Wojna (Z teki Grottgera)
O, jak ja dzisiaj spojrzeć się odważęW ten cichy błękit i w te ludzkie twarze?Jak ja podniosę oczy gorejąceNa złote gwiazdy, na jasne miesiące,Ja, co widziałem straszliwą rzecz ziemi:Krew przelewaną rękami bratniemi,Ja, co widziałem, jak słońce ją pije,I nie upadłem w proch, i jeszcze żyję!?............Ktokolwiek jesteś, co nosisz oblicze,Mogące zblednąć albo żarem spłonąć,Ktokolwiek jesteś, co znasz tajemniczeGłębie boleści i umiesz w nich tonąć,Ktokolwiek jesteś, co ludzką masz duszę,Pójdź: jeśliś kamień nawet, ja cię wzruszę!............Sam, w czterech ścianach, co mnie zamykały,Z myślami memi w świat smętkiem zczerniały,Z dłonią na oczach, przed pustą sztalugąZadumałem się głęboko i długo.Bo już mnie chwytał ten duch, co po ziemiMogił przelata skrzydłami mrocznemiI krzywdy ludów, i stare cierpieniaW piorun przekuwa i w burzę zamienia,
A czarę pomsty na wody wylewa...Już byłem harfą, co drży i co śpiewa,I miałem serce, jak kamień spękany,Co nie ma krwi ni łez, ale ma rany.A kiedym dumał tak, uczułem nagleGorący oddech, co mi podniósł włosy.Jak łódź, tchem morza chwycona pod żagle,Chwieje się, pręży i puszcza na losy,Tak ja powstałem, już pełen płomieniaI wnętrznych głosów i żaru i drżenia,I pędu w sobie...Przede mną, u proga,Postać się jakaś przejrzysta bieliła.Ledwom ją uczuł, już była mi droga,Już mi szły od niej moc jakaś i siła,Już serce drżące z piersi mi się rwałoZa tą dziewiczą, milczącą i białą.Ponad jej czołem, jak tchnienie wilgotne,Gdy na zwierciadło rzuca pary mętne,Takie się światło paliło ulotne,Bez złotych blasków, przyćmione i smętne.Wielem zapomniał od onej godziny;Lecz dotąd widzę ten u jej warkoczyMiesięczny płomyk, srebrzysty i siny,A także głos jej pomnę — i jej oczy.Oczy to były, jak gwiazdy zgaszoneWe łzach i były dziwnie zadumane;Mogły przed Bogiem brać świat ten w obronęI wzejść bławatkiem nad pola oraneI duszy sięgnąć tajemną swą władzą...Już czułem, że mnie te oczy prowadzą,Choć jeszcze usta, jak pąki zamknięte,Nie odsłoniły słów — ciche i święte.Czy znasz anioły, które w polu głuchemNad mogiłami po rozstajach płaczą,Jakoby brzozy szeptały tam z duchem,Albo wiatr trącał o lirę śpiewaczą?
Czy znasz anioły, które w pustych chatachU wygaszonych ognisk siedzą ciche,A głowy mają w piorunowych kwiatachI usypiają dzieciąteczka lichePieśnią, co będzie im się kiedyś śniłaAż po wiek życia?... Ona taką była.Więc patrząc na nią strwożyłem się w sobieI rzekłem: »Oto jest z tych bożych jedna,Co w ciemnym lampy zapalają grobieI zapomniane prochy biorą ze dnaNa siew przyszłości«. — I wstrzęsło się mojeSerce nadzieją wielką — i omdlało.Aż ona, widząc, że tak przed nią stoję,Dłoń, jak mgłę, lekką podniosła i białą,A obróciwszy się na zmierzchy sine:— »Idź za mną — rzekła — pójdziem w łez dolinę«.
II....Jeszcze ta ręka przejrzysta i białaW cichem powietrzu przede mną gorzała,Jak srebrna chmurka, gdy słońcem wskróś świeci,Kiedy mnie przestrzeń szeroka obleciI chłód wieczorny, niesiony w powiewachPo drżących wodach i po sennych drzewach.Ziemia już w rosach, pod nocną szła zorzęI gwiazdy nagle tryskały w przestworze,A dnia różaność, wsiąknięta w powietrze,W przejrzystsze tony szła i w coraz bledsze.Naraz psy wyciem obniosły się głuchem,Z łąk się porwały żórawie łańcuchemI bijąc w skrzydła, leciały jęczącePod niewidzialne, zgaszone miesiące.— »O jasna! — rzekłem, bo takie jej mianoDawało serce — o jasna, co pędziZ gwiazd starodawnych tę chmurę zerwaną,Czerniącą niebios różane krawędzi?
Gdzie lecą owi powietrzni tułacze,Rzucając ziemi jęk taki i płacze?...«Jeszczem to mówił, gdy nagle nademnąDziwnie się cicho zrobiło i ciemno,A ucisk taki w powietrzu był całemŻe mi głos omdlał, zgasł, a idąc, drżałem.Więc rzekła smętna moja przewodnica:— »Oto nie możesz wytrzymać bez lękuCzerwonych cieniów martwego księżycaI bicia skrzydeł i jednego jękuPtaków lecących...«A mówiąc tak, stała,Zwrócona ku mnie litośnie i w twarzyCiszę uśpionych harf słowiczych miała,I była, jak kwiat, gdy się w rosach waży,I dość mu tylko powiewu, co wzdycha,By łez perłami posypać z kielicha.............A już my wtenczas byli wśród zieleniLip rozkwieconych, z których pachły miody,Już idąc śladem smętnej mojej ksieni,W domostwo ciche wszedłem i w ogrody,Gdzie spokój rozwiał swe pióra anielskieNa serca czyste i na rzeczy sielskie.Pod lipą niewiast gromadka zebranaGwarzyła, brzęcząc, by rój pszczelny w ulu.Naraz — głos jeden pękł, jak struna szklana,A w głosie taka była ostrość bólu,Że oczy moje pobiegły, jak strzały,Za krzykiem w górę — i w górze zostały.Tam, na północy, jak złota głowicaWyrzuconego w błękity sztyletaI jako żagiew, co śmierć ją podsyca,Trupią jasnością gorzała — kometa.............Więc oczy moje, jak dwie mewy drżące,Spadły z powietrza pełne wielkiej trwogi,
Już na niewieścich twarzach szukające,Kto tu dom rzuci i nie wróci z drogi,Po kim tu będzie żałoba noszona,Kto tu godziny będzie we łzach liczył,Czyje tu serce pęknie, czyj śmiech skona?...Wtem biały anioł, co mi przewodniczył,Przejrzystym palcem wskazał mi twarz jednę...Była tak jasna objawieniem klęski,Taki z niej duch szedł bolesny a męskiI takie widzeń przyszłości ekstazy,Że teraz jeszcze myśląc o niej — blednę.A gdym w nią patrzał, jak w święte obrazy,Pod moim wzrokiem ból pięćkroć ją zmienił:Najpierw ją zdrętwił strach i okamienił,Potem wichr jakiś przeleciał ją drżeniem,Potem buchnęła czerwonym płomieniem,Potem ją bladość obeszła opłatka,Hostię z niej czyniąc, a potem zczerniałaJak święta ziemia — i tak już została.............Schylił się anioł mój i szepnął: »Matka«.
