Śpiewnik historyczny — całość
OFIAROWANIE
Dzieciom polskim, zrodzonym w niewoliNa okrytej żałobą dziś ziemi,Gdzie nie wolno zapłakać, gdy boli,Gdzie ojcowie są smutni i niemi,Dzieciom polskim te pieśni podawaKu nadziei dni lepszych —Jan Sawa.
Z młodu, z młodu, do zawoduOrlik z gniazda leci,I w błękity czeka wzbity,Aż słonko zaświeci.
Z wiosną, z wiosną, kłosy rosnąPod majowem niebem,Nim zaszumią złotą falą,Nim zapachną chlebem.
A toż bracie, czas i na cięIść w orłowe loty,Czas ci runią wzejść nadzieiNa plon jutra złoty!
Pierwsze kwiatki nieść dla matkiMiło rankiem w maju,Pierwsze czucia dla Ojczyzny,Pierwszą pieśń dla kraju!
A jak wolna piosnka leciZ piersi polskich dzieci,To od Wisły aż do WartyŚwiat przed nią otwarty!Utulą, ukoją,Poznają jak swoją,Bo ta nasza zorzaOd morza do morza!
A jak wolna piosnka leciZ piersi polskich dzieci,To od Warty aż do BugaDroga jej, — jak długa.Śpiewa mazur, zasieŚpiewa i Podlasie,Boć ta nasza zorzaOd morza do morza!
A jak wolna piosnka leciZ piersi polskich dzieci,To od Niemna, Wilii brzegaEcho się rozlega.Lachy i LitwinyJednej matki syny,Boć ta nasza zorza,Od morza do morza!
A jak wolna piosnka leciZ piersi polskich dzieci,Białowiezka puszcza dzwoniGopło szumi do niej...Po Karpaty-góry,Leci pod lazury,Boć ta nasza zorza,Od morza do morza!
Ojczyzna moja — to ta ziemia droga,Gdziem ujrzał słońce, i gdziem poznał Boga,Gdzie ojciec, bracia, i gdzie matka miła,W polskiej mnie mowie pacierza uczyła.
Ojczyzna moja — to wioski i miasta,Wśród pól lechickich sadzone od Piasta;To rzeki, lasy, i niwy, i łąki,Gdzie pieśń nadziei śpiewają skowronki.
Ojczyzna moja — to praojców sława,Szczerbiec Chrobrego, Cecorska buława,To duch rycerski, szlachetny a męski,To nasze wielkie zwycięstwa i klęski.
Ojczyzna moja — to te ciche pola,Które od wieku zdeptała niewola,To te kurhany, te smętne mogiły —Co jej swobody obrońców przykryły.
Ojczyzna moja — to ten duch narodu,Co żyje cudem wśród głodu i chłodu,To ta nadzieja, co się w sercach kwieci,Pracą u ojców, a piosnką u dzieci.
Hej, ciemna noc i mglista,Hej, bat nad końmi śwista,Hej, drogą wóz pomyka,Hej, wiozą w nim Sołtyka.
Hej, wiozą tydzień, drugi,Hej, aże do Kaługi,Hej, wiozą carskim szlakiem,Hej, że śmiał być Polakiem!
Hej, pany senatory,Hej, czynią wam honory,Hej, pierwsi wy na drodze,Hej, posieleńców wodze!
Hej, pójdą w wasze ślady,Hej, pędzone gromady,Hej, pójdzie waszym szlakiem,Hej, kto śmie być Polakiem!
Hej, wicher liściem miecie,Hej, nosi go po świecie,Hej, idźcie na kraj świata,Hej, naszych tam znajdziecie!
Pan Pułaski starosta,Nikt mu u nas nie sprosta!Jak szablicę przypasze,Nie da sobie pluć w kaszę.
Repnin gniewnie coś dmucha,Kręci wąsa od ucha,Ledwie zważa, jak z łaski,Co pan prawi Pułaski.
Tak od słowa do słowaSzła z Moskalem rozmowa,Aż generał tymczasemWsadził kaszkiet z lampasem.
Pan starosta warecki,Mars postawił szlachecki,I nad czubem — jak z płatkaBłysła konfederatka.
»Jak śmiał?« — Repnin zakrzyczy,Ciągnie szablę ze smyczy,Pan Pułaski też swoją,Patrzą na się i stoją.
Patrzą na się wprost w lice,Wytężyli źrenice,Pan starosta aż paliWzrokiem — wodza Moskali.
Co tam wzgardy dla dziczy,Tego nikt dziś nie zliczy!Patrzy Repnin, a czuje,Że mu wzrok ten w twarz pluje.
Więc od złości aż parska,Pyszna sztuka ta carska,A starosta — oczyma,Jak kleszczami go trzyma.
Wreszcie Moskal nie sprosta:— A jaki pan starosta —(Tu zdjął kaszkiet) — uparty!Ja tak tylko przez żarty...
Więc gdy z głową stał gołą,Pan Pułaski wzniósł czoło,— Ja — bez żartów — rzekł hardo,I odwrócił się z wzgardą.
I szedł w czapce z rozmowy,Nie schyliwszy nic głowy,Pan Pułaski starosta,Co mu nikt dziś nie sprosta!
Tam przez pole, przez Podole,Czy to sokół leci?Czy się wilkom świecą ślepie,Wskróś śnieżnej zamieci?
Ej, nie sokół to, mój bracie,I nie wilcze oczy,To tak pędzi pan PułaskiCo mu koń wyskoczy!
To tak pędzi pan Pułaski,Na tym białym koniu,Z czterech podków ognia krzesi,Po stepowem błoniu.
Wpadł na futor, wpadł do dworu,Jak duch pomknął skrycie,A po dworach, po futorach,Zakipiało życie.
Gdzie przewiała burka siwa,Gdzie koń zarżał biały,Biją serca, rwą się dłonie,Do oręża chwały.
Zbudził męstwo, zbudził dusze,Co zakrzepły w trwodze,Porwała się w pomoc szlachtaOjczyźnie niebodze!
Chwyta ojciec za szablicę,Syn na konia skacze,Chorągiewkę siostra szyje,Matka z cicha płacze...
Stąd, to zowąd hufiec leci,Samoczwór, samotrzeć,Zanim słonko dzień rozświeci,Chcą do Baru dotrzeć.
Milczkiem, chyłkiem, wiara spieszyPo drodze się mija,I pozdrawia starem hasłem,— »Jezus i Marya!« —
Do Baru! Do Baru!I starzy i młodzi,Ratujcie OjczyznęZ moskiewskiej powodzi!
Już ksiądz Marek święciNa wałach armaty,Krzyżem błogosławiTe Konfederaty!
Jak rzeki do morza,Z całej Polski płyną,Powiewa chorągiewNad wierną drużyną.
Krzyż na jednej stronie,Z drugiej Matka Boska,Z Chrystusem na łoniePani Częstochowska.
Poklęknął pod niebemHuf rycerzy święty,Z anielskim wziął chlebemNa śmierć sakramenty.
I chwycił szablice,I stanął na wale,Aż ziemia zagrzmiała,Aż zbledli Moskale.
Aż zbledli Moskale,Wyciągnęli szyi:— Cóż to jest za wojsko?— To słudzy Maryi! —
Zagrały harmatyI kule już warczą,A szlachta wykrzyka:— Marya nam tarczą!
Ksiądz Marek krzyż wznosi— A tęgo bić, dzieci! —— Nie damy się Moskwie! —W szeregach krzyk leci.
Co padnie bohater,To wstaje wnet drugi,— Za wiarę! za wolność!— Maryi my sługi!
I razi tak wrogaGarść barskich rycerzy,Co walczy za Polskę,Co kocha i wierzy.
I śmierć ich nie trwoży,Nie bolą ich rany,— Za wiarę! Za wolność!Za kraj nasz kochany!
Nad Podolem, nad Barem,Krwawe wstają tam zorze...Broni Baru Pułaski,A obronić nie może.
Broni Baru Pułaski,I ksiądz Marek go broni,Jeden szablę święconą,Drugi wznosi krzyż w dłoni...
Garstka mężnych przysięgła,Trupem zaledz próg miasta...Toć tu każdy syn Polski,Konfederat — i basta!
A pod Barem aż czarno,Od moskiewskiej piechoty,Drewicz działa zatacza,Kreczetnikow szle roty.
Uderzyli na szańce,Uderzyli na wały,Świsły kulki z rusznicy,I harmaty zagrzmiały...
Jak zaczęli od rana,Tak do nocy się biją.— Osłońże swych rycerzy,Częstochowska Maryo! —
Oj ty Barze, ty Barze,Padniesz — gdy tak Bóg każe,Ale świecić tak będziesz,Jak Ojczyzny ołtarze!
Od futora do futoraWieje tuman siny,Wyszedł z chaty Wernyhora,Lirnik Ukrainy.
Wyszedł z chaty Wernyhora,Na to puste pole,Zapłonęły ogniem, łzami,Źrenice sokole..
I popatrzał się na zorze,Pieśń zanucił z cicha,A wiatr wtórzy mu żałośnie,Po kurhanach wzdycha.
— Hej ty Polsko, ty Korono,Źle ci dola wróży...Giną, giną orły twoje,Wśród wichrów i burzy!
Giną, giną orły twoje,Litewskie pogonie,Bo nie ojca, ale wroga,Królem masz na tronie!
Bo nie ojca, ale wrogaMasz, Ojczyzno Lasza,Co srebrniki weźmie carskie,Za zdradę Judasza!
Hej, ty panie Poniatowski,Ty stolnika synie,Zagubisz ty Polską ziemię,I lud w Ukrainie!
Hej ty panie PoniatowskiTy carycy sługo,Przedasz, przedasz ty Ojczyznę,W tę niewolę długą!
Oj zapozwie cię Ojczyzna,Przed straszny sąd Boski,Przeklną ciebie polskie matki,Panie Poniatowski!... —
Po mogiłach orły kraczą,Wieje tuman siny...Z wichrem śpiewa Wernyhora,Lirnik Ukrainy.
Przyleciała wieść o Barze,Nad tę Newę siną,Przeraziła Moskwę całąRazem z Katarzyną.
— Twarde życie u tej Polski,I dusza rogata!Trzeba wzburzyć przeciw bratuRodzonego brata!
Póki trzyma lud ze szlachtą,Póty Polska stoi!Trzeba zerwać jedność w Polsce,Dalej, słudzy moi! —
Nieście między lud hramotę,Że mu daję wolę,Dajcie pisać pismo złote,Niech szlachtę wykole! —
Uderzyły popy czołemPrzed swoją carycą,Nakryła się UkrainaCzarną nawałnicą.
O nieszczęsna Ukraino,Nieszczęsne Podole,Oddałaś ty wolność Polski,Na carycy wolę!
Jak szerokie ziemie twoje,Tak się Moskwa krząta,Kuje spisy już Żeleźniak,Poi lud pan Gonta...
Święcą popy w cerkwiach kosy,Rozdawają noże,Zapłonęły ogniem dwory,Słońce zgasło boże...
We krwi stoi Humań własnej,Stoi Śmiła w męce,W Żwinogródce krzyczą dzieci,Matki łamią ręce...
O nieszczęsna Katarzyno,Zdrajczyni na tronie,W tej krwi, co tam rzeką płynie,Imię twe zatonie!
Zaświeciłeś ty przykładem,Barze, jako słońce!Już konfederackim łademWiążą się obrońcę.
Tam od Gniezna pan Morawski,Orły swe rozwija,Z Lanckorony mu BeniowskiOdkrzyka: »Marya!«
Nie wie Drewicz gdzie uderzyć,Gdzie się brać do dzieła...Aż tu huknie Dzierżanowski— »Jeszcze nie zginęła!«
A pan Kaźmierz, pan Pułaski,Na swym białym koniu,To w Karpatach się szańcuje,To hasa po błoniu.
Kto wyśpiewa, kto policzy,Te dzielne imiona,Co zabłysły nad Ojczyzną,Jak złota korona!
Jedno serce bije w piersiŻołnierza, hetmana,Cała Polska w ogniu stoiSkonfederowana.
Choć ją Moskwa zawojujeOgromem i siłą,Ale chwały nie zagłuszy —Niewoli mogiłą!
Póki ducha w piersi stanie,Póki w łąkach kwiatów,Póty będziem czcić i śpiewaćTych konfederatów!
Od kurpików, od puszczy,Ciągnie drogą kurzawa,Tęgo Moskwę przetrzepał,Nasz pułkownik, pan Sawa!
Ukrainiec to rodem,A Caliński mu miano,A tak Polskę miłuje,Jak tę matkę kochaną...
Pod Drobinem, miasteczkiem,Czerwieni się murawa,Czerwieni się i piasek,Bił tam Moskwę pan Sawa!
Jako piorun — tak razi,Jako sokół — tak spada,A z nim wierne mazury,I kurpików gromada.
Ledwie Moskal nos wytknie,Już pan Sawa go wali,Aż Suworów się ruszyłZ wielką siłą Moskali.
Wre pod Szreńskiem od śwituBitwa owa ostatnia...Panu Sawie urwałaNogę kula armatnia.
W puszczy skryła go wiara,Ale Moskal wytropił,I żelazo bagnetówW mężnem sercu utopił...
Szumi puszcza kurpiowska,Zieleni się murawa —Dotąd żyje tam w pieśniachNasz pułkownik, pan Sawa!
Gdzie wy, gdzie wy, nasze wodze,Nasze bohatery?Rozniósł wicher wasze prochy,W świata strony cztery!
Zginął, zginął pan PułaskiW cudzej, obcej stronie,Żyć nie mogąc bez wolności,Poległ w jej obronie.
Cudze ziemie, cudze morza,Brzmiały jego chwałą,Nad narodem imię jegoGwiazdą zajaśniało.
Pamiętają te Karpaty,Jasna Góra, Kraków,Jak tam walczył, jak wojował,Za wolność rodaków.
Na tułactwie, gdzieś w sawannach,Serce jego dumne,Wysłużyło sobie męstwemGrobową kolumnę...
Martwy kamień w obcej ziemi,Obce wzniosły dłonie,Żywy pomnik — w sercach braci,W Litwie i w Koronie.
Hej, nad tą polską ziemią,Hej, czarne krążą kruki,Rozerwać chcą Ojczyznę,Hej, na trzy krwawe sztuki!
Tę jedną Katarzyna,Tę drugą Prusak chwyta,A ta znów Małopolska,Na trzeci krzyż przybita.
Zahuczcie lasy, bory,Nad Wiliją, Dnieprem, Wartą,Że ciche wasze kniejeNa troje wam rozdarto!
Zapłaczcie rosą niwy,Zaszumcie kłosem pola,Że na kraj nieszczęśliwyZapadła już niewola!
Od Gniezna, od Kruszwicy,Zraniony orzeł leci,A w gnieździe jego krukiHodują swoje dzieci.
Nad Niemnem, nad Wiliją,Sokoły w skrzydła biją,Wypłoszył je zły jastrząb,Z dwugłową, krwawą szyją.
Zaćmiło się nam słońce,Zaćmiły się niebiosa,Okryła ziemię polskąTroista krwawa rosa!
W kwietniowy poranekŚwit się łuną pali —Idą pany senatory,Stronniki Moskali.
Wstydno było Moskwie,Że ją rozbiór plami:— »Dalej pany senatory,Podpisujcie sami!« —
Podpisujcie sami,Pieczętujcie znakiem,Że z was, pany senatory,Nikt nie jest Polakiem! —
Idą kupą całą,Do sejmowej sali,Podpisują rozbiór Polski,Stronniki Moskali.
Pan Tadeusz Rejtan,Hańbą się nie splami,On nie uzna krzywdy kraju,Razem ze zdrajcami.
Pan Tadeusz Rejtan,W progu się położy,Pozwie pany senatoryNa wielki sąd Boży.
Położył się w progu,Szablę w ręku gniecie:— »Chyba że po moim trupie,Do zdrady dojdziecie!« —
Zaklinam was Pany,Na Chrystusa rany,Pamiętajcie na Ojczyznę,Na ten kraj kochany! —
Leży Rejtan w progu,Cisza trwa na sali,Bledną pany senatory,Stronniki Moskali.
Wtem Poniński zdrajca,Pierwszy ruszył krokiem,Za nim pany senatory,Ze spuszczonym wzrokiem.
I przez pierś Rejtana,Wolności anioła,Przeszły pany senatory,Wytartego czoła.
Aż Bibikow MoskalWestchnie w mowie swojej:— Na leżącym tym PolakuCała Polska stoi! —
Leci orzeł ponad łany,Pieśń nadziei nuci:Jeszcze żyją te sukmany,Jeszcze wolność wróci!
