Na Janikulum
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom IV
Jeślibym kiedy spotkać miała ducha,Co wichrem lata przez ziemi obszary,Niechaj mnie jego pęd i zawieruchaPoniesie jeszcze przed klasztor ten stary,Wzgórzem nad Romą klęczącem podparty,Gdzie zadumane róże czynią warty.
Tam białe mury, ech pełne i drżeniaGłosów, szepcących w kamiennej arkadzie,Ucisza anioł wiecznego milczeniaI na cyprysów czarność dłonie kładzieI słucha, w Tybrze gdy słońce dogasa,Jak szumi stary dąb Torkwata Tassa.
A gdy zaszumi dąb, powstają męże,Ogromnej pieśni tej zaklęte mocą,Wieją sztandary, błyskają oręże,Zbroje na piersiach widmowych migocą,I nim ugaśnie na Tybrze blask zorzy,Nad Rzymem świeci rycerstwa huf boży.
Na Janikulum!... Tam jeszcze chcę przeżyćCichą godzinę mojego żywota!Tam chcę dać sercu gorąco uderzyć,Czuć, że je całe w ogniu mam, od złotaSłonecznych blasków tej wielkiej przeszłości,Której duch — wiary i siły zazdrości.
Na Janikulum!... Tam jeszcze o zmrokuBłądzić chcę, w kolumn powietrznem przezroczuI żar mieć w piersi i płomień mieć w oku,Który tych łzą jest, co nie płaczą — oczu...Tam, w wielkiej pustce tej i w wielkiej głuszyChcę słyszeć żywy krzyk, krzyk własnej duszy!
Więc gdy tu śpiewał bój Jerozolimy,Mąż nieśmiertelny, to nim szedł na wzgórze,Pod dąb ów, boskie swoje składać rymy,W przezroczu arkad stawał przy tym murzeI pochyliwszy czoło swe koronne,Pozdrawiał cudną Vinciego Madonnę.
A kiedy stał tak cichy, szepcąc Ave,Nad starym dębem zrywały się szumy,A w szumach wiały proporce jaskraweI mar ogromnych wiały mgliste tłumyI w złotych blaskach jutrzenki i zorzy,Nad Janikulum huf świecił się boży.
I biegły oczy piewcy w słońca chwałę,I świętych bojów miał tu objawienie,Echo trąb słyszał i surmy hejnałyI bohaterów widział wielkie cienieI sam, wódz duchów, rycerstwo obronnePo łaskę natchnień wiódł przed swą Madonnę.
A gdy tak swoje poświęcenie brałyMiecze i tarcze, włócznie i puklerze,Umarłych dziewic spływał obłok biały,Mary lekuchne, rozkoszne i świeże,I po krużgankach wiały wonne róże,I lilji kwiatem srebrzyło się wzgórze.
I czuł tam piewca, jak mu loty rosną,Orłowe loty w słoneczność błękitu,Jak lutnia jego dźwięczy wieczną wiosną,I leciał orłem z Janikulum szczytuI cały w gromach i w bojowym dymie,O wyzwolonej śnił Jerozolimie.
Więc nieraz święty jaki eremita,Pod białych arkad zaszedłszy sklepienia,Surm niewidzialnych echa z dziwem chwytaI archanielskich pułków ma widzeniaI z dziwem mija ustronia zakonne,Torkwata Tassa i cudną Madonnę.
Dotąd tu jeszcze w załamach arkadyBrzmi wielkie canto dni zaprzeszłych wiaryA kiedy księżyc osrebrzy je blady,Bard się przebudza nieśmiertelnej miary,I śpiewa strofę echami rozwianą:»L'armi pietose e il Capitano«.
A wtedy wszystkie wielkie groby święte,Jak ów Chrystusów, kwiat znowu odziewaI wieją na nich proporce zatknięteI krzyż i laur, dopóki bard śpiewa,I wiosna wzlata ponad wieku zimyOd wyzwolonej gdzieś Jerozolimy!............
W cichym krużganku zadumana stoję.Szumi dąb Tassa, jak szumiał przed wieki.Lecz gdzie są pieśni? Gdzie ogromne boje?Gdzie wodze? Gdzie krzyk zwycięstwa daleki?— Cisza. Dzień kładzie łuny róż przedzgonneNa łuki arkad, na cudną Madonnę.
Kto chwilę ową przeżył, ten ją będzieMiał przed oczyma i zawsze i wszędzie.— Ludzie stanęli sznurem, w długim rzędzie,
Po obu stronach starej, nizkiej nawy.Insi wstąpili na gzymsy, na ławy,U drzwi się naród rozlał nakształt lawy.
Bez ruchu stoją; tak fala głów zbita...A przed ołtarzem półgłosem Mszę czytaWysoki, siwy mnich — Hieronimita.
Msza dziwna! Niby żałobne jej tony,Lud stoi niemy, pobladły, wzruszony,A z Janikulum tryumfem grzmią dzwony.
Msza dziwna! Czarno odziane kolumny,Mar przecież niema, ni kiru, ni trumny,A w oczach ludu blask wielki i dumny.
W kościele cisza aż duszę przenika...W chórze gdzieś kona echowa muzyka,Z sadów Pamfili śpiew słychać słowika...
Wtem u ołtarza, we czterech, po parze,Brać benedykcyę przyklękną murarze;Ksiądz krzyż uczynił i powstać im każe.
Więc ku drzwiom zwrócą krok ciężki, miarowy,A wszystkie ku nim zachwieją się głowy,Śpiew skonał w chórze stłumiony, echowy...
A u drzwi nizkich w tym starym kościeleGrobowa płyta pokornie się ściele,Głaz szary, prosty, biedny, jakich wiele.
Cisza. Przez szyby przeziera dzień złoty,Po fryzach słychać jaskółek trzepoty...A wtem po trzykroć zadźwiękną w głaz młoty.
Lud oddech wstrzymał, a twarze wciąż bledsze,A od serc bicia tak drżące powietrze,Iż się pochodnie trzęsą, jak na wietrze.
Zeszli. Do ciasnej, nizkiej zeszli celiI na kamiennej stojącą podścieliTrumnę niewielką na barki podjęli.
Była tak lekka, tak wolna od ziemi,Że szli z nią prości z głowami wzniosłemi,A dwóch braciszków szło z światłem przed niemi.
Więc gdy ją ujrzał lud, krzyk buchnął głuchy,Krzyk mimowolny, jak pęd zawieruchy;Tak naprężone były wszystkie duchy.
I wyciągnęły się ku niej ramiona,A w każdej ręce gałązka zielona;Tak szła ta trumna nad ludem wzniesiona.
Tak szła wskróś nawy, pomiędzy filary,W bezmownym krzyku tym ogromnej miary,A przed ołtarzem łzy prószył ksiądz stary.
I dał znak ręką i nagle w świątyniWielka się cisza wśród ludu uczyni:Wypadły ćwieki, dzierżące wierzch skrzyni.
A gdy stuknęło o ziemię jej wieko,Echem się trzykroć stuk odbił daleko...Ksiądz głowę schylił z wilgotną powieką.
I długo modlił się... Aż ręce drżąceZapuścił w prochy w tej trumnie leżąceI wyjął czaszkę i podniósł ją w słońce.
I wstała głowa ta umarła z łożaWieków, ta wielka, biała perła boża,Kość sucha, w którą rzuciła się zorza.
A ksiądz tym głosem, co we łzach ugasa:— »Prawdziwie, głowa Torkwata jest Tassa!«Lud ryknął płaczem, jak wicher wśród lasa.