Dodatek krytyczny
Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom X
,Każdy to wiedział, że morze nie łacha,Poły nie ugnie, nie przejdzie go brodem,Alić dopiero tu poznał on stracha,Tutaj na grzbiecie pot ściął mu się lodem.(A jak łan żytni, gdy wiatr go rozmacha)I widać było, jak tłum ten się waha,Oblany krwawym, ogromnym zachodem,Jako łan żytni, gdy wiatry nim chwieją,Między żałością i między nadzieją‘. A, BW.
,To kiedym spojrzał z nagła w te sukmany (Więc gdym tak)Na onem wielkiem, rozłożystem morzu,
Na ten len siwy, wełnami przetkany,Co zwyczkiem siedzi schowany we zbożu,W opolnych ziemiach, pod dach swój słomiany,A teraz — patrzcież! — po takiem przestworzuZ wiatrem się błędnym unosi po świecie,To mnie mróz przeszedł i ciarki po grzbiecie‘. A, BW.
,Czasem i wcale nie najdzie się sztuka,Co miary takiej wybornej zasięga,Ale człek zmyślny i morze oszuka:Tnie dębów kilka, żelazem je sprzęga,Zbija, lutuje, a stuka, a puka,Aż zbierze w jedną więź, jak dziewka tęga,Co na snop żyta pół zwali zagona...Taki maszt zwie się kolumna Samsona‘. A, BW.
,Lecz jest znów trzeci maszt, ten zwie się reja,I stoi dobrze pochyło na przodzie;A kiedy wpadnie na okręt zawieja,On pierwszy stawia łba i wichry bodzie.Już to tam amen i słaba nadzieja,Kiedy ten runie i plac zrobi wodzie...I życia wtedy ratować nie pora,Bo już śmierć woła: «Pójdź Kuba do dwora!»
Czwarty się szwaja zowie i na zadzieOkrętu stoi, jak tylne te straże,Kiedy się wiara u ogniów pokładzie,A wódz jednemu wartować przykaże.Lecz i pośledni ten ma głos swój w radzie,A kiedy okręt tył fali pokaże,Nieraz tak bywa, że pierwsza w honorzeSzwaja zwycięża, lub wali się w morze.
Nie wszystkoć ja tu mianuję z kolei,Bo jest tam tego, by z dobrej poręby,
I człowiek tak się obraca, jak w kniei;A gdyby każdą rzecz nazwał, to z gębyMiałby paździerze; boć obcy lud kleiTe miana (nazwy), plwając je tak, jak otręby,A że katolik nie jest, więc je stwarzaSam z siebie, zamiast brać to z kalendarza.
A tuż dopiero te haki, te bloki.Te koła, zęby, te tryby, te rury,Te kotły wrzące, te szpunty, te tłoki,Te windy, z trzaskiem lecące do góry!Okręt się tylko (gibocze) giboce na boki,Pary buchają, drżą liny i sznury,Rudel, jak świdrem, skróś wody się wierci,A wszystko — tylko o deskę od śmierci.
Lecz co jest cudne w pojrzeniu, to zgołaŻołnierska sprawność w tej morskiej hołocie!Ledwo kapitan kinie, ruszy czoła,Już to po masztach, jak koty po płocie,Choć w trzasku, zda się, nie słychać, kto woła;Tom się napatrzeć nie mógł tej ich cnocie,Tak co to (letko) a nagle się wije!Mówią, słoniną samą taki żyje‘. A, BW.
,Mówią, że idzie z północy to morzeOd granic ziemi, zapartych przez lody,Aż na południe, gdzie takoż w przestworzeOceanowe krą walą się wody;Lecz nie wiem, czyli to prawdą być może,By na południu lud czynił przeszkody,Gdyż słońce najwyż tam piecze a praży,O czem się pytać u żniw gospodarzy.
,Ci gdzieś od Warty, od Buga samego,Tamte od Narwi brunatne sukmany‘ A, BW.
,Więc do komisji raport! Bo w szwadroniePorządek musi być. Więc nuż w baraki!‘
(Dalej) Nuż i w doktory! To nim się wydało,,Mówią, że o tem w gazetach (aż stało) pisało‘ A, BW.
