Sclavus saltans (Konopnicka, 1915)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Maro swych gości po uczcie prowadzi,Gdzie zakupieni wczora niewolnicyNa zgniłej słomie, wpółnadzy i bladzi,Wypoczywają, zamknięci w piwnicy.Maro — to znawca; on swoje oboleWie, na co wydać, krwi dobrej zna cenę:Jak Amor każde u niego pacholę,A mąż — gladjator, choć dzisiaj w arenę!

Ot, pierwszy: Numid, nabytek wspaniały!Tors, jakby z bronzu, a włos, jak lwie grzywy,Rzut oka, zda się, przekuć można w strzały,Nerwy drgające wyciągać w cięciwy!Przepyszny towar! Gdy Maro go nogąKopnął, wołając: »Wstań, bydlę!« twarz dzikaSpłonęła jakąś ognistą pożogąI ryknął wściekle: »Nie budź niewolnika!«Co za głos! Wstrząsła się podziemna cisza...Lentulus w strachu zgubił wieniec róży...Wielcy bogowie!... Na brodę Jowisza,Zda się, jak gdyby wołał: »Nie budź burzy!«Słychać, jak kędyś powstaje bezładniePomsta, co kiedyś nad światem zapadnie...Warczącą przepaść zgrozy słychać zdala...Drżyjcie, to Romę niewolnik obala!Oto powstają wraz z klątwy tej echemGromy strasznego stuleciom wybuchu...Goście pobledli, a Maro z uśmiechemRzekł: »Przez Herkula! wszak on na łańcuchu!«Lecz biesiadnicy cofali się żywo...Maro ich tedy ku innej wiódł stronie,Gdzie, jak łuk zgięty w pyszną linię krzywą,Stał Grek młodzieńczy, ukrywszy twarz w dłonie,I płakał. Biada, kto płacze w niewoli!Łza, jak rdza, męską moc ducha przejada...Kto w więzach słabnie, jest godzien swej doli...Rozpaczającym niewolnikom — biada!On rodzinnego nie ujrzy już nieba,Ni na igrzysku nie chwyci w lot dzidy,Rzuconej ręką gibkiego efeba...Łańcuch rwą tylko lwy, albo Numidy!Łzy — to zbyt wiele, i łzy — to zbyt mało...

Goście milczeli. Z zapałem artystyWskazywał Maro, jak piękne to ciałoOkreśla kontur pogodny i czysty.Wtem z boku nuta wesoła dolata...To »sclavus saltans«, Słowianin wpół dziki;Wszędy mu dobrze — i wszędy mu chata,Byle miał pląsy i trochę muzyki!Z młodzieńczej wierzby naciąwszy gałęzi,Uczynił sobie grające narzędzie,Skacząc, zapomniał, że łańcuch go więzi...— Och! niewolnikiem ten był, jest i — będzie!