Wróci wolność, chwała,Wrócą dobre lata,Jeszcze się nam pozostała,Ta piastowska chata!
Jeszcze nam się pozostałyTe cepy i kosy,I te wierne serca proste,I ten naród bosy.
Zostały-się jeszczeBiałe dworków ściany,Tam znów orzeł gniazdo zwinie,Tam zagoi rany.
Oj ty słonko, jasne słonko,Świećże na te niwy,Niech obaczą, niech opłaczą,Los swój nieszczęśliwy.
Oj ty zorzo złota,Świećże na to pole,Niechaj wstanie lud ten kmiecy,Niech wstrząśnie niewolę.
Leci orzeł ponad łany,Pieśń nadziei nuci,— Jeszcze żyją te sukmany,Jeszcze wolność wróci!
Wróci wolność, chwała,Wrócą dobre lata,Jeszcze nam się pozostałaTa piastowa chata!
Na warszawskim rynku,Chorągwie się chwieją,Zajaśniała wiosna,Majową nadzieją!Zajaśniała wiosna,Nad ojczystym łanem,Dziś się w służbie dla OjczyznyChłop porównał z panem.
Na warszawskim rynku,Tam muzyki grają,Stanowi kmiecemu,Bracia prawo dają.Nadają mu prawo,By bronił tej ziemi,Razem z cnymi rycerzami,Jak z braćmi starszymi.
Na warszawskim rynku,Tam naród zebrany,Idą karmazyny,Idą i mieszczany.Pan Andrzej ZamojskiIdzie z kmieciem w parze,A z czeladzią tą cechowąIdą dygnitarze.
Radzili na sejmie,Całe cztery lata,Uradzili że sięNaród w jedno zbrata.Czas ci, Polsko, zgoićTwoje ciężkie blizny!— Wszyscy dzisiaj równi sobieW obliczu Ojczyzny.
Na warszawskim rynku,Biją wszystkie dzwony,
Wolnych synów Polsce,Przybyły miljony.Idą do katedry,Do świętego Jana,Złoto — przy kapocie,Przy delii — sukmana!
O ty dniu radosny,O ty Trzeci Maju,Zapachniałeś kwieciemW całym polskim kraju.Zapachniałeś kwieciemNajsłodszej wonności:— Miłością Ojczyzny,I bratniej jedności.
Huczą wichry, gromy huczą,Nasi biją się nad Słuczą.Oj, biją się z Moskalami,Tam pod Boruszkowicami!
Hej, ty groblo, sławna klęsko,Gdzie pan Mohort śmierć wziął męską!
Padło naszych z nim niemało,Nieszczęśliwie, ale z chwałą!
Poniatowski Józef książę,Rumakowi uzdę wiąże,Błysnął szablą, wskoczył w strzemięLeci bronić polską ziemię!
U Zielencic się spotkali,U Zielencic ognia dali,Nim się Moskwa opatrzyła,Dwa tysiące głów straciła.
Trąbią trąby — rejterada!Książę Józef na nich spada.Nim dogasło w zorzach słońce,Urwał drugie dwa tysiące!
Tam generał Mokrowski,Tam i major Bronikowski,Jak natarli na Moskali,Tak się jazda z koni wali!
Idzie Moskwa na Warszawę,Za nią dymy ciągną krwawe.Idzie Moskwa na stolicę,Za nią ciągną nawałnice!
Jako powódź klęska wzbiera:Wydaj ziemio bohatera!Wydaj wodza swego ludu,Przeciw sile — trzeba cuda!
Pod miasteczkiem, pod Dubienką,Wszedł bohater nam jutrzenką!Wszedł Kościuszko w bitwy pyle,Z garścią mężnych przeciw sile!
Jako kwiaty cudną wiosną,Tak nadzieje w sercach rosną;Kto się spotka, to się ściska:— Bracie! znów nam szczęście błyska!
Bohatera my dostali...Będziem znowu bić Moskali!Pod miasteczkiem, pod Dubienką,Wszedł Kościuszko nam jutrzenką!
Przelękli się zdrajcy,Przelękła carowa:Jeszcze się ta Polska ziemiaWyrwać nam gotowa! —
Jak się w kupę wezmąKmiecie i szlachcice,Jedni kosą, drudzy szablą,Obronią granice!
Jak się w kupę wezmąPany i mieszczany,Nie poradzą nic bagnetyNa ten lud zbratany! —
W moskiewskiej mennicyNowe biją ruble,Nastawili zdrajcy poły,Każdy wziął po kuble.
Jedni wzięli srebro,Drugich pycha bodzie.— Precz tam z chłopstwem i mieszczaństwem!My pierwsi w narodzie! —
Niż tę równość chłopską,Wolim mieć carycę;Miejcie swoją konstytucyę —A my — Targowicę!
Jeszcze nam opiekęDa wielka carowa:Przyszle wojska sto tysięcy,I Kreczetnikowa! —
Oj Targowiczanie,Dobrze się nazwali!Jak Judasza, za srebrniki,Polskę stargowali!
Stargowali PolskęI tę wolność bratnią!Zagasili nad OjczyznąGwiazdę jej ostatnią!
Zagasili blaskiW tej polskiej koronie,Podeptali Orły białe,I Litwy Pogonie!
Czy ty, Polsko, idziesz do dna,Na tej nieszczęść fali?— Już zwołany sejm do Grodna,Pod wodzą Moskali.
Brzęczą ruble i dukaty,Siewers złoto liczy:— Dajcie podpis, pany braty,Dla naszej zdobyczy!
Dajcie podpis na tym sejmieŻe Caryca — pani,A wy że jej niewolniki,I wierni poddani! —
Dla nas ludu trzy miljony,Litwa i Podole —Dla nas Wołyń — a PrusakomNadgoplańskie pole! —
Zakrzyknęła garstka prawych,Z miejsca się porwała —Patrzą — a tu w okna sali,Zatoczone — działa!
Patrzą, aż tu w oknach saliBłyszczą karabiny,— Protestujem! — krzykną śmiało,Polski wierne syny.
Na kibitki ich porwaliZ tym rozpaczy krzykiem,Popędzili w śniegi, lody,Śladem — za Sołtykiem.
A ci zdrajcy milczkiem siedzą,Pospuszczali oczy,Jakiś wielki ciężar hańbyPierś ich głazem tłoczy...
Siedzą milczkiem — ale w duszyGłos im woła wielki,Sprzedajecie wrogom wolność,Ziemi rodzicielki! —
Podpisali zdradę milczkiem,I wyszli panowie:A odtąd się sejm grodzieński,— Niemym sejmem — zowie.
Choć on: Niemy — jest w nim przecieWielki krzyk dziejowy:— Już wy nigdy nie zmyjecieHańby z waszej głowy!
Hej, Wielkopolany,Niech was Polska nie zna!Bez jednego strzału,Prusak wszedł do Gniezna!
Sześć tysięcy wojska,Ale same baby!Bez jednego strzałuWeszły do was szwaby!
Hej, Wielkopolany,Zmarnieć wam tu trzeba!Bo wam Polska ziemiaNie da swego chleba!
Bo wam modra WartaNie da swojej wody,Bo wam dusza zwiędnie,Bez tchnienia swobody!
Hej, Wielkopolany,Czarna to wam karta,Żeście tak stanęli,Jak karczma otwarta!
Przyszedł do was Prusak,Jak do swego domu,Nie byłoż, choć na strach,Strzelić tam z was komu?
Hej, Wielkopolany,Kto ojczyznę kocha!Przecież wam ta ziemiaMatka — nie macocha!
A wyjdźcież na pole,Prawe syny Lecha,Zanućcie pieśń starąŚwiętego Wojciecha!
Zanućcie pieśń starą,Dobądźcie szablicyW obronie ziem PiastaI Bogarodzicy!
— Już nad Gopłem szumiTen nasz orzeł biały!Hej, Wielkopolany,Do broni! Do chwały!
Co ty, głupi Moskalu,Myślisz, że to już basta?A czy nie wiesz, że jeszczeŻyją wioski i miasta!
Pod Kargowem się broni,Pan kapitan Więckowski,Pan Kwilecki młódź zbiera,Żyją miasta i wioski!
Pan Morawski w Poznaniu,Na Rybakach straż trzyma,Tylko wąsy pokręca,Tylko mruga oczyma.
Przy nim dzielnych trzech synówStoi w bramie jak dęby:A chłop niesie OjczyźnieKęs ujęty od gęby...
Dzielny Kowal dał PolsceOkowane dwa wozy,Pan Suchorski na zdrajcówDał konopne powrozy.
Małachowski na czółnieFlisów z Gdańska szedł gonić...Na chleb wraca pszenicę,Tym, co kraju chcą bronić.
Niosą panny, młodzieńceMiłej Polsce ofiary...— Jeszczeć ona nie zginie,Póki starczy tej wiary!
Daje wdowa ubogaSwą ostatnią krowinę...— Niech tam idzie dla wojska,Toć bez mleka nie zginę! —
Mały żaczek, choć głodny,Idzie w zgrzebnej koszuli,Grosz przynosi, co dostałOd niebogiej matuli!
Nie miał złota ksiądz pijar,Co Skarżyński się zowie,Wyjął stary zegarek:— Niech wam służy na zdrowie!
Niosą ludzie ofiary,Każdy Polskę ratuje...Świat ich imion nie liczy,Ale Bóg je spisuje!
O ty wielki roku,Kościuszkowski roku,Wybłysłeś ty jako zorza,Z naszych klęsk pomroku!
Gasły nam z koleiGwiazdy w burz zawiei,Tyś zaświecił nad narodem,Jak jutrznia nadziei!
Bez walki, bez trudu,Dokonałeś cudu,Połączyłeś dłonie bratnieI szlachty — i ludu!
Połączyłeś dłonieKu kraju obronie,Obudziłeś bohaterówW Litwie i Koronie.
Wstałeś w imię Boga,Zadziwiłeś wroga,Poznał w tobie ten lud kmiecy,Jak ojczyzna droga!
O ty wielki roku,Kościuszkowski roku,Dotąd ciebie wspominająStarzy, ze łzą w oku!
Siedmiuset hułanówPod Pułtuskiem stoi.Tylko się słoneczkoW jasnych lancach dwoi.
Tylko wietrzyk furczyW krasne chorągiewki,Parskają koniki,Lecą z echem śpiewki!
Sam pan MadalińskiNa hułanów czele:Tęgi żołnierz z niego,Jakich dziś niewiele!
Sam pan MadalińskiKomendą dowodzi,Kochają go wszyscy,I starzy i młodzi!
Aż przychodzi rozkazOd rządzących Stanów:— Panie Madaliński,Rozpuść swych hułanów!
Patrzą się MoskaleKrzywem na cię okiem,Nie chcą mieć takiegoRębacza pod bokiem.
Zmarszczył się dowódca,Wąsa gniewnie jeży: —— Zrobię, jak da Pan Bóg,I jak się należy!
— Cóż wolicie, bracia,Wiary swojej pyta:Bić się, czy się rozejść?— Bić! — krzykną — i kwita!
Wpadli na PrusakaNim słońce zagasło,Do walki za PolskęPierwsze dając hasło.
Powstał naród ze snuI oczy przeciera...A już sam KościuszkoWojsko sobie zbiera.
— A witajcie, Wodzu!Witajcie, hułany!Panie Madaliński,Tęgo znak był dany!
Na krakowskim rynku,Wszystkie dzwony biją.Cisną się mieszczanyZ wyciągniętą szyją.
Na krakowskim rynku,Tam ludu gromada,Tadeusz KościuszkoDziś przysięgę składa.
Zagrzmiały okrzyki,Jak tysiączne działa...Swego bohateraPolska wita cała!
Wyszedł pan KościuszkoW krakowskiej sukmanie,Odkrył jasne czołoNa to powitanie.
Odkrył jasne czoło,Klęknął na kolana:— Ślubuję ci życie,Ojczyzno kochana!
Ślubuję ci życie,Ślubuję ci duszę,Za Bożą pomocą,Wolność wrócić muszę!
Nie stoję tu w srebrze.Nie stoję tu w złocie,Lecz w pogardzie śmierci,W staropolskiej cnocie! —
A mówił te słowaW tak ogromnej ciszy,Zdało się, że Pan BógTę przysięgę słyszy!
Zapłakał, zaszlochałNaród dookoła...Wstał Kościuszko, wstrząsnąłKrakuskę u czoła.
Zabłysła mu w rękuSzabla poświęcona:— Niech żyje — zawołał —Litwa i Korona! —
I wzniósł ją oburączW to jasne zaranie:— Ogłaszam przed niebem,Narodu powstanie! —
A głosy buchnęły,Wskróś rynku i grodu:— Niech żyje Kościuszko,Naczelnik narodu!
Ej, byłaż to chwilaI święta i boża...Cała Polska drgnęła,Od morza — do morza!
W obliczu Boga krzywda nam się stała,W obliczu Boga — cierpi Polska cała.Pobitych synów płacze matka droga,W obliczu Boga!
W obliczu Boga wznosimy sztandaryW obliczu Boga bronić będziem wiaryBronić będziemy ojczystego proga,W obliczu Boga!
W obliczu Boga idziemy na boje,W obliczu Boga krew dajem i znoje.Albo zginiemy lub zwyciężym wroga,W obliczu Boga!
Huczą rzeki, huczą,Pozbyły się lodu,Odżyły nadzieje,Polskiego narodu!
Huczą rzeki, huczą,Idące do morza —Nad Polską krainąBłysła nowa zorza.
Patrzą w niebo starzy,Drżą do boju młodzi,Jakaś wielka burzaWiosenna przychodzi.
Jakieś błyski świecą,Jakieś grają grzmoty,Hej to ciągną naszeNarodowe roty!
Hej, wiosno ty nasza,Kościuszkowska wiosno,Krwią naszą oblaneKwiaty twoje rosną!
Z krakowskiej kuźnicy,Lecą rankiem głosy,— Pan Kapostas kujeKosynierom kosy.
Już ich wykuł tysiąc,Już i pięć tysięcy...— Niechno będą ręce,Znajdzie się i więcej!
Z krakowskiej kuźnicyLecą iskry snopem,— Bił się Moskal z szlachtą,Teraz będzie z chłopem!
Z krakowskiej kuźnicy,Lecą huki młotów,— Kto ojczyznę kocha,Zginąć dla niej gotów!
Poszedł nasz Kościuszko przez ten polski kraj,A ty mu, szablico, poloneza graj!
Poszedł nasz Kościuszko skróś tych łężnych ros,A za nim wybłysła tęcza jasnych kos!
Poszedł nasz Kościuszko na boje, na trud,A z nim wierne serca, wierny polski lud!
Poszedł nasz Kościuszko, jak na Boży sąd,Za nim kos i szabel świeci długi rząd!
Poszedł nasz Kościuszko, jak wicher, jak grom,Kos i szabel błyskiem osłonił nasz dom!
Poszedł nasz Kościuszko w sześć tysięcy par,Zadrżał na swym tronie, ten moskiewski car.
Idzie Kopeć od Kijowa,Wysocki od Buga,Świecą szable, biją serca,Jak ta Polska długa!
Idzie Kopeć od Kijowa,Wiedzie mężne roty,A Wysocki przez Bug płynieW ranek cichy, złoty.
Idzie Kopeć od Kijowa,Z litewskimi pułki,A nad hufcem WysockiegoLatają jaskółki!
O ptaszęta wy kochane,Powiem wam nowinę:Lub za męstwo krzyż dostanę,Lub za wolność zginę!
W Racławickiem polu,Świecą ranne rosy,Migają się w jasnem słonkuKosynierskie kosy.
Migają się kosy,Nikt nie liczy wroga,— Choć go będzie sto tysięcy,Pójdziem w imię Boga!
Święconą szablicąPan Kościuszko skinął,Jako orzeł w dwoje skrzydeł,Wojsko swe rozwinął.
Na tem jednem skrzydle,Parskają koniki,Tam generał MadalińskiSprawuje swe szyki.
Na tem drugiem skrzydle,Pan Zajączek stoi.Tam się błyszczą chorągiewkiMiga słonko w zbroi.
Runęli na Moskwę,Jak burzy nawała,Odparły ich kartaczamiTe moskiewskie działa.
Runęli na MoskwęJeden raz i drugi,Nakryło się pole trupem,Krwi spłynęły strugi.
Widzi pan KościuszkoTe nieszczęsne boje,Tak zakrzyknie: — Dalej za mną,Kosyniery moje! —
I z pośrodka skrzydełJak orzeł się wzbija,A lud za nim z wielkim krzykiem:— Jezus i Marya! —
Pędzi pan Kościuszko,Za nim wiara cała,Nakryły się ogniem, dymemTe grające działa.
