Wybór pism Mieczysława Romanowskiego — Tom I — całość

Mieczysław Romanowski (1833–1863)

Mówili dziecku prostemi słowyLub śpiewem rzewnej tęsknoty,A nie wiedzieli, że mu do głowyJuż płynie marzeń rój złoty.

Że, kiedy uśnie, śnią mu się mężeSkrzydlaci, niby anieli,W zbrojach i hełmach, w dłoniach oręże,Odziani w skrwawionej bieli.I nie wiedzieli, kiedy zbudzoneDziecko zapłacze, bywało,Że mu się śniły bronie wzniesione,Że padających widziało.

..... w marzeniach rosnęGdzieś w lecącego olbrzyma,Przedemną jasny piorun się pali,Szablicę trzymam we dłoni,A za mną tłumem wojsko się waliI lecim po mogił błoni.

(„Ze wspomnień dziecinnych“).

Całą jam piersią wciągał świata tchnienie,Wszystko dziecinna oplatała wiara;Wznosiłem serce, wzniecałem płomienieI cudnie wonna płonęła ofiara...Lecz szybko czas ten zleciał na zegarze,W piersi ból został — a trucizna w czarze.

I radbym ujrzał zmartwychwstającePlemiona z anielską chwałą,Albo pioruny takie palące,By się aż niebo spękało.

Kto dzisiaj plonu spodziewa się z roli,Nieraz go jeszcze serce tak zaboli,Zwątpieniem zaćmi powieki.

Śpiewaku, tyś burzę zażegnać chciał precz.Patrz, cisza nie wiedzie do celu, lecz wstecz!...Szaleniec, kto zaraz po burzy chce burz,Bo w sercu swem własnem utopiłby nóż.Lecz kiedy skwar kwiaty do grobu już nagnie —To chyba dziecina piorunów nie pragnie.

Po latach wielu — może z obcej strony,Kiedyś cię tutaj znajdzie wieść skrzydlata,Że w dzikiej walce... zaginął... szalony.

Niegdyś — rzekłem — niegdyś mi wróżono,Że mą duszę weźmiesz z pola chwały.Jeszcze nieba gromami nie płoną,Czekaj jeszcze, piękny cieniu biały,I na polu bitwy o mnie spytaj!

Jam przedburzowiec, przeklęte plemię,A może-m z piorunów jeden,Co własnem sercem uderzy w ziemię,Choć dziś tak cichy i bieden.Uderzy — zagrzmi — na przebudzenie,Iskier tysiące w krąg ciśnie,Lecz jeśli Bóg nim rzuci w kamienie,To głaz i serce wraz pryśnie...

Co tam marzyć o kochaniu,O bogdance, o róż rwaniu —Dla nas niema róż!My jak ptacy na wędrówce:Dziś tu, jutro na placówceMoże staniem już.

Jeśli polegnę, niechaj mi w nagrodęZa was nie kładą pamięci kamienia;Ziemią niech piersi przysypią mi młode,Mój kurhan niech mi trawa ozielenia,A gdy majowy deszcz ten kurhan zrosi,Niech nad nim ptak się, jak duch mój, unosi!...

... kiedy na ziemi już nikt nie zapłacze,Prócz rosy pól naszych zielonych.

Lećcie, me pieśni! Niech wam towarzyszySzczęśliwa gwiazda pod gościnne strzechyZwiastujcie burzę śród gniotącej ciszy,Smutnych pozdrówcie dźwiękami pociechy,Lećcie, witajcie ludzi po kolei,Jak ptactwo wiosny, okrzykiem nadzieinadziei.

Może już innych pierś ma nie wyśpiewa,Może wy natchnień ostatnim wyrazem...Dni piorunowych serce się spodziewa,Stwardniała ręka tęskni za żelazem;W powietrzu słychać pobudkę na boje...Już czas, już czas nam! — Lećcie, pieśni moje.

O, gdyby kiedyś, po złamaniu wroga,Polskiej krainie zaśpiewać na chwałę!...Żegnajcie, pieśni!... Przyszłość w ręku Boga —Z sztandarów w pole patrzą orły białe;Wrzącym strumieniem krew po żyłach bieży,Łono przebiega dreszcz, lecz serce wierzy.

Jeśli polęgnępolegnę, niechaj mi w nagrodęZa was nie kładą pamięci kamienia!Ziemią niech piersi przysypią mi młode —Mój kurhan niech mi trawa ozielenia,A gdy majowy deszcz ten kurhan zrosi,Niech nad nim ptak się, jak mój duch, unosiunosi.

1862.

Stałem w jasne zapatrzony zorze,We wieczorną Karpat aureolę.Cisza była byłabyła na polach i w borze,W mojem łonie przycichały bole;Zapomnienia tknięte ręką białą,Serce z niebem i ziemią się zlało.

Ciche lilie, zdobiące strumienie,Woń z mych marzeń wzięły i śnieg biały.Smutek duszy wzięły borów cienie,Fale pieśni moje powtarzały;Do stóp mi się kłoniąc po kolei,W smutne pieśni lały dźwięk nadziei.

Więc po gwiazdach rzuciłem oczyma,Po świecącej niebieskiej krainie.Tak przez morza błądzi wzrok pielgrzyma,Nim korabiem z zatoki wypłynie,Nim porzuci ziemię, ojców domy...Tam za morzem kraj dlań nieznajomy.

I zbliżyła się do mnie dziewica,W czystej bieli, z zadumanym wzrokiem.Jak posągi greckie miała lica,Szła poważnie w myśleniu głębokiem,Szła i, postać nachyliwszy wiotką:„Jam śmierć twoja“ — rzekła do mnie słodko.

„Lewą ręką serce uśpię twoje,Jako matka usypia dziecinę,Prawą oczu przysłonię ci dwoje,Skrzydła duszy wolno ci rozwinę,I ulecisz od bolów, jak płomień,W światło, w życie wieczne — nowy promień“.

„Niegdyś — rzekłem — niegdyś mi wróżono,Że mą duszę weźmiesz z pola chwały.Jeszcze nieba gromami nie płoną —Czekaj jeszcze, piękny cieniu biały,I na polu bitwy o mnie spytaj!Teraz, nowa znajoma, mi witaj!“

Stała milcząc, a nad nami w górzeZ za obłoku księżyc się wyłonił;Do pół skronią oparty na chmurze,Na tę białą łzy promienne ronił,Na jej uśmiech senny, na spojrzenia —I odeszła, mówiąc: „Do widzenia!“

1858.

Komu tu duszno? Kto tu, znużonyWalką, w zwycięstwo nie wierzy?Czy się wyrzekły duchów milionyKrwi swych słonecznych szermierzy?Czy do poświęceń niema nikogo?Czy natchnień pękła już struna?Precz małoduszni z twarzą złowrogą —Audaces iuvat fortuna!

Żyzna ta ziemia w krew i w nieszczęście,Kochanka śmierci aniołów.Lecz się, jak feniks, w orężów chrzęścieDo życia budzi z popiołów.Krwią się nasz zasiew krzewi i pleni —Z pod grobowego całunaWstańmy i wzlećmy życiem płomieni! —Audaces iuvat fortuna!

Ho — ho! nie straszcie wy nas grobami,My znamy czarne ich wnętrza!A czem gorętszy piorun nad nami,Tem nasza miłość gorętsza.Ręka do ręki na uścisk bratni!Nam śmierć na polach — nie truna!Upadnie pierwszy, stanie ostatni —Audaces iuvat fortuna.

A czy zwyciężym? Któż ptaków pyta,Czyli przelecą przez morza?Dla płochej rzeszy droga ubita,Na mężnych leży moc boża.Skłońmy się Bogu i Pannie świętejO oręż, o moc pioruna,A kto raz zadrży, trzykroć przeklęty! —Audaces iuvat fortuna.

1860.

Ojczyźnie naszej, Polsce, bądźmy wierniPokąd tchu w łonie!Stójmy wytrwale, gdy wieńce nam z cierniKładą na skronie!Nieszczęścia i klęski niech miłość połamie!Czy dźwiga nas dola, czy chytrze nam skłamie,Ojczyźnie tej życie, krew nasza i ramięI chwała w zgonie!

Tu nam w kolebce dał Bóg światło dzienne,Tu żywot w znoju.Konając, głowy tu pochylim senneW chatach lub w boju.

Tu bracia mrą od ciosów tyrana,I świadczą, że ta nam od Boga wybranaOjczyzna — ta Polska, codziennie kąpanaW łez i krwi zdroju.

Tu groby ojców sława opromienia,Tu śpią ich kości.Tu nam się dobić po dniach utrapieniaŚwiętej wolności.Tu przetrwać nam klęski i szarpać kajdany, —Tu rodzą nas Sawy, Pułascy, Rejtany,I „hetman w sukmanie“, co kochał sukmany —Tu żyć w miłości!

O Święta, patrzaj: w twoją krew czerwonąMaczamy dłonie!Pokąd ty w grobie, potąd żadne łonoSzczęściem nie spłonie.Niech ostrzy wróg miecze, niech w ludach duch stygnie —Synowska dłoń ciebie z przepaści podźwignieI będzie Bóg poczczon, a szatan się wzdrygnieI car w koronie.

Stójmyż gotowi, jak straż czuwająca,Bo nikt nie powie,W który dzień trąba zawezwie nas grzmiącaMatce nieść zdrowie!A wonczas, jak piorun, co kruszy i pali,W bój lećmy zwyciężać z nadzieją na stali,Lub gińmy szlachetni, jak ojce konali —Polski synowie!

1860.

O, módl się, Polsko — dziś ci jeszcze poraCzerpać otuchę w modlitwie i pieniu!Miłą jest niebu piersi twej pokoraI ból w twem słowie i łza w twem spojrzeniu.W cichości jeszcze Pan twych modłów słucha —O, módl się, Polsko, i pokrzepiaj ducha!

Jak w przeddzień sądu, świat pełen jest lęku,Niepewne skrzydła czas ponad nim waży.Anioł twój jeszcze klęczy z urną w ręku,Skrzydłami srebrnych łez nie otarł z twarzyI słucha pieśni, co ku niebu płynie;Jeszcze jest smutny, lecz wie o godzinie...

Jeszcze czas, módl się, błagaj przebaczenia,Ziemię w niebiosa podnoś w twojem łonie!Przebaczaj winnym, ciemnych ratuj z cienia,Miej dla zachwianych miłujące dłonie,I wodź do świątyń i mów, że tu ciekłaKrew z twego serca na zagubę piekła!

Módl się — lecz powstań na świtaniu zdrowa,Wyniosła pracą ponad zwątpień bole!Sumienia twego, Polsko, tarcz stalowaŚwiatu niech bożą odzwierciedli wolę!Tak wyjdź przed domy i stań po twej męceWsparta na pługu, z szablą w prawej ręce!

Bóg cię nie zmienił na wieczną łzawnicę,Matko wyniosłych duchów i rycerzy.Gdy dzień twój błyśnie, anioł w błyskawicęRzuci krew z urny i w skrzydła uderzy:Krew ta czerwono nad światem zapała,Ale ty czuwaj, byś nie przesłyszała!

A gdy usłyszysz, śpiesz na bitew polaOrężem wrogom kreślić twoje prawa,Trąć z mogił harfy żałobne Eola,Za sztandarami wznoś radośne „sława!“I walcz, pamiętna, że Bóg — czynów Bogiem!Walcz, Polsko, jak lew, na polach z twym wrogiem.

Lecz biada tobie, gdybyś, jak dewotka,W kościołach gromów przemodliła porę!Tam nieochybnie zniszczenie cię spotkaI Bóg zostawi cię, jak dziecko chore,Klęczące we łzach na kościelnym proguA tylko z modłów wiedzące o Bogu.

Obcej cię wonczas poruczy prawicy,Abyś w cierpieniach dorosła na męża.Lecz nie, ty czujesz hasło w błyskawicy,Ty wiesz, że wkrótce czas dobyć orężaI stanąć w polach, jak przed latyś stała — —O, czuwaj, Polsko, byś nie przesłyszała!

1861.

Co tam marzyć o kochaniu,O bogdance, o róż rwaniu —Dla nas niema róż!My — jak ptacy na wędrówce —Dziś tu, jutro na placówceMoże staniem już.

Co śni serce, niech raz prześni!W twarde życie twarde pieśniNiech wiodą jak w tan,A miast ręce — rękojeściSzczery uścisk, gdy obwieściZ niebios chwilę Pan

Szczęście, dola później może —Ach,.leczAch, lecz tylko Ty wiesz, Boże,Co tam spotka nas.Ty wiesz, komu uśmiech miły,Komu kwiaty na mogiłyNiesie przyszły czas.

1860.

Grzmią huczne dzwony na Kremla szczytach,Car świętej słucha ofiary.A na wyniosłych cerkwi sufitachPolskie się chwieją sztandary.

„Sława — o, sława!“ — zagrzmiały chóry —„W pęta car zakuł czerń laszą!“I zaszumiała odpowiedź z góry:„Za waszą wolność i naszą!“

„O buntowszczyki, po carskiem słowuPrzysięglim na zgubę laszą!“I zaszumiało u góry znowu:„Za waszą wolność i naszą!“

Umilkły śpiewy, zgasły ofiary,Car słucha, szepty go straszą —Spojrzał — nad głową szumią sztandary:„Za waszą wolność i naszą!“

1857.

Nam pęka serce, nam się krwawi łono,Gdy, otoczeni tą rzeszą spodloną,Głos czysty mamy podnosić:Już z nas niejeden, zrażon podłym wrzaskiem,Szedł, pogardzając złością i oklaskiem,O rychłą śmierć Boga prosić.

Kto dzisiaj plonu spodziewa się z roli,Nieraz go jeszcze serce tak zaboli,Zwątpienie zaćmi powieki.Od Nazaretu po świata przestworzeW bolach i mękach nieśli słowo bożeWysłańcy Pana — trzy wieki!

Do lotu ptaków, wybrana drużyno!Lata przeminą — głosy nie przeminą,Ni szlak nasz złoty do słońca!Szkielety nasze niby drogowskazyŚlad im oznaczą do cudnej oazy,Gdzie panią — Miłość bez końca

22 marca 1857.

Po nocnych polach błąkam się bezsenny, —W siół woni może pierś swój żar ukoi.Nademną wisi nocy płaszcz promienny...Lżej bije serce, gdy się uspokoi

I gdy mu promień nie odsłania dziennyCzarnego grobu, co otworem stoiI w ciemną przepaść chłonie życie wszelkie,Wszystko, co orle, szlachetne, co wielkie.

Tam moich ojców pochylona chata;Przez ciemne lipy blady księżyc spada,Na starej strzesze mech wypisał lata...Pod strzechą ptasząt nocuje gromada,Co z brzaskiem zorzy pod niebiosa wzlataI wraca z pieśnią i na różach siada —Jak niegdyś myśl ma śród tej szczęsnej doby,Gdy nie wiedziało dziecko — że są groby.

Gdy nie wiedziało, że miecz za szlachetnym,Za orłem w locie wąż piorunu goni.Śnie złoty, wróć mi z twym orszakiem świetnymKwiatów, gwiazd, orłów i błyszczącej broniI gorejących dusz we skwarze letnim!Matki mej pacierz niech mię znów osłoni!...Chcę marzyć — marzyć, gdy usnąć nie mogę...O, jakąż smutną myśl obrała drogę!

We dwa promienie błędne myśl się łamie:Jeden po ziemi pełza chat i kłosówI słucha, jako myśl uczuciu kłamie —Drugi ptak życia wzbił się do niebiosów,Kędy duch Polski śpi we złotej bramie,Nim Bóg rozkaże bić godzinie losówI Męczennicę z letargu obudzi,Aby promienną wróciła do ludzi.

O ty nieszczęsna, jakże sen twój cudny!Promień zbawienia płynie ci na lico,Zdasz się szczęśliwą... lecz to obraz złudny —Ty cierpisz we śnie, ludów Męczennico!Cierpisz podwójnie tam, we sferach jasnych,Bo coraz sroższa przemoc twego wroga.Lecz ci straszniejszy cios od dzieci własnych,Na których twarzy spodlenie lub trwoga.

O, czemuż anioł-stróż cię nie osłoniTarczą z piorunów od tej strasznej broni?Darmo twe rany okrywasz zasłoną!One mi widne wszystkie tu — w mej duszy,I wszystkie we mnie, jak sztylety, toną...Niby-m stróż twoich cierpień i katuszy:Wszystko mam w sercu bolem wypisaneI znam na pamięć każdą twoją ranę.

Niech mi na oczy położą zasłonę,Niech mnie zawiodą gdzieś w najdalszą stronę,Potem spytają: — Ty, ptaszyno mała —Gdzie matce rany wroga dłoń zadała?...Ja prawą ręką sprawię całą rzeszę —Lewą położę na bijącem sercu,Za jego biciem do pierwszej pośpieszę,Od pierwszej dalej po twych pól kobiercu —Takem wieść zdolny cały zastęp bratniOd twej najpierwszej rany do ostatniej.

Przy każdej ranie zatrzymam się tyle,Aby ciekawej rzeszy rzucić słowo;Ale to, Matko, straszne dla mnie chwile!Bo pierś i serce rozdzieram na nowo,I z pełnej czary gorycz pije dusza,I krew mi w żyłach zajmie się płomieniem,A rzesza milczy — żal jej nie porusza,Jakby w niej serce wisiało kamieniem,Jakby nieprawdą były słowa moje,Lecz jakby rany te — nie były twoje...

O Matko, Matko, kiedyż kres cierpieniu?! —Wstań, o północy idź nad synów łoże —Jak zmora w zwiędłem utop się sumieniu, —Serca im ściśnij w kleszcze i obroże,Na oczy rzuć im kawałki całunu,Piersi i czoła krwią im poznacz twoją,W usta każdemu wlej kroplę piołunu,Nad uchem kośćmi zachrząszcz im, jak zbroją —A potem próchna wypalaj im w łonie:

Choćby się z bolu kurczyli jak węże,Ty od ich piersi nie odrywaj dłoni,Pokąd krwi czystej ogień nie dosięże,Pokąd twym bolem wszyscy nie rozbolą,Pokąd w ich duszach choć kropla gangreny,Bratać ich zdolna z hańbą i niewolą:Nie żałuj ręki — nie szczędź twoje syny!

Potem ich lica obmyj sierot łzami,Kwiatami z mogił posyp im wezgłowie;Potem ich postaw twarz w twarz przed ojcami —Przed nimi spowiedź niech każdy wypowie...I niech im śni się, że przekleństwa słyszą,Że się pioruny nad nimi kołyszą...Że odtrąciły ich precz ręce święte...Że ich pochłoną groby rozpęknięte.A gdy przebędą we śnie te męczarnie,Ci, co Cię mogli niekochać bezkarnie, —Wtedy ich piersi dotknij lekką dłonią,Na czołach złóż im namaszczenie twoje,Niech twe kajdany jak oręż zadzwonią,I podnieś okrzyk: „Na boje! — na boje!...Do lotu, ptacy!“ —

Ci, co noc przemarzą —Już się przebudzą, Matko, z inną twarzą:Zerwą się, w oręż wleją wszystkie siły —Zwyciężą — albo pomnożą mogiły!

A taką piękną, cierpiącą spokojniePokaż się tylko tej wybranej rzeszy,Co za cię krew tak przelewała hojnie,I na twe imię choćby w piekło śpieszy!Niech w noc ich serca smutne i skrwawioneŚwięte, prorocze natchnienie owieje —A ty im odchyl z przed oczu zasłonęI ukaż w dali jasne, przyszłe dzieje!...

Wierniśmy tobie, ale twego słońcaTrzeba nam czasem na czoła i twarze,

By nie stał w cieniu, Matko, twój obrońca,Ani się w tłumów utopił bezmiarze:Jeno niech stoi, podawać gotowyTemu pociechę — temu miecz stalowy!

31 marca 1857.

Nam dzisiaj tak w duszach, jak kiedy się wiosnaZ zimowej wyrywa niemocy:To smutek i żałość, to zorza radosna,To rozpacz, jak wicher północy.

Ach, kiedyż za ciebie w bój skoczym spragnieni,O Polsko, ty matko miłości?I kiedyż przy huku dział, trzasku płomieniPodniesiem okrzyki wolności?

I kiedyż uczynim, swobodni oracze,Lemiesze z pałaszy skrwawionych?Ach, kiedyż na ziemi już nikt nie zapłacze,Prócz rosy pól naszych zielonych?

1857.

Była sala gotycka, sklepiona,W niej portrety rycerzów i herby;Ponad orłem krzyż rozwiódł ramiona —Zbroje, miecze, a na mieczach szczerby,

I to wszystko z onych czasów chwały,Czem gorzała młodość i siwizna:Oczy mężów w orła, w krzyż patrzały,Na ich czołach krzyż albo ojczyzna.

Tam przy wielkim marmurowym stole,Tam nad księgą siedziało pacholę.

Piękne było pacholę: włos jasnyKędziorami wił się wkoło głowy,Duże oczy i uśmiech ust krasny,Lica białe, na nich cień różowy,Czoło wzniosłe, motylów dziś pole,Słodycz matki... Blizka przyszłość możeZiarno myśli posieje w tę rolę,Lub ją piękniej bliznami poorze.

Księga miała na karcie herb złoty,W niej praojców spisane żywoty.

Czyta chłopię, twarz mieni się zwolna,Zwolna oko nabiera promieni;Pierwsza praca poczęta mozolna:Młoda dusza wyrywa się z cieniW światło... Wzrokiem potoczył po mężach,W krzyż i w orła utkwił duże oczy,Potem wzrok swój wstrzymał na orężachI już łza mu po licu się toczy...

Dwoje skrzydeł poczuło pacholę,Dwoje skrzydeł — i bezbrzeżne pole!

Weszła matka, znój starła mu z czoła:„Pójdź surducik przymierzyć“ — zawoła —„A u cioci na jutrzejszym balu„Będziesz, jakby wycięty z żurnalu!“

1858.

Trzy w szczerem polu gromady stały,A trzy nad niemi sztandary wiały.

Więc ci, co z prawej na polu stali,Sztandar niebieski w górze trzymali;Po lewej stronie ogniste gronoWzniosło chorągiew w górę czerwoną,A między nimi, patrząc nieśmiało,Stała gromada z chorągwią białąI, jakby ducha nie miała w łonie,Chwiała się ku tej i tamtej stronie,A czasem jeszcze, nie wiedzieć czemu,Dawała pokłon komuś trzeciemu.

I rzecze prawa lewej: „Wstecz!Bo mam z dawniejszej stali miecz.“

Lewa odrzecze: „Wyście próchno,Oddechy wasze grobem cuchną!“

Więc prawa znowu: „Z drogi szał!Nasz ród na przedzie zawsze stał.“

A lewa na to: „Z nami, z nami!Bo was zostawim i pójdziem sami!“

„My nie rozstrzygniem“ — rzecze nieśmiałoChwiejna gromada z chorągwią białą.Więc się tymczasem trzeciemu kłoni,Co się zwać kazał panem tej błoni.

I kiedy to się działo na ziemi,Tkwił ptak ze skrzydły, jak śnieg, białemiW chmurach i czekał, która gromadaPonad innemi górą zawłada.

A gdy doczekać tego nie może,Zakracze smutnie: „Mocny mój Boże! —Gdzieżby to oni zaszli już byli,Gdyby z trzech — jeden sztandar zrobili!“

1860.

Przebrzmiały pieśni — wieszcze w grób się kładą,A tak spokojni, jakby nas rzucaliNa bojowisku przy dobytej stali,Nad skronią wroga zatrwożoną, bladą,Jakby zwycięstwo było w naszym ręku,Tysiąckroć w wrogów obwieszczone jęku!

Wróżyli sławę, wróżyli zbawienie,Dusze słuchaczów wstrząsnęli do głębi —Ich żar nas pali — a ich chłód nas ziębi —Łakniem ich głodem, czujem ich pragnienie —Ufne za nimi obracamy oczy,Rychłoli wieszczba z niebiosów się stoczy?!

Rychłoli gwiazdy zaćmią ciemne chmury,Jęk dzwonów — boju godzinę obwieści? —Rychłoli wietrzyk, co dziś trawkę pieści,Ponad grobami zawyje ponury —I odgłos ludu wzniesie się: „Do broni!...“Rychłoli wstaniem?!... Wszak wieścili oni.

Gdzie oni?... w grobie, śród mogił ojczystych.Odkąd nas owi rzucili wielmożni,

Stoimy w smutku, bez przywódców, trwożni,Niezdolni lotu do tych niebios czystych —Wołamy, krążąc duszami jak kanie:„Wieścili burzę... burzę daj nam, Panie!...“

Żuków, 5 kwietnia 1858.

Sam krzyż? O, krzyża nie dawaj mi, siostro!Z pierwszą jam marzeń i uczuć godzinąWziął krzyż i ciernie w sercu tkwiące ostro —Jak mi to brzemię cięży, wiesz, dziewczyno.

A jeśli krzyż mi wyszyć chcesz koniecznie,Wyszyjże orła na odwrotnej stronie —Orła, co biały, a ku słońcu wieczniePatrzy i trzyma miecz ostrzony w szponie.