III.Ranek był wczesny, srebrny, skowronkowy,Gdyśmy z pól zeszli, co pod rosą stały.Za nami we mgłach tonęły parowyOkwitłe tarniem, prószące kwiat biały,I długie miedze stóp bosych śladamiAż pod mur miejski goniły za nami.A moja cicha, jasna Beatrycze,Spokoju pełna bożego i ducha,
Ku zorzom miała podane obliczeJak ten, kto idąc, łkań dalekich słucha,A gdzie stąpiła, tam rosy rzęsnemiSypały trawy rozchwiane przy ziemi.
Ja, patrząc na nią taką zadumaną,Nie śmiałem pytać, gdzie wiedzie ta droga.I tak nam wzeszło pierwsze owe ranoWpośród gasnących gwiazd, pod okiem Boga,Który snadź patrzał na ziemię tę smętny,Bo wschód posępny był i mgłami mętny.............O ziemio! jakie ty cudowne słońceMogłabyś rankiem widywać nad głową!Jakie hejnały duchów latającePieśniąby ciebie budziły echową,Gdybyś ty nie szła do swego zachoduDrogą krzywd, gwałtów, ciemnoty i głodu!............— »Patrz — rzekła do mnie moja przewodnica —Tak się zaczyna dzień, co do wieczoraOtrzęsie serca, jako nawałnica,I we łzach stanie, jak pełna amfora...Patrz, bo dziś padać będą gorzkie rosy,A cisza będzie mieć łkające głosy«.
A gdy mówiła, stanęliśmy w gmachu,Przed którym widać było wielkie tłumy.Po ścianach dreszcze chodziły przestrachu,Mroczny strop wisiał wśród ciężkiej zadumy,Jasność szła w okna przyćmiona i chmurna;W pośrodku izby stół, na stole urna,Przy urnie on, syn...Odgadłem po biciuSerca w tej izbie głośnem, gdzieś od proga,
Po wytężonem w dwóch źrenicach życiu,Gotowych wielbić lub przeklinać Boga,Po tym uporze, który w drzwi otwarteJej siwą głowę pchał pomiędzy wartę,Że tam jest matka....Przez noc tu szła całą,Nie patrząc drogi, do gwiazd gadająca,I podnosiła twarz wyschłą i białą,Jako opłatek, na jasność miesiąca,A choć na ustach nie miała pacierza,Czuła, że wzrokiem w Boga gdzieś uderza.
Teraz stanęła w progu, chce do syna...Puśćcież ją, ludzie! Niech rwie siwe włosy,Niech łzami krwawych źrenic swych przeklinaWas i tę urnę i dzień ten i losy,Niechaj na syna patrzy do ostatka...Puśćcie! Wszak każdy matkę miał... to matka!...Wyciągnął ramię...— O, siedmiu mieczamiPrzebite serce!... Synku... Jezu Chryste!Synu! Synaczku!... O światło wieczyste!Puśćcie mnie! Jezu, zmiłuj się nad nami!A bogdajżeś ty kamień ten grobowyPierwej wyciągnął dla mej siwej głowy!Bodajeś pierwej... Boże, mocny Boże!Już, już wyciąga!... Puśćcież mnie! On może...A!..................Urno! zimne, kamienne twe łonoNie miało nigdy dzieci! Ty, przeklęta!Grobie ty, kędy żywych pogrzebiono!Czy ty wiesz, jak to płaczą niemowlęta?Czy wiesz, jak długie noce przy kolebceMatka przemarzy, prześpiewa, przeszepce?
O urno! Jaka ty straszliwie cicha!O, krzycz i wołaj, że zrobiono z ciebieRzecz zgrozy pełną, co ręce odpycha,Rzecz okropniejszą od mogilnych lochów!Że ta, co niegdyś po synów pogrzebieW dom powracała z garścią białych prochów,Była mniej trupią, niż ty, i mniej chmurną,Ty, serc pękniętych pełna, krwawa urno!
IV.A widząc mnie tak wzburzonym do głębi,Jak mętna fala, gdy ją wicher tłucze,— »Oto polecą, jak stado gołębiI jak żórawi wędrujących klucze« —Rzekła Beatryx i wielką tęsknotąNakryła czoło, niby chmurą złotą.
A pomilczawszy, rzekła: — »Ale onymPtakom jest dano do gniazd wracać z wiosną;Ci zaś na piasku zostaną czerwonymI pod błyskami komet kędyś posną,I żadne słońce już ich nie obudzi...Zaprawdę, Bóg ma w nienawiści ludzi!«
A wtem ją objął mrok, jak chusta mglista,I szła tak, oczom moim zasłonięta,Skargą tą ciemna, a łzami przejrzystaI tą żałobą przeciw Bogu święta.I bił cień od niej, z światłem na przemiany,Jako gdy z nocą świt walczy różany.