Aż wódz z dymów krzyknie,— Ejże, moje chwaty!Który tam z was gardziel zatkaMoskiewskiej harmaty?
Wnet skoczy na wałyZuch Bartosz Głowacki,Gołą ręką brać te działa,A z nim Stach Świstacki.
Przelękła się MoskwaTak wielkiego męstwa,Otrębuje odwrót sobie,A nam pieśń zwycięstwa!
Jeszcze echo racławickieW polu się kołysze,A w Połańcu pan KościuszkoUniwersał pisze.
Pisze, podpisuje:— Za krew i za rany,Ziemię ci daruję,Ludu mój kochany!
Jeszcze echo racławickieW polu się kołysze,
A w Połańcu pan KościuszkoUniwersał pisze...
Pisze, podpisuje —Za krew i za rany,Wolność ci daruję,Ludu mój kochany!
Majster Jan KilińskiNie nosił kontusza,Ale w nim siedziałaTęga polska dusza.
Majster Jan Kiliński,Był z Trzemeszna rodem;Nieraz on zapłakałNad swoim narodem.
Stał wtedy w WarszawieIgelström generał,Powiadali o nim,Że się na rzeź zbierał.
Powiadali o nim,Że w Wielką SobotęPuści swych Moskali,Na krwawą robotę.
Słyszy to KilińskiZe Starego Miasta,I gniew w nim ogromnyJak płomień urasta.
Słyszy to KilińskiPoruszy wąsami:— Jeszczeć mamy szable!Jeszczeć Bóg jest z nami! —
Cicho jak przed burzą,Dzwony farne biją,Raz ostatni dzwoniąPrzed rezurekcyą.
Już nie ma sposobuDłużej strzymać ręki...Wstaje Chrystus z grobu,Wstańmy i my z męki!
Jako płomień buchaZa wiatru powianiem,Tak buchnęło miastoNarodu powstaniem.
Jeszcze śpi generał,A tu huk się szerzy...Jak piorun KilińskiNa zamek uderzy.
Widzi pan generał,Że tu nic nie wskóra,Za babę przebrany,Dał z Warszawy nura.
A tu pan KosmowskiNa odwach już wali,Zabrał proch i bronie,A wygnał Moskali.
Bije, a nie pyta,Kto tam w Boga wierzy...Wycięli rzeźnicyBataljon żołnierzy.
Od Wielkiego Czwartku,Do Wielkiego Piątku,Nalali MoskalomOłowiu, jak wrzątku.
Biją w wielki czwartek,W wielki piątek biją,Oczyścili miasto,Na rezurekcyą!
Dwa tysiące Moskwy,Jakby grad wychłostał,A Kiliński — z szewca,Pułkownikiem został:
O moja Warszawo!Cóż cię to zbawiło?— Jedno mężne serce,Co miłością biło!
Widzi Moskwa, że nie sprosta,Gdzie odwaga taka,Więc do boju na KościuszkęPrzyzywa Prusaka.
Wieją orły, świecą kosyCichemi polami,Stanął z wojskiem pan KościuszkoPod Szczekocinami.
Wpadła na nich jazda wroga,Jak gradowa chmura,Krzyczą nasi: W imię Boga!Krzyczy Moskwa: — Hura!
Jak dwa wichry, tak się starli,Aż z krwi poszła para,Przełamała jazdę wrogaNasza dzielna wiara!
Świszczą szable, błyszczą kosy,Aż się oko mruży...Wtem zahuczą pruskie działa,Jako grom wśród burzy.
Zachwiały się w rękach szable,Zachwiały się kosy,Pokryło się pole trupem,Jak krwawemi kłosy.
Jak lwy, tak się rzucą nasiNa pruską redutę,Kosyniery pędzą w błyskachDymami osnute...
Widzi, widzi pan KościuszkoJak się jęli walić,Do odwrotu trąbić kazał,Żeby lud ocalić.
Trzykroć tyle było wroga,Trzykroć większa siła,Armatami i bagnetemNa naszych tam biła.
Tam Wodzicki padł generał,I Grochowski dzielny,A Sanguszko tam osłaniałOdwrót nieśmiertelny.
Ściągają się Kosyniery,Mężne hufce nasze,Ale jeszcze w drodze rażąKosy i pałasze.
Oj ty pole szczekocińskieTrupami zasłane,Nie zadałoś ty nam hańby,Lecz szlachetną ranę!
— Hej, orle ty biały,Na skrwawionej błoni,Czemuż niema przy twym bokuLitewskiej Pogoni?
Czy w swych czarnych borach,Tak zagłuchła Litwa,Że jej echem nie dolata,Racławicka bitwa?
Czy my to nie byli,Od wielkiej godziny,Zygmuntowskiej Unii sławnejJednej matki syny? —
— Ozwały się echa,Senny kraj się budzi,Pierwsze wstają Szawle dzielne,Na tej świętej Żmudzi.
Pierwsze Szawle wstają,Do szabli do korda —Nie zastraszy ich bagnetemTa moskiewska horda.
Jako jasna zorzaZłocistemi głoski,Świeci mężny tam ZawiszaŚwieci Niesiołowski.
Wstaje ród ProzorówI Giedrojcie wstają —Za ojczyzny miłej wolnośćWalkę ogłaszają.
O cudnież przez wieki,Jak gwiazda zaświeci,Imię dzielnych tych wojakówNa wnuki i dzieci!
Ruszył Moskal w drogę pilno —— Pan Jasiński bierze Wilno!— Hej, Moskalu będzie bieda,Twój Arseniew rady nie da!
Już się zrywa gniewna rzesza,Przedawczyków Moskwy wiesza,— Ej, Moskalu będzie bieda —Twój Arseniew rady nie da!
Pan Jasiński, rycerz w boju,Rzewny pieśniarz wśród pokoju,Jak zakrzyknął na swe roty,Tak je nakrył tuman złoty.
Jak zakrzyknął na swe pułki,Rozleciały się jaskółki,W każdą chatę i poddasze,Pieśń wolności niesie ptaszę.
Pod Niemczynem, Polanami,Bił się Moskal z Litwinami...Ej, Moskalu, będzie bieda,Twój Arseniew rady nie da!
Nad Wiliją, nad rzeką,Jak zajrzeć daleko,Moskale tam stoją,Do szturmu się zbroją.
A to Wilno stareMa szable i wiarę,Ufa swej szablicyI Bogarodzicy.
Nie zjedna się z wrogiem —Przysiągł to przed BogiemI wiary nie złamie —Przysiągł w Ostrej Bramie.
A ta Ostra Brama,To tarcza jest grodu.Tam Najświętsza samaKrólowa narodu.
Co rano tam z wałówArmaty w świt biją —A w pośród wystrzałów —Grzmi: Zdrowaś Maryo!
Bo Wilno to stareMa szablę i wiarę,Nie rzuci szablicy,Ni Bogarodzicy!
Kiedy Litwin się udaTo pisz o nim choć cuda!Czarnobacki tak słynieW całej polskiej krainie.
Radzi Moskwa: — Ej braty,Co nam szturmy, armaty,Wpadniem milczkiem do miasta,Weźmiem Wilno i basta!
Czają, czają się sznurem,Popod wałem, pod murem,A to słońce lipcoweŻarem sypie na głowę.
Nie spodziała się Litwa,Co ją czeka za bitwa,A tu rota MoskaliW Ostrą Bramę już wali.
Czarnobacki tam klęczał,Bił się w piersi i jęczał,W tej Ojczyzny potrzebieDo Królowej na niebie.
A wtem spojrzy — i rotyCzarnej widzi piechoty.I bagnety jej lśniące —Sam był — a ich — tysiące.
A harmata nabitaNa lawecie tam stała...Czarnobacki lont chwytaI przytyka do działa...
Jakże błyśnie, jak grzmotnie,Strzał potężny stokrotnie!Jakże pluną kartaczeNa moskiewskie brodacze!
Co dosięże, to wali...Zmyka rota Moskali,Bo myśleli, że z działaKupa ludu strzelała...
Padło ich tam niemałoI po drodze zostało —Czarnobacki zaś słynie,W całej polskiej krainie!
Lecą orły ponad Wisłą,Szumią w pióra krwawe,Już Moskale i PrusakiOblegli Warszawę.Już z pod Szczekocina,Zbiera się drużyna,Pan Kościuszko się do swoichPrzez wroga przerzyna!
Witajże nam, wodzu drogi,Z twoją mężną wiarą!Bronić będziem tej WarszawyNad tą Wisłą starą!Bronić będziem grodu,Stolicy Narodu,Ni się boju nie ulękniem,Ni śmierci, ni głodu! —
Dzielnych, wodzu, towarzyszy, —Dzielnych masz żołnierzy,Okryją się oni laurem,Kiedy wróg uderzy.Pan Henryk Dąbrowski,Książę Poniatowski,Wpisują się w księgę sławyZłocistemi głoski.
Bitwa! bitwa! dwakroć wroga,Co nasza załoga,A nie puścił go KościuszkoDo naszego proga!Odparł szturm Moskali,Na Prusaków wali,Jako burza na nich spada,Jako piorun pali!
Hej, zawcześnieś ty się wroguWybrał do nas w gości,Jeszcze tutaj są obrońceKraju i wolności!Jeszcze są ramionaI szabla wzniesiona,Jeszcze ci się nie dostanieTa Polska Korona.
A cóż to tam za chorągiewWieje nad okopy?Narodowe barwy na niejI złociste snopy.
Kosa z piką na krzyż w snopieZ orłem i pogonią —Dookoła napis cudny:— »Żywią nas i bronią!«
Chwała tobie, polski ludu,Co takie sztandaryWznosisz — broniąc pól ojczystych,Wolności i wiary!
Zabłysły po szturmieSłoneczne promienie,Kazał bić KościuszkoZłotnikom pierścienie.
W pierścieniu napisyDał złotemi rysy:— Ojczyzna — obrońcy,Za swe wybawienie.
Pierwszy pierścień włożyłPan Henryk Dąbrowski,Już on go nie zdejmie,Tu, ni w ziemi włoskiej.
Błyszczący, jak zorza,Przez góry, przez morza,Przyniesie go kiedyśZ Legjami do Polski!
I żyd błysnąć możeMęstwem — jak królewicz!Pod Kościuszką walczyłBerek Joselewicz.
Sam dzielnego ducha,Innym go dodawa:— Bracia moi — woła —Spieszmy w bój, gdzie sława!
Dosyć, z łaski niebaMieliśmy tu chleba,Mieliśmy tu wody,Dziś — trzeba swobody!
I żydom nie braknieOdważnego serca!Kto nie walczy za kraj,Ten jest przeniewierca!
Obudźmy się, bracia!Sen nasz nazbyt długi!Bądźmy syny Polski,My — dotąd jej sługi. —
Posłyszeli żydzi,Nabrali odwagi,Idą za kraj walczyćU okopów Pragi.
Czterystu ich było,Czterystu walczyło,Kilku ledwie w ranachDo domu wróciło.
U okopów PragiPomnik tam stać będzieZ napisem: Ojczyzna —Berkowej komendzie!
Wojciech Sroka i Jan Grzywa,Chodzą flisem, jak to bywa,Jakby dobrał ich do pary,Jeden chromy, drugi stary.
Słyszą, co się w świecie dzieje,Że nad Polską zorza dnieje,Radziby też lecieć z kosą,Ale nogi nie zaniosą.
— Jak nie możem w kosyniery,To oddajmy choć talery,Choć talery, choć dukaty,Na te kulki do armaty! —
Wysypują z mieszków złoto,I miedziaki swe z ochotą,Co przez cały wiek zebrali,To dla miłej Polski dali!
— Bierzcie panie — choć bez liku,Kosynierów Naczelniku!Bierzcie, panie, co się zmieściJest czerwieńców tu trzydzieści.
Toć na pochów my składali!— Niech się — mówim — światło pali,Ale kiedy kraj w potrzebie,Co po świecach na pogrzebie!
Łzę Kościuszko ściera z twarzy,Radość w oku jego żarzy.I do serca ich przytula...— Trafi wroga taka kula!
Zdawna Polska już słynie,Kurpikami dzielnemi,Co to jeszcze SzwedowiWziąć nie dali swej ziemi.
Siedzą Kurpie nad Narwią,Siedzą z dziada, pradziada,O tych wojnach, o SzwedachOjciec synom powiada.
Opowiada, jak dzielnie,Biły wroga tam chwaty,Jak po bitwie ukryliW gęstej puszczy harmaty.
Idzie Prusak i pyta:— Gdzie to macie te działa?A Kurpiki mu na to:Woda je nam zabrała. —
Wieją orły, pogonie,Idą polscy żołnierze.Lecą Kurpie: — Są działa!Niech Ojczyzna je bierze!
Może niema kto strzelaćTo będziemy i sami,Toć się nasze pradziadyTęgo biły z Szwedami!
Chce Kościuszko im płacić,A Kurpiki: — Nie trzeba!A toć darmo OjczyźnieKaże służyć Bóg z nieba!
Jeden dukat weźmiewa:Niech się chłopcu dostanie,Co się w dzień ten urodził,W samo polskie powstanie!
W Wielkopolsce, w Kościanie,Ogłoszono powstanie:— Kto ojczyznę miłuje,Ten do walki niech stanie!
Bracia nasi w Warszawie,Giną mężnie i w sławie,Myż będziemy patrzyli.Obojętnie, ciekawie?
Razem walczmy i gińmy,Choć wróg dzieli zdradziecki! —Krzyknie Józef Wybicki,Krzyknie Lipski, Szczaniecki.
Grzmi wnet Poznań nad Wartą,Grzmią poliste Kujawy.Dyonizy tam MniewskiSzablą krzesze świt sławy!
Płyną Wisłą galary,Prusak spławia armaty,Wnet rzuciła się wiara,Wnet odbiły je chwaty!
Miały działa WarszawieDać się krwawo we znaki,Teraz prochy i kule —Na was pany Prusaki.
I od prochu i od kuliGorszy Prusak jest Sekuli!Jeńców polskich on żelazemRozpalonem znaczył razem!
Srogi tygrys nie tak dziki,Jak te pruskie pułkowniki,Prędzej szakal się rozczuli,Niż ten pruski zwierz — Sekuli.
Dzielne Polki chwyta nocąZ szat odziera je przemocą,Matki, córki, do koszuli,Sam obnaża — zwierz Sekuli!
Pod szubienic ciągnie słupyGdzie ich synów, braci trupyA gdy która oczy stuli —Siec je każe — zwierz Sekuli!
Hej, Prusaku ty ohydny,W całych dziejach będziesz widny,Wszyscy prawi będą pluliNa to imię twe — Sekuli!
Oj ty Wielkopolsko,Orłów naszych gniazdo,Zabłysłaś ty sławą,Jako złotą gwiazdą.
Dziewanowski mężnyZwiódł tam bój orężny,I pod ZabiszynemOkrył się wawrzynem.
Tam wolności zorzaBłysnęła z Pomorza,Kruszyński się o niąBił rycerską bronią.
Dąbrowski tam dzielnyWziął dank nieśmiertelnyGdzie szedł — przed nim w nogiSzły pruskie załogi!
Madaliński imięPisał w harmat dymie,Pisał w gromach działa,Że aż ziemia drżała!
Tam i kosyniery,Chłopy — bohatery,Okryły się krwawoRanami i sławą.
Któż nie wie, kto nie zna,Onych to z pod Gniezna,Dwóch żernickich chłopów,Broniących okopów!
We dwóch — tak jak byli,Bramy tam bronili,Wcale ich nie straszyBrzęk pruskich pałaszy.
We dwóch polskich chłopówMusiał wróg bić z działa!Polegli obrońcę,Lecz żyje ich chwała!
Oj, powódź idzie sroga —Nie wody — ale wroga —Z jesiennym wichrem bijeW tę ziemię polską trwoga.
Dwie rzeki Moskwy płynąTą naszą Ukrainą,Oj, będzie krwawe morze,Tam, gdzie się z sobą miną!
Suworów idzie srogi,Brytana ma u nogi...Gdzie przejdzie, płoną miasta,Truchleją wiosek progi.
A drugą — niedaleko,Ten Fersen płynie rzeką,Przegraża się Warszawie,Że dziatki w niej wysieką.
Na drodze z małej wioski,Z pod Krupczyc Sierakowski,Na ogrom ten się waży,Tnie Moskwę z łaski boskiej.
Zdumieli się Moskale,Polały się krwi fale —A imię bohateraW niezgasłej świeci chwale!
— Hej! — rzecze Kościuszko —Polska się nam skończy,Jak się ten SuworowZ tym Fersenem złączy.
Choćby trupów wałemRozdzielić ich trzeba!Dalej, mężna wiaro,Dalej, w imię nieba!
