U starej tamy
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom V
U starej tamy zgięci w łękOd długiej, ciężkiej pracy,Od żrących pyłów ślepi wpół,Mocują się biedacy.
Zapadła pierś ich ledwo tchnie,Pot im zalewa oczy;Gną się kolana wyschłych nóg,A każdy głaz swój toczy...
Trzęsą się czaszki łysych główMdłym, beznadziejnym ruchem,W schylonych grzbietach trzeszczy kośćWiązaniem twardem, suchem...
Każdy z nich dźwiga tyleż lat,Co i ta stara tama;Jak dawno żyją — tego śmierćNie pomni nawet sama.
I ciągną taczki, pęki lin,Dębowe ciągną tramy,Umocnić muszą wątły murTej starej, starej tamy...
Lecz próżno sypią gruz i żwirI próżno walą kłody;
Z pod rąk im chwyta wartki wirZapory i zagrody.
Chwieje się belka, pęka sznur,Staczają skał odłamy;Potężna fala rwie się w murTej starej, starej tamy...
A wtedy stają, patrzą w dalSwym osłupiałym wzrokiemZa tą ogromną siłą fal,Za tchnieniem wód szerokiem.
Zwiędłe im wargi jakiś dziwI jakiś lęk otwiera;I patrzą, patrzą, jak z pod nógWoda im ląd wydziera.
Ani w nich skargi, ani słów,Tylko milczenie samoI zadziwione chwianie główNad starą, starą tamą...