A ja, żem wiedzieć chciał ich dalsze losy,Tych dzieci, rzekłem: — »Kto czyni te żniwa?Gdzie posieczone są zielone kłosyI kto ten zagon w runi zaorywa?«— Więc się zwróciła ku mnie i, spokojnaJak śmierć, odrzekła dźwięcznym głosem: »Wojna«.
A gdy ten wyraz padł w ciche przestrzenie,Jaskółki z spod strzech porwały się czarne,A z piór ich padły drżące, długie cienieNa wód błękitność; i wyszły tchy parneZ wody, jak z ludzkiej piersi, kiedy cichaPrzemówić nie śmie, tylko ciężko wzdycha.............Nagle tententy zagrzmiały po drodze.Spojrzałem: w zwartym jechali szeregu,Kaski na czołach, pałasze przy nodze,Ludzie w kurzawie, a konie w pian śniegu.Dobosze w bębny takt biją miarowo,A jeźdźcy sadzą z zwieszoną w dół głową.
I tak przed nimi w podróżnym tym pyleKraj znikał... Kto wie, nikł może na wieki,A żaden nie śmiał przyzostać się w tyle,Ani obrócić za siebie powieki;I tylko jeden na koniu się zniżył,Garść ziemi chwycił i do ust przybliżył.
A ta, którąśmy mijali, zagrodaWielkim w nas płaczem buchnęła i jękiem.W sadzie, u płota, urodna i młodaStała kobieta z dzieciątkiem maleńkiemU piersi, z oczu spuszczonych ku ziemiSypiąca łzami, jak skrami srebrnemi.
Więc zapatrzony w Dolores tę białą,Stanąłem. Tentent ucichał w oddali.Kurzawa spadła i tylko zostałoDrżenie w zbóż młodych chwiejącej się faliI droga, w słońcu lekkim pyłem wzdęta,I jakaś straszna pustka i przeklęta...
A Pani moja, która tam wraz ze mnąStała, rzęsami nakrywszy źrenice,Surową miała twarz i bardzo ciemną,A ponad czołem wielką błyskawicęSiną, od której ognie szły w czerwieni...A kiedym milczał, rzekła mi: »Straceni«.
V.O, daj mi jeszcze raz przebyć ze sobąTę ziemię mogił, pokrytą żałobą!O, daj mi jeszcze raz w drogi iść one,Od kości białe, a od krwi czerwone,I raz mi jeszcze daj na nie się rzucićTwarzą zalaną łzami — i nie wrócić!
Bo gorszy powrót, niźli wyjście ducha,I są najcichsze bez zmartwychwstań groby...A jako ciężko znów iść do łańcuchaTemu, kto zażył ciszy onej doby,W której mu serce zastygło w boleściżadnych z ziemi nie słyszał już wieści!
Dziś znowu muszę zranione mieć mózgiŻądłem tych myśli, co pełzną w nie mrowiem,I znów iść muszę przez wspomnień tych rózgi,Z których jest każda maczana ołowiemI z wężym sykiem nad sercem się zwijaI szarpie żywą pierś i nie zabija!............W pół nieba słońce stanęło już w chmurzeDymów armatnich, nakształt rudej plamy,Kiedyśmy wyszli na małe podgórze,Za mury w ogniu i za miejskie bramy,Z których się tłumy waliły bezładnie,Ginąc w popłochu onym, gdzie kto padnie.
Bo pędził ich huk i trzask i płomienie,Jak archanielski miecz, od tego proga,Gdzie mieli gniazda swe i odpocznienie.I pełna była wielkich głosów droga,Płaczu i jęku i klątw i modlitwy,A ponad wszystkiem tem — huragan bitwy.
Jak z ogniów owych wyszedłem, nie pomnę.Dym mnie ogarnął i żarł mi źreniceI same nogi niosły nieprzytomneWskróś spaleniska, pomiędzy iskrzyceBomb pękających i przez gruzów kupy,Z których sterczały groźne, sine trupy.
Jeden wyciągnął rękę i zagrodziłDrogę tę, którą szedłem, obłąkany,Bo duch dopiero od niego uchodziłCzarną krwi strugą, sączącą się z rany.Chciałem ratować, gdy wtem granat świsnął,W górę go porwał i mózg mu rozprysnął.
Głuchy od huków, a od dymów ślepy,U stóp mej świętej upadłem złamany;A miałem w oczach lecące czerepyGłów ziewających i krwawe łachmanyCiał rozerwanych w powietrzu na ćwierci,A w uszach świst i pisk i wrzawę śmierci.
A pani moja zadumana siadłaNa onem wzgórzu i na złomie skałyI patrząc na ów gród w płomieniach, zbladła,A obłok szat jej, przejrzysty i biały,Nagle się zaczął ćmić i w barwach mienić,Ogniami złocić i łuną czerwienić.
Więc rzekłem: »Otom wywiedzion jest w ziemięWidzeń okropnych i piekła obrazów,
A znieść nie mogę i padam, jak brzemię,U nóg twych i na piersiach leżę głazów,I na kamieniach polnych, które jęczą...Zmiłuj się! Twarz mi nakryj szat twych tęczą,
Ażby przeminął ten dzień i godzinaPrzestrachów mocnych i śmierci wybuchów;Bo serce we mnie drży i mdleć zaczynaI słaby jestem i nędzniejszy z duchów,A język wyschły mam i wargi słone,Bom przeszedł morze krwi, morze Czerwone...«
Lecz ona, jakoby nie słysząc zgoła,Trwała w milczeniu swej wielkiej zadumy.I brew ściągniętą miała wpośród czoła,Patrząc na owe pierzchające tłumyZ bólem, który ją czynił dziwnie blizkąTej ludzkiej nędzy...Schyliłem się nizkoI do stóp jasnych przylgnąwszy ustami,Rzekłem: »O święta moja! O przeczysta!Jeśli ty płaczesz w sercu twem nad nami,Błogosławiona bądź imieniem Chrysta!Bo jest z nim świat ten na krzyżu rozpięty,Żółcią pojony i włócznią w bok pchnięty...«I złamał mi się głos i padłem z płaczemTwarzą na ziemię i łzami gorzkiemiZrosiłem pole krwią zapiekłe... ZaczemUderzył we mnie jęk i łkanie ziemi —I czułem, jak drży i jako się trwożyCichy w swej kaźni, Baranek ten Boży...