,Rozśmiał się jeden, więc drugi, więc trzeci,I tak w łeb wzięła naczęta już zwada,Bo u nas naród, jak słomę zanieci:Ogień o chwilę — i zaraz opada.Porwie się to to na oślep i leci...A niech kto znagła zastąpi, zagada,To się zawróci, jak wilk, gdy mu w ślepiePastuch ze strachu płachciątkiem zatrzepie‘. A, BW.
,Najwięcej pralim Włochów. Tu chłop gada,A ten tu ślepie na niego wytrzeszczy(I po swojemu! Więc wnet rośnie zwada)I trzęsie głową, że niby nie nada.Więc chłop aż dmie się, tak nad nim w głos wrzeszczy;Ten w śmiech, a insi za nim. Więc nuż zwada!To my ich nieraz nagnietli, jak kleszczy,(Bo naród to jest nad wszystkie plugawyI gady pono hoduje dla strawy)Zwłaszcza, jak przyszło brać wodę we dzbanySłodką. Tych Włochów zwano Italjany.
Tom po raz pierwszy przypatrzył się zbliskaGrze, w którą oni i dzień cały zgonią.Siędą przy sobie dwa takie Włoszyska, (Włosiska)Nuż palce suwać i w ławę bić dłonią.— «Czynk! Tres! Czynk!» — krzyczą, a z oczu żar tryska,A stawy w palcach, jak w kubku kość, dzwonią.Ten dwa, by widły, suwa w przeciwnika,Ów sztykiem jeden, a z resztą umyka.
A taką mają w igrzysku tem spprawę,Że ledwo okiem zdążysz, już ten bije!Więc insze Włochy obstąpią ciekawe,Powyciągają zgorzałe te szyje;Więc coraz wścieklej trzaskają ci w ławę,Jakby o gardło chodziło tam czyje;(Włosy) Kudły na oczach, spotniali, schrypnięci,Aż się nóż nieraz z za pasa wyświęci.
Najbliżej Włochów szły liczbą Francuzy;Ale ci inszą trzymali się modą:
Nie tak łakomi na guzy i tuzy,Bebłali tylko ten absynt swój z wodą,A potem ręce wsadziwszy w rajtuzy,Luzem chodzili z przyciętą w klin brodą,Gwiżdżąc pieśń, co się zowie Marsylianka,A gęsto patrząc, gdzie butel i szklanka.
Bylić i insi, lecz głównie hołota,Bo emigranckim ten «Krejc» się mianował.Nikt się tam wielce nie świecił od złota,Ani się w państwo na drugich fundował.Czy spód, czy pomost, jednaka ciasnota:Tłomoczki, baby i dzieci na pował...Gdzieniebądź głowę kto oparł i stękał —Z choroby jedni, a drugich głód nękał‘. A, BW.
Tu szpicem na dół przód się okręciskaSunie, ze wszystkiem chcący grzęznąć do dna;Tu trzask, tu łomot, tu gardziel ci ściskaŚmierć, której ręka mokra jest i chłodna;Aż nagle w górę, jak chybnięta miska,Jedziem, a przez łby wali góra wodna,Do suchej nitki mocząc szmat na grzbiecie,A puść się ręką, to cię, jak źdźbło, zmiecie.
A tuż dopiero, jak się zaczną toczyćBeczki, łańcuchy — to z taką szło siłąŻe drugi, trzeci, nie zdążył uskoczyć,Już nim, jak kulą, o pomost rzuciło.Ludzie zaczęli krzyczeć, pchać się, tłoczyć.Niemało chłopstwu guzów tam nabiło,Nie licząc tego, że się italjańskaDziewka przez poręcz spławiła do Gdańska‘. A, BW.
,Tymczasem owe to morskie załogiW świstach, w błyskaniach migają się ino,
Skroś ognia onej niebieskiej pożogiŚwiecąc twarzami piekielnie a sino.Kapitan, blady w obliczu i srogi,W rozpiętej kurcie, przewzięty wpół liną,Okiem obiegał morze i pod rejąKomendę trzymał na przebój z zawieją.
Nie łatwo było! Co okręt dał nura,Strząchnął się z piany i na wierzch wypłynął,To znów się wody waliła nań góra...Tak on łbem pod nią, i znów się wychynął!Na hak-by go ta wpędziła wichura,I byłby pewno, jak ruda mysz, zginął,Ale się morze w tej bitwie zmachałoI w setne trąby na odwrót grać dało. A, BW.