Dość już tych modłów bezczynnych do Boga!Walk nam nie wolno dla krzyża pominąć!Jam ptak — od Boga szablę mam na wroga;Mnie walczyć — w walce, patrząc w słońce, ginąć!

1858.

Nie postawiono śród kościoła trumny —Ni ściany kirem obito do koła;Tak jak żył wielki, samotny i dumny,Duch jego weszedł w podwoje kościołaI u ołtarza stanął niewidomyZ sztandarem, który miał napis: „Śmierć Romy!“

U wschodów drobna garstka go czekałaLudu, któremu śpiewał o przedświcie —Ani go jedna łza nie powitała,Ni wejścia dzwonów oznajmiło bicie.Cichy szedł bardzo z myślami Ligięzy,Wlokąc u stóp swych potargane więzy.

I on sam żalu ani łez nie żądał:Za wielki, by mógł żalem być objęty!Oczyma duszy każdy go oglądał,Jak stał w natchnieniu swojem wniebowzięty.Organy smętny ton „psalmów“ zawiodły,A trzej kapłani odprawiali modły.

Czy Massynissa obudził cię w grocie? —A anioł kazał iść w krainę krzyżów?...A Roma stoi?... Roma jeszcze w złocieWraz z światem pełna przekleństw i pręgierzów;Robactwo czołga się po skale PiotraI ma krzyż jeden na Chrysta i łotra,

I długo jeszcze będzie szydzić Bogu,Z łotrami wieszać wraz jego wysłańców...Lecz tyś już stanął na wieczności progu,Gdzie twój wzrok nie ma cieni ani krańców,Więc wiesz, gdzie, kiedy i przez jakie bojeCzynami wstaną wieszcze pieśni twoje.

Wiesz, jak wiedziałeś, że się krwią obroczymI ognie wzniecim, my lub nasze wnuki,Że możnych gruzem dumnych grodów stłoczym.I trony carów rozszarpiem na sztuki;Ani ci tajno, że my, dzisiaj drobni,Będziem niedługo w bojach lwom podobni.

A teraz odchodź z ziemi, wielki duchu,Odchodź, gdzie pierwej już poszli dwaj twoi!My ręce skrwawim na naszym łańcuchu,Aż łańcuch w rękach przybierze kształt zbroi,Aż z nich uderzy wielka chwila czynuDla nas i wrogów...Odchodź, Polski synu!

Lwów 3 marca 1859.

Dola mi sprzyja: gziegdzie zwrócę oczy,Twarz mię spotyka życzliwa,A jednak smutek serce mi toczy,Tęsknota duszę porywa.

Tam — tajemnicze nęcą mnie światy,Któremi cicha noc pała,I chciałbym takie obaczyć kwiaty,Jakich ta ziemia nie miała.

I pragnę ujrzeć zmartwychwstająceNarody z anielską chwałą —Albo pioruny takie palące,By się aż niebo spękało.

I słyszę nocne słowików granie...Wiosenno — błogo tak wszędzie...Ach, kiedyś — kiedyś wszystko się staniePiękniejszem, lecz mnie nie będzie.

1859.

Skąd lecą ptacy? Lecą z daleka,W powietrzu gwarzą radośnie.Czy to już wiosna? Serce jej czeka,Śni nieustannie o wiośnie.

Czy już zielone pola, dąbrowy?Czy czas wyruszać na boje?Jeszcze na błoniach lśni puch śniegowy —O, ucisz, serce, sny twoje!

I ty, mój koniu, czekaj spokojny,Masz siano wonne we brogu!Lecz ty się z wiosną gotuj do wojny,Z orężem czekaj nas, wrogu!

1862.

Wśród orkanów na fali grają żagle mojeNiby skrzydła łabędzie, utoczone z piany;Zimnem okiem spoglądam w przestwór rozbujany,Niechaj piorun w maszt bije — ja widzę ostoję.

Gdym od brzegu odbijał, to tęczy rozwojeKwiatem drogę mi słały przez modre bałwany;A ja — dziecko — na łodzi słodko kołysanyPlotłem w wianek żeglugi marzenia powoje!

Burza wianek porwała — łodzią fala miota,I niejeden już piorun młodą pierś uderzył,I usta-m obznajomił ze życia piołunem; —

Ale płyńmy — znów, widzę, szkli się tęcza złota:Powróciła mym oczom. Jam w powrót nie wierzył...O, teraz, łodzi moja, leć z myśli piorunem!

Żegnaj mi, pieśni, może na zawsze —Może już nigdy nie zabrzmisz mi!Inne dziś śpiewy — dziksze i krwawszeMiotają sercem. Miast lutni — stal!O, i boleści sroższe i łzawsze;Cierń niepewności w sercu mem tkwi...Luba piosenko, mnie ciebie żal!

Kiedym raz pierwszy w życiu zanucił,To mi się zdało, żem cały rajNowo ubarwił, — ze snu ocuciłI ziemi nowy darował kwiat.A jako anioł, co nieba rzucił,Był mojej myśli wiosennej maj!...Oh! z taką pieśnią słodko iść w świat!

Serca wnet bratnie zadrgały ku mnie —O, słodki dla mnie każdy był dzień!Mogłem po ziemi spoglądać dumnie:Drużyna wkoło, a w ustach śpiew!I choć uczucia zagrały tłumnie,To się zlewały do pieśni brzmień...A dzisiaj? pieśnią — czyny i krew!

O, żegnaj pieśni, pieśni ma złota!Nie wiem, czy kiedy znajdziemy sięNa tej ciernistej drodze żywota!...Chwila rozstania zbliża się już!Znikaj, boleści! Precz, precz tęsknota!O, nie wstrzymujcie na drodze mnie,Na drodze burz!

1854.

Umilknij, serce, ty gadzie przeklęty,Co mi wciąż łono poisz trucizn jadem!Milcz, bo twój odgłos światu niepojęty,Bo dziś szaleństwem iść za twoim śladem —A czuć olbrzymio, to dziś pusta mrzonka,Co, jako świetlik, po grobach się błąka.

Gadzino wściekła, czemuż żar ten krwawyNie mogę w słowa rozpalone przelaćI niemi cisnąć, jakby grom jaskrawy,By je świat pojął i zechciał podzielać?Nie! milcząc, karmię jadowitą żmiję —I słuchać muszę — że o piersi bije.

O, gdybym mógł cię tygrysa szponamiWyrwać z tej piersi i pokazać światu,Jakiemiś ty mnie poiło jadami...... A jednak... ileż w tobie było kwiatu!Ile uniesień! miłości!...Dość na tem! —Serce, tyś moim i niebem i katem!

1855.

Odetchnąłem,Żyć zacząłemPowiewami kwiecia — róż!Bywaj zdrowa!Smutne słowa,Ledwiem ujrzał — żegnam już.

Com tu przeżył,W com tu wierzył,Nieskalane niosę w świat:Marzeń sploty,Łzy tęsknotyI nadziei blady kwiat.

I twe lico,Krasawico,

Promień oczu, uśmiech twój,Z twego czołaBlask anioła —Dla mych piersi nowy strój.

Bywaj zdrowa!Smutne słowa,Ledwiem ujrzał — żegnam już!Żyj szczęśliwa,Urodziwa,Pośród woni — kwiecia — róż!

Pójdę ja brzegiem majowym zdroju —Pójdę dla serca szukać spokoju.— Niezapominka u brzegu rośnie...O, nigdy — nigdy pokąd tych wód. —Pierś nie przestanie goreć miłośnie...O, wróć się, chłopcze — daremny trud!

Pójdę ja w górę na głuche tonie,Może tam serce w ciszę zatonie.— O wróć się, chłopcze! Tam świat bez granic,Nieprzemierzona oczyma dal, —Ach, tam tęsknoty nie oprzesz na nic —Uschną ci piersi — spali cię żal.

Toż pójdę w pola; — gdzie łąka, zboże —Tam smutne serce przeboli może.— Blady tam błękit — słońce przygrzéwa.Pusty wiatr ciągnie obszarem pólI więdną kwiaty, usycha niwa....O, wróć się, chłopcze! Nie zgaśnie ból.

Pójdęż ja w lasy ciemne i chłodne,Może tam znajdę chwile swobodne.— Choć ciemne lasy, choć puszcza dzika,Lecz tam się błąka lasowy czar,I szmerem liści, pieśnią słowikaPowie ci o niej — i wskrzesi żar.

Toż ja powrócę pod moją strzechę,Tam może sercu znajdę pociechę.— Ściany twej chaty bielone pięknie,Lecz tam się znajdziesz — ach! taki sam,Że ci się z bolu serce rozpęknie;Oj, biedny chłopcze, nie wracaj tam!

Gdzie ja się z tęsknem sercem obrócę?Pójdę na morze — w łodzie się rzucę...— Obejdź ty, opłyń ziemię dokoła,Płyń ciszą — obleć na skrzydłach burz:Ni żalu z serca, ni dumki z czoła,Ni jej z pamięci nie zbędziesz już!

22. czerwca 1858.

Wraca wiosna — słowik nuci;Z wiosny, z ptasząt — cóż mi, cóż?!Wiatr w dąbrowy liście rzuci,Zbudzi krasę dzikich róż.

Tam na polach zejdzie kwiecieI zaszumi zbożem łan:Mnie nikt wianka nie uplecie,Nikt nie poda rączki w tan!

Bracia moi, szczęść wam BożeWiosny waszej, waszych snów!Mnie północne świecą zorze,Dzwoni dumka tęsknych słów...

Gdybyż można szaleć — marzyć!Gdyby jedna czysta łza!...Nie wiem, przed kim wiosnę skarżyć,Ale straszna wiosna ma.

28. marca 1856.

Orły, sokoły,Dajcie mi skrzydła!Gruz i popioły —Ziemia mi zbrzydła.

Jabym chciał w górzePohulać z wami —I tam na chmurzeŻyć piorunami.

Tu mi, jak w trumnie,Świat nie wesoły,Spuśćcie się ku mnie,Orły, sokoły!

Choć duszę weźcieNa wasze lotyI ją zanieścieW marzeń kraj złoty!

Na niebios proguMiędzy gwiazdamiJabym tam BoguModlił się z wami.

A tu żałobąPokryte doły —Weźcie mnie z sobą,Orły, sokoły!

W twoim ogródku skrapia ci różeStrumyczek mały,I ptak, ukryty w liście papuże,Nuci dzień cały.

Kto wie, gdzie drobny strumyczek płynie?Jak się rozlewa?A kto pamięta o tej ptaszynie,Co piosnki śpiewa? —

Niebiosa lśnią gwiazdami,Jaskrawo księżyc lśni,Śnieg pada brylantami,Pod śniegiem ziemia śpi.

Spi cicho, utrudzonaMocą jesiennych burz;Z niebios jej sny do łonaZesyła księżyc — stróż.

I śni się jej, że wdziewaCzarowny wiosny strój,Że słowik pieśń jej śpiewaI szemrze srebrny zdrój.

I śni, że ją miłujeNad wszystkie światy Bóg.W błękity, śniąc, wstępuje,Przechodzi niebios próg.

I śni, że ją wulkanyRozdarły wszerz i wzdłuż,Że ogniem zieją ranyW spienione bezdna mórz.

I śni, że jest strąconaW otchłanie, w czarną toń:I leci przerażona —O gwiazdy trzaska skroń!

Wstrzęsła się, więc kojąceStróż wierny sny jej śle:Stroi ją w kłosy drżące,We srebrnej kąpie mgle.

1863.

Słońce kona za górami,Ponad niwy, mgły,A u brzegu nad falamiTęskna brzózka drży.

— Nie drżyj, brzózko, tak żałośnie,Tutaj błogo ci:Wkoło ciebie kwiecie rośnie,W górze gwiazdka tli.

Fala do stóp ci się słania,A od brzasku dniaCiągłe ptasząt świegotania,Ciągle wietrzyk gra.

O! samotna gdybyś stałaNa pastwę dla burz,Może, może, brzózko mała,Nie żyłabyś już...

O! samotnie marzyć trudno!Życie cierpkim snem:Niby ludno, a odludnoNa przestworzu tem.

Wybłysnęła gwiazdka złota,Brzózka smutnie drży;W sercu mojem tkwi tęsknota,W myślach dzikie skry...

Chciałbym stworzyć serca życie!...Brzózka tonie w mgle,Gwiazdki błyszczą na błękicieI jeziora tle.

Lecą chmury, a dołamiSłychać wichru szum;Niebo w dali błyska skrami,Ptactwa pierzcha tłum.

I okrzykiem przerażeniaWita ciemny las.Słychać gromy, ziemi drżenia...Burze, witam was!

Ja sam jeden. NiezlęknionyPatrzę w czarną toń;Pierś mi pieści wiatr szalonyI kołysze skroń.

Bije groźna błyskawica...Cicho... błyska znów...Ho! przyrody to prawicaRzuca milion słów.

Po chmur czarnym pergaminieZłote pismo drgaI przez oczy szybko płynie —Aż do serca dna!

Już odbite, rozbudziłoAkord w piersi mej:Dusza rwie się całą siłąDo przystani twej,

Burzo dzika! — Hej, z wiatramiIgra moja myśl —Od nich dziksza! A ty skrami,Chmuro, słowa kréśl.

Niech je czyta, niech je słucha,Aby mogła tu,Gdy nastanie cisza głucha,Płoszyć bezczyn snu

I ogniste wiązać brzmienieW dzikich pieśni stok...W łono ciemnic siać płomienie,Życie siać co krok.

Stój — stój, myśli moja dzika!Oto cisza znów:Burza milknie — chmura znika...Pieśni braknie słów!

Pytałem ja rybkę w kryształowym zdroju:„Czego tobie trzeba?“ Rzekła mi: „Spokoju!“

Pytałem ptaszynę na krzaczku powoju:„Czego tobie trzeba?“ Rzekła mi: „Spokoju!“

Ciebie nie zapytam o nic, serce moje,Bo ja się twej strasznej odpowiedzi boję. —

Jeżeli marzysz, że świat cię obsypie kwiatami,Snem to będzie;Kwiaty, kolce, łzy, radość — roznosimy samiZ sobą wszędzie.

Snem będzie, jeśli nigdy nie doznać zawoduMasz nadzieję,Lecz biada, jeźlić z serca ufność już za młoduWiatr rozwieje.

Snem poklask i błyskotki, któremi tłum wita,Snem szał ludzi,Ale gdy serca dobroć czynami rozkwita,Raje budzi.

Snem duma, która w piersi ponad wszystko stawa,Snem zachcenie;Cicha, lecz najpiękniejsza młodej duszy sława:Poświęcenie.

Bóg i światy — bez granic, człowiek — muszką drobnąW grób się zsuwa...Ale nad źdźbłem, nad kwiatkiem i duszą osobnoAnioł czuwa.

Znużony jestem... Trzykroć upadałemPod krzyżem pracy — skrwawiony i drżący —I trzykroć, trzykroć z upadku powstałemI uspokoił się duch bolejący...

Zadrzemał może, jak pustyń wędrowiec,Nim go zwierz zbudzi, ryjący grobowiec.

Przeszedłem myślą takie straszne piekło —Przez dzieje świata snułem lat tysiące.O Panie, pocóż tyle krwi wyciekło?Poco pękały serca pałające?Olbrzymy przeszli po tej biednej ziemi —I skamienieli, jak od bolu niemi.

Może za wiele mieli Twego ducha —Toż niepojęci przeszli pośród tłumu;Głos ich za silny dla ludzkiego ucha,Podobien gromom lub do morza szumu —Wołali: „Wolność!“ — i rozdarli łona...Padli — dziś stoją posągi — imiona.

Ciała ich w ziemi — duchy gdzieś dalekoBłądzą po gwiazdach — cierpliwi tułacze.Kiedyż ich grobów rozpęknie się wieko?Panie, czyż nigdy nie dojdą cię płacze?...O, ześlij — ześlij — proroki — Mojżesze,Niech w kraje światła zaprowadzą rzesze!

Tam żale sierot — a tu kajdan brzękiStraszną muzyką spływają do ucha;Słowik w drzew cieniu rozpływa się w jęki,Tam gwiazdy błyszczą, wietrzyk z lekka dmucha,Na nocnych polach żałobne szemranie,Niby pacierze grobów...

Słyszysz, Panie?!...

Lwów 14. czerwca 1856.

Jak pielgrzym, z dalekich powracam manowców,Gdzie drogi się śmielszych krzyżują wędrowców:W pustynie — to w niebo — to w piekło.I dziwów nie mało widziałem w podróży: —To błękit pogodny, to straszny ryk burzy,I nieraz mi czoło krwią ciekło.

Ach, czasem tak w górę wyniosła mię droga,Żem nie miał nad sobą już nic oprócz Boga,A chóry aniołów gdzieś z daliZe światów na światy, przy drżeniu harf złotemPrzemknęły, to na dół spuściły się lotem,Jak stada łabędzi ku fali.

Przeróżne się tony do serca mi wlały —Ach, pełna pierś moja tych blasków i chwały —A jednak mej duszy tak smutno!Wstecz patrzeć bolesno, a w górę nie ważę...Półsenny-m tęsknotą... o lotach coś marzę,Jak orzeł, gdy skrzydła mu utną....

9 marca 1858.

Zrodzon na grobach śród kajdan brzęku,Śród szmeru wiejskich pacierzy,Na mej piastunki pieściwem ręku,Słuchałem życia rycerzy.

A opowiadał mi ojciec stary,Matka mówiła najwcześniej,Gdy płaczącego uczyła wiary,A siostra śpiewała pieśni.

Mówili dziecku prostemi słowyLub śpiewem rzewnej tęsknoty,A nie wiedzieli, że mu do głowyJuż płynie marzeń rój złoty;Że, kiedy uśnie, śnią mu się mężeSkrzydlaci, niby anieli,W zbrojach i hełmach, w dłoniach oręże,Odziani w skrwawionej bieli.

I nie wiedzieli, kiedy zbudzoneDziecko zapłacze, bywało,Że mu się śniły bronie wzniesione,Że padających widziało.Utula z płaczu matka stroskana,Cacka podaje do ręki;Darmo — aż dziecku siostra kochanaZanuci tęskne piosenki.

I uśnie dziecię, uśnie, jak ptaszę,Gdy słowik w wieczór zanuci,Aż mu się przyśnią orły, pałasze,I na łóżeczku się cuci.Nad łożem ojca kord wisiał krzywy;Ku niemu zwraca oczęta,Na licach uśmiech igra mu żywy —I klaszcze w drobne rączęta.

O, sny me złote, o siostry pieśni,Jakże mi tęskno za wami!Czemuż tak często dziś mi się nie śni,Że lecę między orłami?Na mojej ziemi mnożą się groby,Wróg coraz silniej uciska,I wieją ciche pieśni żałoby,A szabla jeszcze nie błyska.

Wywiedli konia z ojca stajenki,A ojciec wsiadać mi każe:„Weźno bułanka, chłopcze, do ręki!Jak się masz trzymać, pokażę.“A matka z okna: „O, ja się boję;On spadnie, on taki mały!“„Trzymaj się, chłopcze, konia we dwoje!Ha, ha! Patrz, jaki zuchwały!“

Potem mi ręką pogładzi lico,A mnie tak w duszy gorąco,Żebym chciał lecieć gdzieś błyskawicąW dal jakąś dziką, świecącą.Toż na najwyższą wyskoczę sosnę,W dali utonę oczyma...Marzę i płaczę — w marzeniach rosnęGdzieś w lecącego olbrzyma.

Przedemną jasny piorun się pali,Szablicę trzymam we dłoni,A za mną tłumem wojsko się wali,I lecim po mogił błoni...Coraz to dziksze wstają zjawiska,Coraz groźniejsze postaci,Już mi tysiące piorunów błyska...Z marzeń mnie budzi głos braci.

Tam do nauki matka mnie woła!Gdzie byłem, patrzają niemi,A ja zeskoczę z smutkiem u czoła,Z oczyma na pół łzawemi,I słucham matki, jak opowiada;A gdy nauka przeminie,Biegnę do siostry — a ona radaNuci piosenkę chłopczynie.

Ogniste mary, senne krainy,Jakże wy dzisiaj dalekie! —Czy takto wyście duszę chłopczynyPrzysposabiały na spiekę?

Oh, a ty, tęskna pieśni siostrzana,Coś łzy chłopięcia koiła,Czyś ty mi w chwilach mojego rana,Że będę śpiewał, wróżyła?

Bywajcie zdrowe, wspomnienia moje!Pieśni siostrzana — bądź zdrowa!Od bolu wdziałem na serce zbroję,A tarczą pokryta głowa.Może was nigdy nie ujrzę więcej,Pierwsze anioły mego żywota..Wyście świeciły duszy dziecięcejNad głową — jak tęcza złota.

Lecę ku Tobie, jako ptak wędrowny,Skrzydłem mi, Panie, jest serce tęskniące;Do Ciebie rwę się, jak żal niewymownyZ pól, które mogił zaległo tysiące;Lecę ku Tobie, bo mi z każdą wiosnąŁzy i nieszczęścia i mogiły rosną.

Nie błagam Ciebie, byś mi ulżył krzyża:Napełń pierś moją bolem, jak chcesz, Panie!Nie żądam, by dziś błyskawica chyżaZ niebios zabłysła nam na zmartwychwstanie;Jeno mi w duchu rozmnóż tyle siły,Bym mógł się patrzeć z wiarą w te mogiły!

Bym nie rzekł, Panie, kiedy mię otocząPomniki wielkich i wierzby cmentarne,Że wieszcze kłamstwa wieścili proroczo,Żeś Ty i świat Twój i wszystko jest marne...

Lecz wiarą mocny niech na grobach stoję —I pracą, Panie, niech liczę dni moje!

Najsilniej, kiedy będą się zapieraćMoi gniazd orlich, Ty wspieraj mię, Panie!Bo, przeklinając, nie chciałbym umierać —I lwa ryk wolę, niż podłych sykanie;Więc niech zapomnę o podłości bratniej —Niech stoję — choćby grobów stróż ostatni!

1859.

Podaj, oh, podaj czarę mi ową,Którą Ci, Panie, w noc ogrojcowąAnioł podawał w światłości!Tam był jad bolu — i mnie ból pali —Żółć — i mnie ludzie żółć podawali,Ale ja pragnę miłości...

Bo z nią, jak piorun niebios Twych, błysnę,Z nią, jako promyk, w noc dusz się wcisnę,Z nią, jako gołąb ów biały,Lecąc, na spiących w skrzydła uderzę,Obudzę, — potem na jasne leżeRój duchów zawiodę cały.

15 listopada 1857.

Straszno mi wielce, bo osamotnione,Namiętne serce rozdziera się we mnie;Bo wiecznie pełne — pełne, a spragnioneJej — ach, jedynej, — a wiecznie daremnie!Bo bez niej niema nic z mojej młodości,I pierś mi pęka, a pęknąć nie może...Bo tak po ziemi iść bez wzajemności —Straszno mi, Boże!

A gdy ściśnięte serce we mnie zaśnie,Mogilny pacierz ducha mi otacza;Czuję w nim, jako serc tysiące gaśnie,Jako tysiące drugich klnie, rozpacza!Praojców wielkość w pokoleniach znika;Co kocham — z mogił powstać mi nie może,I w podłość tyje ludów tłuszcza dzika.Straszno mi, Boże!

Więc każdy piorun, co grzmi i zapala,Witam, jak brata, na niebios lazurze;Orła każdego, co powraca z dala,Pytam, ile jest gromów w czarnej chmurze,I drżę, gdy ptak mię pomija w milczeniu,Bo nam na gromy długo czekać może,Bo bez piorunów w takiem utrapieniuStraszno mi, Boże!

Potem, szarpany bolem i skrwawiony,Rzucam się w błękit, aby mię obwinął;Bo wówczas czuję, żem anioł strącony,Co stał na straży — a Tyś go pominął.I radbym stanął tak przed Twe oblicze,Któreś Ty ukrył poza słońca... zorze...A niebo wiecznie zimne, tajemnicze...Straszno mi, Boże!

10 grudnia 1858.

Błogosław, Boże, rolnika dłoni,Nie dopuść nigdy nań głodu!Gdy sieje, niech mu skowronek dzwoni,Gdy zbiera, użycz mu chłodu!

Błogosław ludziom, którzy Twą wolęSpełniają w bratniej miłości!Jasną im ciszą opromień dolę,Twój anioł niech u nich gości!

Nam budzicieli wielkich, o Panie,Harfiarzy daj miłujących —A kiedy naród, zbudzon, powstanie,Daj wodzów, w naród wierzących!

W krzemienieckim klasztorze zamilkły organy,Po ołtarzach gasili światło zakrystyany,Kilku jeszcze braciszków modliło się w bieli,Ksiądz gwardyan Kobylański wracał już do celi.Sam dzisiaj, mimo trudu nad lata sędziwe,Odprawiał matutinum, chóry i wotywę;Choć mu już siódmy krzyżyk mijał w lat ordynku,Skąpił swej siwej głowie snu i odpoczynkuI o jutrzence kazał dzwonić na brewiarze.A kiedy się ojcowie zeszli w korytarze,Zastali tam staruszka z pochyloną głowąKlęczącego pokornie przed stacyą krzyżową,Kędy płakała Syna święta Rodzicielka.Zadziwiła zebranych ta pobożność wielka,A ojciec kaznodzieja, spowiednik gwardyana,Rzekł doń: „Reverendissime, na miłość Pana,Miejcie więcej baczności na wasz wiek i siły!Wszak taki hazard zdrowia i Bogu niemiły.“Lecz starzec, zda się, nie miał dla napomnień ucha;Ku męce swego Pana wzniósł modlitwę ducha,

Twarz mu olśniła świętość; więc umilkły mnichyI klękły i poczęły szeptać pacierz cichy.

