Z wiejskiej szkółki (Konopnicka, 1915)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Wiosenny powiew, co kwiatów na łąceZbudził kielichy,Usta jej zimne, pobladłe, milcząceCałował cichy.Lekuchnem drżeniem przejmował zasłonyCzarnej sukienkiI pęk róż dzikich i wianek zielonyW głowach trumienki...Cicho szeleszcząc przez powój i rąbkiBiałych firanek,Nienakarmione wypłaszał gołąbkiNa pusty ganek...Otwartem oknem jaskółka wleciałaZ pieśnią majowąI czarnem skrzydłem mignęła, jak strzała,Nad martwą głową.Gromnica błyski zimne, jak łzy cudze,Rzucała drżąca,Ruchomą plamą czerwieniąc się w smudzeZłotego słońca.Nikt się nie modlił, nikt we łzach nie klęczałPrzy tej trumience...Nikt się z tą bladą nie żegnał, nie jęczał,Złamawszy ręce...I tylko Chrystus wyciągał ramionaZ krzyża boleśnie,

I tylko pliszka, z gałązki spłoszona,Nuciła pieśnie...

Nagle z kościółka rozgrzmiały się dzwony,Przeciągłe, łzawe,A las zaszumiał w chór sosen zielonyŚmiertelne »Ave«...Na łąki idąc ze świtem i rosą,Wiejska gromadaStanęła w progu, ten z sierpem, ów z kosą,Jako wypada.Pod przyźbą stoi, oparta pod brodę,Znachorka siwa,Wróżąc sąsiadkom na lny ich pogodę,A deszcz na żniwa...Młode wieśniaczki z oczyma suchemiWzdychają głośno,A dziad zawodzi, zasiadłszy na ziemi,Pieśnię żałosną.Wtem śmiech wybuchnął kaskadą wesołą:To dziatwa wioski,Co się zebrała przed pustą dziś szkołą,Gwarząc bez troski...Śmierć z swym spokojem ustąpić musiałaPrzed życia ruchem...I tak zasnęła ta cicha i białaWśród obcych duchem.

O lesie ciemny! O smutne wy dzwony!Kogo żegnacie?Gdzie jest jej matka? Gdzie ojciec rodzony?Gdzie bracia w chacie?— Rodzona matka — to ziemia, co płowyPlon żyta dała...

— Ojciec rodzony, to lud ten wioskowy...Tak go kochała!— Rodzone siostry i bracia rodzeni,To wiejskie dziatki,Te, które wiodła do światła od cieniZ uczuciem matki.Młoda żniwiarka na wspólnych prac niwieStanęła śmiałoI snop swój ciężki wiązała cierpliwiePrzez dobę całą.Choć nikt zachęty nie ozwał się słowem,Nie dał pomocy,Trwała tak, stojąc, na polu jałowemZ świtu do nocy.I tylko czasem, pobladła, znużona,Z mokrą powieką,Wznosiła swoje mdlejące ramionaW przestrzeń daleką...I tylko czasem szepnęła: »Jak ciemno!Kiedyż zadnieje?«Walcząc z śmiertelną niemocą daremno,Tracąc nadzieję...Ach, ona była, jak tęcza, co ziemięJednoczy z niebem...Była skowronkiem dla wioski, co drzemie,Dla ducha — chlebem...I była rosą, co rzeźwi o świcieZioła mdlejące...Była gwiazdeczką, co czuwa w błękicie,Nim wzejdzie słońce.

Dziś stary cieśla w trumienkę sosnowąZabija ćwiekiI krzyż zakreśla w powietrzu nad głowąW odjazd daleki...Ubogi wózek zaskrzypiał na piaskuSamotną drogą,

Przed nim mgła srebrna, a za nim snop blasku —Więcej nikogo.Tylko sierotka żegnała go małaSmutnem wejrzeniem,Tylko się róża w ogródku rozwiałaOstatniem tchnieniem...Tylko jaskółki za trumną leciały,Szczebiocąc długo...I tylko tuman wstał cichy i białyNad modrą strugą...