Ranny wiatr powiewa,Ranna rosa chłodzi —Już nad naszą WisłąKrwawa zorza wschodzi.
Oj, nie zorza, bracia,Lecz bagnety krwawe!Fersen i SuworowCiągną na Warszawę!
Ścisnęły się sercaU matek i dzieci,Już moskiewski bagnetPoza Wisłą świeci.
Już idą, już płynąTe mongolskie roty —Nocami psi wyjąNa ten miesiąc złoty.
O Kościuszko dzielny,W tej ciężkiej potrzebie,Całej Polski oczyZwrócone na ciebie!
W krwawych zorzach wstaje słońce,Idzie garstka na tysiące,Krwawa rosa ziemię plami —Hej, pod Maciejowicami!
Ledwie obrzasł świt zdaleka,Na Fersena wiara czeka —Na bój czeka z Moskalami,Hej, pod Maciejowicami!
Sunął Fersen z swemi roty,Jak grom rzucił swe piechoty.Krzyczą nasi: »Bóg jest z nami!«Hej, pod Maciejowicami!
Już się biją, już się zwarli,Już Moskali wstecz odparli,Gaśnie bagnet przed szablami,Hej, pod Maciejowicami!
Wściekły Fersen konia zwrócił,Pułk sybirski na nas rzucił.Pułk sybirski z bermycami.Hej, pod Maciejowicami!
— Idźcie, moje grenadiery,Na te polskie bohatery —Roznieście ich bagnetami —Hej, pod Maciejowicami!
Ścisnęły się roty naszeŚwiszczą kule, tną pałasze.Pole czerni się trupami, —Hej, pod Maciejowicami!
Wre i kipi bój zajadły,Wodzickiego roty padły,Padły roty z rotmistrzami..Hej, pod Maciejowicami!
Jęk w powietrzu leci srogi,Już wykłuty co do nogiPułk Działyńskich legł snopami...Hej, pod Maciejowicami!
Już to nie bój — rzeź śmiertelna,Cofa się piechota dzielna —Garść — rozbita tysiącami...Hej, pod Maciejowicami!
Pod Kościuszką dwa już konieUbił Moskal w tej obronie,Ubił Moskal kartaczami, —Hej pod Maciejowicami!
Na trzeciego skacze, bieży,Zbiera garstkę swych żołnierzy,Jeszcze go nadzieja mami...Hej, pod Maciejowicami!
W czworoboku jazda nasza,W cztery strony błysk pałasza,W cztery strony śmierć nad nami, —Hej, pod Maciejowicami!
Tak stanęli przeciw wroga,Za plecyma topiel sroga —Topiel sroga z moczarami, —Hej, pod Maciejowicami!
Byle wytrwać, a doczekać!Pan Poniński nie miał zwlekać,Wnet swą odsiecz złączy z nami —Hej, pod Maciejowicami!
Stają z czołem podniesionem,Stają kara-bataljonem,Jaśni szabel swych błyskami —Hej, pod Maciejowicami!
Jeszcze odsiecz nie ściągnęła,Już im tyły Moskwa wzięła,Walą roty moczarami, —Hej, pod Maciejowicami.
Rozprzęgły się cztery ściany —Już czworobok nasz złamany;Pierzcha jazda przed rotami, —Hej, pod Maciejowicami!
Pan Kościuszko do nich skoczy,A wtem Moskwa go otoczyKłuje spisą, tnie szaszkami, —Hej, pod Maciejowicami!
Leci z konia, padł wśród dziczy...— Koniec z Tobą, Polsko! — krzyczy.Żywcem biorą go z ranami, —Hej, pod Maciejowicami!
Sześć tysięcy tam zostało,Sześć tysięcy legło z chwałą,Z ojczystymi sztandarami...Hej, pod Maciejowicami!
Pełne trupa krwawe pole,Resztę Moskwa gna w niewolę,Bije knutem i szaszkami, —Hej, pod Maciejowicami!
Tam Kniaziewicz poszedł w pęta,Kamińskiemu wolność wzięta,Tam i Kopeć szedł z druhami —Hej, pod Maciejowicami!
Tam i Moskwie los odpłacił,Wojsk połowę Fersen stracił;Usłał pole Moskalami —Hej, pod Maciejowicami!
O, Poniński, tyś zawinił!Tyś do klęski się przyczynił!Tyś nie złączył sił swych z nami, —Hej, pod Maciejowicami!
Zdala słychać jęk i krzykiTo Suworów idzie dziki,Już zaświecił szaszką nagą,Ponad Wisłą, ponad Pragą!
Bronią się tam nasi twardo,Biją mężnie, giną hardo,Żaden żywcem wziąć się nie da,Każdy życie drogo przeda!
Tam Jasiński Jakób zginął —Co na Litwie męstwem słynąłTam i Berek padł na wale,Przy Grabowskim generale!
Bronią mostu i przeprawy,Bronią wstępu do WarszawyWłasną piersią, trupy swemi,Bronią serca polskiej ziemi!
Bohaterów garstko dzielna,Pamięć twoja nieśmiertelna!I wróg nawet czoło chyli,Gdzie my legli, gdzie walczyli!
Zaszło słońce w krwawe morze —Błysnął bagnet, błysły noże,Suworowa pałasz nagi —Błysnął hasłem na rzeź Pragi!
Rzuci się zajadła tłuszcza,Siwym starcom nie przepuszcza,Przed oczyma ojca, matkiRozrywają żywcem dziatki.
W każdym domu trupy leżą,Pluszczą progi krwią ich świeżąPo ulicach krwi się falaAż ku Wiśle gdzieś przewala.
Jeszcze nie syt Moskal srogiWydał hasło do pożogi —Staje Praga w ogniach cała,Pożar na jej dachach pała.
Po ulicach wichr przeganiaKłęby dymów, jęk konania,Okrzyk zgrozy w niebo leci,Skwierczą w ogniu ciała dzieci!
W żadnej ludzkiej świata mowieMąk tych słowo nie wypowieI nikt nie ma dość odwagi,By opisać tę rzeź Pragi!
Dymią zgliszcza i krew dymi,W jeden mordu stos olbrzymi,A przez trupy do WarszawySam Suworow wchodzi krwawy!
Suworowie! Póki żyjeszKrwi tej z rąk twych nie obmyjesz!Imię będziesz miał u świata,Nie żołnierza — ale kata!
Już i Tobie Wielkopolsko,Bije klęski hasło,Już i twego męstwa płomięW krwi przelanej zgasło!
Z Maciejowic lecą echa,Leci wieść z Warszawy,Nie obronisz gniazda swego,O ty orle krwawy!
W Radoszycach, tam się zdała,Dzielna wiara nasza;Tam odjęła Wielkopolska,Od boku pałasza.
Leci orzeł z gniazda biały,Leci bez korony,A nad tobą, Wielkopolsko,Jastrząb wznosi szpony!
Z trzech stron wicher srogi,Z trzech stron idą wrogi,Ach, któż cię już ocali,O kraju ty nasz drogi.
Już Ostra Brama wzięta,Już Praga w pień wycięta,Już Prusak z wież PoznaniaOstatnie orły zgania.
Z trzech stron dmie wichura,Z trzech chmur jedna chmura,Już gromem piorun bije,W skrwawione orle pióra!
Już kraj w troje dzielą,Już łupem się weselą —Już Polskę rozebrali,Już grób jej kopać dali.
Już kamień ją przywalaPrusaka i Moskala,Lecz Polska żyje w grobie,I wstanie w wiosny dobie!
Choć oczy jej zamknięte,Choć usta niemo ścięte —Choć ostrzem pierś przebita,Powstanie — gdy zaświta!
Trudno zwyknąć ci do klatki,Siwy sokole,Jeszcze trudniej Polakowi,Znosić niewolę.
Lepiej kędyś w obcej stronieSzukać mogiły,Niźli patrzeć jak w okowach,Jęczy kraj miły!
Za górami, za morzami,Orłowie kraczą,Idzie Polak w świat daleki,Drogą tułaczą.
Miłe progi żegna w chacie,Łzami rzewnemi,A na piersiach niesie grudkęOjczystej ziemi.
Siwy konik zarży czasem,Brzęknie ostroga...Idę walczyć, w imię twoje,Ojczyzno droga!
Za Niemen! Za Wisłę!W ten cudny kraj włoski!Tam zbiera legjony,Pan Henryk Dąbrowski!
Sześć tysięcy naszychPod bronią tam stoi,Już się SuworowaDzikiego nie boi!
Jeden legion wiedzieJenerał Rymkiewicz,Drugiemu przywodzi,Nasz dzielny Kniaziewicz.
Na konikach skacząSzwoleżery nasze.
Mundur narodowy,Przy bokach pałasze.
Lance z chorągiewkąW rannem słońcu świecą,Orły białe naszeZnów pod niebo lecą!
W piersi serce mężne,W czynach bohaterstwo,A godło Legjonów:— Wolność i Braterstwo!
W huku armat, w kłębach dymu,Po słonecznej sławy drodzeWiodą Legje aż do Rzymu,Na kapitol nasi wodze.
Trzeci Maja rankiem złotymBłysnął właśnie na błękicie...Rzekł Dąbrowski: Oto stoim,Na prastarej chwały szczycie!
Z kapitolu, z wolnej ziemi,Wobec ludów, wobec Boga,Protestuję przeciw gwałtom,I przemocy dzikiej wroga!
Tam na troje Polska naszaRozdzielona dźwiga pęta...Nie odpaszę już pałasza,Aż cię pomszczę, Matko święta!
Aż w twych bojach do wolnościCzoło zwieńczą nam wawrzyny,Aż się wrócim do ojczyzny,Wolnej ziemi, — wolne syny!
A z Legjonów okrzyk buchnął,Aż Kapitol zadrżał stary:— Życie nasze dla ojczyzny,Dla wolności i dla wiary!
Jako w polu przeoranem,Siew runieje wiosną,Tak i w mężnych polskich sercachZnów nadzieje rosną.
Śpiewa żołnierz na widecie,Śpiewa u ogniska,A Ojczyzny imię drogie,Jak gwiazda mu błyska!
Aż z nadziei urodzona,Piosenka wionęłaNad Legjony nasze dzielne —»Jeszcze nie zginęła!...
Kto ją pierwszy tam wyśpiewałNikt już dzisiaj nie wie —Ale żyje duch LegjonówW tym nadziei śpiewie.
Przeleciała piosnka góry,Przeleciała morza —Zaświtała w ziemi polskiej,Jak nadziei zorza.
Choć nas przemoc gnębi wroga,Choć nam głos odjęła,Lata piosnka nad polami:— »Jeszcze nie zginęła!«
A nad światem błyska gwiazda,Blaskiem sławy ozłocona,I olśniła Europę —Gwiazda Napoleona.
Jak grom spadał on na króle,Z tronów zrzucał, dawał trony,Ku niemu się oczu ludzkichZwracały miljony!
Odświeżyły świat, jak burza,Bohaterskie jego boje,Z nim Legjony połączyłyNarodowe orły swoje!
Jego sprawa — nasza sprawa,Jego bitwy — nasze bitwy.On rzekł: Wrócę wolność Polski,Wrócę wolność Litwy!
Więc gdzie skinął — tam legjonyWalczą, giną, cierpią blizny —A nadzieja krzepi serca,Że to czynią dla Ojczyzny!
Nadłożyli tam Polacy,W onych bojach nieraz głową,A kto ginął, ten się cieszył,Że za wolność narodową.
Tam Kniaziewicz wziął Gaetę,W tysiąc ludzi pobił wroga,Choć z fortecy biły działa,Choć broniła się załoga.
Tam się w sławił pan Chłopicki,Tam w szeregach pan Dąbrowski.Jako prosty żołnierz walczył,Choć pułkownik kościuszkowski.
Tamby pomnik stawiać trzebaNiejednemu Polakowi;Na Lombardzkiej tej równiniePod Leniano, Trebją, Novi.
Pierwszy żołnierz nasz był wszędzieDo ataku, do obrony,Zasłynęły bohaterstwemW ziemi włoskiej te Legjony.
Z Napoljonem, w ranek złoty,Wiódł Kniaziewicz swoje rotyW nowe strony, w nowe bojeWiódł nad Dunaj Legie swoje.
W Hohenlinden spotkał wroga,W Hohenlinden bitwa sroga —Trzykroć tyle Niemców było,A umknęli przed tą siłą.
Tam porucznik Kostanecki,W ośmiu szaniec wziął niemiecki,I stu Niemców się poddało,Przed tą garstką tchórząc małą.
Bo się z taką rzucił siłą,Jakby za nim wojsko było —A to jedna szabla — za sto —Jedno serce za sto biło!
Tak nastawiał pierś swą nagą,Tak zadziwiał świat odwagą —Tak się wieńczył laurem chwały,Narodowy orzeł biały!
Był tam ułan nad ułany,Pawlikowski Janek zwany,Cały oddział sam wymłóciłJak się w niego z lancą rzucił.
Jedno mu, czy śmierć, czy rana —Zakłuł najpierw kapitana,Zakłuł potem porucznika,A piechurów wziął do łyka.
Jak skończyła się ta praca,Do obozu z jeńcem wraca,A w obozie był tą porąWódz francuski, sławny Moro.
Ten zdumiony męstwem takiem,— Kto ty? — pyta — Jam Polakiem.Wziął jenerał kieskę w rękę,Przyjmij — rzecze — tę podziękę!
Pawlikowski stał przed rotą —Twarz mu zdobią męskie blizny,
— Jenerale! — nie za złoto,Lecz się biję dla Ojczyzny!
Umilkł — Moreau spuścił oczy,Potem na pierś zucha skoczy,I zawoła: — Nie zaginie —Kraj, co z takich synów słynie!
Napoleon w BerliniePisze Niemcom swe prawa,Wstaje Poznań do walki,Drży do boju Warszawa.
Wraca orzeł nasz biały,W swe piastowskie dzielnice,Grają trąby, brzmią pieśni,Sypią kwiaty dziewice.
I wodzowie wracająDo ojczystej zagrody,W pyle, w trudzie, w ranach,Lecz z piosnką swobody.
A witajcież nam wodze,Kniaziewiczu, Dąbrowski,Coście drogą szli sławyZ ziemi włoskiej do Polski!
Witaj garstko walecznych,Co przynosisz w dom staryUwieńczone wawrzynemNarodowe sztandary!
A czyjeż to imię,Rozlega się sławą,Kto walczy za FrancyęZ Hiszpanami krwawo?
To konnica polska,Sławne szwoleżeryZdobywają cudemWąwóz Samosierry.
Już francuska jazdaCofa się w nieładzie,Pod śmiertelnym ogniemWał trupów się kładzie.
A wtem NapoleonNa Polaków skinął:Skoczył Kozietulski,W czwórki jazdę zwinął.
Na wiarusów czeleJak piorun się rzucił,Wziął pierwszą bateryę,Ale już nie wrócił.
Skoczył Dziewanowski,Jak piorun się rzuciłWziął drugą bateryę —Ale już nie wrócił.
Skoczył Krzyżanowski,Jak piorun się rzuciłWziął trzecią bateryę —Ale już nie wrócił.
Jeszcze się zostałaTa baterya czwarta...Bronią jej HiszpanieWalka wre zażarta.
Niegolewski młodySpiął konia ostrogą —— Może stracę życie —Lecz przedam je drogo!
Jak wicher się rzucił,I jak błyskawicaA za nim, jak burzaTa polska konnica.
Już biorą armaty,Już tną kanoniery,Już wzięli PolacyWąwóz Samosierry!
Niegolewski rannyZ konika się chyli —Napoleon do piersiOrła mu przyszpili.
I rzecze ściskającRannego junaka:— Niema niepodobnejRzeczy — dla Polaka!
Pod murami SaragossyPiła ziemia krwawe rosy,Piła ziemia krwawe rzeki,W pośród głodu, moru, spieki.
Z rozpaczą się miasto broni,Nie zsiadają nasi z koni,Aż pod orłów białych wodzą,Pod kul gradem w miasto wchodzą.
Tam Chłopicki walczył dzielnie,Męstwem wsławion nieśmiertelnie.Tam zginęła garść niemała,Których imię wieńczy chwała.
Wasilewski padł tam mężny,Padł Wysocki i Lipiński,Tam Laskarys dzielny zginął,I granatem trafion Gliński.
Tam Markowski w pojedynkęWziął sześć armat bez obrony,Bo uciekły kanoniery,Myśląc, że jest człek szalony.
Tam pułkownik SobolewskiPadł i z kulą tkwiącą w ranie— Naprzód, wiaro! — wołał — Naprzód!Lżejsze będę miał skonanie!
