Bez chaty — Wstęp
Nie budzę z srebrnych trumien starych kości,Ani kamienne poruszę postacie, —Niechaj śpią w cichych grobów majestacie —Powaga grobów — to pieśń ich wielkości,A kto pieśń taką powtórzyć się kusi,Hetmańską słowa potęgę mieć musi,By wielkie czyny, zbudzono z mogiły,W skarlałe pieśni klątwy nie rzuciły.A mnie zbroica ducha od łez zmiękła,Spokoju mego świątynia rozpękła,I spokój grobów nie na moją duszę —Więc smutną pieśnią popiołów nie ruszę.
Lecz czyliż cała wielkość nasza w grobie?Czyż wiecznie będziem w przeszłości ozdobieRozanielonéj, na praojców trumnie,Przy pieśni szumie stać, jak na kolumnieUpozowani i piękni w żałości,I mówić światu: ot’ my kość z ich kości!?Czyliż pokoleń nowych pierś rozdartaOprócz rozpaczy, tęsknot i boleściZa starą sławą — nic więcéj nie mieści?I boleść nasza dawnych sław niewarta?
Po przecierpianych bólach daj mi PanieSkrzydła nadziei, bym w zmierzchłe zaranieNie jako płaczka był pośród narodu,Ale jak surma, co do boju woła, —I, uciekając od trumien kościoła,Chcę gwiazdą wisieć u przyszłości wschodu,A choćby zblednąć, wschodu nie doczekać,Wolę niż siadłszy na grodachgrobach — narzekać.
Syn bólów, tych, co bez posagów jeszcze,Syn ran niezaschłych i owéj nadziei,Co nad łez morzem jak gołąb szeleszcze,Śpiewa pieśń nową.Na tęczę ideiGóralską gońkę rzucam. Lud ten lubię,Biedny a dumny — o! ludek to złoty,I duża przyszłość jego — więc się chlubię,Jak szlachcic cherbemherbem, ludem takiéj cnoty.
Spienione Tatrów porozpuszczam rzeki,Jako warkocze — jako struny lutni,Po ziemi mojéj mogilnéj, dalekiéj,I śpiewać będę dla was, bracia smutni!