Nagrobek Urszulki — Rozdział IV

Mieczysław Hartleb (1895–1935)

Tobie niechaj ta karta będzie poświęconaZacny Hrabia z Tęczyna, którego kwapionaI niespodziewana śmierć ludzi zasmuciła...

Non ego te lacrymis, Tarnovi, prosequar ullisAut tua lugubri carmine rata gemam...

Jeślim kiedy nad dziećmi piórko miał zabawić,A kwoli temu wieku lekkie rymy stawić,Bodajżebych był raczej kolebkę kołysałI z drugimi nieważne mamkom pieśni pisał...

...na to mię przygodaGwałtem wbiła i moja nienagrodna szkoda.

Ani mi teraz łacno dowiadać się o tym,Jaka mię z płaczu mego czeka cześć na potym.

Ov’ è condotto il mio amoroso stileA parlar d’ ira, a ragionar di morte.U sono i versi, n’ son giunte le rimeChe gentil cor udia pensoso e lieto?Ov’ è l’favollegigiar d’amor le notti?Or non parl’ io ne penso altro che pianto.

Nie chciałem żywym śpiewać, dziś umarłym muszę,A cudzej śmierci płacząc, sam swe kości suszę...

Takli moja Orszula, jeszcze żyć na świecieNie umiawszy, musiała w ranem umrzeć lecie?I nie napatrzywszy się jasności słonecznej,Poszła nieboga widzieć kraj ów nocy wiecznej...A miasto pociech, które winna z czasem byłaRodzicom swym, w ciężkim je smutku zostawiła.

O prawo krzywdy pełne, o znikomych cieniSroga, nieubłagana, nieużyta ksieni!

Wiodłeś swój ród wysoki z domu Tęczyńskiego,Skąd ustawicznie, jako z konia trojańskiego,Jeden po drugim ludzie wielcy wychodzili...

Albowiem kto nie baczy, jako tej krainieWiele śmiercią człowieka tak godnego ginie?

Czujnym stróżem był zawsze pospolitej rzeczy,Jej pożytek przed swoim miał na dobrej pieczy.............Bił Tatary w Podolu i Turki waleczne...

Oimè il bel viso, oimè il soave sguardo,Oimè il leggiadro portamento altero,Oimè il parlar...Ed oimè il dolce riso...

O słowa, o zabawo, o wdzięczne ukłony,Jakożem ja dziś po was wielce zasmucony —

A też ledwe się kiedy dziecię urodziło,Coby łaski rodziców swych tak godne było:Ochędożne, posłuszne, karne, nie pieszczone,Śpiewać, mówić, rymować jako co uczone;............Nigdy ona po ranu karmie nie wspomniała,Aż pierwej Bogu swoje modlitwy oddała;............Tak wiele cnót jej młodość i takich dzielnościNie mogła znieść, upadła od swejże bujności,Żniwa nie doczekawszy.

Alem ja już z jej śmierci nigdy żałościwszy,Nigdy smutniejszy nie mógł być ani teskliwszy;A ona (by był Bóg chciał) dłuższym wiekiem swoimSiła pociech przymnożyć mogła oczom moim.

Ucieszna moja śpiewaczko, Safo słowieńska,Na którą nietylko moja cząstka ziemieńska,Ale i lutnia dziedzicznem prawem spaść miała!

Już ja tobie, moja matko, służyć nie będę,Ani za twym wdzięcznym stołem miejsca zasiędę;Przyjdzie mi klucze położyć, samej precz jechać;Domu rodziców swych miłych wiecznie zaniechać.

To, i czego żal ojcowski nie da serdecznyPrzypominać więcej, był jej głos ostateczny.A matce, słysząc żegnanie tak żałościwe,Dobre serce, że od żalu zostało żywe.

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.Pełno nas a jakoby nikogo nie było...

To tego, to owego wdzięcznie obłapiającI onym swym uciesznym śmiechem zabawiając.............Teraz wszytko umilkło, szczyre pustki w domu...

Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje,A serce swej pociechy darmo upatruje.

Orszula moja wdzięczna! Gdzieś mi się podziała?W którą stronę, w którąś się krainę udała?...

Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości,A nie możesz-li w onej dawnej swej całości,Pociesz mię, jako możesz, a staw się przedemnąLubo snem lubo cieniem lub marą nikczemną.

Moja wdzięczna Orszulo! bodaj ty mnie byłaAlbo nie umierała lub się nie rodziła!...

Jeślim kiedy nad dziećmi piórko miał zabawić,A kwoli temu wieku lekkie rymy stawić,Bodajżebych był raczej kolebkę kołysałI z drugiemi nieważne mamkom pieśni pisał,Któremiby dziecinki noworodne spiłyI swych wychowańców lamenty toliły.Takie fraszki mnie zbierać pożyteczniej było,Niźli — w co mię nieszczęście moje dziś wprawiło —Płakać nad głuchym grobem mej wdzięcznej dziewczynyI skarżyć się na srogość ciężkiej Prozerpiny.Alem użyć w obojgu jednakiej wolnościNie mógł: owom ominął, jako w dordzałościDowcipu coś ranego, na to mię przygodaGwałtem wbiła i moja nienagrodna szkoda.Ani mi teraz łacno dowiadać się o tym,Jaka mię z płaczu mego czeka cześć na potym.Nie chciałem żywym śpiewać, dziś umarłym muszę,A cudzej śmierci płacząc, sam swe kości suszę.Próżno to! jakie szczęście ludzi naśladuje,Tak w nas albo dobrą myśl, albo złą sprawuje.O prawo krzywdy pełne, o znikomych cieniSroga, nieubłagana, nieużyta ksieni!Takli moja Orszula, jeszcze żyć na świecieNie umiawszy, musiała w ranym umrzeć lecie?

