Szczęśliwy światek — całość

Maria Konopnicka (1842–1910)

I miasto i wioskaTo jeden nasz świat!I wszędzie, dziecino,Twa siostra, twój brat!

I wszędzie, dziecino,Wśród lasów, wśród pól,Jak ty czują radość,Jak ty czują ból.

Nasza książeczka jak żywa,Głosem się prawie odzywa,Różne historye powiada,I z dziećmi bawi się rada!

Czasem, jak gdyby umyślnie,Ślicznym obrazkiem zabłyśnie,I jasną tęczą roztoczyCały nasz światek przed oczy!

W obrazku, jakby kto ranoWieś wymalował kochaną,Z dworem, ogrodem i z chatą,I z wierzbą od mchów kudłatą..

Więc tam i dzieci, i kwiaty,I ptaszek leci skrzydlaty,I kot i piesek i muszkaI widać nawet pastuszka...

Droga na pole jak długa...Dwa siwe wołki u pługa,Pszczółka w sad leci na miody,A żóraw skrzypi u wody.

Nad kołowrotkiem jak żywa,Babunia stara się kiwa,Wrzeciono kręci i przędzie,A dziatwa wkoło obsiędzie.

W bajce: Królewna zaklętaŁzami zalewa oczęta,A smok jej strzeże z jabłoni,Co w złote jabłka aż dzwoni.

Aż tu rycerze z paradąNa siwych koniach precz jadą,W złotej od słońca kurzawie,Że słychać tętent ich prawie!

Czasem na drodze nas spotkaZbłąkana w boru sierotka,Czasem znów domek chędogi,Z białemi ściany i progi...

To w kuźni biją gdzieś młoty,To zachód słońca lśni złoty,Aż gwary życia i pieśnieNoc cicha utuli we śnie!

I na nasz domek kochany,Zmierzch pada z nieba różany,Więc już książeczkę składamy,Idziem na pacierz do Mamy.

A co wam śpiewać, laleczki?Bo umiem różne piosneczki:Takie piosneczki i pieśni,O jakich lalkom się nie śni!

Umiem piosenki z nad łąki,Tak jak je nucą skowronki,Kiedy piórkami szaremiPod niebo lecą od ziemi,Nad ziemią lecą i dzwonią,Nad polem naszem, nad błonią.

Umiem piosenkę jaskółki,Gdy lata koło rzeczułki,I wdzięcznym głoskiem coś nuci,Czy się weseli, czy smuci,Albo na gniazdko gdy leci,I śpiewa do snu dla dzieci.

Umiem piosenkę żniwiarzy,Gdy pot im ścieka po twarzy,A oni, brzęcząc w swe kosy,Tną żyto srebrne od rosy,I głos roznoszą daleki,Aż echo wtórzy od rzeki.

A chcecie piosnek wieczoru,Gdy idą owce z ugoru,I krówka z rżyska łaciata...Gdy trzaska stary Jan z bata,A ponad wszystkiem fujarkaDźwięczy małego owczarka?

O! u nas piosnek bez liku!Tyle, co kropel w strumyku,Tyle, co liści na drzewie,A skąd się biorą, nikt nie wie.Tak już w powietrzu ot płyną,Nad naszą wioską jedyną.

Więc co wam śpiewać, laleczki?Bo umiem różne piosneczki —Takie piosneczki i pieśni,O jakich lalkom się nie śni!

Oj! Ubogi ja gęsiarek,Na tym świecie sam!Młynarzowe gęsi pasę,Na fujarce gram.Młynarzowe gęsi pasęPo tej strudze w bród,Na fujarce gram wierzbowej,Czy mi głód, czy chłód!

Hej, daleko i szerokoPłynie struga ta!Jeszcze dalej echo leci,Gdy sierota gra.Struga płynie het przez polaŚwiecące od ros,A do nieba, do modrego,Leci piosnki głos!

Lećże głosie, leć po rosieTy piosenko ma,Sam Pan Jezus słucha z nieba,Jak sierota gra!Sam Pan Jezus słucha z nieba,Z za tych złotych chmur,Jak się echo fujareczkiOdbija o bór!

— Idźcież jaśni aniołowie,Aż do rajskich bram.Zawołajcie ojca, matkiTej sieroty tam!Zawołajcie ojca, matki,Pastuszka tego,Niech pocieszą, pożałująJasieńka swego!

Idzie ojciec, idzie matka,Przez niebieski próg,Tylko im to rajskie kwiecieKłoni się do nóg,Tylko im ta rajska zorzaZłote szaty tka.Tylko z oczu łzy im lecą,Jak Jasieńko gra!