VI.A wstawszy, szliśmy dalej....Kraj był pustyI czarny, jakby po przejściu zarazy.
O, nigdy tego nie wypowiem usty,Jakie mi drogę zabiegły obrazyI jakie trupy spotkały mnie sine,Otwarte mając oczy, aż przeminę.
I nigdy tego nie wydam językiem,Jaka tam cichość była przeraźliwaI z jakim ptastwo leciało w niej krzykiemOd gniazd zburzonych i jakie łuczywaZ drzew osmalonych nad drogą tam stałyI nieżywemi gałęźmi kiwały...
Gwałt czyniąc oczom oślepłym prochami,Szedłem tą drogą krzyżową i czarną,Jako ów pielgrzym, idący znad ArnoPrzez kręgi piekieł. A taki nad namiBył ucisk, taka głuchość i martwota,Jaka ma nastać przy końcu żywota.............Od bolesnego odbiwszy się grodu,Wyszliśmy w pole szeroko zdeptane.A już się rosy perliły zachoduI wskróś nad ziemią lireczki szły szklaneSkowrończych głosów, które się na łunyNiosąc, powietrzne potrącały struny.
A idąc onym polem we mgłach sinem,Pod las my przyszli i pod wielkie drzewa,Gdzie stercząc z zgliszczów zczerniałym kominem,Spalona chata stała, smolne trzewaBelek i tramów dym jeszcze dawały.Przy chacie sad wiśniowy, kwieciem biały,
I długi żóraw studzienny. Pod płotemW zgrzebnej koszuli i twarzą do ziemi
Leżał pastuszek mały, włosów złotemNakrywszy piasek, rękoma drobnemiRozkrzyżowany, jak orlik, szerokoW tem polu, krwawem dziecięcą posoką.
Przy nim fujarka i nóż i wierzboweGałązki młode z zastygłą krwi rosą...Przypadłem z jękiem i martwą mu głowęPodjąwszy, niosłem tę dziecinę bosą,By jej mogiłę dać i z mchów posłanie.A niosąc brzemię to, wołałem: »Panie!...«
I pod krzyż go tam złożyłem wioskowy,I na pierś drobną upadłem sierocie.A z krzyża Chrystus poglądał surowyZ twarzą zczerniałą, z koroną w pozłocieBlasków zachodnich i zdał mi się krwawićPięciu ranami swemi... Nie mógł zbawić,
O, nie mógł zbawić, ziemio, krzyż ten ciebieI próżna miłość ta i ta ofiara!Ty jad przekleństwa pożywasz w twym chlebieI zawsze jesteś pogańska i staraI nienawiścią żyjesz, a widomyTwój znak to wilcze plemię i miecz Romy!........................A gdyśmy weszli w las, uderzył we mniePłacz bardzo rzewny i kwilenie ciche.Więc idąc na ten głos w najgęstsze ciemnie,Ujrzałem w trawie dzieciąteczka liche,Jak wyciągały wychudłe rączynyPo kąsek chleba, a ten był — jedyny.
Tak z puchów gniazda dziobeczki pisklęceSterczą dokoła z wrzaskliwym szczebiotem,
Jako tych dwojga głowiny i ręce...Na twarzy matki chmura: »A co potem...Co będzie potem, gdy chleba zabraknie?...«Dokończyć nie śmie i sama — nie łaknie.
I nagle wielkie przejęło mnie drżenieO ten drobiażdżek nędzny, o te dzieci...Gdy wtem, przez ciemne drzew onych zielenie,Czerwona strzała słoneczna nadleciI głów tych dotknie krwawością zachodu...............Pobladł mój anioł i rzekł: »Zginą z głodu«.
A gdyśmy zeszli nieco, rzekła pani:— »Oto jest rozstaj i krzyżowe drogi.Chceszli, wywiodę cię już z tej otchłani,Bo z prędka ciężkie tutaj przyjdą trwogi,Od których więdnie wszelki duch człowieczy,A gorsze od tych są poślednie rzeczy«.
Rzekłem: »O jasna, ty wiesz. Ale ze mnąJest miłość, która daje wielkie siłyI gwiazdą wschodzi tam, gdzie zewsząd ciemno,I życiem dyszy na spodzie mogiłyI na dnie śmierci. A jam zrodzon w płaczuI usta ziemi mówią mi: »Tułaczu«...
A jeśli skrzydło jaskółcze się przetrzeSkróś burzy, tedyć ją i duch przeminie«.A ona, pilno patrząc na powietrze,— »Człowiek tam jeden — rzekła — nędzny ginie,Jak Judasz, wielki ów przedawca Chrysta«.I szła, kwapiąca się i smętkiem mglista.
A ja, nie wiedząc, o czemby mówiła,Za wiewem szat jej szedłem zadumany.A wiodła nas tam ścieżeczka pochyła,W dół spadająca od leśnej polany,Na której łuny gorzały zachodnie,Z wierzchołów sosen zatliwszy pochodnie.
A w dole, jako zroszone mrowisko,Kiedy je oścień podważy od spodu,Czerń widać było i obozowiskoZbrojnego, różnych zawołań narodu,Skąd jak kipiątek z kotła i jak pary,Huk bębna buchał i zmieszane gwary.
I wnet rozległo się przed nami pole,Które w siności onej przedwieczornej,Podobne wodzie wielkiej i jeziornej,Pod oparami stało, a w półkole,Białością płócien bijąc w zachód złoty,Jak wzdęte żagle, bielały namioty.
