Pod okienkiem mojej izby... (III)
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom IV
Pod okienkiem mojej izbyJest ścieżyna, światłem drżąca;Noc tam cicha po niej chodzi,Obrócona do miesiąca.
Na ścieżynie ławka pusta,Drobna ławka, ot, na dwoje,Przez pół w blaskach, przez pół w mrokach,Jak bezsenne myśli moje.
Zaszeptały liściem drzewa,Chmurę przewiał wiatr po niebie;Dwa milczące idą cienie,Ścieżką idą przeciw siebie.
Pochylone znojnie głowy,Oczy martwo patrzą w ziemię;Idą wolnym, ciężkim krokiem,Niosąc każdy swoje brzemię.
Jak drżą senne morza fale!Jaka noc ogromnie cicha...Idą cienie przeciw siebie,Wonią mirtu gaj oddycha.
Bez spojrzenia i bez słowa,Z twarzą mroczną i omdlałą,
Upadają oba cienieNa tę pustą ławkę małą.
I schylają, milcząc, głowyI surowo patrzą w ziemię;I jednaki ból je tłoczyI jednakie ciśnie brzemię.
Nagle wznoszą się ramiona,Bez spojrzenia i bez słowaPierś przyciska się do piersiI do głowy tuli głowa.
Ust szukają zimne ustaZe znużeniem i z rozpaczą;I mdlejące biją sercaI zamknięte oczy płaczą...
Płaczą, że się szukać muszą,Płaczą, że się znaleźć mogą;Z upojeniem szczęścia płaczą,Ze śmiertelnej męki trwogą.
Nad wszechbólem płaczą ziemi,Nad poczęciem i nad skonemZ dzikim gwałtem pożądaniaI ze wstrętu pełnem łonem.
Płaczą z bólu i z rozkoszy,Bez radości i bez skargi,Pierś na piersi łka bijąca,A spojone płoną wargi.
Żądza śmierci, dreszcz istnieniaŁono ciśnie im do łona....Fala z falą tak się łączy,Z dwóch przepaści przyniesiona.
Fala z falą tak się łączy,Na bezdenne pchnięta tonieZ mrocznych głębin oceanu,Nim je przepaść znów pochłonie.
Aż bezsilne, wyczerpane,Rozplatają się ich ręce,Pierś odrywa się od piersiPo śmiertelnej szczęścia męce.
Gasną żary łez rozpaczyI gorących ust płomienie;Bez spojrzenia i bez słowaPodnoszą się oba cienie.
Pochyliły znojnie głowy,Utopiły oczy w ziemię;W dwie przeciwne idą strony,Niosąc każdy swoje brzemię.
I nabrawszy tchu głęboko,Ciche, smutne i znużone,Na wschód nieba i na zachódIdą — każdy w swoją stronę.