Tam gwardzista Francuz krzyknął,Widząc naszych przy tej pracy:— Jakże Polska upaść mogła,Kiedy tacy są Polacy!
Pod murami Saragossy,Legło naszych dwa tysiące,Ale siły narodoweOkryło tam chwały słońce!
Oj, zapoznał się tam PolakZ głodem, trudem i niewczasem.Nim zaśpiewał tę piosenkę:— Idzie żołnierz borem, lasem...
W szmaty poszedł mundur staryPrzypasany ledwo pasem...W San Domingo bić murzyny— Idzie żołnierz borem, lasem...
Idzie, płynie lądem, morzem,Znosi nędzę, upał srogi —A wolności twej nadziejaKrzepi serce, kraju drogi!
Więc choć pada, choć omdlewa,Jeszcze piosnkę nuci czasem,O ojczyźnie jeszcze śpiewa:— Idzie żołnierz borem, lasem!...
Pod Raszynem, pod Warszawą,Idą nasi w bitwę krwawą,Osiem tylko ich tysięcy,A czterykroć wroga więcej.
Na koniku siwym jedzieI ułanów swoich wiedzieDzielny, mężny i bez troskiKsiążę Józef Poniatowski.
Pod Raszynem grają działa,Idzie w ogień wiara śmiała,Od poranka aż do zmrokuNie ustąpi wrogom kroku.
Aż złamała ich ta siła,Co, jak chmura świat nakryła.Brakło naszych — dwóch tysięcy,Lecz wróg stracił trzykroć więcej.
Tam Godebski Cyprjan zginął,Który w Legjach włoskich słynął,Sławny pieśniarz, rycerz śmiały,Poległ w boju pełnym chwały.
Nie utrzymał cię, Warszawo,Nasz bohater młody!Napiły się konie wrogaTej wiślanej wody!
Napiły się konie wody,U krwawego brodu,Ale honor niezdeptanyNaszego narodu.
Książę Józef zdał Warszawę,Ale wyszedł z bronią,Z biciem bębnów, ze sztandarem,Z Orłem i z Pogonią.
Opatrzył się wróg zapóźno,Strzedz granicę skoczył.Tam jenerał Sokolnicki,Bitwę z Moskwą stoczył.
Dwa ataki wstrzymał wroga,A trzeci odpiera,A wojakom Kraków staryBramy swe otwiera.
Nie bądźże nam wiarusie,Zapomniany w tym hołdzie,Ty ułanie nasz dzielny,Nasz wachmistrzu Jaszczołdzie.
Pod wiatrakiem z trębaczemStał tam Jaszczołd na wzgórzuA przez pole gnał owczarzStado owiec wśród kurzu.
Patrzy Jaszczołd, wróg waliAż tumany się wzbiły,Więc zakrzyknie: Trąb bracie,Co masz ducha i siły!
Trąbi trębacz, aż głucho,Nad owcami kurz wali,A wróg myśli, że polskiePułki nagle spotkali.
Więc zatrąbią na odwrótI zmykają cichaczem...A za nimi nasz JaszczołdZ swym kompanem trębaczem.
— Hej kruki, hej sępy,A gdzie wy lecicie?— Na północ, na północ,Tam strawy obficie!
— Hej kruki, hej sępy,A co tam za strawa?— Napoleon ginieI jego wyprawa!
— Hej kruki, hej sępy,Nie dacie mu rady!— Pomoże nam zima,Pomoże głód blady!
— Hej sępy, hej kruki,A któż tam w tej pracy?— Francuzy tam giną,I giną Polacy.
— Hej sępy, hej kruki,I gdzież oni giną?Pod Moskwą, SmoleńskiemI pod Berezyną!
Sypie śniegiem zima srogaIdzie Francuz w gniazdo wroga,Idzie Moskwę brać stolicę,Przez wichurę, przez śnieżycę.
Sam Napoleon hufce swojeNa śmiertelne wiedzie boje,Z Napoleonem nasza wiaraNa stolicę idzie cara.
A z tej Moskwy dym się wali,Z czterech rogów gród się pali,W gruzy idzie Kremlin staryPodpalony przez Moskali.
Z ulic miasta pożar bucha,Ni żywego zresztą ducha.— Chcecie grodu? — Bierzcie gruzy,Hej, panowie wy Francuzy!
O, zwycięstwo to straszliwe!Idą roty ledwo żywe,A przed niemi leci przodem,Śmierć i zima, z morem, z głodem.
Hej, nie było od prawieka,Ani zblizka ni zdaleka,Takiej klęski, takiej trwogi,I powrotnej takiej drogi!
Z spalonego wraca grodu,Napoleon pośród głodu,Nie utrzyma żołnierz broni,Kirasyery lecą z koni.
Kędy spojrzeć trupy leżą,Tylko im się wąsy śnieżą,Tylko oczy gdzieś do nieba,Zamarznięte — krzyczą: chleba!
Wiek niedługo przejdzie cały,Jak te wojska się wracały,A gdy wicher śnieg przegania,Słychać jeszcze jęk konania.
Poczerniały orły złote,Orły Francyi poczerniały —Skrwawił jasne swoje pióraI nasz srebrny orzeł biały!
— Dalej, dalej orły moje,W nowe trudy, w nowe boje!W słońcu chwały wam wyzłocić,Wysłonecznić pióra swoje!
Rzekł Napoleon, ręką skinął,Resztę armii swej rozwinął.A z nim losy swoje wiążePoniatowski Józef książę.
Pod Lipskiem się Sasy bronią,Nad Elstery modrej tonią.Nad Elstery modre wodyCiągnie nasz bohater młody!
Już jesienne słońce wstało,W nurtach rzeki się przejrzało.Poniatowski się tam bije,I Francuzów odwrót kryje.
Napoleońskie sławne rotyI konnice i piechotyCofają się w głuchej ciszy,Nikt tam strzału nie dosłyszy.
Wyczerpany w głodzie, w znoju,Nie ma Francuz już naboju —Tylko piersi i pałaszeZasłaniają go tam nasze.
Tak z pod Lipska uszli cało;Tak ich nakrył swoją chwałą,Swojej szabli błyskawicą,Książę Józef z swą konnicą.
Przez Elsterę idą nasi,A wtem most zapalą Sasi.Już odcięta dla nas droga,Hufce polskie — w mocy wroga.
Książę Józef w nurty spojrzał,W bok rumaka wbił ostrogę —— Bóg mi honor dał Polaków,Bogu tylko zdać go mogę!
Ściągnął uzdę, szablą błysnął,Wzniósł ku niebu modre oczy.— Za mną wiaro moja! — krzyknieI w spienione nurty skoczy!
Poniosły go wody sine,W głąb śmiertelną go poniosły,A gdzie zginął nasz bohater,Smutne wierzby tam wyrosły!
Tam w Szwajcarów wolnej ziemiŻył Kościuszko długie lataI obracał tęskne oczy,Gdzie rodzinna jego chata.
Z Maciejowic w ranach wzięty,Ciężką przetrwał on niewolę,Nim — wygnaniec — poszedł we świat,Na tułactwo, na niedolę!
Aż gdy poczuł, że śmierć blizko,Ujął w ręce miecz swój dumnyI rzekł: — Walczył w świętej sprawie,Włóżcie ze mną go do trumny!
I na północ spojrzał rzewnie,Twarz mu blaskiem się zajęła,I konając wyrzekł z mocą:— Jeszcze Polska nie zginęła!
Drży Warszawa pod bagnetem,Pod kozackim batem.Brat tam cara gospodarzy,Co jest kata bratem.
Cały naród w trwodze żyje,Żyje w poniewierce,Przecież jeszcze w piersiach bijeWierne polskie serce.
Poszły Ojce w Sybir, w śniegi,Padły w polu sławy.Lecz nadrośli już synowie,Pod ten sztandar krwawy.
Lecz nadrośli już synowie,Młodzi podchorąże,— Biada tobie, carski bracie,Biada wielki książę!
Chmurne niebo, wietrzne niebo,Nad miastem zagasłemIdą, idą ciemne mary,Zwołują się hasłem...
Idą, idą ciemne mary,Osłaniają głowę,A w Warszawie wszystkie sercaDo boju gotowe.
Jak huragan w pałac wpadli,Drżą szpiedzy wybladli,Biegnie książę wystraszonyDo komnat swej żony.
Tam z ukrycia napad słyszy,W strachu ledwo dyszy;Tylko żona go zbawiła,Która Polką była.
Na kobietę młodzież naszaNie chce wznieść pałasza...— Żyj do czasu, książę srogi,Wśród hańby i trwogi! —
O ty szkoło podchorążych,O wy serca młode,Wy się pierwsi w bój rzuciliZa kraju swobodę!
O ty mężny Nabielaku,Ty Wysocki dzielny,Wyście pierwsi dali hasłoNa bój nieśmiertelny!
Jak się płomień z wichrem rzucaI ogarnia dach,Tak Warszawę bój ogarnąłA zaś zdrajców strach!
Wpadli nasi na arsenał,Pochwycili broń,Teraz-że ich, wielki książę,Po ulicach goń!
Z arsenału wśród okrzyku,Co jak burza grzmi,Do klasztoru KarmelitówWyważyli drzwi.
Tam w klasztorze Karmelitów,Z za żelaznych krat,Śpiewał więzień o wolności,Tęsknie patrzył w świat.
Otwarła mu noc swobodyTen niewoli próg —Chwyta za broń więzień młody:— Z nami kraj i Bóg!
Okrzyk boju doleciałAż na północ do cara,Na Warszawę car wysłałSławny korpus Geismara.
Geismar w wojnie tureckiej,Świeżo okrył się chwałą —Toż na pikach rozniesie,I tę garstkę tak małą! —
Sześć tysięcy wiódł Geismar,Naszych — ledwo połowa —Uderzyli o siebie,Jako chmura gradowa.
Ryczą paszcze armatnie,Sam Dwernicki nabija,Po wylotach dział leciBłyskawica — jak żmija.
Pędzą nasze Krakusy,Pędzą nasze hułany —Odpierają Geismara,Za wał trupem usłany.
Odpierają Geismara,Z armat bucha dym krwawy.— Wiwat polska konnica,— Wiwat dzieci Warszawy!
Uciekają MoskalePrzed tą garstką tak małą,Jeszcze dziesięć im wozówKul i prochu zostało!
Toż to radość wśród naszych...Okrzyk w niebo aż bije,Ściska żołnierz żołnierzaKrzyczą: Wódz nasz niech żyje!
Pan Dwernicki pod StoczkiemPan Skrzynecki pod Dobrem,Jak szeroki kraj polski,Sercem wsławił się chrobrem.
Cały korpus RosenaPrzez pięć godzin odpierał,Aż za głowę się chwytał,Ten moskiewski jenerał.
Jak ryś skakał tam dziki,Łamał w gniewie giwery:— Co my? — krzyczał — mużyki!Lachy, ot — bohatery!
Jak pod Stoczkiem konnicę,Tak pod Dobrem piechotę,Wawrzynami okryłySławy zorze te złote.
I zdumiała się Moskwa,Kiedy na nas patrzyła —— Czarodzieje! — wróg szeptał —Bo skąd w garstce ta siła?
Skąd ta siła, Moskalu?Ja ci zaraz to powiem:Polak sercem się bije —A ty — tylko ołowiem!
Ej, to zuchy te Czwartaki,Dały Moskwie się we znaki!Z góry Moskal pardon krzyczy,Gdy zobaczy te junaki!
Pyta Rosen: — Co za czarty? —— To piechoty pułk jest czwarty!Kiedy bije, to się bijeJuż naprawdę, nie na żarty!
Jakby żądło bagnet suwa,Jak żbik skacze, jak ptak fruwa,A gdzie żądło jego błyśnie,Tam moskiewski giwer zwiśnie.
A tu trąbki coraz grają,Coraz bębny przybijają:— Naprzód! naprzód, dzielna wiara!Tchórze tylko się zostają!
Jak u tańca, u muzyki,Takie raźne słychać krzyki —— Do ataku! Na bagnety!Hej, Czwartaki! Hej, na sztyki!
Runą naprzód! Broń u boku —Ogień w piersi, ogień w okuAż złamali roty wroga,W tym śmiertelnym swoim skoku!
A w Warszawie serca biją,Panny wieńce z ruty wiją —— Niemasz zuchów nad Czwartaki,Więc Czwartaki niech nam żyją!
W sto tysięcy Dybicz krwawyIdzie do Warszawy,Depcą jegry i kozakiW polach naszych trawy.
Wiedzie Dybicz jegrów swoichNa ten kraj lechicki,Występuje przeciw niemuJenerał Chłopicki.
Wiedział o tem wódz nasz dzielny,Że go Dybicz zdusi —Lecz się rzucił w bój śmiertelny,Poledz z chwałą musi!
Zetknęli się pod Grochowem,U Warszawy progu,— Chyba po nas pójdziesz dalej,Chyba po nas, wrogu!
Pod Grochowem rykły działa,Dwieście armat razemWali w naszych granatamiI pluje żelazem.
Wali, pluje, w tę olszynkę,Co na drodze stała,Z niej to nasza artyleryaOgnia daje z działa.
— Do ataku, jegry moje! —Woła Dybicz krwawy —Pohulacie sobie za to,Jak weźmiem Warszawę!
Skoczą jegry do olszynkiSkoczą i kozaki —Odparły ich bagnetami,Te dzielne Czwartaki!
Po dziewięćkroć jegry pędzą,Dziewięćkroć odparci,Chwyta Dybicz się za głowę:— Nie ludzie — a czarci!
Jak topnieją śniegi wiosną,Gdy lecą jaskółki,Tak topnieją pod GrochowemDzikich jegrów pułki.
Leżą trupy wielkim wałemI ludzi i koni —Więc ogłasza Dybicz trzy dniZawieszenia broni.
Grzebią nasi dzielnych braci,A jegrów Moskale,A te bębny głucho biją,Na obronnym wale.
A te bębny głucho biją,Na mężnych pogrzebie...— Przyjmijże ich, matko ziemio,Bo legli za ciebie!
Zrywają się orły nasze,I Dybicz się zrywa.Szachowskiego korpus nowy,W pomoc mu przybywa.
Rzuciły się nowe pułkiNa Olszynkę krwawą,Kipi walka — aż MoskaleWzięli stronę prawą.
Wnet Chłopicki rzuca na nichGrenadyerskie roty,A Skrzynecki z lewej stronyBierze ich w obroty.
Wre gwałtowny bój na nowoZ jednej, z drugiej strony,Pcha zajadłość do napadu —Męstwo — do obrony.
Trzy ataki wytrzymali,Jak lwy mężnie stali —Grenadyerzy nasi dzielniPod ogniem Moskali.
Świeże roty Dybicz pędzi,— Bij, plemię sobacze!Przyjęły ich ogniem żywymDział naszych kartacze.
Ustępują jegry z lasku,Okrzyk słychać trwogi,Wtem moskiewski granat raniChłopickiego w nogi!
Stygnie wojsko wnet bez wodza,Jak bez duszy ciało...Próżno woła tam Prądzyński— Gońmy jegrów śmiało!
Choć sto kroków jeszcze, dzieci,A weźmiemy działa! —Tak miłego wodza ranaDucha im zabrała.
— Co? Chłopicki ranny? — szepczą,Stoją z niemym żalem —Tylko dzielny ich SkrzyneckiZakrył przed Moskalem.
Tak się dzień ten skończył krwawy,Mroki już zapadły,Pod Olszynką cichną działa,Cichnie bój zajadły.
Szarpie wąsa Dybicz blady,Aż zakrzyknął: — Niema rady!Tak stupajcie Kirasyery,Na te Lachy — bohatery!
A były to tęgie chłopy,Sławne w bojach Europy.Co w Paryżu postawiliPierwsi ciężkie swoje stopy!
Na ogromnych koniach siedzą,Miecz katowski u rzemieni,Pierś pod blachą, kask z piórami,Nazwa ich: »Niezwyciężeni«.
Mayendorf ten pułk prowadzi...Trąby ryczą już pobudkę,A żołnierze z pełnej kadzi,Na ochotę piją wódkę.
Jakże runie ta konnicaZ dzikim wrzaskiem w nasze roty!Przełamały KirasyeryPierwszą linję nam piechoty.
Przełamały, powaliły,Już na drugą tłum ten bieży...A stał na niej major Kicki,Z batalionem swych żołnierzy.
Mężnem czołem ich przyjmuje,I na dziesięć kroków puści.Aż zakrzyknie: — Ognia razem! —Świsną kule z luf czeluści.
Bije piorun po piorunie,Huczą strzały, ogień smali,Aż z zakutych blachą koni,Żelazne się chłopstwo wali.
Jęczy ziemia pod ciężarem,Lecą kaski i z mieczami,A pułkownik Kicki z bokuWpada na nich z hułanami.