A ty, ojcze, a ty, matko,Błogosławcie mnie!Niechże ja też na tym świecieNie zagubię się!Niechże ja też na tym świecieJasną dolę mam,I wesoło gąskom moimNa fujarce gram!

Już się oczki wyspały?Już to patrzą się mile?A, pieszczoszku mój mały,Poleż jeszcze przez chwilę!

Jak to rączki wyciąga,Mój Stasieniek, mój złoty!Czekaj, czekaj! siostrzyczkaMa dziś dużo roboty!

Jutro będzie Wielkanoc,Babki w piec już wsadzone,Gotują się kiełbasy,I mieć będziem święcone!

Najpierw obrus bielutkiMama na stół położy,Na nim stanie wpośrodkuTen Baranek, ten Boży;

Chorągiewka czerwona,A zaś kijek złocony;Babka jedna i drugaZ każdej będzie stać strony.

Potem szynka ogromna,W niej borówka zatknięta,Na znak, że to radosneI wiosenne są święta.

Obok będzie kiełbasaNa okrągłym półmisku,I prosiątko pieczone,Co jajeczko ma w pysku.

Jajkiem będziem się dzielićWszyscy w domu z kolei,Życzyć sobie pociechy,Życzyć sobie nadziei.

Potem będą mazurki— Właśnie robi je mama —A rodzynki, migdały,Obierałam ja sama!

Zrana przyjdzie ksiądz Proboszcz,I poświęci stół cały,Domek także pokropi,By się dzieci chowały.

Gdzie tam padnie, to padnie,Po okienku, po ścianie...Ej, zobaczysz, Stasieńku,I tobie się dostanie!

Tak się zrobi wesoło,Tak słoneczko zaświeci —Ach, już niema, powiadam,Jak Wielkanoc dla dzieci!

Wuj parasol sobie sprawił.Ledwo w kątku go postawił,Zaraz Julka, mały Janek,Cap za niego, smyk na ganek,Z ganku w ogród, i przez polaHet, używać parasola!

Idą pełni animuszu:Janek, zamiast w kapeluszu,W barankowej ojca czapce,Julka w czepku po prababce,Do wiatraka pana Mola!A wuj szuka parasola.

Już w ogrodzie żabka mała,Z pod krzaczka ich przestrzegała:— Deszcz, deszcz idzie! Deszcz, deszcz leci!Więc do domu wracać, dzieci!Mała żabka, ta na czasieJak ekonom stary zna się,I jak krzyknie: deszcz! — to hola!Trza tęgiego parasola!

Lecz kompania nasza miłaWcale żabce nie wierzyła.— Niech tam woła! Niech tam skrzeczy!Taka żaba!... wielkie rzeczy!Co nam wracać za niewola!Czy nie mamy parasola?

Wtem się wicher zerwie srogi.Dzieci w krzyk, i dalej w nogi!Szumią trawy, gną się drzewa,To już nie deszcz, to ulewa;A najgorsza teraz dolaNieszczęsnego parasola.

W górę gną się jego żebra,Deszcz go chlusta, jakby z cebra,Pękł materyał... Aż pod chmuryWzniósł parasol pęd wichury.Darmo dzieci krzyczą: Hola!Łapaj! Trzymaj parasola!

Nie wiem, jak się to skończyło,Lecz podobno niezbyt miło;Żabki o tem może wiedzą,Co pod grzybkiem sobie siedzą;Prosim państwa, jeśli wola,Do naszego parasola!

Stasio pisze:— »Bardzo mi tuSmutno bez was, drogie Bąki!I bez ciebie, mój Jasieńku,I bez tej psotnicy Bronki!

Lotem ptaka do was leciećNieraz bierze mnie ochota...Już mi tęskno i do kuca,I do Burka, i do kota.

Do Brońcinej nawet lalki...Chociaż, cóż tam chłopcu lala! —Tak mi wszystko teraz miłe,Kiedy jestem od was zdala.

Ja tu w szkole siedzieć muszęNad książkami przez dzień cały;Wzdycham tylko, żeby prędzejTe wakacye już nastały.

Dopieroż to prysnę sobieZ szkolnych murów na swobodę!A powiedzcie Tatusiowi,Że jak amen, mam nagrodę.

Donieście mi jak najśpieszniej,Czy mój kucyk w stajni stoi?Czy Białasek, kotek, zawszeTak samo się Burka boi?

Czy orzechów na leszczynieDużo będzie tego lata?Czy są w polu kuropatwy,I czy na nie chodzi Tata?