A tam, gdzie pani moja mnie wywiodła,Wzgórek był, wyspie podobny, nieduży,A na nim w wielkich blaskach stała jodła,Strzaskany mając czub, jak maszt wśród burzy,I bursztynowych żywic pełne wnękiI grube, smolne, z pnia sterczące sęki.
Ledwie objąłem wzrokiem to widzenie,Gdy zabrzmiał hejnał, bo gasło już słońce,I wnet z mrowiska tego wyszły cienieI pod trąb głosem szły roty milczące,Wijąc się zwolna w przeguby ogromne.Stanęli.
...Nigdy tych głów nie zapomnę,Co się odkryły nagle pod jasnością
Grającej zorzy i pod łuną krwawąI zaświeciły wygoloną kościąCzaszek, do których śmierć miała już prawo.Bo z życiem o nie ciągnęła już losyI ustawiła je — pod rozmach kosy.
Cisza przez chwilę, potem bęben. PotemBuchnęła wielka pieśń z olbrzymią siłąI pod tem niebem otwartem i złotemTysiąc się głosów, jako wicher, wzbiłoI tysiąc głosów, jak wicher, opadło.Spojrzałem, słońce zczerniało i zbladło.
I znowu cisza i znów bęben. PoczemZnów się zerwała pieśń i jęk modlitwyZ takiem ogromnem natchnieniem proroczemŚmierci i z taką dziką wrzawą bitwyI z takim płaczem i z taką żałobą,Że słońce łuny zgasiło za sobą.
A wtedy pod tą siną, trupią zorząRozbrzmiało wielkie »amen«, jak grzmot w górach,I zobaczyłem nagle rękę Bożą,Pięciu palcami rozwartą na chmurach,Lecz nie ojcowską i błogosławioną,Tylko gróźb pełną i krwi i czerwoną.
Więc strach uderzył we mnie, jak błysk gromu,I szat mej świętej chwyciłem się z trwogą.A ona: — »Oto idziesz z nieszczęść domuI z domu gniewu idziesz czarną drogą,A jeszcześ nie zwykł i mrużysz powieki:Zaprawdę, ludzki duch — jest duch kaleki«.
A gdy mówiła jeszcze, ono wzgórze,Kędyśmy stali, tłum wielki otoczył,
Ciągnąc człowieka jednego na sznurze.A człowiek miotał się i pianą broczył,A ci, co bliżej byli, rudą błotnąCiskali w niego i mową sromotną.
A kiedy przyszli nawprost onej jodły,Która, drżąc w sobie, dawała szum mały,Poznałem, iż był markietan, człek podły,Jakich za każdym obozem psy gnały;Ale u tego znalazły się sprawyInsze, bo szpieg był i przedawczyk krwawy.
Ohydnie rwał się i rzucał na smyczy,A z członków kręte uczynił gadziny;Lecz choć znać było, że dusza w nim krzyczy,Niemy miał język, zdrętwiały i siny.I to widziałem, że go od powrozaŚmiertelniej dławi strach i trupia zgroza.
A święta moja, cofnąwszy się krokiemI patrząc z wielką litością na tłuszczę,— »Prosiłam — rzecze — lecz Pan się obłokiemPomsty otoczył i rzekł: »Nie odpuszczę!«Straszną ten śmiercią tutaj zginąć musi...Zaprawdę, wojna Boga nawet kusi«.
I szła, spuściwszy głowę, aby onejRzeczy nie widzieć, co się tam czyniła.A była gwieździe podobna zgaszonej,Bo u tych bożych nie zawsze jest siła.A zaraz przypadł wichr i skłębił chmuryI mrok się rzucił nagły...
............Piały kuryNa czas północny i na nowe straże
Gwiazd, gdy się pełnia odkryła księżyca.A szliśmy wtedy przez stare cmentarze,Nad których ciszą moja przewodnica,Podniósłszy ręce w miesięcznej jasności,Błogosławiła mogiły i kości.
— »Błogosławieni, coście się wróciliDo domu swego i swego początkuI którym oczy zmęczone nakryliGarsteczką piasku i kwiecia użątku...Błogosławiony głóg polny i zioła,Co wam pierś martwą odziały i czoła!
Albowiem matce nie wróci nikt płodu,Ani dziecięcia, aby je nosiła,Jak w pierwszych czasach poczęcia i rodu.A ta oddanych ma sobie mogiła,A ziemia znów jest nimi obciążona,Jako dni onych, nim wyszli z jej łona.
Błogosławiony grób cichy, co chowaUmarłych prochy, iż wiatr ich nie miota.Albowiem wielka spokojność grobowaJest im odpłatą za burzę żywota,Co prędszy, niźli zawodnik w swym biegu,Dobra nie widział, a już jest u brzegu...
Lecz tu nalezion wielki jest i małyI wyzwolony jest jeszcze od pana,A usta, które o grób swój wołały,Już ukojone są i wszelka ranaI wszelka żądza tutaj się popieli...Błogosławieni, którzyście spoczęli!«
A gdy mówiła, zapadłe mogiłyI opuściałe zdawały się kwiecić,
A brzozy szum swój i płacz uciszyłyI ze dna nocy szły gwiazdy im świecić;I uciszyły się skrzypiące krzyżeI wszystko stało w milczeniu i w mirze.
A dla mnie, którym szedł z onym aniołem,Wielkim spoczynkiem były te momenty,Bom był zmocowan dróg onych mozołemI czułem w sobie krzyki i lamentyDucha, a one okropne widzeniaGłosem wołały we mnie — zapomnienia.............Nagle pies zawył w oplotach, po rosie...Ustał — i znowu zawył... Taka żałośćI taki ludzki ból był w onym głosieI taki jęk był i taka omdlałość,Że czułem, jak mnie skrzydłem nietoperzaStrach oblatuje i w piersi uderza.
A gdym miał mrowia tego pełne żyły,Drugi się zaniósł i trzeci gdzieś wtórem;I tak ku sobie te psy w pole wyłyNa wielki, srebrny księżyc. A dziś pióremNie wydam onej troski i nudności,Jaka mi od nich do szpiku szła kości.