Dwustu przeszło tych olbrzymówWzięli nasi tam w niewolęReszta trupem zawaliłaTej pamiętnej walki pole.
Kilku ledwo się urwało,Na swych koniach pędzą wronych.— Jenerale! — Niema pułku!Niema już »Niezwyciężonych!«
O Grochowskie pole sławne!Olszynowy lesie krwawy!Tyś pomnikiem naszych nieszczęść;I ogromnych bojów sławy!
O, gdyby tam była zgoda,Gdyby wodza wiara miała,Pewno nogaby MoskalaW kraju naszym nie postała!
Drogo bitwę tę opłaciłŻołnierz polski krwią swą dzielną,Ale klęski jego nawet,Chwałą kwitną nieśmiertelną.
Tam Mycielski Ludwik zginął,Gdy związawszy ranę w szmaty,Znacząc drogą ślad swój krwawy,Szedł zagwoździć dwie armaty.
Już dochodził do bateryi,Już dosięgał — blednąc — działa,Kiedy kula go moskiewskaW pierś trafiwszy — dokonała.
Tam i Szembek padł jenerał,Z konia lecąc pod kopyta:— Naprzód! — wołał — Naprzód nasi!Kraj zwycięzców niech powita!
Dziewięć padło tam tysięcyI konnicy i piechoty,A imiona ich OjczyznaWpisze kiedyś w rejestr złoty.
Dwakroć tyle Moskwy legło,Wśród krwawego tego pola...I to ludzie! Idą — bo ichRozkaz pędzi — carska wola.
Pod Grochowem, tu raz pierwszyBłysnął sztandar ten przyszłości —— W bój idziemy tak dla naszej,Jak dla waszej też wolności.
O było to piękne godło!Już go dzieje nie zapomną...Wzejdzie kiedyś nad narodemZorzą złotą i ogromną!
O ty kulo nieszczęśliwa,Chłopickiego coś raniła...Hej, inaczej z takim wodzemWiara nasza by się biła!
O nieszczęsny Krukowiecki,Coś opuścił boju pole...Równy zdradzie czyn twój leżyPlamą czarną na twem czole!
O Grochowskie pole krwawe,O ty świadku naszej sławy,Ogarnęła ciebie Moskwa,Lecz nie weszła do Warszawy.
Ogarnęła ciebie Moskwa,Swym ogromem, lecz nie męstwem!Grochów zawsze pozostanieI wśród klęski — nam zwycięstwem!
Nad tą Wisłą, nad tą rzeką,Mgła świat kryje, jak daleko,Jak daleko, jak szeroko,Mgły nie przejrzy ludzkie oko.
A za Wisłą Geismar leży,Sześć tysięcy ma żołnierzy.Obozowe ognie płonąWskróś tej gęstej mgły — czerwono.
A w Warszawie, tam nad mostem,Dzielny z lica, dzielny wzrostem,Nasz Rybiński stał jenerał,Ku Wawrowi w mgłę spozierał.
Aż w milczeniu ręką skinął,Zebrał roty, szyk rozwinął,Wyprowadził wojsko z miastaI za Wisłą we mgle zginął.
Cicho, ciszkiem idzie wiara,Ku Wawrowi, na Geismara...A mgła gęsta ją osłania,Tłumi kroki i wołania.
Już podeszli! Już są blisko!Otoczyli legowisko...Skoczy Geismar, konia woła —A tu nasi już dokoła!
Z przodu Kicki z ułanami,W mgle zaświecił im lancami,A Rybiński im jenerałBagnetami tył zabierał...
Popłoch, krzyki wśród Moskali,Sołdat swoich szaszką wali,Nie wie kogo we mgle bije —A z wściekłości Geismar wyje!
W dwie godziny Moskwa zmyka...Wzięli nasi niewolnika,Wzięli nasi cztery działa,Rybińskiemu za to chwała!
Gdy marcowe słońce świeci,Tam pod Wawer idźcie dzieci!Z tchnieniem wiatru, z tchnieniem wiosny,Jeszcze gwar tam bitwy leci!
Tam pod Dębem bitwa huczy,Ogniem grzmią baterje.Moskal Rozen tam prowadziSwoją kawalerję.
Przeciw niemu MałachowskiLewe skrzydło wiedzie,Dwakroć atak ich odpiera,Z Rozenem na przedzie.
Prawe skrzydło BogusławskiZajął z Czwartakami.A był grunt tam mokry, płaski,Pokryty bagnami.
Brodzi więc piechota nasza,Oschnąć nie ma czasu —I wypiera bagnetamiMoskala z pod lasu.
— Słyszcie, zuchy! — Tak CzwartakomBogusławski rzecze. —— Czy my kaczki, byśmy w błocieStali, gdy deszcz ciecze?
W Dębem Moskal się rozłożył,Suche ma kwatery...Dalej! hura na Moskala,Moje bohatery!
Jakże runą tam CzwartakiW taniec swój szalony!Nic nie słychać, tylko: — Marsz! Marsz!Naprzód bataljony!
Tuż Skarzyński w pomoc skoczyZe swymi szasery...Wypędzili Moskwę ze wsi,Zabrali kwatery!
Już wesoły ogień błyska,Krupnik z kotła pryska,Dzielna wiara opatrujeRany u ogniska.
Krąży czarka wśród drużyny,Przy onej ochocie...Sucho będą spać Czwartaki,A Moskale — w błocie!
Biją dzwony wielkanocne,Serce w piersiach bije:— Rezurekcja! Zmartwychwstanie!Polska znowu żyje!
Zmyły boje nasze klęski,Jak wiosny ulewa...Nad polami znów skowronekPieśń wolności śpiewa.
Biją dzwony wielkanocne,Dźwięk pod chmury płynie,— Jeszcze Polska nie zginęła!Brzmi w całej krainie.
— Jeszcze Polska nie zginęła,Jeszcze wolność żyje,Póki w mężnej polskiej piersiWierne serce bije!
Wyszło carskie rozkazanie:— Lwów Warneńskich pułk niech stanie:Czas już zetrzeć w proch Polaków! —Wstali, poszli pod Iganie.
Dział czterdzieści wali z niemi,Aż grzmot idzie wnętrzem ziemi,A czternaście naszych armatOdgrzmiewa im huki swemi.
Wali Moskwa, jako mrowie,Karabiny z mrowia sterczą...Lecą kruki, bitwę czują,Bitwę krwawą i morderczą.
Grzmią strzałami lwy warneńskie,Rozkaz ich zagrzewa carski.Do ataku pierwszy na nichPodpułkownik biegnie Karski.
Biegnie, ginie jak bohater...Ale wiara jego śmiałaPędzi, wpada na baterjęI zdobywa cztery działa.
Rykną ogniem lwy warneńskie,Z coraz bliższej rażą mety.Aż jak piorun rozkaz huknie:— Do ataku! Na bagnety! —
Schyliły się czarne kaski,Czarne kaski, orły złote —Runą naprzód Lwy warneńskie,Z bagnetami na piechotę.
A jenerał nasz PrądzyńskiZ konia swego skacze śmiele,Chwyta bagnet, pieszo idzieZ bataljonem swym na czele.
Widzi żołnierz, że wódz drogiSam się rzuca w bitwę krwawą.— Hura! — krzyknie — na Moskali!I odparli wroga z sławą.
Tam Chrzanowski dzielny zginął,Tam Krasicki poległ śmiały —Lecz Warneńskie lwy na placuTrupem legły — i zostały!
A kto to najpierwszyDo boju się budzi?To ziemia nad Dźwiną,To lud świętej Żmudzi!
Do walki za wolnośćŻmudź święta się zrywaI pierwsza tam targaNiewoli ogniwa.
I zawrzał Dynaburg,I sioła i miasta —I na koń tam skaczeBohater — niewiasta.
Emilja to Plater,W mundurze hułana,Porywa Żmudź z sobąOd łana — do łana.
Emilja to PlaterTak rzuca się w boje,I świeci jak gwiazda,Nad pola tam swoje.
O mężna ty Polko,Żmudzinko ty śmiała!Cześć męstwu twojemu,Odwadze twej — chwała!
Na Wołyniu, pod Boremlem,Tam Dwernicki stoi.Sześćkroć tyle widzi wroga,Ale się nie boi.
— Jezus Marya! — nasze hasło! —Za mną, ma drużyno!Nim nas jegry porachują,Sami pierwiej zginą!
Ścisnął szablę, śpiął ostrogiI na wroga skoczy...Nie chce Moskal wierzyć prawieI przeciera oczy.
Nim je przetarł, już DwernickiSypnął mu w nie prochu...Moskwa cofa się w nieładzieZ nagłego popłochu.
Cofa Moskwa się w nieładzie,Trupem drogę znaczy,Aż się porwie i półkolemGarść naszych osaczy.
Hej, nie było na to rady.Ściśnięty przez wrogaUstępuje tam Dwernicki,Gdzie jest wolna droga.
Ustępuje do granicy,Z wojskiem ją przekracza...Na rozbitków poszli mężni,A on — na tułacza.
O Dwernicki! tyś dał przykładNiegodny rycerza,Żeby z kraju wyprowadzaćOjczyzny żołnierza!
Pójdzie za nim Krukowiecki,Pójdzie Romarino —Wyprowadzą wojsko z kraju,Sami marnie zginą!
O Dwernicki! Twoja sławaPrzyćmiona tym czynem!Czarna krepa z niego wiejeNad twoim wawrzynem!
A pułkownik nasz Różycki,Co mu imię Karol,Oj, ten zagiął z swymi zuchy,Na Moskala parol!
Za granicę nie szedł kraju,Dwernickiego śladem,Ale z garścią mężną zuchówBił się własnym ładem.
Na Wołyniu dotąd słynieDzielne jego imię,Dotąd prawią, jak się zwijałW ogniu dział i w dymie.
Aż gdy Moskwa zgnieść go miałaNa wołyńskiej ziemi,On się przedarł do ZamościaZ zuchami swojemi.
Nie zubożył on OjczyznyO garść tych żołnierzy —Chwała tobie nasz RóżyckiTy wzorze rycerzy!
Na Podolu, Ukrainie,Gdzie Boh siny płynie,Wstają mężni bronić ziemiSiłami wszystkiemi!
W Krasnosiółce się zebrała,Ta drużyna śmiała,I Kołyskę jenerałaWodzem swym obrała.
Tam konnica pod ObodnemZwiodła bój szalony,Aż ją Moskwa ogarnęła,Jak potok spieniony.
Aż ją Moskwa ogarnęła,Jak płomień pożogi —Aż garść naszych pod Daszowem,Zwyciężyła wrogi.
O Podole, Ukraino,Czyny twe nie zginą —Przebudzisz się do wolnościSzczęśliwszą godziną!
— Precz, ty Dybicz Zabałkański! —Car zakrzyknął wściekle —I wyszukał Paszkiewicza,W swych służalców piekle.
— Precz, ty Dybicz Zabałkański,Gdyś Lachów nie pobił!Niech Paszkiewicz robi teraz,Czegoś ty nie zrobił!
Idzie, idzie już Paszkiewicz,Ziemia pod nim stęka —Okryła się czarną chmurąNasza Ostrołęka.
Okryła się chmurą Narew,Bitwa już zawrzała,Świszczą kule i granaty,Grzmią potężne działa.
Bronią nasi przejścia NarwiąBronią mostu śmiele,Sam jenerał Bem tam walczyNa tych mężnych czele.
Biegną nasi w ręcznym bojuDo śmiertelnej mety...Lufa w lufę karabinu,A bagnet w bagnety!
Ścisk na moście, chwila sądna,Trudno użyć broni...Spychają się bataljonyDo skrwawionej toni.
Padł już Kicki i Kamieński,Padł dzielny Skrzynecki,Powalił się od tej burzy,Młodzi kwiat szlachecki.
Powalił się od tej burzyLud, jak łan od gromu!Już cię teraz, ty Ojczyzno,Bronić niema komu!
O ty klęsko Ostrołęcka,Nieśmiertelna klęsko,Otwarłaś ty nasze wrota,Przed Moskwą zwycięską!
Czekaj jeszcze ty Moskalu,A nie zsiadaj z koni!Jeszcze szaniec się ostatni,Wola jeszcze broni!
Tam jenerał jest Sowiński —Szczudłem nogę wspiera —Ale jeszcze ci pokaże,Jak Polak umiera!
Jeszcze on tam, choć o kuli,Pójdzie z tobą w taniec —Sławą skryje nieśmiertelnąTen ostatni szaniec!
Zatoczyła Moskwa działa,Grzmią strzały dokoła,Z hukiem granat się rozpękaO mury kościoła.
A w kościele garść tam mężnych,Siwy wódz bez nogi —Bohaterskiej śmierci czeka —A wróg wchodzi w progi!
Już zakipiał bój w kościele,Krew na ołtarz tryska...Wzniósł Sowiński wierną szablę,Oburącz ją ściska.
Krzyczy Moskal: — Pardon wołaj!To ciebie ocalę! —A Sowiński pierś mu przebił!— Ot pardon, Moskale!
Padł bohater i obrońcaOstatniej reduty,Zarąbany tam szaszkami,Sztykami zakłuty.
Padł bohater z garścią mężnych,U ołtarzy Boga,A Warszawa się otwarłaKrwawym stopom wroga!
Gdy zapadło nad OjczyznąCzarnej trumny wieko —Ten, kto nie mógł żyć w niewoli,We świat szedł daleko.
Szedł daleko w obce kraje,Z ojczystego proga,Apelując o swą krzywdęDo sędziego Boga.
I ujrzały wtedy ludy —Tułaczy tysiące,Na wygnanie dobrowolneZ gniazd swoich idące.
I ujrzały jak szli w ranach,W nędzy i bez chleba,Protestując przeciw gwałtomWobec ziemi, nieba.
Gdy pod stopą carską naródI Warszawa mdleje,Oni z pod moskiewskich knutówUnieśli nadzieję.
W piersiach, w sercach swych ukryliTen skarb narodowy,Za granice niosąc krajuSwe tułacze głowy.
Na francuskiej ziemi bratniejByło ich siedlisko,Tamto Polskiej EmigracyiPrzyjęli nazwisko.
Gorzka dolo ty tułacza!Gorzki, czarny chlebie!Jakże często łza gorącaZrosiła tam ciebie...
Jakże często dumał tułaczZ głową pochyloną —Czy choć prochy złoży kiedyśNa ojczyzny łono!
Cichą nocą, mroczną nocą,Gwiazdy się migocą...Nad granicą cień się słania —— Kto tam idzie? Poco?
Hej, to Józef jest Zaliwski,Z druhami swojemi —Idzie budzić orły senne,Na tej polskiej ziemi.
Idzie budzić orły senne,Krzepić senne dusze...To wysłańcy Emigracyi —To Emisaryusze!
Pieszo z Francyi i bez broni,O żebranym chlebie,Wyszli, by znów walczyć, cierpieć,Polsko ma, dla ciebie!
Cicho milczkiem się przekradli,Przez graniczne straże,Rozsypali się po kraju,Po całym obszarze...
Rozsypali się po kraju,Jak milczące cienie,A gdzie przeszli, tam się budziWolności pragnienie.
Poczuły tę wiosnę w sercach,Spostrzegły się wrogi...Biegną szukać, biegną chwytać,Trzęsą domów progi.
Nie uchodzą dobrowolniSprawy męczennicy,Po więziennych giną lochach,Lub na szubienicy.
Ale hasło już wydane!Już nad Polską całąJakimś brzaskiem, jakimś świtemNiebo rozedniało...
Emisaryusz tu był... TędyOddech tchnął swobody...Tutaj padło słowo ciche,— Nie giną narody! —
Emisaryusz... Polska całaImię to powtarza,A głowy się ze czcią chylą,Jakby u ołtarza!
A Paszkiewicz wyrok pisze,Na Artura, na Zawiszę,Na Zawiszę, na Artura:— Szubienica! łokieć sznura!
Miał Zawisza matkę siwą,We łzach, w trwodze ledwo żywą,Co na całym bożym świecieSkarb ten jeden miała — dziecię.
Błaga pani ZawiszynaU nóg kata — życia syna,Błaga życia jedynaka —A Paszkiewicz: Precz, ty taka!...
Wstała Polka, wzniosła lica,Z wzgardą patrzy w Paszkiewicza,Drżą jej usta, oczy płoną,Stoi z ręką podniesioną.
Milczy chwilę — groźna całaW swej rozpaczy majestacie,Aż wybuchnie klątwą srogą,Bogdajś skonać nie mógł, kacie!————————
I spełniła się ta klątwa,I ta matka jest pomszczona.Przeszły lata; a PaszkiewiczCztery dni w męczarniach kona.
