare,A na obrazach swych sznury koraliI wstęgi kraśne, i kwiaty, i zioła,A na swych piersiach szkaplerze czerwone,Które je piętnem płomienistem znaczą,A serce swoje trzyma zawieszone —Czyste i jasne — aż na niebios progu,Jak votum srebrne w ołtarzu kościoła,Prostej roboty, ale dane — Bogu.
Wioska tuliła się w głębokim jarze,Na macierzakach, wrzosach i mchach cała...A widok miała — aż na dwa błękity:Na skrawek nieba, gdzie jutrznia różana
Budziła pierwsze liljowe rozświty,Rozpłomieniając, jak złote ołtarze,Występy skalnych ścian i nagie szczyty —I na ten potok, skąd wodę czerpałaKażdego zmierzchu i każdego rana,I kędy także drżał błękit odbity.
Naraz nad wioską zrobiło się czarno...Chmury nadbiegły czeredą niekarnąI ołowiane skrzydła swe rozniosłyPonad wąwozem, jako burzy posły...Ogromnym hukiem zatrzęsły się skałyI jako działa salwy podawały,A grzmiąc aż w głębi kamiennej posady,Zgrozą płoszyły dzień drżący i blady.
I zdało mi się, że widzę lecącąNa czarnych barkach wielkich nocnych ptaków,Z stalowym biczem skręconej w sznur wody,Ze złotą wstęgą wplecioną we włosy,Burzę upalną, szaloną, kipiącą,Która rzuciwszy z cuglami swe dłonieNa wolę swoich powietrznych rumaków,I gdzieś na szczycie skalnym, nad Bieszczadem,Szur pereł białym rozsypawszy gradem,W jaskrawych błysków królewskiej koronie
Przelatywała strwożone niebiosy,Jak amazonka przyrody.
Dwoma szczytami chwycony i wpartyW sam gardziel jaru, korowód straszliwyMiotał się, jako w ostępie zwierz dziki,Któremu w żebra nóż wbije myśliwy.Wiatry śmigały, jak spuszczone charty,A błyskawice — jak sokoły lotne;A gromy, nakształt rogowej muzyki,Niosły pobudkę przez wirchy samotne...Nagle ucichło wszystko. — Burza miewaTakie omdlenia wściekłości złowieszcze,Po których z siłą zdwojoną wybucha...Przestają wtedy giąć się z szumem drzewa,Srebrnemi skrzydły przestają bić deszcze,Ziemia umilkła, i bez tchu, drżąc, słucha.
W ciszy tej, leci kędyś z biednej wioskiGłos niepokoju, głos trwogi i troski.Niewiasty w chatach, tuląc dziatwę małą,Szepcą pacierze do Marji Dziewicy;I w sinem, trupiem świetle błyskawicySchylają głowy: «A słowo się stało!»
Wtem nagle krzyk się rozległ przeraźliwy!Zmieszane głosy i płacz drobnych dzieci
Biją w niebiosy, jakoby dzwon żywy...Góral, co zawisł u skalnej szczeliny,Gdzie ledwo orzeł śmie gniazdo pomieścić,Chwycony siłą gwałtownego prądu,Miota się, wichrem niesiony przez chmury,Wśród kiru niebios i błysków purpury,I huragan szalonej zamieci,Skręconej w trąbę, na której dzień sąduArchanioł mógłby przepaściom obwieścić,Tak godną była miejsca i godziny!
Napróżno woła i wyciąga ręce,Patrząc na wioskę i na dach swój stary...Próżno się z burzą, jak z wrogiem, szamoce...Próżno błyskawic dusi złote węże,I czarne chmury porywa za bary,I pięścią wiry huraganu grzmoce...On nigdy, nigdy ziemi nie dosiężeI z wichrem latać będzie w wiecznej męce!
Ostatnie słowa baśni tej nad głowąPrzewiały, jakby echo konającePoza ostatnią chmurą piorunową,Kiedy już tęcza rozwiewa wstęg końce...Ja słucham jeszcze — i tonę w zadumie...— Ach! czemuż, burzą tęsknoty porwana,I uniesiona przez wichrów podmuchy,
W wiecznej pogoni za widmem znikomem,W namiętnych marzeń i porywów szumie,Jako zaklęte latać muszę duchy,Ponad tą ziemią, która mi jest domem...I wiecznie pragnąć, i wiecznie się smucić,I tak się trawić, jak płomień skrzydlaty...Czemu nie mogę spocząć, ani wrócićDo mojej wioski i do mojej chaty?...