Znany był w okolicy gwardyan z pobożności,Lecz od kilku tygodni starzec ostrzej pości,Modli się dłużej, nawet unika wygody.Często nic nie spożyje prócz chleba i wodyI z tem wraca do celi, czyta albo pisze,Zatopiony; jak mówią, w świętych natchnień ciszę.Czasem wyjdzie i braci słodko upomina,Że czas groźny, że próby nadeszła godzina.Więc, zważając to, księża powiadali sobie:— „Ponoś nasz ojciec gwardyan jedną stopą w grobieI radby tę żywota wędrówkę przydługąSkończyć tak, jak rozpoczął: Boga wiernym sługą.“ —Lecz to dzisiejsze wstanie, te modlitwy korneWzruszyły domysłami zacisze klasztorne —I w refektarzu cichą, lecz żywą rozmowąWażą ojce gwardyana każdy czyn i słowo. —Darmo, starzec nie powie, co zamyślił tajnie;To wiedzą, że był wczoraj wesół nadzwyczajnie.

A do celi gwardyana wszedł pierwszy cechowy,Rzeźnik Rudnicki, strojny w kapocie perłowejI z czapką na zawiasach. Widać było z miny,Że wszedł zwiastunem jakiejś wesołej nowiny:Wzrok mu błyszczał, a w twarzy był, jak rydz, czerwony,Kiedy witał: „Niech będzie Chrystus pochwalony!“I ledwie gwardyan spytał: „A jakaż nowina?“Zawołał pan cechowy: „Syna Bóg dał — syna!Dziecko mi wczoraj moja powiła Sabinka;Czerstwo chłopak wygląda, czerwony, jak szynka.

I w sam czas mię Pan świata nawiedził tym darem,Tam Korona w zapasy poszła z Moskwy carem,Zwycięża i zwycięży; taka we mnie wiara —A gdy mi syn dorośnie, zapomnim już cara“.I radość mu łez zdroje wycisnęła z oczu,W których świeciła dusza jasna, jak w przeźroczuWieczornem świeci promień gwiazdy brylantowy.Ale wnet łzy rękawem otarł pan cechowyI rzekł: „Jeśli mam łaskę u Waszej Miłości,Tobym na chrzest chłopaka prosił Jegomości.Sąsiadów będzie kilku: — niechże Ojciec raczyPoczcić próg mego domu, a śmiałość wybaczy!“

Słuchał mowy cechmistrza starzec uśmiechnięty,Lecz w tej chwili, innemi myślami przejęty,Milczał i oczy utkwił w Rudnickiego lice,Jakby mu chciał przeniknąć serca tajemnicęI przejrzeć kryształ duszy, co czysta i szczeraPłonie radością w oczach i z twarzy wyziera.Potem wstał i, gdy cechmistrz ścisnął mu kolano,Dłoń mu podał i spytał: „Jakież syna miano?“„Józef“ — rzekł mu Rudnicki. Staruszek odpowie:„Piękne imię, tak nasi chrzcili się wodzowie,Dzielni — bitni — o, znałem ja księcia Józefa...To jest imię naszego Dwernickiego, szefa,Który się, jak kometa, zjawił niespodzianieI cudami uświetnił to nasze powstanie,Niszcząc moskiewskiej armii lewe skrzydło całe.„Naprzód, dzieci!“ — i furczą chorągiewki białe...Tak zwyciężył pod Stoczkiem, Ryczywołem, Nową;Gejzmar ledwie na koniu umknął z cały głową,A i Krajtz Dybiczowi smutne zdał raporta,Tyle mu krwi wyssała ta polska kohorta.Każda piędź ziemi krwią już obmyta w Koronie,My tylko wierni stoim przy moskiewskim tronie!“

„Księże gwardyanie! — cechmistrz odpowiedział żywo —Jeśli Korona wcześniej rozpoczęła żniwo,To nie racya, by przeto my z pięścią za pasemCzekać mieli, aż nam się coś upiecze z czasem.Bóg widzi, jak nam ciężko sprawę tak odwlekać! —Rwie się młodzież i czeladź, — z góry każą czekać! —Rzeczcież wy co!...“ Lecz gwardyan tu mu przerwał mowę,I położył rąk dwoje na cechmistrza głowę.Potem dłoń mu do piersi przyłożył i rzecze:„O, czuć, że ty ojczyznę miłujesz, człowiecze,Toż siądź tu, — powiem tobie, co mię doszło wczora —Siądź, cechmistrzu kochany! O, blizka już pora...Nim się zmrożona trawa z pod śniegu rozwinie,Dwernickiego z wojskami obaczy Wołynie!“ —Na to Rudnicki, jakby piorun weń uderzył,Powstał, otworzył usta, powieki rozszerzył,Bladł, czerwieniał i w starca utkwił wzrok ognisty;A ksiądz gwardyan wypruwał z pod habitu listyI zamknął drzwi na klamkę i rzekł: „Czytaj, Wasze!...Dwernicki! nasze wojsko! białe orły nasze...I na Litwie się biją — pewne mamy wieści —Tak, kończą się już, bracie, dni naszej boleści,I znowu wobec świata narodem się staniem,Jak niegdyś przed dzielnego Kościuszki powstaniem,Pod którym ja służyłem“. — „Wy? — cechmistrz zawoła, —Pod Kościuszką, z którego kraj dziś ma aniołaTam w niebiesiech u Pana? Mnie było lat cztery,Mój ojciec poległ wtedy między kosyniery,Matka mię potem dała do mego rzemiosłaI umarła, — a dola aż tu mię zaniosła.“„Służyłem, — rzecze starzec — o, pamięć ta boli:Naczelnik z najlepszymi poszedł do niewoli,Moja Polska rozdarta w troje od siepaczy,To już mi nie zostało nic w mojej rozpaczyPrócz Boga, klęczącego przed bolu kielichem,I Jego męka i śmierć... i zostałem mnichem!“

„Ojcze gwardjanie!... — cechmistrz ozwał się po chwili —Możebyśmy chrzest mego syna przyśpieszyli?Choćby i zaraz — bo mnie od waszej powieściTyle się ważnych rzeczy tu w mem sercu mieści —A czas już mi tak krótki, a robićby tyle —Że do jutra już wszystkie policzyłem chwileI ledwie mam godzinę dla syna i siebie.Zróbcież mu, ojcze, miejsce tym chrztem świętym w niebie!“Wziął czapkę i kornie się gwardyanowi skłonił,Zwrócił się; ale starzec przy drzwiach go dogoniłI rzekł: „Ostrożnie, majstrze!“ Potem dłoń mu ścisnąłSzeptał coś i na szyi uściskiem zawisnąłZ łzami w oczach; a kiedy cechmistrz był za progiem,Zawołał we drzwiach starzec: „Z Bogiem, bracie, z Bogiem!“

Zaświtało. Na mieście gwar i tłumy ludu.Piorunem przeleciała wieść nowego cudu:„Powstał Rudnicki! czeladź! szkolna młódź powstała! —Załoga się ucieczką śpiesznie ratowałaNa górę, tam na Bony zamczysko skaliste.Lecz pan Rudnicki, w mroki otulony mgliste,Podszedł i tam i pobił.“ — Taki rozgłos wszędzie;Lud się cieszy i czeka, jako dalej będzie.Ale wtem na wieżycach ozwały się dzwony;Patrzą: — kościół jaśnieje gęsto oświecony,Otwarte drzwi, — przed drzwiami zbrojne w kosy, w pałki,Stoją: cechmistrz Rudnicki i w szeregach śmiałkiI wchodzą do kościoła. — „Za nimi! Za nimi!Sława Bogu! — Sława im! — Sława naszej ziemi!“ —

Gwardyan śpiewał wotywę; organ wniebogłosyGrzmiał, a powstańcy stali, oparci o kosy:Szkolna młodzież i czeladź. Każda twarz wesoła,Oczy błysczące ogniem i pogodne czoła.

Na ich oblicze jasne i szczęściem promienneRubinem z okien padły pierwsze zorze dzienne.Lud klęczał... O, kto takich szczęśliwych obaczy,Choćby mu pierś pękała — zapomni rozpaczy!A Rudnicki padł krzyżem. Po tej nocnej bitwieUkorzył się zwycięzca przed Bogiem w modlitwie:Często słychać, jak z piersi gorące westchnienieŚciele się na posadzki kościelnej kamienie.Tyleż bo mu w tej piersi płonęło i płonie!Tam jego syn w kolebce przy stroskanej żonie,A nad nimi dłoń mściwa okrutnego wrogaZ knutami i z Sybirem... I westchnął do Boga.To mu znowu bój przyszły przed oczyma stawa:„Z nami trzyma Wołynie!“ zawołała Warszawa,A on stanie przed wodzem, wrogów krwią zbroczony,I powie: „My z Krzemieńca, od zamczyska Bony!Blizny niechaj powiedzą, czy widzielim wroga!...“I, aby się tak stało, znów westchnął do Boga.Ale i to wie cechmistrz, że kule nie głaszczą,A śmierć stoi na polach z otworzoną paszcząI nie pyta, czy schizma, czy kto prawej wiary,Jeno i stąd i zowąd porywa ofiary;Więc może i on w boju padnie w obec wroga —I, niechaj tem Bóg rządzi, modlił się do Boga.

W oknach się ukazała płomienna twarz słońca;Starzec już był wotywę odśpiewał do końca,Więc pan cechmistrz wstał z ziemi i rzekł: „Komu droga,Temu czas! Błogosławcież, ojcze, w imię BogaMojej rzeszy!“ Lecz gwardyan wziął pacholąt dwojeKazał otworzyć groby i rzekł: „Dzieci moje,Nim pójdziecie na walki, zestąpcie w te lochy!Tam na kamieniach leżą święte ojców prochy;Znał ich Szwed, Moskwa, Tatar, znali Bisurmanie;Z niebios się oni patrzą na wasze powstanie,Tam was pobłogosławię: — trupy się porusząI obleją was swoją bohaterską duszą.“Odsunięto więc płytę z pośrodka kościoła,Gwardyan stanął u wejścia: „Dzieci, za mną!“ woła.

Schodzi w groby, a zanim Rudnicki i zbrojni;Idą poważni, ciszą tych grobów spokojni.W głębi dwoje pacholąt stało pośród cieniaZ pochodniami, jak duchy z mieczami z płomienia,Których Bóg z niebios zesłał między te kolumnyStrzedz ojców twarde łoża na kamieniach trumny.

Daleko szły sklepienia. Gwardyan wiedzie dalejW loch pod ołtarzem, kędy księża się chowali.Stanął tam u grobowców i, gdy rzesza czeka,Zawołał do zebranych: „Podnieście te wieka!“A gdy młódź się rzuciła i podniosła płyty,Zabłysnął od pochodni grobów skarb ukryty —Jasna broń! — I staruszek dobył damascenkiI rzekł: „Panie Rudnicki, ta dla waszej ręki.Niegdyś ją niedaremnie nosiłem przy boku;Dzisiaj jam mnich!...“ Tu umilkł i z cicha łzą w okuDał cechmistrzowi szablę z pochwą jaszczurowąI uczynił pobożnie krzyż nad jego głową.Potem zaczął dobywać strzelby i pałaszeI rzekł do zadziwionych: „Zbrójcie dłonie wasze!“A gdy brali, każdego starzec błogosławił,Aby walczył, kraj zbawił i bronią się wsławił,I kończył tak: „Wam dziwno, skąd dostałem broni?Długoletnia to praca tej zgrzybiałej dłoni.Maciejowicka bitwa zrobiła mię mnichem,A com grosza uzbierał w mojem życiu cichem,Czy z jałmużny, czy z datku, czyto ucząc dziatwę,Kupowałem broń, kędy kupno było łatwe.I nieraz mi się serce zakrwawiło troską,Gdym patrzył, jak frymarczył syn bronią ojcowską —Toż brałem z rąk niegodnych i, skryte na grzbiecie,Nosiłem szable, kule i proch przy muszkieciePod habitem; — zaś nocą zachodziłem w lochy:Tum chował szable, strzelby, tam — kule i prochy.

Bo czułem to, że kiedyś wstanie głos: „Do broni!“Więc myślałem: ja, stary mnich, broń podam dłoni —I żywiłem nadzieję, że tą moją pracąMłodzi kiedyś Moskalom nasze łzy zapłacą.Nadeszła mi ta chwila! Idźcie w imię Boga!Błogosławiona wasza od aniołów droga...Idźcie i zwyciężajcie!...“ Upadł na kamienie.I rozległo się długie w grobowcach milczenie;Tylko szepty pacierza, jakby szmer strumyka,Płynęły... Tak zostawił cechmistrz zakonnikaW grobach i poszedł w miasto. W mieście pożegnany,Poszedł ku ciemnym lasom przez wołyńskie łany,Chciał bowiem Dwernickiego oddział spotkać wcześnie.I patrzono za nimi długo i boleśnie.

I tydzień już w Krzemieńcu przeminął bez troski;Snuły się tylko często po mieście pogłoskiO Dwernickim, cechmistrzu, że się już spotkali,Że jenerał zniósł potem gdzieś obóz Moskali,Zabrał działa, stąd dział go liwerantem zwano.A z baszt zamku Krakusów co dnia wyglądano,Co tworzyli straż przednią przy jego pochodzie;I takie było życie w krzemienieckim grodzie.Czasem się też przemknęła wieść groźna i chyża,Że się Roth feldmarszałek od Mołdawii zbliża,Srogi Inflantczyk, luter na służbie u cara,U którego sto knutów już najlżejsza kara.Ale w klasztorze cisza, jakby zasiał makiem.Co dnia się ojce korzą przed zbawienia znakiemI śpiewają wotywy, matutinum, hory,Tylko gwardyan zwykł dłużej odprawiać nieszpory;Czasem i noc przemodli, zamknięty w swej celi —Tak go nieraz ojcowie szczeliną widzieli.

Ranek był; na zamkowej górze ludzie stali,Wtem się z mgły wysunęła kolumna Moskali.Przodem kozacy, w rzędach za nimi piechota,W środku działa i wozy; tak szedł korpus Rotha.Więc zeskoczył kościelny ze zamkowej wieży,I, głosząc wieść, przez miasto do klasztoru bieży;Za nim tuż starców, dzieci i kobiet gromadaPrzelękła i zdyszana do klasztoru wpadaI woła o ratunek. Gwardyan wyszedł z celi:„Dzieci, skąd wasza trwoga? Gdzieście ich widzieli?“„Pod miastem! — rzekł kościelny. — Niech ojciec nie zwleka,Jeno niechaj co rychlej do lasu ucieka!“Ale na to rzekł starzec: „Jam w służbie u Boga,Prościejsza mi do Niego, niż do lasu droga.A jeśli On mię woła, znać sługę pamięta;Wy idźcie, ja zostanę, wola Jego święta!“

Lecz już się na podwórze ćma kozacza wali.Pod kościołem stanęła kompania Moskali,Druga przed furtą, z boku kibitka gotowaZ feldjegrami — i cisza nastała grobowa.Zadrżał lud; — major wchodzi. za nim praporszczyki,I wołają: „Gdzie stary mnich, gdzie buntowszczyki?“Na to wystąpił starzec i rzekł: „Kto mnie woła?Jeśli wy, czego chcecie od sługi kościoła?“„Buntowszczyk! — krzyknął major. — Składaj broń schowaną,Bo cię tu każę ćwiczyć, że umarli wstaną!Oddaj broń, albo klasztor armatami zburzę!Czegoś na mnie wytrzeszczył twoje oczy duże?A znasz ty prawo cara? Buntowszczykom knuty!Słyszysz ty mię? Pozbędziesz ty się zaraz buty!“I pochwycił za szpadę i zwinął pad głową.Starzec milczał, w majora patrzył się surowo,A potem rzekł: „Broń dałem tym, co warci broni.Niech ich teraz, majorze, twój oddział dogoni

I wydrze z rąk walecznych tę broń poświęcanąInnej nie mam, a ze mną rób, co ci kazano!“„W lochy wiedź!“ krzyknął major. Ksiądz rzekł: „Tam broń stała!Już na jej ostrzu błyska mego ludu chwała!Na głowę twego cara święciłem ją łzami.Chodź — chodź!“ I do kościoła poszedł z Moskalami.

I już w ciemny loch starzec majora prowadzi.Praporszczyki przed wchodem zostali nieradzi;Wstyd im, że w starym czerńcu tyle jest spokoju.Jenerałów widzieli pierzchających w boju,A tu im lacki czerniec stawa taki mężny,Jak gdyby miał za sobą cały pułk orężnyImperatorskiej gwardyi. I rzekł jeden z cicha:„Ot, niechby major puścił z Bogiem tego mnicha,Bo ludzie nas wyśmieją, że w mury KrzemieńcaPoszliśmy z całym pułkiem po takiego jeńca.“Ale zamilkł i stanął u schodu, jak wryty,Bo przy pochodni ujrzał blask majorskej kity:Poszedłby do Irkucka gdyby major słyszał.Major powracał z starcem i od złości dyszałI klął i groził szpadą: „Ja tobie pokażę!Hej, praporszczyki, śpieszno przetrząść mi ołtarze!Kto znajdzie broń, chrest złoty ma w rozkazie dziennym,Bo mnie już łeb się kruszy z tym czerńcem kamiennym.“

Ale staruszek z krzyżem stanął przy ołtarzuI krzyknął do majora: „Precz mi stąd, zbrodniarzu!To sakrament!“ I ogień zajaśniał mu w twarzy,Lewą święte cyboryum zakrył od zbrodniarzy,Z ócz mu patrzyła świętość, a potęga z czoła; —W prawej krzyż podniesiony, jak miecz archanioła,

Błysnął nad Moskalami piorunem Jehowy,Że cofnęli się w zgrozie i schylili głowy.Lecz major krzyknął: „To czar! Porwać czarownika!“Więc skoczyli, porwali z krzyżem zakonnikaI nieśli do kibitki.Lud czekał ze łzami.

Starzec święty znak krzyża zrobił nad głowamiI, niesiony, zawołał: „Nie płaczcie mię, dzieci!Daleko ta kibitka — na Sybir poleci,Ale zwycięstwo z wami, bo Bóg przeklął cara!Car zginie, lud zostanie, z ludem święta wiara!“I zadzwonił kałakoł, w czwał pomknęły konie,Poleciały z kibitką na szerokie błonie.Pieśń dziką zaśpiewało kozactwo w pochodzie —I rozległa się cisza w krzemienieckim grodzie...

1860 r. w maju.

Był na cytadeli sąd na matieżników,Więc siedli jak czarci za stołem:Jenerał, adjutant i czterech piszczykówZe sercem miedzianem i czołem.

I rzecze adjutant: „Bat’ku jenerale,Czart chyba się z Lachów co dowie.Wziął pałki Levitoux, lecz milczy zuchwale“.— „Sto pałek! pod pałką odpowie“.

Straż stawia Levitoux, skutego w kajdany,I biorą na rozpyt go kaci.Wnet zdjęto zeń szaty, co kryły mu rany,A sędzie wołają: „Zdradź braci!“

A był tam nad nimi w tej izbie szatańskiejKrzyż z Panem Jezusem na ścianie.Levitoux wzrok jasny utopił w krzyż PańskiI modlił: „Daj sił mi, o Panie!“

I poszedł pod pałki wpół nagi, bez lęku;Wnet krwią mu opłynął grzbiet cały.Choć bito go w rany, nie wydał i jękuI milczał, jak zakamieniały.

A gdy go złożono na nędznej pościeli,Rozważał, czy ciało wytrzymaTe męki, bo znowu tak chłostać go mieliSędziowie... I poczuł: sił nie ma.

Lecz święcie dochowa tajemnice bratnie,Bo stu-by zginęło ich może.Toż westchnął do Boga o męki ostatnie —I ognia nasypał pod łoże.

I usiadł na łożu spokojny, bez lęku,Gdy jasne płomienie wstawały.Choć ogień gryzł kości, nie wydał i jękuI milczał, jak zakamieniały.

Przez kraty wnet bracia płomienie ujrzeli,Straż alarm krzyknęła w podsieniu:Jenerał i draby wpadają do celi:Levitoux już skonał w płomieniu.

Więc z zgrozą ten węgiel rzucili w rogożeI w ziemi kazali pochować.Tą śmiercią w płomieniach pochwalon bądź, Boże,Bo żywym ją będziesz rachować!

1860.

Kiedyż na te popioły i kościZmartwychwstania anioł z niebios zleci?Polsko, święta kapłanko wolności,Podająca pod nóż swoje dzieci,Kiedyż lud twój sztandary rozwinie? —Ach, ty żyjesz krwią, co z ciebie płynie!

Niech z krwi twojej świat umywa ręce,Jako Piłat z Chrystusa... Wstyd ludom!Ilekroć ty jękniesz w krwawej męce,Tylekroć ty bliższa Bogu, cudom,Co, podnosząc ciebie, świat przerażą...Oto stoisz znów z skrwawioną twarzą!

Od Powązek lud powracał z krzyżem,Kędy odniósł na spoczynek brata,I grób darniem obłożył mu świéżemZa spędzone na Sybirze lata;Tam nań śniegi i zamiecie wiały,Tu mieć będzie bluszcz i jaśmin biały.

Starcy pacież szeptali, kobietyWiodły dzieci, a młodzież gorącaSzła, dumając, rychło „Na bagnety“Dadzą hasło... rychło trąba grzmiącaW bój powoła? Tak szli ku kolumnie,A z kolumny Zygmunt parzył dumnie.

Tu stanęli, a dzieweczki trawęRwaną z grobów, między lud rozdałyNa pamiątkę krwi, co już w murawę

Porastała. Aniołeczek biały —Jedna klękła, złożywszy rączęta,I poczęła: „Zbaw nas, Matko święta!“

Oczętami, co gwiazdom podobneUtonęła w niebiosa błękitne.A lud, patrząc na to dziewczę drobne,Kląkł, jak kłosy uklękają żytne,Gdy zachodni wiatr przeciągnie łanem;Tak lud ukląkł na rozmowę z Panem.

I rozpoczął pieśń, a Bóg jej słucha,Carski wódz jej słucha przerażony.Bóg ludowi łaską krzepi ducha,A wódz zbrojne stawia bataliony:„O, nim przebrzmi — rzekł — ta pieśń złowroga,Nim Bóg miecz im da, uprzedzę Boga.“

I wnet rzeszę modlącą MoskaleRotowymi powitali strzały.Warczą kule, krew, jakby korale,Z piersi na bruk rozlewa się biały:Jedni giną cicho, drugim z łonaPłynie razem pieśń i krew czerwona.

Starców zapał unosi, spokojnaMłodzież w śmierci upada ramiona.Patrz ty, carze, jak rzesza niezbrojna,Jak w moc Boga wierzący lud kona!Ludzie giną, a dzieweczka stoiCicha, w jasnej niewinności zbroi

I na kule czeka, co jej braciI siostrzyczki porywały wkoło.Wie, że Polsce Bóg jej krew zapłaci,Więc chce zginąć; a wódz sroży czoło,Woła gniewny: „Ten lud kul nie czuje —Niech go jazda końmi roztratuje!“

Więc konnica na klęczących goni,Rąbie starców głowy, kłuje dzieciA dzieweczka śród połysków broniStoi, lecz już żołdak na nią leci:„Jezus-Marya!“ krzyknęła i czeka,Lecz się w konia patrzy, nie w człowieka.

I pewniejsza, że swemi oczymaRychlej czucia dopatrzy w zwierzęciu...Ostrogami party, koń się zżyma,Skacze z jeźdźcem w bok, a szabla w cięciuW głaz uderza... z szabli skry czerwoneNad dzieweczką zbiegły się w koronę.

Tak, o Polsko, i od twego łonaBóg odwróci rychło ostrza mieczy —I ty, Polsko, staniesz podniesionaNa szatanie, co cię dziś niweczy,I ty głowę zetrzesz mu zdradziecką,Ale czystą bądź, jako to dziecko!

1861.

Zbrojno stanęli na guzowskich błoniach,Rokosz po jednej, król po drugiej stronie.Już harcownicy skoczyli na koniach,Już polska kopia w polskiej piersi tonie,I szyszak pęka pod ciosem na skroniach;Mnogo dział śmiercią stąd i zowąd zionie —Ach, brata wali każdy cios i działo —Polsko, czyż innych wrogów ci nie stało?

Trudnoż ci było na sejmowej ławieDomową kłótnię skończyć rozhowarem?Na wschód widziałeś lecące żórawieZ złowrogą pieśnią ponad carskim dworem —Ale czart twojej pozazdrościł sławie,Czart synów twoich serca natchnął sporem,I popłynęła krew z twojego łona —Brat brata mieczem ciął... Tyś powalona!