Obstąpiły czerńce wkoło,Dymem popy kadzą łoże...Cztery dni Paszkiewicz kona —Kona — a skonać nie może!
Aż zaszepcze schrypłym głosem:— Szukać... gdzie jest Zawiszyna?...Gdzie ta matka, com jej stracił —Jedynaka... stracił... syna! —
Jej to klątwa mnie dotknęła,Ona tylko odkląć może...Niechaj przyjdzie — niech przebaczy...I na śmierci upadł łoże.
Weszła. Anioł tak wstępujeDo piekielnych mąk otchłani...Zrywa się Paszkiewicz z jękiem,— Przebacz, matko! Przebacz pani! —
A ta Polka — chrześcianka —Rzekła: — Niech ci Bóg przebaczy! —A Paszkiewicz skonał wtedy —Skonał krwawy herszt siepaczy.
Szubienica — w świecie całymWzgardą jest dotknięta;Ale w Polsce — jak krzyż prawie —I jak ołtarz — święta.
Szubienice takim właśnieStawiali Moskale,Których imię nie zagaśnieW narodowej chwale.
Tak Zawisza Artur zginął,Tak Kalikst Borzewski,Tak Wołłowicz Michał wstąpiłNa śmiertelne deski.
Tak zawisnął na tym słupieWiśniowski ów śmiały,Co pomnika mu we Lwowie,Strzeże orzeł biały...
Takich wieszał kat-PaszkiewiczNa stokach Warszawy,Wieszał w Wilnie, wieszał w GrodnieTen Murawiew krwawy!
Relikwiarzu narodowy,Polska szubienico!Czcią całego się naroduTwe ofiary szczycą!
Za tą Trocką BramąGłucho bębny huczą.Konarskiego to SzymonaZ więzienia wywłóczą.
W narodowym bojuNieraz bił on wroga,Potem — tułacz — szedł do FrancyiZ ojczystego proga.
Lecz nie mógł ugasićSerdecznej tęsknicy...Więc się jako emisaryuszPrzekradł z zagranicy.
I w Litwie ojczystejBudził ducha męstwo,I zagrzewał serca bratnieI wróżył zwycięstwo.
Murawiew go chwyciłI zamknął w ciemnicy,— Pod pałki go! pod batogi!Gdzie twoi wspólnicy?
Lecz Szymon KonarskiMilczy jak zaklęty...Więc po pałkach i po knutach,Na tortury wzięty.
Trzeszczą kości, stawy,Spotnieli już kaci —Lecz Konarski Szymon milczy,Nie wyda on braci!
Wścieka się Murawiew,Kipi z niego piana...Wieszać chce; lecz miał KonarskiStopień kapitana.
Więc za Trocką bramąGłucho bębny grają —Tam Szymona KonarskiegoDzisiaj rozstrzelają.
Wywlekli go z lochu,Martwego wpół trupa,Przywiązali go w kajdanach —Do tej kaźni słupa.
Tam mu odczytaliWyrok śmierci carski...— Niechaj żyje Polska! — na toOdkrzyknął Konarski.
Zagłuszyły bębnyTen okrzyk zuchwały:Pod rotowym ogniem, w dymie,Padł męczennik śmiały.
Tak zginął Konarski,Bohater nasz miły!A z kajdanów jego, PolkiPierścienie nosiły.
Nieszczęsny rok! Nieszczęsny dzień!Na ziemię upadł krwawy cień —I krwią się zmazał lud, nasz brat,I w ręku wroga — z niego kat!
To Szela zdrajca, jako wąż,Podszeptem kusi: »Rabuj! Wiąż!Nie za Ojczyznę bój to wre,Niewoli chłopa szlachta chce!«
Tak krakał Szela — czarny kruk —I szlachty wróg — i ludu wróg —I poił wódką, wprawiał w szał,I wiódł pijanych tam, gdzie chciał!
O, to nie brat, nie lud nasz był,Co palił dwory, starców lżył,Co dyszał rzezią, szerzył mord —Na podobieństwo dzikich hord!
Nie, to nie lud nasz! — Zwierz był to,W którego Szela zmienił go!To był w morderczych rękach nóż —— A winę tę — lud zmazał już!
Powiał świeży wiatr z zachoduI odetchnął świat,Rozwinęła znowu wiosnaTen wolności kwiat!
Od granicy wielkopolskiejRwie się biały ptak —Stara Piastów ta dzielnicaDała życia znak!
Tam pod Wrześnią, Miłosławiem,Chwycił lud za broń;Tam znów szlachcic z chłopem polskimUścisnęli dłoń!
Pod Trzemesznem, pod Raszkowem,Strzały znowu grzmią,Znów za wolność drogiej matkiSyny płacą krwią!
Pod Kaźmierzem, pod Szubinem,Pod Odolanami,Tam się nasze dzielne zuchyBiją z Prusakami.
Płynie, płynie Warta sinaI krwi płynie zdrój;Mirosławski lud prowadziZ Prusakami w bój!
Ej, ty panie Mirosławski,Co z ciebie za wódz,Kiedy wdajesz się w układy,Zamiast wroga zmódz!
Ej, ty panie Mirosławski,Szkoda naszej krwi!Ty z Prusakiem się układasz,A on z ciebie drwi!
Zmarnowały dyplomatyNasz bojowy trud,Lecz się w Ligę NarodowąZ szlachtą związał lud!
Choć jenerał zgniótł Willisen,W Wielkopolsce ruch,Ale ożył duch wolności,Bratni ożył duch!
Hej, znowu kulki grają,Hej, wojska się zbierają,Bem idzie na Siedmiogród,A nasi — pomagają.
Hej, pomagają nasi,Hej, Węgrom i Bemowi —Jenerał zaś DębińskiNasz Legjon tam stanowi.
We wszystkie wielkie bojeSzedł Polak, jako w swoje,Za wolność dając mężnieI życie i krwi zdroje.
Hej, wojna grzmi na Węgrzech,Nadzieje w sercach rosną...— Jak Niemców Bem pobije,To do nas przyjdzie z wiosną! —
Hej, bledną Niemcy z trwogi,Hej, łączą się już wrogi,O pomoc się u caraNa Bema Niemiec stara.
Więc, ścisną się załogi:— Hej, wspólne nasze wrogi!Jak jednych pobijemy,To drudzy pójdą w nogi!
Hej, kto wie, coby było!Bem bije z wielką siłą,Dębiński mu pomaga,W Legjonie — lwia odwaga!
Lecz Goergej tam jenerał,Przezdradził dobrą sprawę,Niemieckie wolał złoto,Nad cześć swą i nad sławę.
I przywiódł pułki swoje,Judasza wdziawszy maskę,I zdał je Niemcom — zdrajca —Na łaskę i niełaskę!
O Bemie dotąd śpiewaLud piosnki w chacie, w dworze,— Goergejem — dzieci straszą,Gdy które spać nie może!
— A po kim ty ludu polski,Chodzisz w tej żałobie?
— Po tych świętych męczennikach,Co spoczęli w grobie.
— A co znaczy krzyż ten czarny,Cierniowa korona?
— To z Chrystusem umęczonymPolska razem kona.
— A gdzie idziesz, tak procesjąOd proga do proga?
— Protestuję wobec niebaPrzeciw gwałtom wroga!
— A co ty tak groźny, strasznyW swem milczeniu głuchem?
— Bo ja walczę nie orężem,Ale walczę — duchem.
— A co ty tak wołasz, ludu,Rzewnemi pieśniami?
— Wołam — by się sprawiedliwośćStała tu nad nami!
A w Warszawie Moskwa hula,Świszczą knuty z nahajkami...— Święty Boże! Święty mocny,Zmiłuj się nad nami!
I odziera z niewiast szaty,Czarne szaty z welonami...— Święty Boże! Święty mocny,Zmiłuj się nad nami!
Po ulicach lud poklęknął,Tratowany kopytami...— Święty Boże! Święty mocny,Zmiłuj się nad nami!
Do kościołów Moskwa wpada,Krzyże rąbie tam szaszkami...— Święty Boże! Święty mocny,Zmiłuj się nad nami!
Do bezbronnych ognia daje —Krew się leje ulicami...— Święty Boże! Święty mocny,Zmiłuj się nad nami!
Branka! Branka! Gdzie syn w domu,Gdzie jedynak, gdzie brat drogi,Tam ich nocą ma wyłapaćMoskwa — co do nogi.
Tam ich postrzydz ma w rekruty,Dać karabin ciężki w rękęI za Ural pognać w rotyNa śmierć — i na mękę.
O, nim hańby tej doczekaMłodzież nasza, kwiat narodu,Prędzej z bronią pójdzie w lasy.Od miłego rodu!
Cicho, cicho wyszli nocą,Pod opieką boską,Wyszli bronić swej swobodyW puszczę Kampinoską.
Kampinoska puszczo sławna!Jeszcze dotąd w tobie dzwoniPierwszych hasło — tych powstańców— Do broni! Do broni!
Lecą ptaki od zachodu,Niosą nam nowinę:Wiedzie z Francyi MirosławskiMłodzieńczą drużynę.
Tam we Francyi młodzież naszaOd kraju daleka,Dawno hasła już powrotuZ utęsknieniem czeka.
Na głos pierwszy się zerwaliMłodzi ochotnicy,Ojczystego bronić krajuBiegną z zagranicy.
Mirosławski! Ty ich wziąłeśNa swoje sumienie —Tyś ich powiódł w bój, bez broni,Jakby na stracenie.
Pod Krzywosącz ich powiodłeś,A sam, zdjęty strachem,Kiedy oni tam ginęli —Siedziałeś pod dachem!
Mirosławski! Twoje imięShańbił skon tej młodzi!Legły młode bohatery,Wódz — cało uchodzi!
Już ogarnął bój dokołaPolską naszą ziemię...Zrzuca pęta kraj nasz miły,Zrzuca jarzma brzemię.
Tu, to owdzie huk wybucha,Słychać wrzenie bitwy —Powiewają orły białeI Pogonie Litwy!
W lasach, w borach, brzęczą kosy,Ognie płoną w kniei,Znowu leci w niebogłosyPiosenka nadziei!
Rozbudziły się na gniazdach,Nocą senne ptaki —Wpadł Langiewicz i MoskalomDał się tęgo wznaki!
W całej Polsce bój wybuchaOd łana do łana —Niechże Bóg ci dopomoże,Ojczyzno kochana!
A Langiewicz w górach siedzi,W Świętokrzyskich górach,Zbił Moskali w Bodzentynie,Zbił ich na Mazurach.
Tam pod Jedlnią, pod Szydłowem,Krzyżują się drogi —Tam z drużyną swą LangiewiczMężnie bił swe wrogi.
Oj wy lasy, oj wy góry,Głośne echa macie,Wy Maryana LangiewiczaImię powtarzacie!
Dyktatorem się ogłosił,Lecz pierwej był długoBohaterem i żołnierzem,I ojczyzny sługą!
Póki góry ŚwiętokrzyskieBędą w Polsce stały;Póty imię Langiewicza,Swej nie zbędzie chwały!
Na Podlasiu, pod Węgrowem,Wody Liwca płyną,Tam się bije dzielny Sokół,Ze swoją drużyną.
Tam się bije dzielny Sokół,Lecz go Moskwa dusi,Jeśli partję ma ocalić,To uchodzić musi.
Musi z jawnej wywieść zgubyI broń i żołnierzy...Lecz kto odwrót ten zakryje,Gdy Moskwa uderzy?
Dwustu zuchów się zebrałoZ partji na ochotę,— Idźcie bracia! Już my MoskwieDamy tu robotę!
I jak burza, tak wpadająNa armaty wroga —Poszły w popłoch kanoniery,Krzyczą: Radi Boga! —
Myśli Moskwa, że to SokółWziął ich w te obroty,Już się walą czarną rzekąTe piechotne roty...
Stoją mężnie młode zuchy,Bój się wszczął zajadły...Do jednego bohateryW walce owej padły.
Do jednego padły w walce,Męczeńską drużyną —Ale Sokół uszedł z swymi.Tak to u nas giną!
Obcy piewca, cześć oddającTakiej męstwa sile,Nazwał bitwę pod Węgrowem:— Polskie Termopile!
Pod Izbicą, Mieczownicą,Tam się nasi męstwem szczycą,Tam Mielęcki Kaźmierz walczy,Nad pruską granicą.
On pod Lądkiem, pod Ślezinem,Męstwa okrył się wawrzynem,I Kujawskiej ziemi bronił,Której też był synem.
Bił się w lewo, bił się w prawo,Z różnem szczęściem, lecz ze sławą,Pod Kaźmierzem też położyłGarść Moskali — ławą.
I tak walcząc w tej potrzebie,Na żołnierskim chlebie,
I krew przelał i dał życie,Ojczyzno, za ciebie!
O wolności, jakżeś droga!Jakże święte imię twoje!Oto obcy z nami idąW narodowe boje!
Callier, Francuz, kraj przebiega,Z mężną garścią swej konnicy,Pod Warszawą samą — MoskwieWiwat dał z krucicy!
Joung się pod Wsią Nową bije,Mężny z obliczem surowem —Dał Moskalom tam pamiętne,A zginął — pod Brdowem.
I ty nie bądź zapomnianyStanisławie, dzielny Beki,Coś do Polski z Włoch aż przyszedł,Przez góry, przez rzeki.
Jak lew biłeś ty się śmiało!Nasza sprawa — twoją sprawą,Aż zginąłeś — rozstrzelany —Bracie nasz, pod Mławą!
We Florencyi, tani pieśniarzaUwieczniło ciebie dłuto —Tam śmierć twoją bohaterskąW marmurze wykuto.
Słup już wbity, wojsko w szyku,Z jasną twarzą Becchi stoi,Nie da oczu związać sobie,Śmierci się nie boi.
Przywiązali go do słupa,Wzięli na cel już morderce...— Niechaj żyje Polska! — krzyknął,I padł — trafion w serce!
Na Moskali sąd tam boski,Gdzie się bije Taczanowski,Na Moskali strach tam leci,Gdzie on krzyknie: — Naprzód dzieci!
Sławne jego kosynjery,Nie chcą wiedzieć co kwatery,Tylko krzyczą: Dalej! Żywo!Na Moskali chcem! Na żniwo!
Więc gdzie błysną w słońcu kosy,Tam Moskalom wstają włosy —Ze strachu im włosy wstają,Chociaż głowy ogalają!
Pod Pyzdrami, u granicy,Tam się zwarli zapaśnicy,A choć Moskal sił natężył,Taczanowski go zwyciężył!
I urosło jego imię,W błyskach kosy, w armat dymie,I urosła jego siłaI najtęższą w kraju była!
Mówi Moskal: — Ej, to bieda,Że się Polak chwycić nie da!Tu się bije, tu da nurka —Ej, już lepiej iść na Turka!
Złapiesz Turka, to go trzymasz! —Tu garść ściśniesz — a nic nie masz!Rozpędź, pobij, zakuj w dyby,Znów wyrosną ci jak grzyby!
Partyzanty we wsi, w boru,Palą ognie wśród wieczoru;Przekradają się lasami —Już za nami! — Już przed nami!
Piszą raport jenerały,Piszą pany oficery:— Niet już Polszczy! Aż tu znowu:— Hurra! — krzykną kosynjery!
Tak się biły w dawne czasy,Te hiszpańskie gerylasy...Tu go trzymasz — tu da rurka —— Ej, już lepiej iść na Turka!
Grzmią w powietrzu ciężkie strzały,Grzmią pod Rudnikami,Tam się dzielny nasz Chmieliński,Bije z Moskalami,Moskalami.
Do Janowa wpadł jak burza,Co to dęby wali,I wypędził z swymi zuchyCały pułk Moskali!
Zaś się rzucił, jako wicher,Stanął w Bodzechowie,Umykała mu się z drogiMoskwa, co się zowie.
Aż po wielu go potyczkachChwycili Moskale,I w Radomiu rozstrzelali,Przy zamiejskim wale.
Dzień Wigilii, dzień grudniowyPonad miastem wschodzi...Rzekł Chmieliński: Żegnaj Polsko!Chrystus nam się rodzi!
Zagłuszyły wnet te słowa,Strzały z karabinu...Ale Polska gdzieś odkrzykła:— Żegnaj, drogi synu!
A w Sieradzkiej ziemi,W Łokietkowej ziemi,Zniósł tam Moskwę TaczanowskiZ kosynjery swemi.
Garstka się ostatniaNa cmentarzu broni,Nie wyjdzie tam żaden żywy —Z tej śmiertelnej toni.
Biją w niebogłosy,Machają tam kosy,A mogilny biały piasekPije krwawe rosy.