A zaraz potem wyszliśmy tu blizkoNa wieś spaloną i na zgliszczów kupy,A za nią było świeże bojowisko,Dokąd nam drogę wskazały dwa trupy,Patrzące w księżyc bez zmrużenia powiekI przeraźliwie ciche: koń i człowiek.
Dalej pięć było, dalej siedem, dalej...Przestałem liczyć, bo wstały mi włosy,
Jak kiedy burza łan żytni powali,A jedne w drugie wdeptane są kłosy,Tak po batalji tej leżeli wałem,Broń na broń wparta, a ciało pod ciałem.
A nim my przeszli te pierwsze okopyTrupie, już na nas uderzył wiatr zgniły —I w krwawej glinie zaczęły lgnąć stopy.A ja, wspomniawszy na one mogiłyCiche: »Uczyńmy — rzekłem — grób, o pani,Iżby spoczęli ci niepogrzebani!«
A ona: »Nie jest mi to dozwolonem,Ale ci wszyscy są tu w ręku Boga,A Bóg ich w polu zostawia czerwonem,Aby z nich zgniłość szła na świat i trwoga,A iżby ludom te trupy się śniły,Aż wszyscy cichej zapragną mogiły.
Lecz teraz idź a patrz!« — I rękę jasnąŚciągnęła, kędy czarne jakieś mrowiePełzło na trupy......O, niechaj zagasnąZgwałcone oczy w mojej nędznej głowie!To byli... Chryste! Tą się hańbą spalę...Nie! To nie ludzie byli! — To — szakale!
Lecz jam ich widział i nic już nie zetrzeTej okropności sprzed mojej źrenicy,A choć dokoła tak czyste powietrzeI choć sam w sobie strzegę tajemnicy,Czuję, że żyję i dycham w tym brudzie...Nie! To nie były szakale... To — ludzie!
Cisi i szybcy, z worami zgrzebnemi,Zdzierali trupy z odzieży do naga,Piersi im gniotąc i szarpiąc po ziemi...I nie wiem, skąd ta upiorna odwaga
I bezwstyd krwawy i piekielne siły,Bo i kobiety wśród tych hyen były.
A tam, gdzie przeszli, pod jasność miesiącaBielała nagość ciał okropna, sina.I zdało mi się, że noc sama drżącaZe zgrozy blednie i czas swój przeklinaI że trup który wstanie i zakrzyczyNa te zmierzchniki i nie da zdobyczy.
Jak nieprzytomny i jak obłąkany,Do mojej świętej tuliłem się z trwogą,I tych pobitych czułem w ciele ranyI nie wiedziałem, gdzie stąpić mi nogą,Bo wszędzie była krew, krew, krew i zbrodnia...............A pani moja i gwiazda przewodnia,W Boga wpatrzona, szła cicha i biała,Lecz owa jasność nad czołem jej — drżała.
IX.O smętnej mowy i cichego licaPani! O pani zadumanych oczu!Czy ty pamiętasz ten promień księżyca,Co się na szaty twojej kładł przezroczuI do stóp twoich padał, drżący cały,Mniej od nich srebrny i mniej od nich biały?
Czy ty pamiętasz te miedze zroszone,Po których szliśmy, objąwszy się społem,Dwa cienie smętne i niepocieszone?Bo są godziny, gdy człowiek z aniołemTak się porówna boleścią nad światem,Że tych najczystszych czuć może się bratem.
Gwiazdy nad nami gasły mętne, sine,I księżyc topniał, obliczem upiora
Wsiąkając w ciemną zachodu głębinę.I tak my doszli na próg tego dwora,Co stał jarzębin czerwienią nakryty.Brytan nie bronił wejścia — był zabity.
A ja, com przeszedł ono bojowiskoI miałem oczy pełne widzeń śmierci,Gdym spojrzał na to rozciągnięte psisko,Z łbem rozpłatanym, jak granat, na ćwierciI krwawym mózgiem plamiące próg domu,Tom się tak wzdrygnął cały, jak od sromu.
Próżno on tutaj odprawiał swą wartęTrupią i próżno zawalał tu drogę,Bo drzwi zgwałcone i z haków wyparteWidną czyniły w komnacie tej trwogęOstatniej walki i mord i zelżywośćI wielką przeciw rzeczom martwym mściwość.
Na wznak, z obliczem ściągniętem, zsiniałem,Leżał trup jeden przez izby połowę,Jakby nie wroga zabity wystrzałem,Ale piorunem krwi rażony w głowęNa widok jakiś szatański, piekielny,Bo ogień w twarzy miał i gwałt śmiertelny.
Na pierś mu runął drugi, wystrzeloneKrócice cisnąc, ogromny i srogi...I tak zastygły te ciała czerwoneW jakimś momencie zdumienia i trwogi,Że takie głownie na gniazdo Bóg ciskaI patrzy na to i gromem nie błyska.
Jeszcze mi oczy po izbie szły kołemOd tych dwu trupów, leżących powałem,Gdym jęk usłyszał; a choć się zaciąłemPrzez tę noc jedną, jak wilk, choć słyszałem
Krzyk mordowanych i batalji głosy,Na ten jęk cichy powstały mi włosy.
Bo szedł nie z piersi ludzkiej, lecz z otchłaniTakiego piekła i z takiej czeluści,Gdzie się z letargów budzą pogrzebani...Więc pomyślałem: Jeśli Bóg dopuści,Że z takim jękiem wstać mają wskrzeszeni,Niech lepiej zaraz świat w garść prochu zmienizmieni.
W izbie znów długa cisza... A wtem z ziemiTrup jeszcze jeden przez pół się podźwignął,Z twarzą zakrytą włosami lepkiemiOd krwi... O, bogdaj lepiej był zastygnąłI leżał jako powalona kłoda!Kobieta była, pewno żona młoda
Z tych dwu jednego, co tam w krwi kałużyLeżeli, z krzywdą na licach przywarłą;A była zmiętej porównana różyI chociaż żywa, zdała się umarłą,I duch w niej zaraz począł mdleć i trwożyćSobą i oczu nie mogła otworzyć.