I nie napatrzawszy się jasności słonecznej,Poszła nieboga widzieć kraj ów nocy wiecznej.A bodaj ani była światła oglądała!Co bowiem więcej, jedno ród a śmierć poznała?A miasto pociech, które winna z czasem byłaRodzicom swym, w ciężkim je smutku zostawiła.............[Żaden ociec podobno barziej nie miłowałDziecięcia, żaden barziej nad mię nie żałował.]A też ledwe się kiedy dziecię urodziło,Coby łaski rodziców swych tak godne było:Ochędożne, posłuszne, karne, nie pieszczone,Śpiewać, mówić, rymować, jako co uczone;Każdego ukłon trafić, wyrazić postawę,Obyczaje panieńskie umieć i zabawę;Roztropne, obyczajne, ludzkie, nie rzewniwe,Dobrowolne, układne, skromne i wstydliwe.Nigdy ona po ranu karmie nie wspomniała,Aż pierwej Bogu swoje modlitwy oddałaNie poszła spać, aż pierwej matkę pozdrowiłaI zdrowie rodziców swych Bogu poruczyła,Zawżdy przeciwko ojcu wszytki przebyć progi,Zawżdy się uradować i przywitać z drogi;Każdej roboty pomóc, do każdej posługiUprzedzić było wszytki rodziców swych sługi.A to tak w małym wieku sobie poczynała,Że więcej nad trzydzieści miesięcy nie miała.Tak wiele cnót jej młodość i takich dzielnościNie mogła znieść, upadła od swejże bujności,Żniwa nie doczekawszy......................Zgwałciłaś, niepobożna śmierci, oczy moje,Żem widział umierając miłe dziecię swoje.Widziałem, kiedyś trzęsła owoc niedordzały,A rodzicom nieszczęsnym serca się krajały.Nigdyćby ona była bez wielkiej żałościMojej umrzeć nie mogła, nigdy bez ciężkościI serdecznego bolu, w którymkolwiek lecieMnieby smutnego była odbiegła na świecie;Alem ja już z jej śmierci nigdy żałościwszy,Nigdy smutniejszy nie mógł być ani teskliwszy,A ona (by był Bóg chciał) dłuższym wiekiem swoimSiła pociech przymnożyć mogła oczom moim.

[A przynajmniej tymczasem mogłem był odprawićWiek swój i Persephonie ostatniej się stawić,Nie uczuwszy na sercu tak wielkiej żałości,Której równia nie widzę w tej tu śmiertelności.Nie dziwuję Niobie, że, na martwe ciałaSwoich namilszych dziatek patrząc, skamięniała.]............Ucieszna moja śpiewaczko, Safo słowieńska,Na którą nie tylko moja cząstka ziemieńska,Ale i lutnia dziedzicznym prawem spaść miała!Tęś nadzieję już po sobie okazowała,Nowe piosnki sobie tworząc, nie zamykającUstek nigdy, ale cały dzień prześpiewając,Jako więc lichy słowiczek w krzaku zielonymCałą noc prześpiewa gardłkiem swym ucieszonym.Prędkoś mi nazbyt umilkła, nagle cię srogaŚmierć spłoszyła, moja wdzięczna szczebiotko droga!Nie nasyciłaś mych uszu swymi piosnkami,I tę trochę teraz płacę sowicie łzami.A tyś ani umierając śpiewać przestała,Lecz matkę ucałowawszy, takeś żegnała:Już ja tobie, moja matko, służyć nie będę,Ani za twym wdzięcznym stołem miejsca zasiędę;Przyjdzie mi klucze położyć, samej precz jechać.Domu rodziców swych miłych wiecznie zaniechać...To, i czego żal ojcowski nie da serdecznyPrzypominać więcej, był jej głos ostateczny.A matce, słysząc żegnanie tak żałościwe,Dobre serce, że od żalu zostało żywe.............Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.Tyś za wszystki mówiła, za wszystki śpiewała,Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegała;Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować,Ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować,To tego, to owego wdzięcznie obłapiającI onym swym uciesznym śmiechem zabawiając.Teraz wszytko umilkło, szczyre pustki w domu,Niemasz zabawki, niemasz rozśmiać się nikomu,

Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje,A serce swej pociechy darmo upatruje.............Moja wdzięczna Orszulo! bodaj ty mnie byłaAlbo nie umierała, lub się nie rodziła!Małe pociechy płacę wielkim żalem swoimZa tym nieodpowiednym pożegnanim twoim.Omyliłaś mię jako nocny sen znikomy,Który wielkością złota cieszy smysł łakomy,Potym nagle uciecze, a temu na jawiZ onych skarbów jeno chęć a żądzą zostawi.Takeś ty mnie, Orszulo droga, uczyniła:Wielkieś nadzieje w moim sercu roznieciła,Potymeś mię smutnego nagle odbieżałaI wszytki moje z sobą pociechy zabrała.Wzięłaś mi, zgoła mówiąc, dusze połowicę,Ostatek przy mnie został na wieczną tesknicę.Tu mi kamień, murarze, ciosany połóżcie,A na nim tę nieszczęsną pamiątkę wydróżcie:»Orszula Kochanowska tu leży, kochanieOjcowe, albo raczej płacz i narzekanie.Opakeś to, niebaczna śmierci, udziałała:Nie jać onej, ale mnie ona płakać miała«.............

Acerba mors, iniqua mors, quo conicisManus rapaces...(Prosper Ragmundini; str. 63)O caso acerbo, o sorte iniqua e fiera!“(G. Cos. Caraciolo; str. 93).