Cyt! Teraz orzeł biały ci pokażeRycerską drogę cześci i zbawienia...Oto złamane już królewskie straże,Huf Radziwiłła zgrozę rozprzestrzenia.„Hurra!“ Skrzydlaci pierzchają husarze,Wyniosłe kopie tuląc do strzemienia;Sztandar królewski, sztandar z orłem białymUnoszą z pola przed hufcem zuchwałym.

Lecą, a na nich z grozą patrzy zdalaPrałat Pstrokoński, który godził strony;Gniewem starcowi oko się zapala,Na lica płomień uderza czerwony:— Nie pierzchlić oni przed szablą Moskala,Lecz orzeł, orzeł biały pohańbiony,W ucieczce święty znak polskich rycerzy!Dosiadł więc konia starzec i w cwał bierzy.

Pędzi śród gradu kul, a na ramionaWłos mu się biały pierścieniami toczy.Zadziwia mężów jego twarz natchniona;Ten, ów z goniących z drogi mu uskoczy:Nie dba, czy zdrowo minie ich, czy skona,Choć nigdy śmierci tak nie patrzył w oczy;Jakaś nieziemska moc tym starcem włada —Leci i prosto na chorągiew wpada.

I jako wicher, co żagle rwie z łodzi,Z rąk ją przemocą wydziera zbladłemu:

„Bratanku — woła — polska krew cię rodzi,Dajże ty inny lot ptakowi temu!Na wrogów nieś go Waść, jako się godzi.Z pól nie uciekać orłowi białemu!Nieś go tam, chłopcze, śmiało w imię boże —Ten orzeł tylko naprzód lecieć może!“

I czyni młodzian, jako stryj mu każe:Na Radziwiłła ze sztandarem goni.Za orłem lecą skrzydlaci husarzeZ pochylonemi kopiami ku błoni,Wpadli w szeregi, jak śmierci żniwiarze:Sto ciosów każdy niesie w mściwej dłoni,I wypędzają rokosz z pola chwały —Z chorągwi na nich patrzy orzeł biały.

Patrzy radośnie i wstrząsa skrzydłami,Rzucając blaski na zwycięzców głowy...I przeszumiały wieki nad polami,Wieki, pisane piorunem Jehowy...Orle nasz, kiedyż zjawisz się nad nami?Kiedy nas w ogień powiedziesz bojowy?Wzleć — wzleć! My pomni hasła twojej chwały,Że tylko naprzód leci orzeł biały.

1862.

Zgasły zorze, wieczorne niebiosaSkry po fali rozsiały wiślanej.Na murawie w perłach szkli się rosa,Szmerem kłosów rozmawiają łany;Ziemia, gwiazdy w słodkiej ciszy toną —Tylko polskie nie wie o niej łono.

Rokosz, rokosz w Koronie, na Litwie!Zebrzydowski, Radziwiłł przewodzą.Senat radzi, król myśli o bitwie,Starcy braci powaśnionych godzą,Ale zgoda z dnia na dzień się wlecze —Strzeż ich, Maryo! Chwytają za miecze!

A Szwed w polskich granicach. — Lecz wiekiI dla wnuków bez przestróg minęły!Nam, Najświętsza, Twej użycz opieki!Nam daj łaskę, gdyż klęski nas zgięłyI nieszczęścia dzień każdy nam trują —Ach, nie wróg nas, lecz waśnie mordują.

Zgodą serca nam natchnij, a wstaniemJak lwy mocni i nieustraszeni!Lecz cyt! Hasło wydano trąb graniem,Obozowych blask strzela płomieni:Król pod miastem, a rokosz na błoniachNoc spędzają: straż czuwa przy koniach.

A w obozie królewskim, od błoni,Koniecpolski usiadł wojewoda.Siwy starzec twarz oparł na dłoni,Pancerz biała okryła mu broda,I zadumał się smutno, że z braćmiWalczyć musi, nim oczy śmierć zaćmi.

A to może już chwila ostatniaRycerskiego zawodu i chwały!I do ręki mu przyschnie krew bratnia,I do grobu ją weźmie dziad białyI nie zmyje jej niczem. — „O Boże!Niechże tu nas Twa łaska wspomoże!wspomoże!“

„Szablo moja,“ — rękojeść tu ściskałDziad, dumając: — „przepada nam sława!Moskwie, hordzie, wszak brzeszczot twój błyskał,

Krwią turecką bywałaś ty krwawa:Jutro, szablo — ha, król mi tak każe,Jutroć we krwi Zebrzydowskich zmażę“.

I potoczył oczyma po błoni,Gdzie stał rokosz zebrany w gromadzie.Myśl za myślą posępna w dal goni,A na twarz się ponury mars kładzie.Wtem do starca przystąpił syn zbrojny,Pan Stanisław, młody, niespokojny.

Dziś raz pierwszy przyodział on zbroję,Wytęsknioną na szkolnej ławicy.Klnie noc długą, jutrzejsze śni boje,Śni o sławie, miecz ściska w prawicy:Piękna postać, a oko mu strzelaTo piorunem, to blaskiem wesela.

Dwoje skrzydeł, sterczących u ramion,Same, zda się, uniosą go w pole...Czyjeż barki dziś godne tych znamion?Kto ma piersi dziś takie sokole?Polsko-matko! O, przemów do dzieci,Niech to ptactwo powstanie i leci!...

Więc, gdy starzec obaczył młodzianaRozpogodził oblicze surowe:„Jeszcze gra mu rycerska nie znana,A tak wrósł mi w odzienie stalowe.Na pociechę Koronie tej rośnie“ —I uśmiechnął się starzec radośnie.

Lecz po chwili zesmutniał — i, synaMierząc ostro, do siebie tak prawi:„Dziś on zawód rycerski poczyna,I na braciach-że rękę zaprawi?Biadaż jego młodości i ręce,Jeślić tak go rycerstwu poświęcę!poświęcę!“

„Synu!“ doń się odezwie żałośnie,„Wolnyś jeszcze i służby nieświadom.Na najezdców niech Wasze mi rośnie;Młodzież Polsce niech służy, nie zwadom!Z braćmi walczyć ja ci nie pozwolę.Wracaj — wracaj do gniazda, sokole!

„Ja, pamiętny mej służby, królowiSam rokoszan nakłonię do prawa.Jeszcze ręka nie krzepnie starcowi,Choć Bóg widzi, jak boli ta sprawa!Lepszy dzień cię wawrzynem osłoni;Nie zaprawisz na braciach ty dłoni.“

Rzekł i ręką ojcowską mu skinął.Ucałował syn rękę ze łzamiI na zbroję wnet burkę nawinął,Dosiadł konia i pomknął polami:A dziad ukląkł i Boga pochwalił,Że od bratniej krwi syna ocalił.

I wymodlił znać łaskę u Boga,Bo syn dojrzał na chwałę Koronie.Gromił Turka, Moskala bił wroga,Za Szwedami rozpuszczał pogonie —A nie przelał krwi bratniej ni razuHetman, pomny rodzica nakazu.

Obozem hufce stanęły na błoniachSpocząć. Pułaski poglądał na morze;Złote się gwiazdy migotały w toniach,

I rubinowe kąpałokąpały się zorze;Fala za falą wstawała z zwierciadłaI szła i do nóg wodzowi się kładła.

Koń jego trawę pasł nad morskim brzegiemI strzemionami dzwonił, idąc błonią:Tak mu bywało, gdy stawał noclegiemW Polsce; po siołach na pacierze dzwonią,A z pól wracali do chat robotnicyNa sen, pod skrzydła Maryi Dziewicy.

We dworach ołów topiono w kominach,Lub spisywano gwałtów protestacye;Matki w ukryciu płakały po synach,Co poszli ginąć za konfederacyę.Na przyzbach dumy śpiewali Kozacy,Po lipach na noc zasiadali ptacy.

Czy wy od Polski, fale? Czy wam znanyDniepr i zielone ponad Wisłą pola?...Ósmy rok zdala od ziemi kochanejPo obcych błoniach goni go niedola,A jeśli spocznie, jak żóraw na straży,Za Polską wodzi oczyma — lub marzy.

Mógł on na Moskwę Częstochowę zwalić,I paść, jak Samson, pod gruzem kościoła,Lecz wolał Polsce paladium ocalić;Poszedł i czekał, aż go znów powoła...I ofiarował Bogu dumną sławę,Obcej wolności bronić wsiadł na nawę.

Jeden z nim tylko druh konfederackiPoszedł za morza na wspomnienia smętne

Na bojach żywot leci mu tułacki;Szkaplerz położył na serce namiętne,A w ręku szabla, grom na wrogów głowy,Szabla z Najświętszą Panną z Częstochowy.

I pozostały mu dotąd z pól carskich:Ten sam wzrok orli, ten sam duch marsowy,Z którymi spadał na służalców carskichLub stał na murach świętej Częstochowy;Blask mu na czoło bije od oręża,A kędy oręż obróci — zwycięża.

I krwią przed Nowym opisał się Światem,Jak stawa Polak za zgnębionych zdrowie!Toż bohaterskim nazwali go bratemAmerykańskich pokoleń wodzowie.Na dumę świata szlachetną ma duszę,A pod laurami krył serca katusze.

Ty jedna, święta Rodzicielko boża,Znałaś to serce wielkie — skołatane!Tobie on tylko, jasna Gwiazdo morza,Każdą śmiertelną pokazywał ranę.Skrzydłem Ty orlem byłaś jemu w bitwie,A prowadziłaś przed Boga w modlitwie.

O, ucisz, Panno, to serce spokojem,Miłości jego daj rzeźwiącą wiarę!Na morskim brzegu usnął wódz przed bojem,Po niebie cicho szły obłoki szare,Duch jego smętny odmawiał różaniec,Gwiazdy szły gasnąć na zachodni kraniec...

Już świt. — Już wrzasły trąby ostre głosy,Słońce wnet błysło na morze i błonia;Pułaski szablę otarł z rannej rosy,Przeżegnał piersi i wskoczył na konia;Mgła się po ziemi rozścieliła ranna,Wódz pomknął — za nim grzmiało: „Na Savannah!“

Niegdyś mu grzmiała pieśń konfederacka,Orły mu siwe wskazywały drogi,Kiedy na wrogów rankiem szedł znienacka,Wpadał na działa i siekł co do nogi.Takiej tu pieśni nikt mu nie zanuci;Orły czekają w Polsce — czy nie wróci?

Smutny więc jechał i do towarzyszaMówił o swoim zgubionym szkaplerzu:„Wkrótce, mój bracie, będzie w sercu cisza —I drobna prochu garść po twym Kaźmierzu;Zły znak! Duch czuje drogę, bracie miły!Jam się spodziewał w ojczyźnie mogiły“.

„Na naszych błoniach mijały się groty;Nie było dane dłoni mej kraj zbawić!...Inny się zjawi jakiś anioł złotyW rycerskiej piersi, by ten ród naprawić.Nieszczęście wielkie — wielkich dusz kołyską;Kto wie — ten anioł może jest już blizko.“

„Bez sakramentów zginę!... Bądź Twa wola!“Rzekł, a Savannah już mu widne z dali;Czwałem więc z jazdą kopnął się na pola,Kędy Anglicy szeregami staliI usypane reduty ze szańcówSiały kartaczów gradem na powstańców.

I w porę przypadł, bo pod jego wzrokiemWrzała już bitwa zacięta wśród łanów.Już szli Anglicy wyciągniętym krokiemZ bagnetem w ręku na Amerykanów;Wnet jedna chwila los bitwy przeważy...A jemu zapał zajaśniał na twarzy.

„Naprzód!“ — i w dwieście poskoczyli koni,Za bohaterem lecieli na działa;Wiatr ich zaledwie dościgał na błoni,Szable migały w słońcu — ziemia drżała,I przełamali Anglików dwa fronty,A wtem błysnęły na okopach lonty,

Zagrzmiało... „Jezus—Marya!“ wódz krzyknąłI padł, — zwycięzca padł na polu chwałyI skonał śmiercią, do której przywyknął,I leżał z szablą swą, jak posąg biały,I Bóg mu rozlał na obliczu ciszę...Wkoło płakali druh i towarzysze.

I usypali mu grób pod SavannahI krzyż na grobie zatknęli brzozowy.Niech cię przed Boga wiedzie Święta PannaTak, jak ty w taniec wodziłeś bojowy!A módl się za nas, niech nam Bóg obudziTakiego, jak ty, pośród wiernych ludzi!

1859.

Twarz taka pogodna, pod hełmem włos siwy,Na czole promienie spokoju;Powraca z daleka; choć starzec sędziwy,A jeszcze przewodził tam w boju.

Lecz tęskno Rewerze po bojach — spoczynku,I życia z rodziną w zagrodzie,I gędźby przy szklance, i dum przy kominku,I słońca zachodu w pogodzie...

O, dosyć mu krwi już — i dosyć już chwały,Zdobytej na hordzie, OsmanieI Moskwie i Szwedzie; bohater on białyJuż doma do grobu zostanie.

Sześćdziesiąt lat gromi i wiatry stepowePrześciga zwycięską pogonią;Na mrozach północy obielił on głowę,A pierwszy, gdzie w szable zadzwonią

A wielcy Rewerze rówieśni i druhy:Wódz Stefan na Czarnce i Jerzy,Hetmani, co szwedzkie kruszyli łańcuchy,Orłowie sarmackich rycerzy.

Dziś spokój w Koronie; śmierć w bojach nie miałaDla piersi żelaznych tych gromu,Więc myślił Rewera: „Bądź, Panie, Ci chwała,Żywota dokonam już w domu!“

Tam syn mu w sen wieczny zaciśnie powiekiPo życiu burzliwem i srogiem;Rozmawiał on z wrogiem jako step daleki,Dziś pragnie rozmowy już z Bogiem.

Tu jego już błonia, bogate tak w plony,Koń stąpa drożyną zamkową;Tam rolnik sędziwy swe orze zagony,I nuci skowronek nad głową.

Rewera tak dawno nie widział już pługa,Więc stanął: „Szczęść Boże!“ — zawołaI patrzył, jak czarna krajała się smuga,I radość błyszczała mu z czoła

I wzrok się promieni. Wtem rolnik się zwrócił,Poznaje, — pan jego wielmożny;Więc skoczył od pługa i do nóg się rzucił;— A witaj, hetmanie, w dzień zbożny

— Nie hetman jam, bracie. Orz dalej twą rolę,Orz śmiało, ja wracam do domu;Tatarzyn już końmi nie stłoczy twe pole,Ni Bohdan przyniesie ci gromu.

I rolnik usłuchał, pług sprawił, gnał woły;Pług w ziemię się zaciął, — ustawa;Pękł lemiesz, — patrzają — o święci Anioły!Pod skibą hetmańska buława!

Podnieśli, — śniedź starli, — i podziw ich ima.A rolnik przy pługu uklękaI patrzy na niebo łzawemi oczymaI rzewną modlitwę wyjęka.

Od wschodu bo dziwnie widnokrąg się mroczyI ptactwa mnogiego tam wrzawa;Wtem rolnik się zerwie, do wodza przyskoczy:— O panie, to twoja buława!

— Weź broń twą, hetmanie, jam znachor twej włości,Bóg czasem mi zgadnąć pozwoli,A przyszłość wyczytać umieją i prości;Buławę weź w dani z twej roli!

Rewera się zdumiał: — Żyw jeszcze, przez Boga,Nasz hetman koronny żyw jeszcze!A rolnik odpowie: — Idź, panie, na wroga,Źle wróżą nam ptaki te wieszcze!

— Patrz, lecą od wschodu, tam burza się zrywa,Ptak darmo od gniazda nie leci:Znać, grzmi tam janczarka i burczy cięciwa...Hetmanie, pospieszaj do dzieci!

Rewera na trakt się zawrócił już lwowski,Bodzony ostrogą koń bieży.Wieść leci po drodze: zginął Kalinowski!Rewera i wierzy — nie wierzy.

I modli się w duszy rolnika słowami:— O Boże, czyż nigdy spokoju?Czyż wiecznie twój piorun grzmieć będzie nad nami?Ach, wiecznież nam latać do boju?!

On wjeżdża do Lwowa, a dziwny gwar w grodzie,I odgłos go wita studzwonny,Witają go pany i ludu powodzie:— Hej, wjeżdża nasz hetman koronny!

— O ratuj, hetmanie! — Wieść straszna od Boha:Chmielnicki Bohdanko znów w polu;Legł hetman koronny na błoniach Batoha,A Kozak już hula w Podolu!

— Skąd wieści, rycerze? — Hej, szlachta, Bóg z wami!Podano list króla, — buławę:Rewera list czytał i zalał się łzamiI pomknął na boje, na krwawe.1857.

Jodły jej dały miano: jakby w dwa ramionaWieś i cichą błoń puszcza objęła zielona.A królowfkrólowi Jagielle, co z puszcz wielkie dziejeŚwiatu niósł i miłował ciemne Litwy knieje,Żadne, ile ich w Litwie, w leśnej Polsce ile,Żadne do snu szemraniem nie grały tak mile,Jak tannenberskie jodły!

O, błogosławionySen twój, królu, i dzień ten! Słońca krąg czerwonyZapadał w las, na polach cichła boj u wrzawa;Z tem słońcem już krzyżacka schyliła się sława!Jeszcze lśnią się w promieniach na poległych zbroje:Legł wielki mistrz, komtury, — spłynęły krwi zdroje,Z taboru zaś strugami złote wino płynie,Mięsza się z krwią i bryzga na trupów w dolinie,Co chcieli niem zapijać srom Polski i Litwy,Gdy zwalczony Jagiełło z ludem pierzchnie z bitwy.Złote wino pobożny król roztoczyć kazał,By mu się lud służebny pijaństwem nie zmazał.

Zwycięstwo! Wieki miną w Koronie i Litwie,Nim zapomni lud boży o tej krwawej bitwie.Trupów mistrza i wodzów szuka Niemiec zbity,Kędy na płaszczu ujrzy czarny krzyż wyszyty:„Mistrzu! wodze!“ — żałosnym nawołuje głosem;Trupem Bóg zasiał pole gęsto, jakby kłosem.A król, wódz doświadczony, wstrzymuje pogonie:„W pochód, w pochód na Malborg!“ grzmią puszcza i błonie;I ruszyło rycerstwo za królem, jak ptacy.Lecą, a dzień był skwarny, król, znużon po pracy,Radby spocząć. Pół dnia się starzec modlił Bogu,A drugie pół zwycięstwa dobijał na wrogu.

Więc, miłym Bogu królem szczęśliwi, rycerzeZsadzają go z rumaka na trawniki świeże.A był kamień na wzgórzu, toż go siwej głowiePodłożył król sędziwy na czas za wezgłowie.Lecz tu nago — Tannenberg i bór na uboczy,A wicher od padołów miecie piaskiem w oczy.

Ale to król, co wyrósł na stepach i w kniei:Spojrzeli, już starcowi sen powieki klei;Na kamiennem posłaniu pochyla się — drzemie,Więc rycerstwo sztandary wkrąg zatyka w ziemię;Sztandary, na Krzyżakach zdobyte tak krwawo,Niech otoczą śpiącego i ciszą i sławą!

I urósł gaj: już wicher, co wiał w starca włosy,Złotolite rozwija proporce i kosy;Z jedwabnych wstęg, jak z ramion jodłowych biesiorow,Leje muzykę nakształt szumu ciemnych borów,Lub tajemnemi szmery śpiącego otula;Więc cieszą się, bo, widno, cichy sen u króla.

A w półśnie król powieki odchyla: las wkoło!Czuje: krzepiące chłody płyną mu na czoło;Słyszy: potężne drzewa szmer nad nim rozwiodły,Jakby owe dalekie puszcz litewskich jodły.Zamknął oczy, śpi, marzy, a słodko znać marzy,Już mu się uśmiech rozlał na sędziwej twarzy;Śni o rodzinnej Litwie, w borach wzrokiem tonie,Wiatr mu niesie woń kwiecia i żywiczne wonie,I jasna jako zorze, jakimś smutkiem rzewna,Przybliża się z uśmiechem doń polska królewna,Podaje krzyż,... do sławy wiedzie jak orlica,...I niknie w mgle. — Wtem stary król nasrożył lica:Śni mu się, że wyjechał na grunwaldzkie wzgórze;Patrzy, brat Witołd z wojskiem giną w pyłu chmurze.Wielki mistrz go pomija, ale z mistrza rotyPędzi doń na rumaku jakiś rycerz złoty,Rycerz Dyppold, broń wznosi, do walki go wzywa....„Ha stój, Dyppoldzie!...“ Nagle ze snu się porywa.

Zerwał się król; poznaje, co za las wokoło.O, nie polskie to dęby, nie litewskie jodłyTaki cudny rozhowor nad głową mu wiodły,Ani też go bór kiedy owiał takim cieniem,Ani też kiedy usnął takiem słodkiem śnieniem,Jak pod temi sztandary, co mu na włos białyNa polach Tannenberga odpoczynek lały.Toż o tym śnie do zgonu pamiętał król stary,Jodłami zwą rozpięte krzyżackie sztandary;I nieraz, gdy się w zamku z rycerstwem zabawiał,O dniach tych polskiej sławy zadumany mawiał:

„Nigdy mi tak miłego snu nieba nie dały,Jak tam, gdy mi krzyżackie nad głową szumiałyJodły pod Tannenbergiem“.

Słodki sen prześniony!Przeszły wieki! — O, królu, bądź błogosławiony,Że taką pieśnią Bóg ci skroń kołysał w śnieniu!Błogosławionyś, wieku, co w czasów strumieniuTakiemi w naszej ziemi rozkwitałeś dniami! —O, kiedyż takie jodły zaszumią nad nami?...

1850.

Z Czech wyruszyli bracia, panowieNa Rakuszana w Morawę;Na bój ich wiodą wielcy wodzowie,Jan Żyżka dzierży buławę.

Jan Żyżka ślepy: niemieckie strzałyOczu wyżarły mu dwoje,Lecz widzi duchem jakby w dzień biały,Gdy przyjdze z Niemcem zwieść boje,

I strasznem wrogów gromi ramieniem;Szeroko grzmi o tem sława.Pierś mu goreje wielkim płomieniem:Ten płomień światło mu dawa.

A tym płomieniem szlachetna, świętaMiłość ojczyzny, cześć Boga.Wieki hetmana Czech zapamiętaI nie zapomni kark wroga.

Do Przybysławia przyszli wieczoremRozgrzani bojem i drogą;Wkrąg zatoczyli wozy taboremI warzą strawę ubogą

I o zwycięstwach gwarzą weseli,O klęsce Niemców i zgrozie...Jutro, gdy pierwszy promień wystrzeli,Będą w Albrechta obozie.

Lecz, cyt, wieść głucha gromady miesza,Mieszają tłum rozhowory.Pod namiot wodza ciśnie się rzesza:„Naz hetman, Żyżka Jan, chory!“

Zaniemógł ZyżkaŻyżka po boju srodze,Na twardem posłaniu leży;Dokoła niego strapieni wodzeI orszak smutnej młodzieży.

Ale nie złaman hetman na duszy,Choć wie, że przyszła godzina:Z twardego łoża jak lew się ruszyI wodzów tak napomina:

„Czesi, Morawcy, Polacy mili,Serdeczny, druży narodzie!W ostatniej, bracia, proszę was chwili,Miłujcie wy się we zgodzie!

„Noście otwarte serca przed Bogiem,Czyste, jak wasze powietrze,A kto z was kiedy bratał się z wrogiem,Niech we krwi hańbę tę zetrze!

„Nie szczędźcie trudu, rąk ni oręża!Tchórz tylko spokój wybiera.Kto ród germański w boju zwycięża,Szatanom głowę ten ściera.

„Oni tu wnieśli hańbę, niewolę,Jak śmierć szatani do raju.Kłamstwami bożą zasieli rolę,Cześć ojców wyparli z kraju.

„Toż w boju z nimi nie odetchniecie,Nie opuścicie ramienia!A nienawidzić ród ten będziecieW setne aż pokolenia!“

I zawsze rolnik w nocy majowej,Gdy zanocuje na błoni,Słyszy w powietrzu bęben Żyżkowy,Bijący na gwałt: „Do broni!“

1862.

W bielonej izbie, za cisowym stołem,Pod wieczór czworo siedziało ich społem.Bliżej kominka dziadek Janusz, dalej,Kędy się lampa przed Chrystusem pali,Babka; pod oknem siedziała dziewczyna,Basia, kwiat Sącza, wnuczka ich jedyna.Naprzeciw Bartek, cieśla z cieślów sławnych;W Sączu ród jego należał do dawnych,On sam już sławą cieszył się, choć młody,A Bóg mu przy tem nie skąpił urody.

Słońce, za góry zachodząc czerwono,Zajrzało oknem w izbę ubieloną.A że dziś była niedziela adwentu,Więc spoczywali wszyscy gwoli świętu.Janusz służebnym polecił gospodę,Garniec i wino; z księgi dziewczę młodeCzytało świętych spisane żywoty.Cieśla w nią patrzył, poprawiał kapoty,Ilekroć Basia czytanie przerwała.