Krzyknąłem... Chciałem biedz z tej krwawej sieniDo tego domu gwałtu i boleści,Lecz pani moja i surowa ksieni:— »Zaniechaj — rzekła — bo Pan rękojeściSądnych szal trzyma w błękitach i ważyWielkich krwie ludzkiej, a mocnych szafarzy.
A w ciszy niech trwa sąd, aż szale zniosą«.............A wtem skrzypnęły drzwi u drugiej ścianyI weszło dwojgo...W koszulkach, wpół boso,Chłopczyk, trzylatek może, taki lnianyJak ta kądziołka, i dzieweczka drobna,Dziwnie do onej omdlałej podobna.
Weszli i szyjki wyciągnąwszy cienkie,Jako wróbliki one, patrzą w trwodzeNa matkę, że ma tak zdartą sukienkęI że tak leży na zimnej podłodze,Takie stargane włosy ma, tak blada,Nie patrzy na nich wcale... i nie gada...
Za niemi sługa stary, z niemowiątkiemNa ręku, stanął i skostniał u proga.Aż mu do oczu podeszła kipiątkiemWielka, gorąca łza i tak do BogaApelujący stał, z tą łzą na rzęsieI z głową siwą, co się w ciszy trzęsie.
A takie na nas szły z ciszy tej jęki,Takie obrazy i strachy czerwone,Że święta moja, ściągnąwszy swej ręki,Z szat oczom swoim zrobiła zasłonęI blaski swoje przyćmiła u czoła,Do grobowego podobna anioła.
A ja, gdym wyjścia z onej rzeźni dożyłI złote słońce ujrzał na rozświcie,Tom czuł, że gdybym usta me otworzył,Nie jękby wyszedł ze mnie, ale wycie,Jako więc psów tych, którzy tam przez rosyNa pełny księżyc wyli wniebogłosy.
Bo już ustało we mnie człowieczeństwoI jużem duszy nie władał językiem,A niepamiętna wściekłość i szaleństwoPrzez piersi szły mi z takim dzikim krzykiem,Że gdybym wtedy go wypuścił z garła,Rodzona matka-by się mnie zaparła!
I tak mnie odwiódł anioł mój...............
O wojno!Nie przeleciałaś ty nad ziemią cwałem,Nie przeleciałaś ty nad polem zbrojno,Ale wężowem i ohydnem ciałemDo cichych wpełzłaś gniazd, aby je skalaćI oczy piskląt krwią matczyną zalać!
X.— »Na miejsca puste, na miejsca bezwodneZawiedź mnie, jasna, a posadź mnie w ciszy!Niechaj przepaście obejmą mnie chłodne,Niech się pierś moja ciemności nadyszy,I tam mnie zawiedź, skąd słońce ucieka,Abym oblicza nie widział człowieka«.
Rzekłem, a pani moja, bardzo cichaI w tajnych myślach swoich pogrążona,Szła przeciw wiatru małemu, co wzdychaW przydrożnych trawach, a miała ramionaJak zwiędłe lilje, a oczy na niebie.I rzekłem: — »Dozwól, a puść mnie od siebie.
Albowiem cięższe to jest, co zaznałem,Od grobowego na piersi kamienia,A dosiężony jestem w serce strzałemTakiej żałości, co w jady krew zmienia,A żywot sobiem zbrzydził...«Rzekła: — »MałoJuż drogi onej przed nami zostało.
Bo nie jest wszystko tobie pokazanem,A tylko rąbek uchylon zasłony,A świat się o to niech modli przed Panem,Aby choć jeden z was był naleziony,Któryby całe piekło to obaczył,I wrócił z drogi tej i nie zrozpaczył.
Albowiem przyszłość ziarn swoich nie siewaNa polu ornem, ani na ugorze,Ale na sercu, co jej się spodziewa...«A ja, wspomniawszy, com widział w tym dworze:— »Zaprawdę — rzekłem — są krwawe jej ziarna,A rola ogniem spalona i czarna«.............
A tam, gdzie z sobą mieliśmy te mowy,Leżał niewielki grodek, snadź w pośpiechuOpustoszały, jakby w czas morowy.A ci co uszli, zostawili echuDziwnie żałosne głosy, które drżałyWśród pustych domostw, jęk czyniąc niemały.
A wszystkie one pogwałcone muryPrzeciw nam w bramy zdawały się cisnąć,A stosy sprzętów, zrąbanych na wióry,Na czterech rogach rynku miały błysnąćPożogą, która nie jest zwykłą klęską,Ale haniebną zemstą i niemęską.
A gdyśmy, idąc, odeszli niewieleOd tego miejsca, rozległy się dzwonyNa starym, dosyć wyniosłym kościele,A świat się cały zdawał być ruszonyTym wielkim głosem żałości i trwogi,Który łkający był, a razem srogi.
Kościół zczerniały, lipami nakryty,Nad których zieleń błyskały z wież krzyże,Miał smukłe, pełne gniazd gołębich szczyty.A gdy tak nad nim rozbrzmiały te spiże,Zdawał się w niebo róść i iść przed namiRazem z tym jękiem dzwonów — błękitami.
A dzwon przed sobą powietrzne gnał kręgi,A ziemia pod nim, jak pod grzmotem drżała,Aż gdy najwyższej dosięgnął potęgi,Nagły go zdławił huk, jakby huk działa...Pękła spiżowa pierś i tylko długoSerce zgrzytliwą jęków brzmiało fugą.
A wtedy stanął kościół oniemiony,Jakoby we mgle i w chmurach zawisnął,A ten krzyk trwogi, którym był niesiony,Na wzdychające echa się rozprysnął.I tylko dzwonnik martwy chwiał się w górzeNa tym, którego nie chciał puścić, sznurze.
A pani moja, wejrzawszy na niego:— »Oto się — rzecze — pozostał na straży,Jak kruk powietrzny u gniazda swojego...A oto trup ten miastu gospodarzyI jest pustego grodu hospodynem...«A on też patrzał na nią licem sinem.