Pamiętajcie też o szczygle,I dawajcie mu siemienia,Całuję was milion razyWasz bratStaśI do widzenia!

Pan Zielonka, co nad stawemMieszka sobie żabiem prawem,Ma rodzinę wcale sporą:Dzieci pono aż pięcioro.

Już od dziada i pradziadaWielkie Bagno tu posiada,I przy kępie, pod łopianem,Na folwarku tym jest panem.

Tu na muszki w lot czatuje,Tu się kąpie, tu poluje,Tu napełnia staw swym krzykiem,A jest sławnym gimnastykiem.

Jak dzień tylko się rozświeci,Hyc z kąpieli, woła dzieci,I za chwilę kawalkadąTaką oto sobie jadą:

Ten najstarszy, co na przodzieRej prowadzi w tym pochodzie,A ma tuszę okazałą,Od swych ocząt zwie się »Gałą«.

Ten za ojcem zaś wesoły,Co się trzyma fraka poły,I ten w wielkich susach drugi:»Miech« i »Skrzeczek« na usługi.

Czwarty »Żeruś« na ostatkuPędzi, krzycząc: — »Tatku! Tatku!Tatko, widzę, zapomina,Że ma też Żerusia syna!

Lecz najmłodszy, pieszczoch wielki,Co się trzyma kamizelki!I na karku u TatusiaWierzchem jedzie, zwie się »Trusia«.

Tata chlubi się tym chwatem;Patrzcie, jak to śmiga batem,Jak kapelusz mu ojcowyDzielnie przypadł na czub głowy!

Nie wiem, czy się wam zdarzyłoTę kompanię spotkać miłą?Lecz po deszczu rad się błąkaZ dziatwą swoją pan Zielonka.

Pójdźno, Burku! Masz tu sianka!Znasz mnie przecież! Jestem Janka...Wyszłam sobie w pole sama,Bo otwarta była brama.

Już nie jestem taka mała,By mnie niania pilnowała,I wodziła wciąż na pasku!Trafią nawet i do lasku,Wyjdę sama i na pole...A tam Bociek na stodole...

Zaś pod dachem, to znów radaJaskółeczka czarna siada,Co gniazdeczko ma u góry...Na nią kot się patrzy bury...Ten kocisko — to niecnota...Ja nie kocham wcale kota!

Ja mu za to nie dam mięska!Ani trochy! ani kęska!A jak mi się co zostanie,To dla Brysia na śniadanie.Bryś jest w budzie i ujada.Woła, żeby wesprzeć dziada.

A ten dziad, to jest ubogi,Kij ma zamiast jednej nogi,Śpiewa pieśnie i pacierze,I do torby dzieci bierze,Ale tylko te paskudne,Co to beczą i są brudne!

Mnie nie wezmą w torbę dziady...Nawetby nie dali rady!Mama teżby mnie nie dała,A i torba jest za mała.Zresztą, zawsze mówi niania.Że ja jestem grzeczna Jania.

O większego trudno zucha,Jak był Stefek Burczymucha...— Ja nikogo się nie boję!Choćby niedźwiedź... to dostoję!Wilki? — Ja ich całą zgrajęPozabijam i pokraję!Lew! cóż lew jest? — kociak duży!Naczytałem się podróży,I znam tego jegomości,Co zły tylko kiedy pości.Szakal, wilk?... Straszna nowina!To jest tylko większa psina!...(Brysia mijam zaś zdaleka,Bo nie lubię, gdy kto szczeka!)Komu zechcę, to dam radę!Zaraz na ocean jadę,I nie będę Stefkiem chyba,Jak nie chwycę wieloryba! —

I tak przez dzień boży całyZuch nasz trąbi swe pochwały.

Aż raz usnął gdzieś na sianie...Wtem się budzi niespodzianie,Patrzy, a tu jakieś zwierzęDo śniadania mu się bierze.Jak nie zerwie się na nogi,Jak nie wrzaśnie z wielkiej trwogi —Pędzi, jakby chart ze smyczy...— Tygrys, Tato! Tygrys!... krzyczy.

— Tygrys?... Ojciec się zapyta.— Ach, lew może!... miał kopytaStraszne! Trzy czy cztery nogi,Paszczę taką! Przytem rogi...— Gdzież to było?.. Tam na sianie.Właśnie porwał mi śniadanie...

Idzie ojciec, służba cała,Patrzą, a tu myszka mała,Polna myszka siedzi sobie,I ząbkami serek skrobie!...