Wtem leci wśród jęku,Ranny jeździec z łęku,To Urusow, książę młody,Puszcza uzdę z ręku...
Już leci, już ginie,Sił dobył ostatki —I tak rzecze do Zaremby:— Jedynak ja matki...
Ratuj mnie, Polaku,Ratuj życie moje —A ja wiernie twej ojczyźnieW przyjaźni dostoję!
Chwycił go Zaremba,Na siodle go trzyma,Krzyżują się kosy błyskiemPrzed jego oczyma...
— Nie ujdzie nikt żywy —Książę czy nie książę! —A Zaremba: — We mnie bijcie!Bo mnie słowo wiąże!
I odkrył pierś własną,A zasłonił wroga —I ocalił syna matce,Dla miłości Boga!
Tak to polski szlachcicStawił się na słowie...— A ty, jakżeś go dotrzymał,Książę Urusowie? —
Jako rycerz, co patronaBierze sobie w bitew dymie,Chrztem żołnierskim BorelowskiLelewela przyjął imię.
Gromem ono się rozległoGdzie Bystrzyca wartko płynie,A lubelska ziemia dotądSzczyci się, w tym dzielnym synie!
Szedłby żołnierz w ogień za nim,Tak to wódz był ukochany!Trud z nim miły, miłe boje,Miła męska śmierć i rany.
O, lubelskie bory mroczne,O, wy buki i wy sosny,Wyście były mu namiotem,Wy i twierdzą owej wiosny!
Z waszych gęstwin on wypadał,Na wycieczki swe orężne,Postrach szerząc wśród Moskali,Zagrzewając serca mężne.
Z was on wyszedł w bój morderczy,Przed wiosennym słońca wschodem,Kiedy z wrogiem walczył sławnie,Pod lubelskim Krasnobrodem...
W waszych szumach raz ostatni,Swą chorągiew on rozwinął,Kiedy bił się pod Batorzem,Pod Batorzem kiedy zginął...
O, lubelskie ciemne lasy,Słyszały wy ech już wiela,Ale żadne nie tak sławne,Jak to imię — Lelewela!
A czy to już KurpikowieBędą za wszystkimi?Co to wojna im nowinaDla ojczystej ziemi?
Czy w puszczy już kurpiowskaNie ostra siekiera?Czy na Kurpiach niema kosy,Niema bohatera?
— Oj są w chacie kosy, strzelby,Są w ostępach działa!Jeszcze puszcza ta kurpiowskaBitwą będzie grzmiała.
Oj są jeszcze dzielne sercaPod siwą sukmaną!Jeszcze się tam i KurpikomWawrzyny dostaną!
A w Zielonej, w MyszynieckiejHukają puszczyki —To Padlewski Zygmunt dzielnyZwołuje Kurpiki!
A w Zielonej, w Myszynieckiej,Tam się echo goni,To Padlewski Zygmunt dzielnyWoła lud do broni!
Zwołał wierne swe Kurpiki,Zwołał w imię Boga,Pod Myszyńcem bitwę stoczyłI pokonał wroga!
I znów cicho w puszczę zapadł,Jakby go nie było...I znów runął gdzieś na Moskwę,Zmierzył się z jej siłą!
Aż wywiedli go MoskaleZ puszczy tej na pole,Otoczyli, i rannegoUwieźli w niewolę!
Płaczą Kurpie i KurpiankiSwego bohatera...Nie odbije go już MoskwieKosa, ni siekiera!
Tam gdzie modra Wisła toczySwoje srebrne piany,Padł Padlewski, wódz Kurpików,W Płocku rozstrzelany!
Myszyniecka puszcza szumi,Szepce swe pacierze..A Kurpiki dotąd prawiąO swym bohaterze!
Już nam bitwy nie wyminąć!Już bój wygrać — albo zginąć!Pod Ignacew ciągną działa,Ciągnie Moskwy siła cała.
Kosyniery ostrzą kosy,Piosnkę w takt zawiodą głosy,Ale nuta rwie się, pęka,Jakiś smutek serce nęka.
Bitwa! Bitwa! Już MoskalaCzarna rzeka się przewala,Wzbiera, huczy, postrach sieje.Hej! Zaleje nas! Zaleje!
Uderzyli się o siebie,Aż zczerniały chmury w niebie,Uderzyli się co siły,Aż ich kłęby dymu skryły.
Na jednego kosynieraCzterech, pięciu tam naciera,Siecze kosa, bagnet kole,Śmierć uściela trupem pole.
Ziemia huczy, ziemia stęka,Już ostatnia kosa pęka —Ziemia jęczy i pogrzmiewa,Stracon bój u Ignacewa!
Już w rozsypce wiara nasza...Taczanowski zgiął pałasza:— Niechaj pęka, gdy nie zdołaMoskwy pobić! — z gniewem woła.
Moskal goni, Moskal pędzi,Aż do lasu ich krawędzi —Wyje dzika tam gromada,A po drodze trup upada.
Lecz garść naszych się rzuciła,Gdzie stał wiatrak, tam się skryłaI bezpieczne mając plecy,Strzela w Moskwę, jak z fortecy...
Krzyknie major: Do ataku!Staną roty u wiatraku —Staną roty pod fortecą,Z której gęsto kulki lecą.
Na tysiące — garść żołnierzy:Ten nabija, a ten mierzy —A za każdym celnym strzałemOficery leżą wałem.
Więc Moskale do wsi skoczą...Już pod wiatrak wozy toczą,Zapalonej pełne słomy...Wąż ognisty i ruchomy.
I objęli wiatrak całyCzerwonymi ognia wały...Już się zajął, już wybłyska,Jak ofiarny stos z ogniska.
Trzeszczą belki, lecą tramy,Wyje Moskwa. — Już ich mamy!Biegnie, lecz się cofać musi.Dym oślepia, dym ją dusi.
A z śmiertelnej tej strażnicy,Gdzie goreją męczennicy,Coraz rzadsze słychać strzały,Coraz cichsze — aż ustały.
I straciły głos płomienie —I krzyk ucichł, jęk, westchnienie...Na popiołach osypanychŚmierć tam siedzi i milczenie.
— A kto tam po boru,Jak dzięcioł, tak kuje? —— To dzielny nasz Bosak,Z swą partją nocuje!
To dzielny nasz BosakZ wycieczki powrócił,Nie liczył Moskali,A tęgo ich zmłócił!
A teraz swój obózObstawił tam strażą,A jego wiarusy,Ćmią fajki i gwarzą...
— Oj, Bóg nas opatrzyłTym dzielnym junakiem!— Nie zawszeć on ponoBył tylko Bosakiem!
Ej, dużoby wiedział,Co wszędyby szperał...A mówią: — stryj jegoBył Hauke jenerał!
Ej, byłaż to sztuka!W Warszawie go znali.Służbista — a jakże —Na żołdzie Moskali!
Aż buchła płomieniemTa noc listopada...Belweder... Arsenał...A w strachu drży — zdrada.
I wzięły zapłatęW tę noc carskie sługi.Ten nożem pod żebro,A stryczek ten drugi!
I Hauke jenerał,Wziął taką nagrodę!A brat miał synaczka,Pacholę ot młode!
Więc jakże z tą nazwąCo ród jego plami,Miał żyć ten młodzieniec?Powiedzcież wy sami! —
Hej, rzucił on gniazdo,Wyleciał w świat ptakiem,I przestał być Haukiem,A został Bosakiem,Bosakiem.
I imię to swojeOzdobił wawrzynem,A teraz — nie Hauków,Lecz Polski jest synem!
Pod Grabowcem, Opatowem,Czachowski się bije,Nie ustąpi Moskwie kroku,Póki tylko żyje!
Pod Grabowcem, Opatowem,Czachowski tam śmiały,Pierwszy pędzi na bagnety,Pierwszy i na strzały.
Pod Grabowcem, Opatowem,Czachowski się wsławił,Nie ustąpił Moskwie pola,Jeńca nie zostawił!
Pod Grabowcem, Opatowem —Zwyciężył Moskali —Jego serce — płomień męstwa,A ramie — ze stali!
Bił się nocą, bił się rankiem,Bił się i wieczorem,Aż i życie za OjczyznęOddał pod Jaworem!
Hej, w złą chwilę, w złą godzinę,Poszli nasi pod Kruszynę,Poszli nasi kosynierzy,Gdzie obozem Moskwa leży.
Taczanowski ich prowadzi,Ze swym sztabem długo radzi...Co tu sztaby! Co tu rada,Gdy już na kark Moskwa wpada!
Ogromna tam wroga siła,Wszystkie drogi już okryła...Spojrzysz w lewo, spojrzysz w prawo,Wszędzie Moskwa stoi ławą.
Huczą działa, grzmot się szerzy,Runą na nie kosynierzy,
Lecz nim który machnie kosą,Już się oblał krwawą rosą.
Nie chcą przecież frontu zwinąć,— Niż uciekać — lepiej zginąć!I padają jasne kosy,Jak podcięte gradem kłosy.
Nim dobiegli do pół mety —Krzyczy Moskwa: Na bagnety!I z piechoty wnet mrowiska,Tysiąc żądeł śmierci błyska.
Wiary naszej już szeregiTopną, nikną jako śniegi...Już złamana linia nasza,Już w rozsypkę idą zbiegi.
Bije Moskwa ich w nieładzie,Całe pole trupów kładzie,Bije popłoch drugie tyle,Leżą trupy aż na milę.
— Klęska! Klęska! — Okrzyk leci...Jeszcze kosa gdzieś zaświeci —Jeszcze kula gdzieś z krucicyUtknie w wroga mózgownicy.
Tuman kurzu, krzyk na drodze...— Gdzie rozkazy? Gdzie są wodze?
Gdzie te ręce, co wieść miałyI do boju i do chwały?
— Klęska! Klęska! — Już MoskaliCzerń się na nas cała wali,Już się chaty palą wioski...— Gdzieżeś panie Taczanowski?
W huku bitwy, w dymie, w jęku,Sztandar jeszcze wznosząc w rękuStał chorąży. Przy nim śmiałaMłódź się Moskwie opędzała.
Chwilę wiał tak orzeł biały,I pogonie chwilę wiały,A gdy Moskwa już dociera,Nagle młodzian sztandar zdziera...
Złamał drzewce, ucałował,Drogie szczęty jak skarb zwinął,I na sercu mężnem schował,Wpadł na bagnet — i tak zginął.
Tęga ziemia, dobra ziemia,To nasze Podlasie!Zmilknie jeden, to wnet drugiKrzyknie Moskwie: Zasie!
Tam się z partją swą uwijaPan Stanisław Brzozka,Tak zajadły na Moskali,Że niech ręka boska!
Nie przepuści, nie daruje,Tak w nim dusza sroga.— Na to Bóg dał ręce — mówi —Żeby pobić wroga!
Już zdławiły klęski ducha,W narodowem ciele,A Podlasie jeszcze z Moskwą,Walczy dotąd śmiele.
Jeszcze Moskal się obziera,Gdzie borek, gdzie wioska...Nuż wypadnie, nuż przetrzepie,Pan Stanisław Brzozka!
Hej! ty dzielny Podlasiaku!Szkoda nam twej doli!Pochwycili sięcię Moskale,Wzięli do niewoli.
Długo myślą, długo radzą,Jak się pomścić krwawo...— Nie dali ci kuli w piersi,Coś dyszał za sławą!
W Sokołowie cię na rynkuPowiesiły wrogi...— Cześć ci dzielny partyzancie,Podlasiaku drogi!
Artylerja z armat wali,Służy Suzin u Moskali,Służy Suzin, Litwin z rodu,Co go chwycił wróg za młodu.
Do kadetów go chwycili,Na kadeta wychowali,Ale Suzin czegoś tęskni,Czegoś stroni od Moskali.
Pola, bory, dom, rodzina,Jakby przez sen je wspomina —Nieraz czoło się zamroczy,Nieraz we łzach staną oczy!
Ej, Moskalu, trzymajże go!Nie daj mu z Lachami w bitwę!Bo przypomni kraj ojczysty,Bo przypomni ród i Litwę.— — — — — — — — —
Artylerja z armat wali...Służy Suzin u Moskali,I na Litwę z wojskiem idzie —Taki rozkaz mu wydali.
A na Litwie kosy dzwonią,Naród stoi tam pod bronią,Witoldowa Pogoń wieje,Echem boju huczą knieje.
Czuje Suzin nowe życie...Czuje nowe serca bicie...
Moskiewski go mundur gniecie,— Toć on Litwy prawe dziecię!— — — — — — — — — —
Artylerja z armat wali...Uciekł Suzin od Moskali...Zrzucił mundur oficera,Kosynierów oddział zbiera.
Zebrał, runął w imię Boga,W Balwierzyskach pobił wrogaI za młodość swą odpłacił,Co ją w Moskwy służbie — stracił!
Z Balwierzyszek pod Straciszki,Na moskiewskie szedł opryszki,A czerwcowe słońce grzało,W jasnych kosach się migało.
I stanęła garstka mała...A tam Moskwa się rozlała,Aż po nieba gdzieś krawędzie...Widzi Suzin, że źle będzie.
Stanął, spojrzał w pole bitwy,Wszystkie krzywdy wspomniał LitwyChwycił kosę — za mną! — krzyknął —I w bojowym pyle zniknął.— — — — — — — — — — —
Artylerja z armat wali...Poległ Suzin od Moskali.Ale w Litwy się pamięciImię jego — wiecznie święci!
Na tej Litwie, na tej Żmudzi,Nie brakło tam tęgich ludzi.Ludwik Narbut Moskwę smaga,Ksiądz Mackiewicz mu pomaga!
A nad Litwy leśnym krajemZajaśniała wiosna majem,W borach, w kniejach pieśni lecą,Obozowe ognie świecą.
Wstaje ziemia Gedymina,Bije serce u Litwina,Ludwik Narbut Moskwę smagaKsiądz Mackiewicz mu pomaga.
Ciągnie burza nad Dubicze,Bierze Litwin psy na smycze —Niech i one szarpią wroga,Ojczystego broniąc proga!
Ciągnie burza nad DubiczeI kozackie ciągną sicze...Ludwik Narbut Moskwę smaga,Ksiądz Mackiewicz mu pomaga.
Nad Dubicze ciągnie burza,Słońce we krwi się tam nurza...Zginął Narbut w srogiej bitwie,Lecz duch jego żyje w Litwie!
Szumią Niemna wody sine,Szumią Wilii wody,Walczy mężnie o swą LitwęSierakowski młody.
Walczy mężnie rycerz dzielny,Okrywa się chwałą —Zbił Moskali pod RogowemZ garścią swoich małą.
Zbił Moskali pod Rogowem,Pod Korsakiszkami,Cudów męstwa tam dokazałZ swymi Litwinami.
Szumią Niemna wody sine,Szumią Wilii wody,A pod Birże ciągnie z wiarąSierakowski młody.
Pod Birżami huczą strzały,Trzy dni huczy bitwa,Wyją dzikiej Moskwy tłuszcze,Mężnie walczy Litwa.
Pod Birżami huczą strzały,Trup okrywa pole...Sierakowski ranny pada,Biorą go w niewolę.
Szumią Niemna wody sine,Szumią Wilii wody...Zginie, zginie za godzinę,Sierakowski młody.
Sterczy w Wilnie szubienica,Karabiny sterczą,Głucho, głucho warczą bębnyPobudkę morderczą...
Sierakowski patrzy śmiało,Drży ciżba wzruszona,Aż zawołał: — O, nie zginąTe krwawe nasiona!
O, nie zginą, Litwo moja,Dla twojej przyszłości!Z nich wyrośnie, z nich wykwitnieBiały kwiat wolności!
Zagłuszyły bębny mowę,Huczą Wilii wody —Powieszony w Wilnie zginąłSierakowski młody.
O, niech święcą się twe słowa,Ty dzielny Litwinie!— Jeszcze Polska nie zginęła,I nigdy nie zginie!
Ta za wolność krew przelana,Te trudy i boje,To, Ojczyzno ukochanaJest dziedzictwo twoje.
Z dziada ono i z pradziadaNa ojce, na syny,
Narodową schedą spada,Pamiętnymi czyny!
O, wy boje narodowe,Wyście naszą chwałą!Wyście siewem tej przyszłości,W którą idziem śmiało!
Każda grudka naszej ziemiChrzest już wzięła krwawy,Wola, Grochów, Ostrołęka,I mury Warszawy.
O, podnieśmy w górę czoła —Serca wznieśmy czyste —A gdy na nas kraj zawoła,— Błogosław nam Chryste!
Święć się, święć się twoje słowo,Dzielny ty Litwinie!— Jeszcze Polska nie zginęła,I nigdy nie zginie!
Jan Sawa.