A wtem z kościoła gwar buchnął i krzyki,I śmiech hulaszczy, rozpustny i wrzawa,A między lipy, skąd pierzchły słowiki,Konie wodziła pijana czerniawaObozującej wśród ognisk drużyny,A u drzwi w kozłach stały karabiny.
Zaczem my na próg weszli...Wielka nawaW łuki gotyckie sklepiona, zczerniała,Przez pół od ognisk rozpalonych krwawa,A przez połowę w grubym mroku stała,Podobna piekieł otwartej czeluści.............A jeśli kiedy Bóg na mnie dopuściSzatańskich widzeń mękę przed skonaniem
Tak, jako o tem mówią ludzie starzy,Niechaj mi uszy napełni zgrzytaniemWszystkich piekielnych mar, lecz niechaj twarzyTych nie oglądam, które mi tam byłyZjawione, bobym skonać nie miał siły.
A to, co oczy moje tam widziały,Nigdy nie będzie nikomu wiadomem.To tylko powiem, że Chrystus zczerniałyGłowę na krzyżu odwrócił ze sromemOd onej zgrozy i na pierś ją skłonił,I wielkie, krwawe łzy po licu ronił.
A wtedy ono ciche światło bożeZgasło nad czołem mojej BeatryczeI zaszło, jako wieczorowe zorze...A ona, czarnym kirem swe obliczeZ głową nakrywszy, raz tylko westchnęłaI z oczu moich zeszła i zniknęła.
XI.Nikt mi już nigdy z duszy nie wyrzuciTego, co krwawi i co mi ją smuci...Nikt mi już nigdy z przed oczu nie zetrze,Ani na żadnym rozwieje się wietrze,Ani Bóg nawet odmienić jest w mocyTego, com widział i czuł owej nocy.
A kiedy teraz samotny usiadam,To wiem, że przyjdą do mnie wielką rzesząI jęczeć będą, gdy do nich zagadam...A jako chmury, za wiatrem gdy śpieszą,Tak wskróś mnie idąc, w cień mnie swój ogarnąTe trupy nocą gorącą i parną.
Są słowikowie, co po lasach jęcząNieutulonem każdą wiosną łkaniem;
Są tajne smutki, co przędzę pajęcząWskróś duszy snują z żałosnem wzdychaniem.Lecz cięższą nad to jest boleść i trwoga,Co w izbie mojej dziś stoi u proga.
I patrzę w ciemność i słyszę wśród ciszyUst konających westchnienie i jęki,A ciemność bierze kształt i ku mnie dyszy.A gdzie wyciągnę ramię, tam się rękiZimnej dotykam i ze zgrozą czuję,Jak mnie dech trupi wkoło oblatuje.
Wróciłem z drogi śmiertelnych przestrachówI z drogi gwałtów i z przerażeń drogi,I wywiedziony jestem z śmierci gmachów,A pełnym w sobie żałości i trwogi,I jasność oczu moich mnie rzuciłaZ tą, co mi gwiazdą na drodze tej była.
W bezbrzeżny smutek i w niepocieszonyMyślą posępną zapadam i duchem,A przy mnie stoi cień wojny czerwonyI gada do mnie milczeniem pól głuchemI jękiem matek, co synów swych płaczą,Iż ich już stare oczy nie obaczą.
I tak dziś siedzę, jak kruk osamiały,Z dala od ludzkich zaprzątnień i wrzawy,I słyszę onych czarnych rot hejnałyI ów pobitych dworzec widzę krwawyI dzwony słyszę, bijące na trwogę...I uciec od nich chcę precz — i nie mogę.
A kiedy o tem zadumam się smutnie,Dusza się we mnie staje bardzo sroga...I na ogromnem, rozciągniętem płótnieKreślę w obłokach siedzącego Boga,
A niżej głazy ofiarne i sinyDym, co wstępuje w niebo z łez doliny.
A wtedy w izbie mojej słyszę łkanie,Idące ku mnie z wieków głębokości.Bo nie jest dotąd insze panowanieNad ziemią, jeno starej onej złościI starych onych pierworodnych waśni,A bracia dotąd walczą, jak zapaśni.
I słyszę huk i trzask zwalonych grodów,Chrzęst pól deptanych i krzyk gwałtów słyszęI świst pożarów i zgrzytanie głodówI wielką mogił po rozstajach ciszę,I dziatek drobnych skwierk i wrzask niewieściI skamieniałej milczenie boleści.
A nie nalezion jest czas w dziejach świata,Coby nad piekłem tem zabłysnął tęczą.I dotąd gołąb ów biały oblataZiemie, co płaczą, i ziemie, co jęczą,A odpocznienia nie najduje sobie,Bo potop krwi jest na całym tym globie.........................O rodzie ludzki! O plemię Kaina!Ten sam ty zawsze bratobójca stary,Co na ołtarzach najświętszych zarzynaKrwią wołające, niewinne ofiary...Ten sam ty zawsze! A cień twej maczugiNa całą ziemię padł czarny i długi.
Zabity brat twój siermiężny i cichyPasterz trzód białych i jagniąt swych trzody;Skowronek oto zabity jest lichy,Pszczoła nosząca do ulów swych miody,
A kłos, co ledwo zawiązał się w ziarno,Wdeptany w ziemię i w rolę cmentarną.
O rodzie ludzki! O plemię Kaina!W gniewie ty jesteś i w pomście poczęty...Z dziada na ojca, a z ojca na synaSiew starych zbrodni upada przeklęty,I własna matka-ziemia cię przeklina...O rodzie ludzki! O plemię Kaina!........................A ty, któremum prawił te powieści,Wstań, a pójdź, niech cię uścisnę jak brata.Boś uczestnikiem był mojej boleściNad wielką nędzą i nad zbrodnią świata.A zaś jak pielgrzym idź, a wytrwaj w znoju,A przepowiadaj wieść dobrą pokoju.