,Objęły niebo krwawe transparentyI tla ogniste, przez które się wieńceDymów waliły... Huk głuszył lamenty,Lecz ludzie, jako w piekle potępieńce,
Widni nam byli; nad morskieSnuły się w dymach te straszne czerwieńce,Rozkrzyżowaniem rąk swoich krzycząceI w niebogłośne... (A w tem) Tak weszło nam słońce.
Ledwo się zbłysło, już skyły je dymyPożarne; górą bukszpiry i reje,Leśne, oblane smołami olbrzymy,A deszcz siarczysty na pomost z nich leje,Jako w Sodomie. Aż gdy tak patrzymy,Nagle się szwaja na tyłach zachwieje,Pierścieńcem ognia po niebie zatoczyI runie, skrami strzeliwszy nam w oczy.
Wnet one żagle i płachty i sznury,Jak złote ptactwo, na niebo wylecą,Chwilę się ważą i kręcą nad chmuryDymów [tych], które od nich rudo świecą;Aż wyżej wzbite tchem wiatru do góry,Miesięczne koła i gwiazdy zaniecą,Toczą się, błyszczą, pękają ogniścieI osypują, (jako z brzozy) jak z brzóz (złote) w gaju liście‘. A, BW.
Porwał się Magier rzucił kapelusza:— «Ja cham?... Ja... chamskie?... poczekajże, trupie,Ja ci ten kaptur ściągnę! Aż ci duszaW pięty ucieknie! Ty... ty... ty, biskupie,Świątku!» Wtem Żdżarski (splunie): — «Tfu! do paraluszaFałszerz!» — Więc Magier oczy weń wyłupieI skoczy, by ryś, gdy się zapamięta,Bełkocząc tylko: — «Doku... doku... menta!» A, BW.
,Więc kiedy patrzym tak na te wierzeje,Które nas wpuścić miały w życie nowe,
To każde serce tam w sobie truchleje,I usta zwykłą utracają mowę.Trwogi, tęsknoty, pragnienia, nadzieje,Wichrzą się, lecą zmieszane przez głowę;Jedni (śpiewają) się modlą, drudzy gwiżdżą, trzeciŚmieją się razem i płaczą, jak dzieci.‘ A, BW.
,Anibym wiedział, jakie ich nazwiska,Tylko że miałem z tłómacza wygodę;Ten, iż był Polak a po morzach pływał,(Miana powiadał i statki wskazywał)Znał statki, lubił, gdy kto wypytywał.‘ A, BW.
,Wielkie okręty do morskiej są wojny,Z stu dział grzmi taki, linjowy się pisze;Żołnierskim ludem zapchany i rojny,Cały las masztów na sobie kołysze,Może też w blachy przedpierśne być zbrojny,Jak chorągwiani dawni towarzysze,Wtedy pancernik zwie się; a rzecz zgołaCiężka takiemu w bitwie stawić czoła.
Są te linjowe statki, jak piechota,Co płynie w ciężkie szeregi i zwarte;Lecz do wycieczki gdy przyjdzie ochota,Fregata leci na moze otwarte.Ta ma trzy maszty, a taka jej cnota,Że śmiało w boju każdą bije kartę;Szybka jest bowiem i nad wszystko zwinna,A imię swoje ptakowi powinna.
Więc gdy garść zuchów tęgich ją obsiędzie,Z nagła uderza na wielkie machiny;Nim się linjowiec na zawrót zdobędzie,Już go urwała i pruje głębiny...Fregata ona podobna jest w pędzieDo Czarniecczyków rycerskiej drużyny,(Kiedy wypadła) Co z częstochowskich leciała więc murówNa Szweda, tęgo rwąc tych szwabskich ciurów.
Przeciw fregacie monitor się jeży,Mało co z wody wytknąwszy kadłuba.Ten ogniem pluje z zamkniętych dział w wieży,Którą, gdzie zechce, wykręca mu śruba;Choć go fregata po żebrach uderzy,Nic mu nie zrobi, bo ściana jest gruba...A wieża gęstym obwiana dział dymem:Tak się Chodkiewicz bronił pod Chocimem.
Ale gry trzeba w pole wyjść z za szańca,Na rekonesans i tajne pikiety,Wtedy się bierze korweta do tańca,Rychtuje działa, wykręca lawety;Ta do każdego prędka jest łamańca,Flankiem po bokach huczy w bandolety,Albo, jak one dawne szwoleżery,Pędzi na morskich wałów Samosiery.
