Do ziemi

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom V

Siła mi smutków, ziemio, przyszło z ciebieZa wiatru wianiem, za szumem twych borów,Za temi chmury posępnych kolorówNa twojem niebie...Siła mi przyszło i łez i żałobyZa twymi groby.

Miłość mi twoja nie dała pociechy,Ani słodyczy nie wzięłam z kochania;Stałaś mi zawsze z smętnymi uśmiechyWśród zbóż twych grania...I jękiem szły mi przez twoje szafirySkowronków liry.

Kwiaty łąk twoich dyszały tęsknicą,Powietrze pełne łez było i rosy;Wśród ciszy twojej, jak przed nawałnicą,Szły gromów głosy...I wielkie wichry o serce mi biłyZ każdej mogiły.

Od stepów twoich krakały orlice,Z gniazd rozburzonych unosząc swe pióra;Miesiąc twój płonął, jak ciche gromnice,A na nim chmura...

Krwawemi smugi padały twe zorzeZa wielkie morze.

Jak cień, szły za mna przez twoje zagonySmętność twa stara i czarna twa dolaI żal przewiewał w tumanach zroszonyPrzez twoje pola...Z lip twoich miodnych padały mi szumyCiężkiej zadumy.

Za biegiem rzek twych, za wód twoich graniemPieśń ma leciała skrzydłami bijąca,A harfy twoje wtórzyły jej łkaniemO wschodzie słońca...A o zachodzie szły z wielkim swym płaczemEchem tułaczem...

Poiłaś ty mnie z gorzkiego kielichaI gorzkim chlebem karmiłaś od młodu,Bo zewsząd na mnie patrzyła twarz cichaMojego rodu...I w noc i we dnie z bladością swą ciemnąStała przedemną.

Proch twój mi w piersi szedł z każdym oddechem,A kość się we mnie poczęła z tych kości,Co pod słonecznym bieliły się blechemNa twej czarności...Krwią, wsiąkłą w ciebie, wskróś serca mi biły,Tętna a żyły.

Ale dziedzictwem nadałaś mnie smętnemI dział wytknęłaś posępny i dziki;I pieśń mą tknęłaś zadumy tej piętnemI tej muzyki,Co z dni minionych i z przyszłych spraw duchaOgniem wybucha.

Nie przeto, matko, złorzeczyć ci będę,Ni serce tobie odejmę sieroce,Ale dni twoje tęczami oprzędę,A srebrem noce;A jeśli we mnie co jest ku ozdobie,Oddam to — tobie!

Boś mi moc swoją tajemną rozwarła,Gdzie kujesz życia wieczyste ogniwa,A kiedy inni mówili: »Umarła«,Mnie byłaś żywa!Więc na pierś twoją upadłszy wśród ciszy,Czułam — jak dyszy...