Babce u czoła drzemka się wieszała;Pod ścianą z nićmi stał jej kołowrotek,Z kłębuszkiem teraz igrał Basi kotek.Właśnie skończyła Basia u rozdziału,Gdy Janusz z krzesła podniósł się pomałuI, słowem księgi do głębi przejęty,Rzekł: „Wielkiś w Twoich cudach, Panie świętyWielkiś, bo wznosisz, gdzie zrozpaczy głowa:O, cudem dotąd stoi Częstochowa,

I wierzę, że w niej Luter nie zagości.A nas tu gnębią, skórę drą od kościSzósty już tydzień! Ha, skacz do muzyki,Jak ci zagrają Szwedy najezdniki..Niema sił...“ Chmurny przeszedł przez świetlicę,A potem utkwił wzrok w Bogarodzicę,Co złote ramy nakształt wieńca miała,I stał w zadumie: — łza po łzie spadałaNa wąs, włos biały zsunął się na czoło;On włos odgarnął, westchnął, otarł połąŁzy i wnet mowę obrócił do cieśli:„Rzeczcież, nowego coście też przynieśli?Ja trzeci tydzień nie chodzę do miasta,Ni ja, ni Basia, ni moja niewiasta;Jak zwierz, człek w norę przed Szwedem się czai,Bo jak staremu chodzić śród tej zgrai?“

Bartłomiej odrzekł: „Marne powiadanie!Nową złość ważą ze Szwedem aryanie.Szlichtyng i Florek Siemichowski, zbójca,I ten żyd, Finkiel, komendanta trójca,Bawią na zamku; oni rada tajnaTego łupieżcy, pułkownika Sztajna.Potem Barycki, podatków poborca,Był dziś dwukrotnie ciągany do dworcaI pan Szydłowski, patron kolegiaty —A coś dwu poszło do wieży za kraty;Zaś Stare-Miasto opuściły panny —I tak się mnoży ucisk nieustanny!“

„O, dalej kory nie stanie na drzewie!“ —Wnet stary Janusz podchwycił mu w gniewie.„Straszne to Boga próby — raczej kary —Tak marnie idą, i takie ofiary!

Tu był król z nami — dziś kędyś w Głogowie...A nasz Bylina, rotmistrz, padł w Krakowie...I Czarnieckiego, żelazne to ramię,Zgina Bóg, choć go jeszcze nam nie łamie...Hetmany bez wojsk, Starosta na Spiżu,A my w ucisku, jak przy nowym krzyżu,Korzym się...“ I stał chwilę zamyślony.Niedługo potem zwrócił się do żonyI rzekł: „Musimy pomodlić się razem;Zapalcież lampę przed Kingi obrazem,Bo czcią jej ziemia nasza się zastawiaI od niewoli święta Kinga zbawia;Za jej wstawieniem niech was Bóg pociesza!“Posłuszna żona wnet lampę zawiesza,I klękli, jako było we zwyczaju:Starzy na przodzie, młoda para z kraju.A po modlitwie Janusz wstał rzeźwiejszyI rzekł: „To zamysł Szweda nie dzisiejszy,Trzykrotnie już nas zarwał po szatańsku.Pomnę, gdy byłem za wódkami w Gdańsku,(A byłem jeszcze za Adolfa króla,Co to go w Niemczech ugodziła kula)Pod wieczór jakoś, w kupieckiej gospodzieZ jednym tam Szwedem zszedłem się na miodzie.Ten, że miał z nami stosunki handlowe,A zmyślny, więc znał dobrze polską mowę.I siedzim; — szklanka mijała po szklance,I żywo jakoś było w pogadance.Aż w końcu — patrzcie, co rzekł dyabeł kusy:Wstał, na głos w izbie wrzasnął: — „Nasze Prusy,Nasze Inflanty, — Bałtyk, bo tak chcemy,A gdy nie dacie sami, — odbierzemyI wymusimy na waszym narodzie....“Nie skończył — resztę słów utopił w miodzie,Bo pełny kufel pochwyciłem w rękęI tak Szwedowi ciąłem nim w paszczękę,Że na podłogę stoczył się, jak długi;Za drzwi go potem wyrzucili sługi“. —

Usiadł i ręką podparł siwą głowę,Myślą rozwinął przeszłych dni osnowę;I ujrzał siebie w dragońskim szyszaku,Konno z Rewerą na stepowym szlaku;Wojował z młodu, gdyż bywał burzliwy;I wspomniał sobie tatarskie cięciwy,I jako z wojny wrócił do rzemiosła,Jak go znów wojna aż za Boh zaniosła,Potem na Szweda, — Chocim, — Kozaczyzna...I spokój, — powrót, — na głowie siwizna,Praca — śmierć dzieci... Dalej już nie szuka,Spojrzał: z nich jedna została mu wnuka...I westchnął: „Wszystko, dzieci, bożej woli!Aleć On naszej pofolguje doli;Jak pomnę, różnie bywało już z nami —Toż koniec będzie i z tymi Szwedami.“

Lecz babka przerwie: „Na Chrystusa ranyMilczcie! Na górze Szwed kwaterowany.Strach, jak mróz ostry, idzie mi wskroś duszy —Bójcież się Boga, ściany mają uszy —Podsłucha — i cóż? jakiż wtedy opór?Wezmą was, głowy podacie pod topór,I w grób; a my co? my z Basią, sieroty,Musiałybyśmy iść pod ludzkie płoty.Bodajbym tego nigdy nie dożyła!“Umilkła i krzyż na piersiach złożyła.

Dziewczę spokojnie słuchało rozmowy,Lecz, zda się, babki urażona słowy,Wstała — rumieniec wykwitł na jej licach,Skier dwoje żywo spłonęło w źrenicach,I rzekła: „Babko, nie miejcie obawy,Pan Oskar dzisiaj na zamku ma sprawy.Widziałam, jako tu przyszedł z rozkazemTrębacz, — a potem do Sztajna szli razemW miasto. On, — choćby słyszał dziadka mowy,Pewnam, — nikomu włos nie spadłby z głowy.

A przytem zważcie, to nie żołdak prosty;Oficer i syn szwedzkiego starosty...A jaki dobry! — Wszak mówią sąsiedzi,Co to się z innym Szwedem człek nabiedzi.On zaś czy spojrzał kiedy na nas krzywo?Gdzie tam, za wszystko dziękuje tak żywo,O, bo też dusza w poczciwości rzadka!A jak on lubi i babkę i dziadka,Was, Bartku, i... mnie...“ Tu przestałaZmieszana, jednak pokryć to umiałaI rzekła dalej: „Gdy siądę w gospodzie,By was wyręczyć przy winie i miodzie,To ledwie przyjdzie Oskar i powita,Zaraz się grzecznie o was wszystkich pyta,Rozmawia, życie opowiada swoje...Oskar ma także w domu dziadków dwojeI siostrę, jak ja; a mówił osobno,Że siostra do mnie całkiem jest podobną.Na wojnę poszedł, bo mu dziad poradził. —O, nie, on zacny, onby nas nie zdradził“!

Lecz Bartek na to: „Luter i poczciwy?Tego pod słońcem niema, jakom żywy!Wierzcie mi, Basiu: kiedy słodko gada,Wąż to — a w śpiące serce się zakrada,Czy słówko jakie od was nie wyłudzi;Strzeżcie się, bo on żądłem was obudzi!“I powstał, z czoła uciekła mu smętność,Z ócz mu gorąca błyskała namiętność,Dłoń ścisnął, jakby w dłoni toporzyskoCzuł, i rzekł: „Wiecie? ratunek nasz blizko!Dobrze, że niema Lichtenaua w domu...Powiem, że jest nas poratować komu.Pokąd gór naszych dzikich i wyniosłych,Pokąd górali, jak smereki rosłych,A na toporach dopokąd stal czysta,Potąd nam nie paść u stóp antychrysta.Dziś tydzień, jako przebiegałem góry,Widziałem ludu nieprzebrane chmury,Słyszałem, wszyscy Szweda nienawidzą:Królewscy, ci się Lutrem jak psem brzydzą —

Co który wspomni, że jego gurmanaZ koroną, zaklnie w Szweda, jak w szatana.Nawet zbójnicy: Litmanowski NędzaU Obidzkiego spowiadał się księdzaI nóż pociąga na tych heretyków,Strzelcy zaś leją kule nie na dzików,A Wąsowicze lud zbierają w pułkiA ciągną ku nim ludzie, jak jaskółki.Znacie ich: — raźni, nie lękliwi znojuA będą, jako wilk w owczarni, w boju.Ha! potańcujeż Szwed, da Bóg, niebawem; —Na rzece ze krwi stąd poślem go spławem;Flisacy Wisłą, bo w tem ich ochota;Ja ostrzę bardę — oj, będzie robotaDla naszych pięści pewnie za trzy jutra,A ujrzym, czy Bóg nie staraszy od Lutra!“Wielce Janusza cieszyły te słowaI wnet się dłuższa poczęła rozmowa.Babka usiadła, Basia cicho wstała,Długo się w obu mówiących patrzała;I, znać, na straszną zbierało się burzę,Bo z lica Basi zeszły kraśne róże:W oczach, co głębi serca kryć nie zwykły,Promienie gasły i pod łzami nikły.„Wytniem ich!“ krzyknął Bartek. — Basia zbladłaI z płaczem drżąca na krzesło usiadła.

Babka, to widząc, pośpieszyła do niej:„Co tobie?“ — pyta, — „a niechże Bóg broni!Chora?“ — Więc obaj zmilkli w jednej chwiliI zatrwożeni w Basię się wpatrzyli.

„Mnie nic“ — wtem dziewczę odrzekło powoli —„Tylko mnie jakoś dziwnie serce boli,I w głowie szumi i w oczach mi ciemno...Ja sama nie wiem, co się dzieje ze mną —Strasznie mi jakoś teraz na tym świecie!“

„Pieszczotka moja, biedne moje dziecię;Zlękłaś się!“ — tuląc ją, babka odpowie —„Bo też wam, Bartku, zawsze strachy w głowie,Odkąd was znam. Ot, ręką ledwie może wladaćwładać,Tak drży; i trzebaż było opowiadaćTo, czego niema, nie było, nie będzie?Ale wam pilno, więc krew, wojna wszędzieI na języku. Ptaszko, bądź spokojna!My, cóż my znaczym? — nas ominie wojna...Ej, bo już rzućcie to gadanie zdrożne;Święto, — ot, książki czytajcie nabożne!“Cieśla stał, zdał się nie słyszeć tej mowy.Milczał, w dziewczynę utkwił wzrok surowy,Co biegł aż w duszę; — ona się spłoniła,Wsparła się ręką o stół, oczy skryła;On westchnął, smutek rozlał mu się w twarzy,Zapalił świecznik, usiadł, siedli starzy,Wziął księgę, czytał z żywotu kapłanów,Jak święty Jacek odpędził poganów.

Przeszła godzina — starzy się zdrzemali,Basia siedziała, Bartek czytał dalej —Lecz coraz ciszej i często się mieszał,Stawał i wzrok swój na dziewczynie wieszał;A potem wiersze pomylone chwytał,Opuszczał, czasem jedno dwakroć czytał,A nawet inne wypowiadał słowa.Czuł to, lecz ogniem płonęła mu głowa,Serce mu biło gwałtownie: gdy zmylił,Chciał się poprawić, wzrok ku księdze chylił,Lecz z księgi biegły nieposłuszne oczy

Do Basi, bo tam był ich świat uroczy.Toż, widząc, że tych czarów nie odgoni,Zbliżył się, westchnął i jął szeptać do niej:„Przeląkłem ciebie? Basiu, nie chciej winić...Jeden Bóg tylko wie, co z sercem czynić,Jako je w piersi trzymać — gdy rozboli?Jeśli cię zląkłem, dziewczę, — to bez woliZgrzeszyło słowo; — dusza o tem nie wie;Toż ocząt, Basiu, nie odwracaj w gniewie,Przebacz!...“ I dłoń swą na sercu położył,Spłonił się, drżące usta wpół otworzył —Schylony nad nią, w pierś chwyta jej tchnienie,Wzrokiem ją chłonie i karmi płomienieSerca, rosnące w szale i zachwycie,Jakby nią całe wypełnić chciał życie.

Ale, snać, mało Basia go słyszała;Śniła, twarz jeszcze zadumaną miała,Gdy oczy, w których odblask marzeń kona,Na Bartłomieja zwróciła zdumionaI cichym głosem, myśli swych niepewna,Rzekła: „Cóż chcecie? ja wam nic nie gniewna.“

„Nie?!“ — odparł Bartek i radością skraśniał,A wzrok, jak słońce wiosenne, mu jaśniał: —„Oj ty dziewczyno, ty gołąbko biała;Patrzaj — rzekł czule — coś ze mnie zdziałała!Ja, śmiałek pierwszy, jak nieżywy stoję,Kiedy zachmurzysz jasne oczka twoje.Basiu, ej, kiedyż Basia mi nagrodziTo, że rok trzeci tak marnie mi schodzi?Kiedyż wędrówki, czekanie, tęsknotę?...Basiu! jedyna! — ptaszę moje złote,Raz ty mi ulżyj ciężkiej serca spieki!Życie i pracę oddam ci na wieki!“I silne ku niej wyciągnął ramiona.Basia się przed nim cofnęła zlękniona,Ale Bartłomiej w uczucia natłokuNie pojął, zda się, jej chłodnego wzrokuI rzecze: „Cieśla-m, dziewczę, jak mój rodzic,Lecz niech mi sercem sprosta wojewodzic!

Nikt, Basiu, jak ja, nie pokocha ciebie:Dla mnie tyś jedna, jak jeden Bóg w niebie!Przy tobie to już chyba ta garść ziemi,Co kiedyś z kośćmi zmięsza się mojemi...Pójdź!“ Lecz nim słowo to z ust mu wypadło,Dziewczę się znowu cofnęło i zbladło;Milcząc, usiadła na krzesło dęboweI o dłoń białą, smutna, wsparła głowę.

A on, w nią patrząc, żałośnie wstrząsł głową:„Widzę ja, dla mnie zimnaś jednakowoI miłość moja ciebie nie poruszy...O, Basiu! — Basiu moja! — nie masz duszy!“Lecz już boleści nie mógł wstrzymać w łonie;Zmierzył ją wzrokiem, twarde ścisnął dłonieI jęknął: „Kiedyś porwę mą siekierę,W pół nią rozpłatam moje piersi szczereI wydrę serce: a ty patrz do woli,Jak ono kocha ciebie, a jak boli,Co krwi spalonej z niego już wyciekło,I umrę... Basiu! — Basiu, pójdę w piekło!“

I przestał mówić i w głos się rozszlochał,I łzami tylko skarżył, że tak kochał.Ona zaś z rączki skroń podniosła białą,Spojrzała, w oczach miała duszę całą,Miała żal szczerej, siostrzanej litościI siebie całą, — — jeno nic miłości.Lecz wnet się ozwie z litosnym uśmiechem:„Ej, Bartłomieju, tak wyrzekać grzechem.Cóż wam? to wojny, to znów żony chcecie,Od żony znów was na wojnę pomiecie;I tak bez końca będzie tej swawoli. —Ot, zaprzestańcie, bo aż słuchać boli!“

„Boli?!“ — Bartłomiej pochwycił z zapałem —„Ha, pomyśl, dziewczę, czem to ja się stałem!Gdzie moja młodość? na tęsknocie znika!I już sąsiedzi mają mnie za dzika —A to przez ciebie wszystko — och!...“ — i zakrył oczy;Uczuł, że widmo znów mu ducha mroczy,

Wabi go... On raz z bardą stał na skaleI sosny spuszczał w Dunajcowe fale,Wtem spojrzał: strach! strach! Z fali jasnoliceW pląsach skoczyły na brzeg topielice.W złociste z tęczy przyodziane rąbki,Jęły ku niemu latać, jak gołąbki,A tak patrzyły, tak nęciły zdradnie:„Skocz, skocz do fali, u nas cicho na dnie!“A dźwięk ich głosu był tak czuły, tkliwy,A on był wtedy, ach, tak nieszczęśliwy,Że już pochwycił jednej rękę białą,Skłonił się i z nią zawisnął nad skałą...Lecz wnet wzburzoną pierś krzyżem przeżegnał,Padł i zapłakał i widmo odegnał.Teraz to wszystko budzi się w pamięci,Upaja, łechce i tam w góry nęci.Przemógł się; mówić wnet począł spokojnie:„Nie dziś, — to, Basiu moja, choć po wojnie.Każesz rok czekać? będę, jako żywoChoć Bóg wie, z jaką duszą niecierpliwą;Chcesz dłużej? niech się wola twoja dzieje;Jeno mi zostaw, dziewczyno, nadzieję!“Rzekł i do oczu szorstką dłoń przycisnął,Ale z pod palców strumień łez mu trysnął.

A ona wstała, pobladła jak chusta,Drżały jej ręce, drżała pierś i usta,Łzy w oczach; oczu nie śmie nań podnosić.Chciałaby tylko przemówić — coś prosić...Milczała, potem nawpół bezprzytomnieRzuciła z jękiem: „Zapomnijcie o mnie!“I zmilkła.

A w nim serce bić ustało,Zachwiał się, zsiniał, potem twarz miał białą,Jak trup, i czuć w nim było ciszę śmierci.Tak dąb, gdy piorun wnętrze mu przewierci,

Stoi spokojny, nim o ziemię gruchnie.Wstrząsł się, snać poczuł życie, ogień w próchnie;Zgrzytnął, pierś ścisnął, pijany z rozpaczyWpadł w drzwi i jęknął: „Niech ci Bóg przebaczy!“

I cisza; — dziewczę samotne zostało...Stoi, na sercu trzyma rączkę białą,Łzy się jej do ócz cisną mimo woli,Smutno jej; serce ścisnęło się, boli.Bartek ją w takiej opuścił rozpaczy...„Niech Bóg przebaczy!...“ „Bartek — czy przebaczy?...“Spojrzała... starców dwoje w śnie coś marzy;Uśmiech im lata od twarzy do twarzy.Zlękła się, w piersi czuła dreszcz zimniejsząI cisza w izbie stała się straszniejszą.

Lekko więc, krzesłem stukając, usiada.Już nawet starców obudzićby rada,By jeno zbyć się z izby strasznej ciszy,Gdzie oprócz serca swego nic nie słyszyI kędy Bartek stoi czarną zmorą,A lampy u ścian tak posępnie gorą...Lecz dziadkowie śpią.

Niespokojna wstała;„Gdybym ja była nigdy go nie znała...„„Niech Bóg przebaczy!““ rzekł, — „a cóż ja winna?...Gdyby on wiedział!...“ Ale wtem myśl innaTknęła ją; bieży do okna i słuchaI usteczkami na biały mróz chucha,Myśli, pogląda w okno niecierpliwa;Kogoś, snać, jeszcze dzisiaj się spodziéwa,I kędyś w dali jej spojrzenia toną.Ale tam cicho, noc i gwiazdy płoną.

Smutniejsza, może patrzeniem znużona,Odeszła, ręce krzyżując u łona,I szepce, idąc: „Jak on strasznie szlochał!Mój Boże, poco Bartek mnie pokochał?

Gdybyż to tylko minęło szaleństwo!...Czemu my sobie z Bartkiem nie rodzeństwo!...Rośliśmy, prawie chowali się razem,Pacierz pod jednym mówili obrazem...Duszębym całą dziś mu wygadała...Ale on straszny taki!...“ I zadrżała: —Jakiś strach nagle przeszył ją do głębiJak stal, co serce, rozdzierając, ziębi.Więc się zwróciła i z różańcem w rękuŚwiętej się Pannie ukorzyła w lęku.Modląc się, w Świętą wzrok zatapia całyA z ócz jej patrzy dusza, gołąb biały.

Tak anioł, kiedy pióry srebrzystemiZleci z błękitu i dotknie się ziemi,Stawa i chwilę ogląda, ździwiony,Świat, co dla niego mgłami otulony; —Głębiej się potem zanurzywszy w cienie,Uczuje przestrach i wraca w promienie.

Od modłów wstała uśmiechnięta, jasna,Spokojna w duszy i rumieńcem krasna.Różaniec jeszcze trzyma w białej dłoni,A uczuć pełna, jako lilja woni,I tak usiadła cicha i świat bożyMyślą ubiera w blaski rannej zorzy.

Ale po chwili do okna pobiegła,Podgląda: w cieniu, znać, kogoś postrzegła,Przeczuła raczej, i cała spłoniona,Stojąc, rąk dwoje cisnęła do łona;„On!...“ rzekła z cicha... a tam z ciemnej dali,Już słychać było kroki i szczęk stali.„On!“ i zmieszana waha się, czy czekać,Czy wyjść naprzeciw, czy z wstydu uciekać.Ku drzwiom co chwila zwraca jasne oczy,

Serce jej z piersi ledwie nie wyskoczy.„Co robić?“ — myśli — „on może tu wstąpi...Może nie wstąpi! — ach, on tak się skąpi!Zdybać go trudno: — rano mi się skłonił,Potem nie przyszedł, tak jakby mię stronił...Nie dobry! — tylem o nim dziś myślała...“Tak myśląc, spiesznie kubraczek zawdziałaI poskoczyła ku drzwiom; lecz znów stoiI myśli: „Może obudzą się moi?I on sam może pomyśli, żem płocha!...Nie — ach, on nie wie, jak Basia go kocha!...Oj, biedna ja! Oj, zginie serce marnie,Jeśli kochaniem on go nie ogarnie!...“Marzy, łez dwoje spadło na jagody,I wzięła dzbanek... „Tak, przyniosę wody.“

Wybiegła, patrzy: noc cicha, bez chmury,Księżyc i gwiazdy, dalej śnieżne góry,Kościoły, których krzyże w niebo wrosły,Rynek, za rynkiem Sącza gród wyniosłyGroźnie powiewa chorągwiami z wieży.Miasto w śnie, jak ul, gdy rój go odbieży;Po basztach tylko migocą się blachy,Gdzie w zbrojach szwedzkie stanęły szyldwachy,I światła w oknach.

Już przy studni stoi,Widzi go, jednak sroma się i boi,By jej Lichtenaw tak nie zastał w mieście,I skryć za studnie już chciała się wreście.Lecz właśnie z góry jasny blask księżycaStoczył się na jej uśmiechnięte licaI Oskarowi w cieniu ją odsłonił;Ten stanął, wpatrzył się — potem się skłonił...I piękni, z duszą odbitą w spojrzeniach,Stali tak w złotych księżyca promieniach.

Ale wnet Oskar pochwycił jej rękęI rzekł: „Bóg z wami! Przepraszam panienkę.

Waszych ócz jasnych nie miałem z zaraniaDzień cały... sercu za wiele czekania!“Lecz nagle tkliwość z jego ócz uciekła,Twarz uśmiechniętą zgroza mu oblekła;Pochylił czoło, do siebie rzekł smutnie:„Za tajemnicę Sztajn głowę mi utnie,Jeśli tem zniszczę jego czyn piekielny.Krew... o, mój Boże!... Ha, i Sztajn śmiertelny!...“I lewą ścisnął srebrną miecza głownię,Prawą zaś Basi dłoń ujął gwałtownieI tak na dziewczę poglądał ponuro,Czoło mu taką zasuło się chmurą,Że się wyrazu tych ócz Basia złękłazlękła,I, patrząc, ledwie z przestrachu nie jękła.On ją oczyma nieustannie mierzyłSzepcąc: „A możem ja pozorom wierzył? —Przekleństwo! Ona musi wszystko wiedzieć.Zdradzę? nie! pierwej musi mi powiedzieć.Czy kocha... choć nie, to ją wyrwać muszę,Choćby mi przyszło zgubić własną duszę...O, Basiu — jęknął, poglądając łzawo —Ty nie wiesz, dziewczę, jak mi w duszy krwawo,Ty nie wiesz, jakich okrutnych mam panów;Lecz ja cię wyrwę z ręki tych szatanów!“„Cóż to jest?“ — Basia trwożnie zapytała —„Tak smutnym nigdym pana nie widziała...“On stał, poglądał, wahał się i myślił,I niespokojny mieczem w śniegu kreślił: —Krom uczuć jeszcze chciał rzecz wielkiej wagiWyznać — i nie miał ni słów ni odwagi...Lecz „Dość! — zawoła — Basiu! życie moje!Dość, w twoich oczach płonie serce twoje!...Ty kochasz?... Oczek nie kryj rączką białą!Bo w nich tę miłość niebo napisałoDla mnie. — O Basiu, o nich ja słyszałemPierwej, niż ciebie, niż te strony znałem —Chłopięciem jeszcze. — Biegłem ku jezioruRaz w letni ranek, wtem nadeszła z boruWróżka, znajoma u nas dookoła,Że znała leki i zbierała zioła.Jam stał, a ona wpatrzyła siąsię we mnie,

Jakby mą duszę chciała dobyć ze mnie,I rzekła:... „„Dziewczę serce ci rozpali...Krwi będą ludzie od ciebie żądali —Ty chwycisz serce. — Taka twoja droga,A każda droga wytknięta od Boga.““Dziś, Basiu moja, rozumiem tę wróżbę:Ta dłoń, nie serce, u króla ma służbę. —Sztajn krwi chce waszej, więc się dłoni zbędę,Utnę, a w waszej krwi kalać nie będę,I wyratuję cię stąd, choć bez dłoni,Z krwi i z płomieni!“

„A niech Bóg was broni!Krzyknęła Basia — mówcież, co się stało!“I miecz mu rączką zasłoniła białą.