Jest jeszcze dzielny, choć pomniejszy statek,Strojny, buńczuczny, co się jacht nazywa,Pokład ma jeden do letkich harmatek,Których dla strachu najwięcej zażywa;Trzy żagle nad nim pną się z lin i z siatek,Masztem, jak piką, ponad głową kiwa:Zgoła podobny jest do harcownika,Co w pędzie strzeli, huknie — i umyka.
Wszystkiem tu liczy duch i serce mężne,Impet prym bierze i śmiałe natarcie,Na tyłach statki słabsze, choć orężne,Za czołem floty płyną w arjergarcie...Te jako wojska, bywało, zaciężneNa tęższych ogniów nie chcą iść pożarcie;Więc się rycerstwo puszcza polem przedniem,Jako Sobieski Jan czynił pod Wiedniem.
Kiedy na bitwę admirał wyjedzie,Maszt główny flagą z okrętu powiewa;Gdy zaś namiestnik jego, to na przedzieBanderę widać z masztowego drzewa...Czasem to mylą, chociaż tuż ich wiedzie;Tak wódz-bohater na siebie przywdziewaZwykłą sukmankę, kiedy chce ujść oka...Nieprawda! Dusza zdradza go wysoka!
Za okrętami czółna, barki, łodzie,Sznury tam ciągną, łańcuchy i haki,Jedne na bokach pluskają po wodzie,Jako z zapaśnym rynsztukiem luzaki,Gotowe konia w złej podać przygodzie.Na tyłach tabor widać ladajaki:Ten się jak jeniec wlecze ogarniętyI za pogański kark na arkan wzięty.
Prócz tych wojennych, przedniejszych w honorze,W które się każda pilnie zbroi flota,Dość (tam) też handlowych statków nosi morze,Co kupią swoją dobywają złota.Te są rozliczne w kształcie i wyborze:Już drobne, jako flisacza hołota,Już wielkie, jak te krakowskie kramnice,Co w rynku stoją; zwą je Sukiennice.
Handlowy okręt też swoją ma flagę,Ale na tylnym maszcie ją wywiesza.
Choć nie żołnierska, musi mieć odwagęTa, co załogą płynie na nim rzesza,Bo to nie Wisłą z Rybaków na Pragę!Świat jest i różny naród się tam miesza.Wojenne prawo mają też nadanem,A sam dowódzca zwie się kapitanem. A, BW.
,Stanęły chłopy, jakoby w teatrze,,Radzi, że szwabom dostanie się myto.Parobki szczują niewiasty co gładsze:— A dalej, Kaśka!... A w łeb go, Brygito!Więc co tam która ogniściej ich natrze,To krzyczą: — Dobra! a wziąć ich na sito!..
A strząsnąć pludrów na drobne otręby!...A między ślepie go!... A pięścią w zęby!‘ A, BW.
,Po szyję mamy! A cóż? Nigdzie chlebaDarmo!... Brazylja... My całą krainęZeszli precz, Pampas... Peru... Argentynę‘ A.
,Prostym kozikiem wyrżnięte litery,A zaś poniżej: «Polska kolonija,Rok osiemsetny dziewięćdziesiąt cztery».Krzyż przez ramiona różaniec obwija,A pod różańcem nacięcia siekiery:‘ A.
,Grubo wyrżnięty w nierówne litery.A zaś poniżej: — ,Polska kolonija,Rok osiemsetny dziewięćdziesiąt cztery».Spodem więc suchych liści krzyż owija,A pod nią, rzędem nacięcia siekiery:» BW.
,Pędzą, znów stają... Aż ci się rozskocząW strony i dwa (półko) pierścieńce zatoczą‘ A.
,Pędzą, znów stają... Nagle się rozskocząWszyscy i we dwa półkola zatoczą‘ BW.
,Nie tak słonecznik obraca łodygi,Gdy słońce nad nim postąpi pod Raka,
I nie tak na wiatr latają w krąg śmigi,Gdy młynarczyki popuszczą wiatraka,Nie tak cygany wiercą mamałygi,Kocieł nad ogniem zwiesiwszy u haka,Jakem ja kręcił te łby kędzierzawe,W których latały kołem białka krwawe.‘ BW.