„Przebacz! — rzekł Oskar rzewnie — przebacz, miła!Basia mię kocha?!“ Ona się spłoniłaI milczy, ale, słowom jego rada,Oczkami stokroć „kocham“ odpowiada.On dłoń jej chwycił i ścisnął gwałtownie:„O, ja cię, Basiu, kocham niewymownie!Tyś moją; cóż król? jam, jak król, bogaty,I możny, jako król mój, a te szatyI barwy, choć są służalca znamieniem,Wiem, droga, żem je tem wdziewał ramieniemI tem ramieniem znów je zedrzeć mogę.Milczysz? — Dla ciebie, dziewczę moje drogie,Wszystko! — Ty dla mnie nie masz ani słowa?“

Basia to spłonie, to oczęta chowaW cieniu rzęs; dłoń mu ścisnęła nieznacznieI pochyliła twarz i mówić zacznieZmieszana: „Wiecie, ja dziadków mam dwoje,Im Bóg poruczył przeznaczenie moje:Jeśli na naszą zechcecie przejść wiarę,Pobłogosławią was ich dłonie stareI dadzą wam mnie; przyślijcie więc w swatyKogoś do dziadków, do naszej tam chaty!A gdy zastawią biały chleb i wino,Gdy się dziadkowie ucieszą nowiną...

Gdy każą, powiem; inaczej... rzecz zdrożna —I nie odpowie dziewczę ni wielmożna“.

Lecz Oskar przerwał: „Basiu, nie czas zwlekać,Bóg tam wie, komu jutra się doczekać;Dziś nasze — żyjmyż! — Ja dziś muszę wiedzieć!Zginiem, gdy dziś mi nie zechcesz powiedzieć.Jutro, pojutrze o takiej godzinieMoże się tylko dym tędy rozwinie...Basiu!“ I drżącą pochwycił w ramionaI z namiętnością przycisnął do łona,Tulił, a Basia już mu się nie broni:Uściskiem uścisk odpowiada dłoniI rumieńcami pocałunek płaci...Księżyc promieniem cienie ich postaciSkreślił na śniegu, jakby chciał zostawićŚlad szczęścia, które nie umie tu bawić.

W uściskach stali oboje — a w mrokuStał Bartek, widział ich i grom miał w oku.Zgrzytnął i nagle w drzwi domu się rzuciłWnet wyszedł, lecz już z gwintówką powrócił,Patrzył i raz się obejrzał wokoło;Wzniósł broń i zmierzył Oskarowi w czoło.Lecz odjął, szepcąc: „W szyję palnąć wolę,Bo hełm stalowy siedzi mu na czole!“Wymierzył, lecz znów zadrżała mu ręka...„Przeklęty Luter! — ha! mnie serce pęka,On szczęśliw — a ja! — ja pierś mu przebiję...Ona rękami objęła mu szyję,W szyję nie mogę wypalić!“ — Broń trzyma,Piersi Oskara przeszywa oczyma,I śmierć tam widzi pierwej, niż dłoń mściwaStrzał pośle. Wściekłość duszę mu porywa...Wymierzył, lecz znów odjął i spozierał,I znów to serce, to głowę wybierał —Wszystkiego jednak było mu za mało:On radby zniszczyć jego postać całą,W pył rozbić! I znów rusznicę przyłożył.Lecz wtem czeladnik jego drzwi otworzyłI, ledwie Bartka mierzącego zoczył,Zgrozą przejęty ku niemu poskoczył,

Broń wyrwał. — „Cóż wam? a macież wy BogaW sercu? — Co, majstrze, przez jednego wrogaChcecie nas wszystkich pogrążyć w nieszczęście?“A Bartek na to: „Ty! — silne masz pięście,Jak niedźwiedź — tylko, ha! krwi w tobie braknie,A moja dusza krwi, oj, krwi tak łaknie!Daj broń, ja krwi chcę!“

„Będzie ona, będzie! —Odrzekł czeladnik — niechno po kolędzie —Wytniem...“

Bartkowi ogień w oczach błysnął;Cofnął się, rękę do czoła przycisnął,Myślał i lico miał już spokojniejsze.Choć myśli były krwawsze i straszniejsze:„Ich wszystkich! — rzecze. — Chodź pomiędzy ludzi!Kogo nie zbudzę ja, to Bóg przebudzi —Wszystkich do trzech dni — ha, do tej robotyNie braknie u nas nikomu ochoty“.— „To chodźmyż, majstrze! W Janusza gospodzieI młódź i cechy zastaniem przy miodzie.“

Odeszli. — Ci zaś ani śnili o tem,Jakim ich Bartek przywitać chciał grzmotem.Oddani sobie stoją śród rozmowy.Przerywanemi Oskar mówił słowy...I znać, że miłość mieszał z tajemnicą,Bo u niej bladło, to kraśniało lico;Składała ręce, czasem przerażonaDrgnęła i jęk się wydzierał z jej łona;Ale z czułością wtedy Oskar śpieszył,Wieść zrywał krwawą i przelękłą cieszył,I opowiadał — i tak zbył się wieści...Mówi już czulej i gołąbkę pieści,A tak miłością, znać, olśnił ją całą,Że tylko dla niej Basi duszy stało,Że, tym dniem pierwszym szczęścia wniebowzięta,Jak anioł stoi, topiąc w nim oczętaPełne promieni... Myśli w niej nim wstaną,Czuje, jak kocha i jak jest kochaną.

W domu Janusza, w obszernej gospodzie,Mieszczańskie koło zasiadło przy miodzie.Wprost drzwi Marcowicz, burmistrz, sądu głowa,Siadł jako pierwsza dignitas miejscowa.Przy nim po prawej rajcy, po lewicyKupcy, cechowi starsi i ławnicy,Patrycyat miejski. — Dalej stół dębowy,Który w krąg izby szedł kształtem podkowy,Obsiedli mistrze różnego rzemiosła,Każdy tam, kędy ochota go niosła,A młódź po izbie rozpierzchła się całej.Troje lamp światłem błyska u powałyZ za bań czerwonych i stroi w purpuręŚciany i gości oblicza ponure.U drzwi zaś szynkfas

Lepsze dnie i świętaGospodnia izba Janusza pamięta!Dziesiąte ledwie w aktach zapisano,Co tu zapito, wygrano, przegrano.Każdy kąt, stoły, szklanki, szyngfas, ławy,Znały dokładnie wszystkie miejskie sprawy.Ależ gospoda wielce bo już dawna,Czysta i samym gospodarzem sławna.Więc rad mieszczanin sandecki wyruszaNawiedzić izbę siwego Janusza,Bo to bywalec, co znał wszystkie stronyMazowsza, Rusi, Litwy i Korony;A przytem w radzie nie pośledni głową,Czy zgodzić spornych, czy dać za kim słowo.Gdy stary począł, cichnął gwar okrzyków,I obierano rajców i ławników;Stąd też najbliżej było do ratusza,Gdzie był sąd, akta, słowem miasta dusza.Dziś tam strażnica.

Brakło dziś Janusza.U niejednego zakrwawiona duszaSmutkiem lub gniewem; młódź piosnek nie śpiewa,

Szynkarka tylko biega i nalewa;Mieszczanie piją, między sobą gwarzą,I klną Lutrowi i na biedę skarżą,Jak na kość w gardle.

Za osobnym stołemSiedział Bartłomiej z czeladnikiem społem.Pili miód; czasem, pochyliwszy głowy,Szeptali słowa zarwane z rozmowyI milkli, baczność dając pogadance —A obaj byli już przy drugiej szklance.Ale Bartkowi, zda się, lat przybyło.Pobladł, dwa zmarszczki w czoło mu się wryło,Zmężniał, spoważniał wielce. Przed godzinąWidział się z dzielną czeladników gminą,Potem u młodszych majstrów chwilkę bawił:Miał wieści, kilku swych po wsiach wyprawił,I wyspokojniał... Ale widać było,Że mu czasami strasznie serce biłoI myśl mu duszą miotała gorąca,Jasna jak piorun, jak piorun niszcząca.A wzrok miał hardy, ostry, czasem smętny;Czasem mu oczy roztlił żar namiętny,Wtedy brał szklankę, pił, jakby chciał zapićBól, co mu serca nie przestawał trapić.Pił — a gwar w izbie rośnie, Bartek słucha:Skargi! — balsamem to dla jego ucha;Pije, lecz ognia nie zdradza w postaci,A widać, że miał cześć u młodszej braci,Bo szli go witać, ten szklanką, ten słowy;Ale on baczył na starszych rozmowy.

A właśnie począł Cyrus, cechmistrz szewski:„Przepadnie, bracia, nasz Sącz, gród królewski!Bóg wie, czy tydzień podołamy nędzy! —Znikąd zarobku, a tu daj pieniędzyI kwaterunek i żyw jeszcze biesa!Nie wiem, jak u was, ale moja kiesaJuż próżna... czart bierz! wnet porzucę miastoI w Tatry z moją ucieknę niewiastą.“

Światłowicz, kramarz, odrzekł: „Ja tak samo!Odkąd ich dyabeł przyniósł młyńską bramą,Szeląga jeszcze nie wziąłem za towar.“

„Mnie sól zabrali i wypili browar!“Rzekł Gil.

Gadowicz, co młyn miał i żarno,Rzekł: „Mnie zabrali i mąkę i ziarno,Lecz, da Bóg, kiedyś ja tych Lutrów kościPrzez moje pytle puszczę bez litości“.„U mnie — ozwał się Oleksowicz z rynku —Pięć postaw sukna wzięli w upominkuI falendyszu dwa; za mój dobytekDali mi wczoraj w zamku jakiś kwitek,A Florek jeszcze ze mnie naigrawał,Niepomny, żem ja ojcu na borg dawał“.

Szafarz Borycki odezwał się z cicha:„Gdybyż choć Forgwell był został, pół licha!Szwed, jednak ludzki; a Sztajn — to syn smoczy!Ot, znów mi kazał wydzierać wam oczy;Tak, dać musicie, co kto ma gotówki.Dać, — lub gwałt będzie, żadnej tu wymówki.A jeśli Szwedom kwota nie doważy,Srebro i złoto zabiorą z ołtarzy.“Gdy skończył, wszyscy zamilkli dokoła,Zgroza sędziwe pomarszczyła czoła;Młódź, co po izbie rozpierzchnięta stała,Na Bartłomieja spojrzenia zwracała.Ten milczał, ale wszystkich mierzył wzrokiem.Czasem brwi ściągał na czole szerokiem,W oczach mu iskry tlały tajemnicze,Uśmiech mu zgasły wracał na oblicze;Patrzy w nich; patrząc, zda mu się, że słyszyTętna ich serc. Tak przeszła chwila ciszy.

Ale Marcowicz, burmistrz, człek poważny,Wstał, bo, choć sercem wielce był odważny

I akta nawet raz podarł sędziemu,Kiedy w nie wyrok wpisał przeciw niemu —Musiał tu jednak tę rzecz mieć na względzie,Iż niebezpiecznie na jego urzędzieSłuchać spraw takich i rozmowy toku,Zwłaszcza, gdy Sztajn go ciągle ma na okuI radby pewnie zrzucić go za karę,By na ten urząd posadzić niezdarę;Więc cauta mente lękając się gromu,Pożegnał braci i poszedł do domu.

Miejsce to zajął Bogdajłowicz stary,Prarajca, bogacz, mąż gorącej wiary,I rzekł, siadając: „Nędza nie ustanie!...Szwed Luter, na nas judzą go Aryanie,Szlichting i Florek: oba z biesem w spółce,Infamy! — niegdyś już, na szypułce, —Kryli się jeno po dyabelskich norach;Dzisiaj w ogromnych u Sztajna faworach,Jak kruki, wciąż mu krakają nad głową:„Drzyj mieszczan! ten ma to — a tamten owo!“A Wielogłowski, co u GadowiczaMieszka, ten także pyska im użyczaI, znać, nie lekce Sztajn go sobie waży,Kiedy broń miejską oddał jego straży.Znam ja ich! — Do dnia widzę, jak z DąbrowejPrzyjeżdża Schlichting do bramy zamkowej.Otóż, sławetna braci, moja rada:Trzeba nam zbyć się tych dwu i sąsiada.Gdyby ktoś... gdyby w ziemię wgryźli zęby...Lutra usłużnej pozbawimy gęby.“Rzekł i rękami wskazał ku podłodzeI siadł na stołku, zagniewany srodze.

„Tak!“ — krzykną wszyscy, — „wszystkim to rzecz znana!“Cyrus zaś dodał: „Tak, był dzisiaj z rana!“ —„I czart wie, co on Sztajnowi poradził,Rzekł Bogdajłowicz — bo Szwed zaprowadziłPodwójne straże u baszt i ratusza.“

Stach Krawczyk krzyknął: „Patrz! niewierna dusza,Patrz! ale myśl mi przychodzi wesoła...“Rzekł ciszej, patrząc z uśmiechem do koła:„Chłopcy, ja gotów — dwu albo trzech jeszcze,A tak się z tymi Aryany popieszczę,Że Sztajn im będzie musiał requiem sprawić...No, cóż? gdy zgoda — toby nam nie bawić,Lecz do Dąbrowej...“

„Oto człek bez strachu —Rzekł Bogdajłowicz, — dzielniście mi, Stachu!Chwat organista!“... Tak Krawczyk był zwanyPrzeto, iż celnie podpalał organy,Te zaś w strzelnicach wisiały na pasachDla gęstych strzałów w szturmowych zapasachU baszt.

Stanisław wielce się napuszył,Ale z młodzieży nikt się ani ruszył;Czekali, co im Bartek na to powie.Lecz on, znać, wtedy inną myśl miał w głowie:Zmarszczył brwi, o dłoń oparł się niedbale,Dumał i wzrokiem błądził po powale.

Stanisław był tem urażon widocznie,Więc wstał: „Cóż, chłopcy — znów do młodych pocznie —Ze mną nikt? — A coż Bartłomiej tak milczyI wzrok ma dzisiaj jakoś taki wilczy?Bartku, co w górze szukasz tam oczyma?“

Bartek wstał: „Duszy, krwi — bo w was jej niéma!Że też wy zawsze jedni i ci sami!Gdy bieda, przyczyn szukacie za drzwiami,A ani przez myśl nie przeszło nikomu,Że tu przyczyna, w mieście, w własnym domu.Szlichting i tamci? — tfu! — trzy ząbki żmii,

Która łbów tysiąc ma u głodnej szyi,A cała tak się rozległa w tym grodzie,Że nas i bez nich z żywota wybodzie.A gdybyśmy też, jakeśmy tu razem,Podali sobie dłoń, potem żelazemJutro w noc szwedzką sprawili załogę, —Lecz tak, by z miasta nie puścić i nogę?Cóż ojce? bracia! — pomyślcie no szczerze!Ja — jako w Boga, w dobry koniec wierzę.Wszak oni ludzie, a choćby szatany,To dyabeł straszny tylko malowany,Lecz gdy ma serce w piersi, a krew w żyłach,I w stu pancerzach równy mi na siłach.Spójrzcie no! — z młodych każdy już gotowyPójść i rżnąć. Ojce, skińcie jeno głowyNa znak, że zgoda i po waszej woli,A w trzy dnie koniec Lutrom i niewoli!“

Stał, wkrąg oczyma ognistemi wodził,Czuł, że tu wszystkich w samą pierś ugodził.Piorun słów jego pad tak niespodzianie,Że osłupieli z podziwu mieszczanieI, między chęcią, nadzieją i trwogąChwiejni, nic jeszcze orzekać nie mogą.Więc, milcząc, wszyscy topią się w zadumie,Coby rzec na to. — W młodzieży zaś tłumieBył szmer... tak w borach naszych szemrzą drzewa,Gdy się na burzę niebo przyodziewaW chmury, a ponad sine gór załomySkrawo dalekie wybłyskują gromy.

Lecz w tem Suszycki: „Jezus! on oszalał!“A Krawczyk gniewny: „Nie, on pałkę zalałMiodem i miód go owiał taką jędzą...“A ten im odparł: „Pijany-m — lecz nędząHańbą, niedolą, wszystkiem, co tak boli,Że człowiek raczej zginąć, niż żyć woli.“

I huczne wstały krzyki i poswarki,I możeby się chwycono za barki,Bo młódź, przejęta Bartłomieja sprawą,

Groźna pięściami, stanęła przed ławą,Ale Szydłowski, patron kollegjaty,Wstał i zawołał: „Silentium, waryaty!Wściekli, z rozumu obrani do nitki!Tfu! Krawczyk stary, a pierwszy do bitki —Wstyd!“ — Wszyscy go też chętnie usłuchali,Więc pan Szydłowski sprawę ciągnął dalejI rzecze: „Stachu, siądź, daj pokój zwadzie!Każdemu wolno podnieść głos w poradzie:Młody on, ale, widzisz, pierś ma zacną,Pierś, jakiej w świecie nie nadybiesz łacno.A ty znasz, Bartku, koniec twojej chęci!Oj! staniesz ludziom w przeklętej pamięciZa myśl, co w sercu gorącem się rodzi,Że Sącz od Szweda sam się oswobodzi.Młodziście, cześni, lecz niesforne głowy,Każdy z was lecieć na oślep gotowy;Cóż z tego? garstka — zginiecie jak muchy, —Za to nas potem Szwed rozbije w puchy,Wyrżnie i miasto zatopi w płomieniu,Że nie zostanie kamień na kamieniu.Baczcie wy, jaki koniec tu być może:Gród i kościoły w popiół — a nam noże!Jam stary i żyć jeszcze mi niewiele,Śmierć mi nie straszna, lecz mam duszę w cieleI lękałbym się stać przyczyną jatek,Sieroctwa dzieci, płaczu żon i matek;Potem ich klątwą obciążon, jak trądem,Nie śmiałbym stanąć tam — przed bożym sądem.“

Na to Suszycki Jędrzej, pisarz miasta,Referent, skrybów wzór i protoplasta,Rad, że nakoniec do słowa przyjść może,Rzekł: „Tu rzecz miejska — w niebie sądy boże.Otóż, gdy taki obrót wzięła rada,To ja do zdania mojego sąsiada,Minąwszy już grzech, który gubi duszę,To jeszcze dodać z konieczności muszę,Że od wojaczki wolni są mieszczanie —

Tak w konstytucyach powiada pisanie.Znam Saxon, bracia, rzeczcież mi, gdzie stoi:„„Za sprawę kraju niech się mieszczan zbroi?...““Szlachcie należy wojowania sława;Za to ma większe przywileje, prawaI rząd. Toż, gdy jej nie pilno do boju,Nam naszych rzeczy doglądać w pokoju,Jak przykazuje konstytucya nasza —Zresztą mieszczanin nie jest do pałasza.“

Lecz Bartek przerwał: „Zostaw waść to pole!Wy znacie prawo, a ja znam niedolę;U różnych majstrów braliśmy nauki:Mnie łzy uczyły, was ławnicze sztuki.Toż nieuczciwie sztucznych słów przecherąW sumieniach braci gmatwać prawdę szczerą:Mędrkuj ty sobie w sądach i na ławie,Tu milcz, bo krzywd tych nie pisano w prawie!To zaś, co grzechem wy mienicie u mnie,Szydłowski, z tem ja śmiało, legnę w trumnie,Bo wiem, że za ten grzech Święta KrólowaNajlepsze miejsce u Boga mi chowa.“

„Hejże na Lutra! Hejże na załogę!“Śród młodzi głosy podniosły się mnogie.Ale wtem dzwonnik Nikburowicz wpada,I grabarz Trela Dzwonnik wrzasnął: „Biada!Szwedzi rabują kościół Małgorzaty!Gdzie jest Szydłowski, patron kollegiaty?“

„Jakto? — śmieliby?“ — Szydłowski zawoła.A dzwonnik rzecze: „Wpadli do kościołaZ Florkiem; dwóch starszych przywiodło tę rotęI nuż poczynać dyabelską robotę.

Najpierw świętego Jakóba kaplicęPrzetrzęśli. Florek z ołtarza zdjął świeceI wszedł w grób (który Trela mu otworzył),Mówiąc, że tu ksiądz kustosz skarby złożyłPani Stannowej i podstarościego.Skarbów nie było. Szli więc do drugiego...Ten Florek, bogdaj zdechł ten szatan dumny!Kopał nogami naszych ojców trumny,A z sarkofagu księdza FuzoryuszaZdarł epitafia, łotr, — piekielna dusza!A co nas jeszcze nalżył, naprzeklinał!...Jam go upomniał, — ksiądz go upominał —Aż jeden z starszych gniewem się rozpaliłI za kark Florka z kościoła wydalił“.

„O Jezus, Marya i Pańscy anieli! —Krzyknął Szydłowski — i to przy niedzieli!Ha! iście już Bóg Swego gniewu skąpił,Gdy pod tym łotrem grób się nie rozstąpił“.

„Tak! — odparł Bartek — tak, mości patronie!O miasto wam lęk, że pożarem spłonie?O kościół Pański strach wam, że zaginie?!Jeszcze nic, — Szwed go znieważył już ninie,A co? nie wyrżnąć? — Stójcie! krótkie słowo;Nie idźcież, jeszcze mam ja piosnkę nową!Jużeśmy zbici, zdarci i żebracy,Nic nam z modlitwy, nic nam z naszej pracy,Jeszcze nam żołdak zbestwiony i srogiPohańbi wkrótce zacne domów progi,Cześć żon i córek pod swe nogi rzuci!

Miasto zostanie... kto wam cześć powróci?!“Umilkł i usta wykrzywił do śmiechu,Resztę słów w krotkimkrótkim pochłonął oddechu.Ale wtem stary Szydłowski zawoła:„Trela, — hej! dzwonnik, chodźmy do kościoła!“„Co tam pomożesz?“ — Bartek mu odrzecze —„Czy psem u proga legniesz tam, człowiecze,By warczyć i gryść, gdy się wróg przybliży?Zostań! Szwed Pańskich nie lękał się krzyży,Kopnie cię nogą, jak psa, bez litości!...Ha! Szwed u ciebie na wilię zagości,W oczy ci zadrwi, gdy świętym opłatkiemBędziesz mu szczęścia życzył z przeszłem latkiem...O święta Panno z aniołami Twymi,O Kingo, święta patronko tej ziemi,Rzeczcie wy starcom, co nożami straszą,Że chcecie boju — bo ta ziemia Waszą!“

Pośród tej wrzawy wszedł niepostrzeżonyJacek, staruszek biały i skulony.Słysząc to, u drzwi stał o laskę wspartyI w Bartłomieja utkwił wzrok otwarty,Jasny — a gdy ten ostatnie rzekł słowo,Zawołał Jacek: „W bój z Świętą Królową!..O dzieci, wielkie oglądałem cuda,Toć wierzę, że dziś wszystko nam się uda!“

„Przebóg, to Jacek!“ wszyscy zawołali,„Wy tu?! My prawie już was opłakali.“ —„Tu, dziatwo, z wami, — jak widzicie, zdrowy.“I dodał potem: „Wracam z Częstochowy!...Idźcież, Szydłowski, gdy was kościół woła,A wy zaś chmurne rozpogodźcie czoła,Jak ja“. — A gdy go obstąpili swoi,Zawołał Jacek: „Częstochowa stoi!“Poszedł Szydłowski, ci Jacka prowadząI na burmistrza miejscu za stół sadzą.Jacek, tu niegdyś kupiec najcelniejszy,Był już najstarszym i włos miał najbielszyI cześć za prawość. Teraz — to cud nowy! —Przez szwedzki obóz przyszedł z Częstochowy.

I cisza — ale Jacek wstał za chwilęI, uścisnąwszy Bartłomieja mile,Rzecze mu: — „Synu, niech ci Bóg pomaga!Słyszałem, piękna w twem sercu odwaga!...Mnie trzeci tydzień od mego wychodu,Wiele zaznałem i głodu i chłodu,Bo kraj nasz pusty, jakby cmentarz wielki,Tak w nim poniszczył Szwed dobytek wszelki.Co miast i włości pustką w gruzach leży,Kto nie oglądał sam — to nie uwierzy!Bóg chciał, bezpieczne porzuciłem mury.Szedłem przez obóz i przez Lutrów chmury;Jestem tu. — Wieczór działa grzmieć przestały,Zgliszcza się jeszcze z Częstochówki tlały,Noc przeszła w modłach, a nazajutrz ranoOd Kordeckiego poddania żądano.O, nie zapomnę nigdy jego twarzy,Gdy z odpowiedzią wyszedł z refektarzyI rzekł ją posłom i wstąpił na wałyZ krzyżem... wnet potem wszystkie działa grzmiały.Gdy się to działo, na wieży kościelnejGrała muzyka, jakby w dzień weselnyLub święto, cudnie wdzięczne symfonije,A tu latały kule, jakby żmije...Zgroza, co szturm on pożarł Szwedom ludu!My stali ufni w moc bożego cudu;Kule — widziałem — co nam szkodzić miały,O mur odbite, na Szwedów wracały,Niszcząc ich. Jedna przy niewieście padła,Kiedy dziecinę do kolebki kładła,I zgasła. Tako wrzał bój przez dzień cały,A wieczór znowu działa grzmieć przestały!...“

Lecz Bogdajłowicz, końca niecierpliwy,Rzekł: „Tam was bronił sam Bóg — jakom żywy!Ależ nam rzeczcie, jak was łaska BogaPrzewiodła zdrowo przez szeregi wrogaI jakoście się aż do nas dostali?“

A stary Jacek tak powiadał dalej:„Kilku nas starych obsiadło armatę,

Kiedy ksiądz przeor rewidował czatę.Był z nim Zamojski miecznik, Piotr Czarniecki,Ksiądz Piotr Lassota i jeszcze ktoś świecki.Przystąpił do nas i z uśmiechem w twarzyRzekł: „„Cóż? wy zdrowo wyszliście dziś, starzy!““„„Zdrowo!““ odrzeklim. On stał, myślał chwilęI rzecze do nas: „„Nie po waszej sile,Ojcowie, ten bój, a radbym was zbawić.Do prowincyała mam z listem wyprawićKsiędza, toż i wy idźcie z nim, ojcowie,Bo wam do szturmów niedomaga zdrowie!““I serca nam się jęły bardzo smucić;Jużeśmy do nóg chcieli mu się rzucić,By nam dał zginąć tu, a on nam powie:„„Są u was dary tak cenne, jak zdrowie.Rąk silnych brak wam — macie serca, dusze,Usta — tych użyć na dobre ja muszę!Idźcie wy, ojce, każdy w swoje strony,Idźcie, wzywajcie ludzi do obrony,Idźcie i mówcie, coście tu widzieli,Mówcie, że z nami Marya i anieli!...““To rzekłszy, dał nam święcone szkaplerzeI błogosławił w drogę wszystkim szczerze;A kiedy na dół spuszczono nas sznurem,Staruszka, co tam mieszkała pod murem,Konstancya, nogi owiła nam w szmatyI poza szwedzkie w noc przewiodła czaty...Tylem ja doznał Boga łask i cudu! —Szedłem i w drodze mówiłem do ludu...Słuchali i szli w bój...“

„A toż nie cudemBóg się niedawno objawił przed ludem?“ —Zawołał Bartek. — „Kilka niedziel temuSiedm kulek piersi przeszyło jednemuZ pancernych. Długo leży w krwi i kona,Wtem szwedzkiej jazdy nadbiegła szkadrona;

Patrząc i zgroza zdjęła ich do kości,A więc doń wszyscy strzelili z litościI polecieli. — Zachód już był blizko,Wracają Szwedzi na to sianowisko;Stanęli — dziwo! Patrzy się szkadrona:On jeszcze we krwi tarza się i kona!Zwrócili; — strach ich począł gonić...O, bo z nas ducha szablą nie wygonićNi kulą! I nam też Bóg przepaść nie da!...Hej, ojce! bracia! jutro w noc na Szweda!“

Stał i nalegał, przy nim młodzież całaŚciskała pięści i „Na bój!“ krzyczała;Jacek zachęcał i ręką i głową,I wielka wrzawa wszczęła się na nowoNawet Stach Krawczyk, choć pierwej się puszył,Stanął przy Bartku, tak go Jacek skruszył.Już się Barycki o miasto nie trwożyłI Bogdajłowicz za tem się przyłożył,Kiedy wtem pośród zgiełku i okrzykówPodniósł się jeden z miejskich korzenników,Fryderyk — tego dziad był Niemcem z rodu!Lecz on już całkiem przylgnął do naroduPolaków. — Ten dłoń teraz w górę wznosiłI panów mieszczan posłuchania prosił.A gdy ucichli, skłonił się i rzecze:„Prawda, iż wielką mamy Boga pieczę!Lecz gdzie bój z siłą nierówną zachodzi,Bracia, i Boga kusić się nie godzi!Prawda, że taką rzecz nie miło zwlekać,Lecz zawsze radzę do wiosny zaczekać;Tak, gdy nas Szwedzi, nie daj Boże, zbiją,Dziatwa i żony w lasy się ukryją;A teraz, szwedzkie co nie dotną noże,To mróz wytraci, albo głód przemoże.“

„Ot — rzekł Suszycki — ot Fryc, mądra głowaAle Fryc ciągnął: „Panowie, dwa słowa!Widzicie, trzeba, nim się w czyn co ziści,Mieć tego czynu pewność i korzyści.Na cóż nam przeto wszczynać gwałt szalony,

Kiedy Sącz będzie i tak uwolniony?A wiecie wy też, co się w Krośnie stało?Tam Wojniłowicz wziął załogę całą,Zabił Prackiego i tu się już zbliża.A czy wy wiecie o wieściach ze Spiża?Tam nasz Starosta formuje piechotę,A pan Kochowski będzie wieść tę rotę.A Wąsowicze, a chłopów drużyna?Wszystkie te wieści mam od Aryanina:Tak! — lecz ja zwykłem chować wieści zawsze,Aż chwile dla nich staną się łaskawsze.Teraz, gdy rzecz ma taki słuszny powód,Podaję jako rady mojej dowód.“„Słusznie Fryc mówi!“ — zawołali starzy.A Bartek cały spłonął ogniem w twarzy,Zgrzytnął, a potem pierś zacisnął silną:„Oj! Boże — jęknął — toż to im nie pilno!“I na ramiona, gniewny, rzucił odzież,Wyszedł, a za nim wyszła wszystka młodzież,Gniewna i chmurna i pełna płomieni.Wyszedłszy z Bartkiem, szeptali coś w sieni,I wnet cechowi ani się spostrzegli,Jako się młodzi po mieście rozbiegli.A tam za stołem jeszcze Gil z ławnikiemI Jacek spory toczył z korzennikiemO bój; Stanisław niedługo już bawił,Poszedł za Bartkiem i resztę zostawił.

Już północ, ogień w kominku się żarzy;Basia usiadła, pogląda i marzy.

Kiedy stawiała dzban na lawatorze,Dziadkowie dawno już spali w komorze.Lecz, znać, do Maryi Panny się modlili,Bo jeszcze dla niej klęcznik zostawiliI zostawili koroneczkę dla niej,By ją zmówiła do aniołów Pani,I lampę. Więc też Basia cicho wstała,Wzięła koronkę i modlić się chciała;Lecz się zwróciła do okna powoli,Pogląda, szuka gwiazdki swojej doli,Dumając; — i tak długo modre oczyBezwiedna w sinej topiła przezroczy.Odeszła — dziwno! Ta sama świetlica,I lampa sprzęty te same oświeca,I wszystko stoi tak, jak dawniej słało,A jej się wszystko piękniejszem wydało.I rzeźby gładsze, i powały bielsze,I twarze świętych w obrazach weselsze,I nawet Chrystus, klęczący w ogrojcu,Mniej się na kielich skarży Bogu Ojcu,I święta Panna uśmiecha się do niej,I Kindze nie strach, choć Tatar ją goni;Czar jakiś dziwny rozlał tu się wkoło,Toż jej tak błogo, tak jej tu wesoło!Z jej ócz pół nieba wyziera od razu,Tyle w nich światła i szczęścia wyrazu.

Wtem, znać, po czole przebiegła myśl pusta,Bo się prześlicznie uśmiechnęły usta,I wnet radosna z dziwnem czuciem w łonieMirt i rozmaryn rwała w białe dłonieZ doniczek; potem lekko u zwierciadłaWe włosy to mirt, to rozmaryn kładła.A gdy się lubo uśmiecha, gdy stroi,Cudny sen dusza z cicha sobie roiO nim, — o lubym, — ach, a co pomarzy,Jak twarz w zwierciedle, odbite w jej twarzy.Upięła kwiatki, teraz składa dłonie,Kłania się, myśląc: „Tak dziadkom się skłonię,

Tak drużkom...!“ Słucha, słyszy jakieś tony,Niby muzyka — niby mszalne dzwony.On z nią; — już idą, a przodem kapela,Skrzypki, bas, kobza i cymbał i żela.Wkoło znajomi we świątecznych szatach...Znowu stanęła i przebiera w kwiatach;Po chwili rzuca wszystko, — bo już nudzi...Takie to dziwne szczęście, gdy się zbudzi.Usiadła, głowę oparła na dłoni,W oczach myśl, myślą gdzieś daleko goni...I posmutniała. W obcym kędyś kraju,Gdzie niezna ludzi, mowy i zwyczaju,Kędy dzień chmurny, w noc księżyc nad skałyWschodzi, jak lampa z alabastru, biały,A nad borami gęsta wisi para...Jezioro — brzegi... Tam domek Oskara!I widzi wszystko, jak on opowiadałZna dom, jezioro, jodłę, kędy siadał,Dolinę, kwieciem ubarwioną świeżem,I bór, którędy błąkał się za zwierzem,I jar, gdzie czysta, jako łza, krynica,A w niej obojgu ich odbite lica.

Lecz zadumana rzekła wnet: „Mój Boże!Gdy mnie nie będzie, kto babce pomoże?Kto dziadka głośnem zabawi czytaniem?Biedna ja! — biedni! jak my się rozstaniem?!“Żalem i płaczem wezbrało jej łono;Już przed nią stoi rówienniczek grono,Krewni, znajomi z miasta i po siołach,Wszystko, gdzie była, ołtarze w kościołach,Obrazy świętych, gdzie składała modły,Miasto i drogi, co na pola wiodły,I brzeg Dunajca, i błękit gór siny,I te, od jodeł ciemne, rozpadliny;To wszystko teraz, niby płaczek rzesza,Chwyta się serca i na pierś się wiesza,Trzyma ją dziwnie i z nią razem szlocha:Jak ona wszystko, jak ją wszystko kocha!W dali — podobny do gradowej chmury —Mignął się Bartek smutny i ponury.

W łzach, ale już się marzeniem promieni:„Może mnie kiedyś Bóg w jaskółkę zmieni;Nieraz mi stara cyganka mówiła,Że się ptaszyną dusza urodziła,I, gdy zatęskni, skrzydełek dostajeI może lecieć, w jakie zechce, kraje,I niema dla niej ni gór, ani morza,Jeno niebiosa! O, ja ptaszka boża!Rzucę go... siędę sobie w ogródeczku,Zaśpiewam dziadkom, gdy będą w ganeczku,I wszystkim naszym od serca zanucę,Ptaszyna! — i znów do Oskara wrócę...“Śni... lecz jej serce w sen miesza pytanie:„Kogo ze swoich ptaszyna zastanie?...“

I smutna głowę do stołu pochyla:Gdyby spoczynku — gdyby drzemki chwila!Przymknęła oczy i już snem oddycha.Śpiąc, jakieś słowa wymawiała z cicha:„Rżną...!...“ nie wyraźnie z ust się jej wyrwało,„Rżną!... Oskar...“ rękę zacisnęła białą.Budzi się; budząc, w przerywanej mowieGłośniej już słowo rzucała po słowie...Przetarła czoło...

„Mówił... że ma panówSrogich... tak... mówił — gorszych od szatanów...Smutnym był; mówił, że się bardzo smuci;Mówił, że wojsko i króla porzuciDla mnie...“ I myśli znów: „On takim panem;Kocha i dla mnie chce zostać mieszczanem...Mówił mi...“ Strasznie błyszczały jej oczy;Wstrzęsła się, wstążka spadła z jej warkoczyNa pierś; lecz dalej przypomina, snuje:„Ha! on mnie mówił, że mnie wyratujeZ krwi!“ I stanęła dzika, odmieniona,I, patrząc, szepce: „Ulica czerwona,Krew... uciekają ludzie... w dzwony walą...Ach!... nasze miasto Szwedzi rżną i palą!“I tchu jej brakło i osłabła całkiem;Chciała iść, oczy migły strasznem białkiem.

Chwiejąc się, rękę do Maryi obrazuPodniosła; ręka opadła, jak z głazu:„Ratunku Matko!“ Nagle trupio sinaKrzyknęła: „O! o! Marya mnie przeklina!“I padła; lecz wnet z rękami u czołaZrywa się i w głos: „Mord! — rzeź w mieście!“ woła.

„Mord!“ — Głos jej dziki rozległ się po domu.Porwał się ze snu Janusz, jak od gromu,Zarzucił odzież, wpół Basię porywa,Za nim, drżąc, wbiegła staruszka sędziwa;Lecz Basia z rąk się wydziera szalona: „mord!I „mord! rzeź w mieście!“ krzyczy z głębi łona,Lata po izbie. Janusz znów ją chwyta,Tuli i wstrząsa i pieści i pyta.

Ona nic, jeno jęczy nieustannie:„Mord! — rzeź!“ i patrzy ku Najświętszej PannieI pokazuje obraz ręką siną,I drży, a z ócz jej gorące łzy płyną.

Zmarszczył brwi Janusz, stał, nie myślał długo:Nóż porwał w jedną, strzelbę w rękę drugą,Otarł pył i proch obejrzał w panewceI rzekł do babki: „Zostań ty przy dziewce,Ja wyjdę!“ Wyszedł, staruszka zostałaI, tuląc Basię, razem z nią jęczała.

Lecz wrócił Janusz: „Czy weszło w nią licho?W mieście śpią wszyscy i jak w grobie cicho;Ni psa na rynku, jeno tam w gospodzieCoś kilku naszych zasiadło przy miodzie,A ta „mord“ wrzeszczy! Weź z wodą kropidło,Poświęć jej czoło, bo to snu mamidło!“

Lecz Basia nagle nasłoniła oczyI jękła: „Dziadku, wam krew szyję broczy,Wy trup! Mnie Matka boża duszę wzięłaZ piersi, tę moją duszyczkę przeklęła,Lampą mi ogień zapaliła w głowie

Na rzeź. Idźcie wy, to wam Oskar powie,Jak mnie... No, chodźmyż — ach, jacy wy trudni!Chodźmy, on nas czeka tam, przy studni!“Chce iść; — ci zgrozą struchleli oboje,A stary Janusz załamał rąk dwoje,Spłakał i jęknął głucho: „Moje dziecię!Tyle mojego było na tym świecie!Strasznoś mi, Panie, dotknął głowę starą!“Lecz wnet za rękę wziął ją: „Chodź, ofiaro!Chodź, nawiedzona czartem, chodź, ty sowo!Chodź! Ludziom w karczmie krzycz: „Ogień nad głową!“Daremnie babka, by został, błagała,Daremnie Basia z rąk się wydzierała;Janusz ją silnem opasał ramieniemI do gospody przeniósł ją podsieniem.Stanął w drzwiach: „Bracia, hej, tu widzę rada?Milczcie no, teraz niech ta odpowiada!“

Wnet go mieszczaństwo obstąpiło kołem.On między nimi stał najwyższy czołemI bolem. Krótko powiedział rzecz całą,Jako usnęli, co się z Basią stało.Słuchali: mowy nie przerwał nikt z cześciDla Basi i dla Janusza boleści.„Teraz mów!“ — kończąc, wstrząsnął nią, że aż jękła,Z rąk się wyrwała starca i uklękła.

„Stójcie no! — Jacek Janusza łagodzi —Niech z Bogiem duch się w dziewczynie odrodzi!“I, robiąc nad nią prawicą znak krzyża,Sam do klęczącej Basi się przybliża.A gdy się wpatrzył, rzecze: „W jej źrenicyCzuć strach okropnej jakiejś tajemnicy;Coś wie; tu zgroza w duszy — to nie mary,Nie sny; tej głowy dotknął anioł kary.Tu jakieś wielkie nieszczęścia nam grożą;Ona wie, lecz my dojdziem z wolą bożą“.I zwolna Basię podniósł; ona wstałaCicha i ręką szkaplerz pakazałapokazała,Który z Najświętszą Panną z Częstochowy

Spadał u Jacka na żupan perłowy.Jacek zaś na to z cicha: „Czy widzicie?Mego szkaplerza nie lęka się dziécię,Ciągle spokojna na świętość spogląda;Czystą jest, ale, znać, posiłku żąda“.Ręką więc dał znak tym, co przy nim stali,By się do Basi teraz nie zbliżali,Zdjął szkaplerz, na głos począł mówić „Ave“I świętość zbliżał przed jej oczy łzawe;Nagle „O Maryo, ocuć ją!“ zawoła,I szkaplerz Basi przycisnął do czoła.

Drgnęła; — a gdy tak Jacek szkaplerz trzyma,W krąg zdziwionemi spojrzała oczyma.Znać, że już duch w niej cudownie się budzi,Bo, patrząc, wszystkich poznawała ludzi.Po chwili senna i jak posąg biała,Sama u czoła ten szkaplerz trzymałaLewą, a piersi ujęła w dłoń prawą,Jakby z nich chciała wydrzeć tę wieść krwawą.I przemówiła, lecz tak sucho — groźno,Że się mieszczanom w duszy stało mroźno:„Oskar mnie kocha... sam to mówił do mnie.Ja rzekłam, niechaj dziadków prosi o mnie.Tuląc mnie, dziwa powiadał mi srogie,Tylko ja sobie przypomnieć nie mogę,Choć dzwonią we mnie, jak pszczoły, te słowa;Ach! bo też dziwnie słodka jego mowa...“I uśmiechnięta stała, jak dziecina;Lecz, znać, już sobie wszystko przypomina,Bo pokraśniała; wnet z dzikszym ócz blaskiem,Rzekła: „Pojutrze, z pierwszym zorzy brzaskiem,Mówił, że trąbka na zamku uderzy,Podpalą miasto i każdy z żołnierzyMa was rznąć; — ale ja się nic nie boję!Bo on ocali mnie i dziadków dwoje...A do mnie ciągle mówił: „„Życie moje!““Mówił tak dziwnie słodko, żem słuchała,I to, co o was mówił, przepomniała...Za to mi Matka Boża duszę wzięła

Z piersi i moją duszyczkę przeklęła!“To rzekłszy jękła gwałtownie i zbladła,I w ręce Jacka zemdlona upadła.

Śmierć była w izbie. Basi dzikie słowaPękły nad nimi, jak wieść piorunowa,Którą w dzień sądu struchlałemu światuZagrzmią anioły na chmurach z szkarłatu.Bez myśli, bez dusz stoją, skamienieli,I topią oczy w jej oblicza bieli,Niemi, jak z grobów wyrzucone mary. —A najokropniej bolał Janusz stary,Ale się pierwszy ocknął: „Rzeź! Słyszycie?Ha, to kark za kark, a za życie życie!Zbudźcie się! Nie czas teraz do frasunku,Bóg dał rąk dwoje, — myślcież o ratunku!Tu śmierć tak stoi, że jej nie ominąć,Jeno nam wyrznąć Lutrów albo zginąć!...Ha! ciężko mnie Bóg zgnębił tą ofiarą,Lecz mi we dwakroć umocnił dłoń starą!“

Jacek zaś, Basię trzymając, rzekł na to:„I wyrzniem Lutrów, ja wam ręczę za to!“Więc Janusz znowu: „O, jeszcze nadzieja!Niech kilku śpieszy szukać Bartłomieja,Do Marcowicza niech się kilku ruszy,Bo i to człowiek w ogniu kutej duszy,Wy reszta w ciszy wracajcie do domu,Ale sza! słowa nie pisnąć nikomu.Bogiem niech każdy serce uspokoiI czem na jutro niechaj pięść uzbroi.Lecz, bracia, milczeć — milczeć przy niewieście,Boby nam krzyku narobiły w mieście!Ja moją Basię wezmę do kościoła.“Szli więc do domów, nasrożywszy czoła,Chmurni, a Janusz Basię w płaszcz owinął,Wyszedł i we drzwiach kollegiaty zginął.

Wieczór się zbliżał; niebo jasne, czyste.Na Tatrach słońce stanęło ognisteI ogniem spłonął Tatrów łańcuch biały.W ogniu Dunajca ścięte w lód krzyształy,Baszty i wieże i obronne muryŚwieciły blaskiem wieczornej purpury;W borach mrok siadał. Tak się z dniem żegnałoSłońce, malując okolicę całą...I zaszło. Tatrów królewna, Łomnica,Sama słoneczne zachowała lica,Ale wnet, senna, zsiniała i zbladłaI noc na miasto i na góry padła.

Ledwie promienie zgasły na Łomnicy,Dzwon z kollegiackiej ozwał się wieżycyI jękły wszystkie dzwony po klasztorach;Smętne ich głosy płynęły po borach,Turniach i skałach wzdłuż Dunajca brzeguI aż ku Wiśle w dal łanami śniegu.Właśnie szedł z Jackiem Janusz od kościoła.Stanęli, kornie pochylili czołaPrzy „Ave“, potem, krzyż zrobiwszy dłonią,Rzekł Janusz: „Hej — hej! W całej Polsce dzwonią!...Zda mi się, że w niej wszystkie dzwony słyszę,Taką przecudną Bóg dał na noc ciszę“.I tak ze sobą rozmawiając dalej,Do węgierskiego muru się zbliżali,Gdzie z baszt broń straszna błyskała: organki.Otwarte stały kutej bramy szranki;Tędy straż czeladź puszczała po siano,Które w stodołach za miastem składanoOd ognia. Tłumnie szły po siano dziewki,Śmiejąc się, albo w głos zawodząc śpiewki.Szwedzi zaś, którzy mieli w bramie straże,Przejść im wzbraniali, groźnie srożąc twarze.Lecz dziewki, pewne, że to tylko żarty,

Chórem się z szwedzkiej naśmiewały warty,Prosiły; ale wnet wolnym przesmykiemWszystkie do stodół poleciały z krzykiem.

Jacek, to widząc, zauważył z cicha:„Baczcie no! Szwed się nie spodziewa licha.A czy widzicie? tam konne patroleSam Sztajn na objazd wyprowadził w pole“.Ale wtem Janusz Jackowi dłoń ścisnął:„Jacku, patrz, płomień na Morgani błysnął!“Ogień rósł; góry, doliny i lasyGroźnej w płomieniach nabierały krasy —Wszystkie obłazy wzdłuż Dunajca brzeguDo pół czerwone wyrastały z śniegu.„Ha! to znak Bartka! — rzekł Jacek. — Ja śpieszęDo Marcowicza — on już zebrał rzeszę“.

Odszedł, a Janusz, patrząc na płomienie,Wszedł między Szwedów na bramne podsienieI rzekł: — „Panowie Szwedzi, aj, figlarzeStraszą dziewczęta! — Figlarze Bóg karze!“Śmiejąc się dodał. Szwedzi, radzi temu,Odpowiadali żartami staremu.Lecz wtem od strony ogniowych sygnałówGruchnęło kilka oddalonych strzałów.Gdy straż broń chwyta, bacząc, co to znaczy,Janusz pośrodku stanął i tłumaczy:„To nic! — Widzicie, — w naszym górskim krajuWypalać płonie mamy we zwyczaju,Bo w popielisku po deszczu we wiośnieTrawa i pasza we dwójnasób rośnie.A ten huk, który strzałem się wydawa,To dyabła z wichrem po skałach zabawa;Jodły on z takim wywala łomotem.Wierzcie mi, ja z tym obeznany grzmotem!“Broń więc złożyli, ufni starca słowu,I rzekli, że chcą dziewki straszyć znowu,A Janusz rady, że baczność rozegnał,Grzecznie się w bramie ze strażą pożegnałI szedł do domu.

Na skręcie przesmykaNikburowicza przydybał, dzwonnika.Ten stanął i chciał znów, pełen frasunku,Mówić o Florka wczorajszym rabunku,Ale mu Janusz nie dał przyjść do słowa,Mówiąc: „Dzwonniku, o tem później mowa.Teraz niech Wasze idzie na dzwonnicę,I czekać!“ — Rzekłszy, zwrócił się w ulicęDo dom. I cisza powróciła w mury;W dali gorzały niebiosa i góry.

A tam przed kruchtą kollegiackiej farySiedział skulony Piotr, zakrystyan stary.Siedział i marsem u nagiego czołaZabraniał ludziom wstępu do kościoła.Lecz przez otwarte na oścież podwojeW głębi przy świetle widać ludzi dwoje.Ksiądz przed ołtarzem stał, przed nim klęczałaDziewczyna, w modłach zatopiona cała.

To Basia. — Głuchy spokój u jej czoła...Smętna, jak nocna ponurość kościoła:Przed nią w komeszce kapłan białowłosyStał z wzniesionemi oczyma w niebiosy,Modląc się. Wkoło ołtarze i groby,Blask lamp i cisza, noc i duch żałoby,Oblatujący kościelne sklepienie,Ciemne, jak Basi łzawych ócz spojrzenie.Jej twarz wybladłą lampy blask ozłaca,Gdy, klęcząc, oczy do kapłana zwraca.Przytomna, lecz tak zniszczona w tej burzy,Że każde tchnienie, każdy szmer ją nuży,A kiedy westchnie, to widać z jej twarzy,Że o głębokiej jakiejś ciszy marzy.Babka ją Kindze poleciła świętej,Gdy ten czar straszny z jej duszy był zdjęty.Janusz miał przywieźć z Krakowa dwa wota:Głowę ze srebra i serce ze złota.

Ksiądz Kustosz nad nią uczynił znak krzyża,A ona wstała, drżąca się przybliża

Do starca i dłoń jego z cześcią ima;Tak stali chwilę z łzawemi oczyma.Ale ksiądz począł: „Basiu, biedne dziecię,Dwie was, jak córki, kochałem na świecie;Jaśnie wielmożną Stannównę — ta BoguŚlub uczyniła na klasztornym progu —I ciebie, Basiu! Uczyłem was obie;A ty... inaczej myślałem o tobie.Lecz nie drżyj! — dodał z łagodnym uśmiechem —Tyś nie wiedziała, jakoś żyła grzechem,I niespodzianie padł na cię cień kary;Wstałaś, — wróćże mi w życie pełna wiary!“A Basia na to: „Całą-m piersią żyła.We mnie nic, ojcze! — przedemną mogiła;Serce Bóg rozdarł, ogień spalił głowę,I jak mi teraz począć życie nowe?Wszystkom straciła prócz kilku pamiątek;Nie mam nic, cobym wniosła na początek,Na dzień, na pół dnia, na godzinę jedną.Nie mam gdzie oprzeć moją duszę biedną,Jak ziemia wielka!“... Tu mowę przerwała;Patrzy na księdza cicha, smutna, biała —Wzrokiem go pyta. Ksiądz nie odpowiada,Tylko jej smutku głębie w oczach bada.Więc znów poczęła sama: „Przeszłam tyle!Wiek innym nie dał, ojcze, co mnie chwile.Ja już nie zdołam na świecie się nużyć,Lecz mogę i chcę, ojcze, Bogu służyć!...Znam pannę Zofię. Starościanka StannoW klasztorze, — da Bóg, będzie starszą panną, —Ale i ona smutną dolę miała!...Może i dla mnie jest tam celka biała,Może mnie przyjmą za twojem wstawieniem;Dziadkowie moi nie pośledni mieniem,Me wiano chętnie ofiarują Bogu,Gdy ja ślub złożę na klasztornym progu.A zresztą — sam mnie ćwiczyłeś w nauce:Nieuctwem, ojcze, ja ich nie zasmucę:Są tam panienki i z mojego stanu...Mój ojcze, zrób to! — Daj mi służyć Panu!“

Ksiądz Kustosz smutny pogładził jej lica:„O, niepoprawna z ciebie żałobnica!Klasztor? Obaczym, co ci Bóg przeznaczy:Może to, — może zarządzi inaczej.Obaczym; lecz ty nie waż się wyrzekać,Bo wielkiej łaski dał ci Bóg doczekać!Ocuć się, dziecię! Tyś od niebios PanaNa ocalenie miasta jest wybrana.Zbudź się i radość niech w twem sercu gości,A wyrzecz się tej dla Lutra miłości!“

Wstrząsnęła się Basia, oczy w górę wzniosła,Patrzy w krzyż, w oczach jej dusza urosła;Blask miała w twarzy, i tak odmienionaWzięła krzyż, potem z całej głębi łonaRzekła: „Ja, ojcze, Lutra się wyrzekam!“Klękła i ciszej: „Ojcze, rady czekam!“A kapłan na nią położył rąk dwoje:„Córko, ja życie błogosławię twoje!Bądź mocną! Ludzie, co śmierci uciekli,Błogosławieństwo przezemnie ci rzekli.A tak gdy szczerze żałujesz za grzechy,To wiedz, że we łzach jest źródło pociechy.Płacz, módl się, córko, Bóg wszystko przebaczy!..“Wtem dzwon uderzył — raz — dwa...

„Co to znaczy?“Powstała, słucha: już grzmią wszystkie dzwony.Spojrzała — w okna bije blask czerwony.„Gore?!...“ Ksiądz milczy... „Ojcze, czego dzwonią?“Blask rośnie; ona wzrok zakryła dłonią,Słucha, — jęk każdy serce jej rozdziera,Chwieje się: „Ojcze, ach! tam ktoś umiera,A dusza z ciała wylecieć nie może!“Wtem kapłan ukląkł przed ołtarz w pokorzeI podniółpodniósł ręce w górę. Na obliczeBiło mu z okien światło tajemnicze:„Dzień sądu! — szeptał — i lud mój zbawiony!“Dziewczę się w starca patrzy, jęczą dzwony,A coraz mocniej blask uderza w oczy;

Za ścianą słychać: tłumnie lud się tłoczy,Szczęk broni, potem jakiś krzyk od wałów,Potem zagrzmiała nagle salwa strzałów.

Zrywa się Basia, próżno ksiądz ją woła:Bez tchu stanęła już we drzwiach kościoła,Jękła boleśnie i na miasto goni,Kędy blask łuny i szczęk słychać broni.

W mieście bój. Z straszną halebardą w dłoniPisarz Suszycki wprost na Basię goni;Wzrok jego dziki, przerażone lica,Przez plecy wiszą szabla i rusznica.Spiesząc tak, Basi białą postać zoczyłI, jak od widma, wstecz dwa kroki skoczył;Aż, ochłonąwszy, zawołał: „Tam w bramieBartek z czeladzią Szwedom karki łamie.Od stodół — siano moje tam podpalił! —Za dziewczętami wpadł i straże zwalił...Zginą tam! — lecz ja, — niech ich biorą czarty!Nie pójdę. — Basiu, kościół czy otwarty?“Lecz, na pytanie pisarzowe głucha,Basia ucieka dalej i nie słucha.

A tu w ulicę kobiety i dzieciCisną się; wszystko do kościoła leci.Gędowiczowa na głos opowiada,Że już Wąsowicz z góralami wpada.Ich krzyk o mury dziko się rozbija,Ale ich Basia nie poznaje, mijaI leci. Przed nią kilkunastu z bronią,Z doboszem miejskim ku rynkowi gonią.Basia za nimi; — już ujrzała rynek,Ratusz, gdzie stojąstają mieszczanie w ordynek,ordynekZbrojni. Marcowicz, burmistrz, stał na przodzie,Dał znak i cały oddział już w pochodzie.Tylko Stach Krawczyk nie stanął do frontu,Jeno pod połą coś krył nakształt lontu,A gdy Marcowicz wiódł w zamkową stronę,Stach się na niebo obejrzał czerwone

I zniknął. Basia chwilkę się wstrzymała,Blada, płomieniem ozłocona cała.Na śniegu widać krew, szwedzkie tułowyLeżą: — tym piersi strzaskano, tym głowy.Znać, jako z domów na alarm wybiegli,Tak pod ciosami mieszczan pierwsi legli.Ale ta śmierci zgroza dla niej niczem.Ona z zwróconem w płomienie obliczemStoi, i zda się, że czeka skinieniaOd bijącego w niebiosa płomienia.

Nagle ją z tego zapatrzenia budziKrzyk i przy domu narożnym tłum ludzi.Wielogłowskiego aryana mieszkanieZ Januszem starsi napadli mieszczanieI wynosili szable, strzelby, piki.Basia raz na nich rzuciła wzrok dziki,I, jak spłoszona gołębica biała,Ku Młyńskiej bramie z rynku poleciała.

Jeszcze daleko od niej Młyńska brama.Ulica długa, noc, a ona samaLeci. Na prawo, słychać, bój się wzmaga,Ale w niej jakaś nadludzka odwaga:Padają strzały, kule ryją w śniegu,Słychać szczęk, lecz nic nie wstrzyma jej w biegu.A wtem przy stodół czerwonych płomieniachW prawo tłum zbrojnych obaczyła w cieniachKościoła. Kościół był świętego Ducha.Dwoje dział ogniem na czarny tłum buchaZ muru; — ale ci, zbrojni siekierami,Rąbią mur; w środku husarz ze skrzydłami,Jak anioł ognia, połyskuje w stali:Był to Wąsowicz z oddziałem górali.I właśnie Basia w tej chwili nadbiegła,Gdy się od siekier rozprysnęła cegłaI tłum z ognistym aniołem na czeleWpadł na zamkniętych Szwedów przy kościele,Na cmentarz. Ale Basia nic nie zważaNa jęki, naza nią lecące z cmentarza;

Biegnie i oczu o nic już nie pyta,Sercem przeczuwa, sercem wieści chwyta.Wie, gdzie jest Oskar, i wie, że on żyje —Żyć musi, bo jej serce dotąd bije:Zmilkłoby, gdyby on padł... „Paść nie może,Pokąd ja przy nim głowy nie położę!“W to jeszcze jedno teraz dziewczę wierzy,O reszcie nie wie nic — i dalej bieży.

Łuna szeroka, ponad łuną dymy.Mur, bramne baszty, dwa czarne olbrzymy,Znakami, jakby podwójnem ramieniem,Wieją nad bitwą w dole i płomieniem.A pod murami na iskrzącym śnieguUjrzała Basia w ściśniętym szereguSzwedów. Tam Oskar mignął się w przyłbicyZ mieczem, świecącym nakształt błyskawicy,Owiany dymem rotowych wystrzałów.Wtem widzi... z Bartkiem młódź wpada od wałów,Jak lwy, a w górze nad młodzią przyświécaBartkowa barda nakształt półksiężyca.Krawczyk zaś, jak czart, po murach się zwija,W ręku mu syka lont, jak kręta żmija,I grzmią co chwila Szwedowi organki,A mur w ogniste ubiera się wianki.Widzi to Basia i blednie, jak mara,Leci i krzyczy, gdy ujrzy Oskara,Milknie, gdy Oskar pośród tłumu znika.Na strzał już tylko od niej bitwa dzika,Lecz wtem z Furmańskiej ulicy wypadaMarcowicz, a z nim mieszczanów gromada.

Złamało Szwedów burmistrza natarcie:Złamani, w kupach biją się zażarcie.Przez tłumy Basia przecisnąć się staraTam, gdzie obaczy miecz lub hełm Oskara.Raz jeszcze trąbka wezwała w ordynek,Lecz darmo: musiał Szwed zwieść pojedynekO śmierć. I każdy swego tam znachodził:Burmistrz trębacza szablą w kark ugodził,

Szydłowski strzelca w łeb uderzył młotem,Gilowi sierżant piersi skłuł brzeszczotem,Tego szewc Cyrus przebił halebardą,Bartek rajtara szwedzkiego ściął bardą,A Oleksowicz zranił muszkietera;Pijanowskiego, gdy muszkiet odbiera,Trącił Jameński, wziął broń i wypalił.Bartłomiej znowu chorążego zwalił,Gadowicz szwedaSzweda zadławił kułakiem,Browarnik walczył zaś ogniowym hakiem —A śród nich Basia, jak widmo rozpaczy,Rwie się, gdzie tylko Oskara zobaczy.

Już Bartek krwią się po ramiona zbroczył,Gdy wtem Oskara blizko siebie zoczył.„Miejsca! — zawołał — precz! Ten smukły gaszekDla mnie! Odstąpcie wy! Ha! to mój ptaszek!“Oskar, to słysząc, przez tłum się przeciskaI, mieczem kręcąc, nad głowami błyska;Ten hełmem, Bartek czapką pokrył czoło,Reszta zaś dla nich uczyniła koło.Trzykroć w tym boju darmo się szukali,Ale już teraz wobec siebie stali,Gniewni obadwaj, odważni i mściwiI tej z pod serca krwi jednako chciwi.Oskar miecz, Bartek silniej bardę ima,A powitali się najpierw oczyma.

Pierwszy ciął Bartek, ciął, jako w świerk smukły,I Oskarowi zagiął hełm wypukły.Oskar się zachwiał, ciął i gniew go pali,Bo miecz padł tylko na bardę ze stali.I tak śród widzów co chwila cios nowySzukał u obu to serca, to głowy.Oskar zręczniejszy, ten, silniejszy dłonią,Zwijał okrutnie swą ciesielską bronią.Szczęk tylko głuche przerywał milczenie,A oświecały ich stodół płomienie.

Już Bartek Szweda w głowę ciąć zamierzył,Lecz przeraźliwy krzyk wtem go uderzył.

Wstrzymał cios: Basia przelękniona, zbladła,Z krzykiem na piersi Oskarowi padłaI, topiąc w Bartku dzikie oczy swoje,Na hełm Oskara rąk złożyła dwoje.Wzdrygnął się Bartek — ona mu oczymaZaklęła rękę i w górze ją trzyma;Pobladł i na bok cofnął się z siekierą,Lecz wtem się inni do Oskara bierą.Natarli, on stał, lecz słabo się bronił;Więc Bartek własną bardą go zasłoniłI do mieszczanów obrócił się z krzykiem:„Stójcie! On jutro będzie katolikiemDla niej — ja ręczę!“...

Lecz Krawczyk ponuryZ rusznicą w ręku patrzył na to z góry:„Bredzisz! Szwed żmija!“ zawołał i zmierzył:Padł strzał — strzał w serce Oskara uderzył...On padł.

W krew Basia wpatrzyła się blada,Sama przy piersiach trupa cicha siada,Padła... Tak, kosą ścięta, lilja pada.

Porwał ją Bartek w ramiona: „Nieżywa!“Twarz senna, — w splotach włos na pierś mu spływa.Patrzy w nią; jeszcze kraśne usta miała,Kędy skrzydlata dusza uleciałaW skonaniu... U nóg jego barda leży —Wkoło bój — lecz on do boju nie bieży.Zapomniał, gdzie jest: szczęk oręży, kule,Jęk rannych, — wszystko przyjmuje nieczule.Nie wie nic, tylko, że ją w rękach trzyma,Że mu umarła już, że już jej niémaNigdzie dla niego — i nic, jak szerokiŚwiat! Taki w sercu poczuł ból głęboki.Wtem Janusz stary nadszedł niespodzianie,A z nim Wąsowicz, górale, mieszczanie.Janusz skamieniał bolem, widząc Basię;Zatopił oczy w jej śmiertelnej krasie,

Od zgrozy twarz mu zdziczała sędziwaI jęknął: „Boże! To ostatnie moje!“A Bartek odrzekł: „Ha! twoje i moje!“Nagle, jakby się obudził od grzmotu,Spojrzał: — Szwed w chłopa mierzył z bandelotu.Więc Januszowi Basię zdał pomału,Odtrącił chłopa, stał i czekał strzału.

Szwed chybił. Bartek porwał bardę z ziemi:„Czekaj, psie!“ — wrzasnął piersiami całemi,I, gdy Szwed sięgnął po nabój w kartuszę,Wleciał nań cieśla, jako czart na duszę,I ciął, że z karku odskoczyła głowa.Krwi go oblała struga purpurowa,Lecz on, nie syty tej krwi w dzikim szale,Wpadł między Szwedów, a za nim góraleZ kosami; ale barda tam rej wodzi:Co chwila krwawym półksiężycem wschodzi;Tak śród kos i śród góralskich toporówSunie z nią, jak świerk, wyniosły król borów,A kędy ramię, niby gałęź, przegniegałęź przegnie,Słychać jęk, potem ktoś w ciemności legnieI głuchym szczękiem chrzęśnie zbroja całaNad piersią, która żyć i czuć przestała.

Szeroko Szwedzi zalegli śnieg biały.Organki Stacha jeszcze raz zagrzmiały,Dym buchnął i Stach zniknął w dymu kłębie,A ostatniego Szweda Bartek rębie.Nikt nie poprosił, nikt nie dał pardonu;W niebo powrócił cichy anioł zgonuI wszystkie dusze w ręce oddał PanuJakoby kłosy, wyzbierane z łanu.Zdjął też i lilję ze skrzydełek jedną:Białą, prześliczną Basi duszę biedną,A dając Bogu, prosił za nią: „Panie,Ta lilja niech się aniołeczkiem stanie!“

Radość zwycięskie krasiła oblicza.Wszyscy stanęli wkoło Wąsowicza,

A ten im począł: „Opowiem staroście,Jakoście dzielnie bili się Waszmoście.Imieniem króla: górą Sądeczanie!“„Górą Wąsowicz! — krzyknęli mieszczanie, —Górą Wąsowicz, z bracią góralami,Górą! Jan Kaźmierz znów królem nad nami!“Na to Wąsowicz, dziękując, odpowie:„Dzielniście, ale, jak mi miłe zdrowie,Niema nad cieślę Bartłomieja chwata!Pójdź waść, niechaj cię uściskam, jak brata!“I gdy się husarz z mieszczanem ściskali,„Górą Bartłomiej!“ wszyscy zawołaliI trzykroć w górę oręże podnieśli,Wołając: „Górą sławna barda cieśli!“

Właśnie już Bartek bardę z krwi ocierał;Stał i spokojnie dokoła spozierał,Potem zdjął czapkę i rzecze: „Cześć Bogu,Że tak się naszych krzywd pomścił na wrogu:Nam się to, bracia, jutro dostać miało,Dał Bóg — dziś Szwedom od nas się dostało.Więc Panu najpierw, — potem ludziom dzięka!Równą tu pracę miała każda ręka,Każdy się równo wsławił dziełem krwawem“.To rzekłszy, z oczu łzy otarł rękawem.Ale wnet dodał: „Szkoda czasu psować,Tam ogień, — chodźmy do ognia ratować,By nam co jeszcze z domów nie zgorzało!“Poszli więc za nim w ogień rzeszą całą.

Ciesielską izbę ozłociło rano,A Bartek ciosał trumnę modrzewianą;Ciosał sam w cichej, głębokiej boleści.Czeladź swą w miasto rozesłał po wieści,Kiedy w tej pracy wyręczyć go chciała, —Bo to dla Basi ta trumienka biała.

I znać, że piękną Basi trumna będzie:Wkoło warsztatu przeróżne narzędzie,Piły i heble, siekiery i dłuta,A część już spodnia gotowa i skuta,Biała, z modrzewia, jakby zlana mlekiem;Bartłomiej jeszcze pracował nad wiekiem.Lecz jakiś straszny spokój w jego twarzy,Wzrok mu się dziko, beznamiętnie żarzy;Kamieniem twardym stanął na swej doli,Serce mogiłą — ale jeszcze boli,Okropne piekło jeszcze w sobie chowa;A nad nim pamięć, jak lampa grobowa.Warsztat na środku, po ścianach obrazy;Ściel odpowiada echem ciężkie razyKlinów lub dłuta — barda szczęka smutnie,Kiedy nią w deskę modrzewiową utnie:Ona hełm tłukła, a teraz się żali,Jakby tam serce drgało w twardej stali.Toż Bartek, jakby zląkł się tego jęku,Bardę wpół ciosu zatrzymuje w ręku,Patrzy i, bolem omamiony, słucha,Czy jęk ten z bardy czy z serca mu bucha?Wnet silniej w dłoni toporzysko ścisnął,Ciął i oczyma ponuremi błysnąłW zgrozie... Ach! wszystko, co serce kochało,Co pierś żywiło, w duszy urok miało,Wszystko w tej białej trumnie się zebrało!

I stanął; — znowu deski okiem mierzy,Myśli i w własne nieszczęście nie wierzy;Porywa bardę, puszcza ciosów mnogo,Jakby już o tem zapomniał: — dla kogo?Ale po chwili musiał w pracy przestać,Bo oczom światła, ręce siły nie staćDłużej, tak boleść piersi mu szarpałaI tak pod ręką rosła trumna biała.A gdy urosła, przeklął dzień rzemiosła,Pierś mu się ciężkiem westchnieniem podniosła:„O! chciałem — rzecze — inny dom postawić,Ha, lecz Bóg nie chciał ręce błogosławić,

I stał się, Basiu, ze mnie cieśla lichy,I wyciosałem, ot, ten domek cichy...“Spłakał, serce mu czarną krwią nabrzękło,Tłukło się dziko o pierś, lecz nie pękło.Po chwili kredą znak na desce zrobił,Wziął dłuto i wierzch krzyżem przyozdobił.

Skończył i wieko do trumny przyłożył,Oglądał; wieko od trumny otworzyłI zatrzymywał wzrok nad każdą fugą,Potem w głąb trumny wpatrywał się długo.Wzdrygnął się nagle, oczy zakrył dłonią,Jakby nad straszną obaczył się tonią;W duszy pogrzebne zagrały mu dzwony,I, własną swoją pracą przerażony,Jęknął: „O Boże — Boże! Już gotoweWszystko!“ — I dłońmi mocno ścisnął głowę.

W izbie się potem obejrzał dokoła,Rękę przycisnął do wrzącego czoła:„Gdyby krwi śladów na bardzie nie było,Myślałbym, że to wszystko mi się śniło:Ten bój — to Basi nieszczęsne skonanie...Wielkie to dzieło poczęło się, Panie!I pójdzie dalej, co gromem się stało. —Ha, w mojej piersi tak strasznie gorzało!...Teraz? — O! ciche moje serce w sobie.Cicho tak będzie tam we świeżym grobie,Kiedy w nim złożą moją Basię biedną;Ten grób a serce moje — oj, to jedno!“

Wtem Janusz z Jackiem weszli i u progaPowitał Jacek cieślę w imię Boga;Nadszedł Gadowicz i patron Szydłowski,Potem Jameński wszedł i Pijanowski.Ci dwaj na siebie poglądają wrogo,Bo sobie uraz zapomnieć nie mogą.Wszedł Oleksowicz z rynku; — za nim wchodziTłum podhalanów i mieszczańskiej młodzi.

Milcząc, Bartłomiej powitał Janusza.Spojrzeli: obom z ócz mówiła dusza.Tak chwilkę patrząc, wobec siebie stali,A potem sobie obaj dłoń podali.I całe krwawe dni ubiegłych dzieje,Radość zwycięstwa, stargane nadziejeI ból znać było w tym jednym uściskuI w wyrazistym szczerych spojrzeń błysku.„Cóż babka?“ spytał Bartłomiej po chwili.Janusz mu odrzekł: „Niech ją Bóg posili!Jak dziecko stała się nieutulona. —Ze sąsiadkami w domu moja żona.“Potem przybyłych wszystkich Bartek witał,Sadzał i prosił i o wieści pytał.A gdy zasiedli, on sparł się na trumnieI raz się wkoło obejrzał tak dumnie,Jakby świat cały miał pod swoją ręką —A ten świat białą kończył się trumienką!...Wtem rzekł Gadowicz: „Idziemy od bramy;Już, dzięki Bogu, i starostę mamy,Witaliśmy go setnemi okrzyki.Ma on ze sobą Nawojowców szyki —Dzielne, nie takie, jak te szwedzkie zgraje.Marcowicz właśnie zamek mu oddaje.“

„Ale Suszycki — przerwał jeden z młodzi —Po mieście teraz jak otruty chodzi.Chciał do starosty w bramie począć mowę,Lecz tak od wczoraj jeszcze stracił głowę,Że tylko gębę, jak gawron, otworzył;A wtem staroście burmistrz klucze złożył.“

„Florka złapano! — Oleksowicz rzecze —Ho, już nam teraz ptaszek nie uciecze: —Przed sąd i pod miecz!“

„Ja także mam sprawę —Rzekł Pijanowski — i to o niesławę.Jamański, ja wam męstwa nie odmawiam,Ale przed sądy wójtowskie was stawiam.

Padł Szwed, — ja chciałem broń porwać w tej chwili,A wy mnie na bok, jak psa, odtrącili.“

„Zgódźcie się, bracia!“ Bartłomiej zawoła.„Zgódźcie się — zgódźcie!“ zagrzmiało dokoła.I potąd wszyscy na nich nalegali,Aż się obadwaj sporni uściskali.

Szydłowski, widząc, że Bartek ponury,Chciał mu rozpędzić z czoła owe chmury,I począł: „Wiecie, co się z Stachem stało?Całkiem Krawczyka osmaliło działo.Leży Stach czarny, jakby smok wawelski,Klnie Szwedów i ów w dziale proch dyabelski,Który pękł, kiedy Stach działo podpalił,Rzucił Krawczykiem o ziem i osmalił.Długo tak leżał samotny na murach,Czarny, w okropnie czarnych dymu chmurach,I długo bardzo boleśną miał mękę,Niepewny, coby stracił — wzrok, czy rękę,Aż jakoś, gdy się skończył bój przy bramie,Ujrzał Stach, że miał skaleczone ramię.“

„Biedny Stach!“ — odparł Bartek Szydłowskiemu.Lecz wtem rzekł Jacek: „Cześć Bogu naszemu!Początek dobry; — no, a jakże dalej?“A Bartek na to: „Co tak Bóg zapali,Na samym Sączu zagasnąć nie może.My, młódź, w szeregi pójdziem w imię boże!“„O! gdybym młodszy! — westchnął Janusz stary —A tak co ze mnie? Ot, chyba na mary!“Góral zaś krzyknął: „Bartku, do tej poryJeszcze nie syte krwią nasze topory!Kędy wam droga, i my pójdziem z wami;A wiecie, nie źle w boju z góralami!“

Lecz nagle Bartek drgnął na całem ciele;We drzwiach obaczył wchodzącego TrelęZ żebrakiem. Trela rzekł smutnemi słowy:„Bartku, dla panny Basi grób gotowy.“

Powstali wszyscy smutni i ponurzy.Bartłomiej jął się zbierać do podróży,Bo miał z pogrzebu iść służyć wojacko.Ale wtem Jacek głosi wieść żebracką:„Hej! posłuchania dla starego dziada!On o Czarnieckim wieści opowiada“.A stary żebrak, spojrzawszy dokoła,Rzecze: „Sławetni! — moja wieść wesoła.Tak! — nasz Czarniecki Podgórze już rzuciłI z husarzami w Lubelskie zawrócił“.„Więc za nim!“ — Bartek zawołał do młodzi —„Za nim! — nad Polską nowe słońce wschodzi!“Wziął trumnę, bardę, wybiegł; rzesza całaZa nim do domu Janusza zdążała.

Lwów, w lipcu 1858.