Przedziwny Hidalgo Don Kichot z Manczy — całość
Translated from Spanish by Edward Boyé
Ty, któryś naśladował to żałosne życie,Dawniej pełne wesela, dziś gorzkiej pokuty,Co je wiódł na Ubogiej Skały stromym szczycieMiłośnik nieszczęśliwy, tęsknotą otruty.
Ty, którego oczyma łez płynęły zdroje(Napój bardzo obfity, zaprawny goryczą)Ty, coś w srebrno-cynową przyodziany zbroję,Szedł z krańca w kraniec świata drogą tajemniczą!
Żyć możesz upewniony, że póki rumakiW czwartej sferze porusza bóg Apollo płowy,Będziesz miał żywot wieczny wśród gwiezdnej krainy.
Sława nad pierwsze w świecie wzniesie cię junaki,Ojczyznę twą wychwalą należnemi słowyTwój autor zaś na świecie ostanie jedyny.
Rąbałem i siekałem, tłukłem i waliłem,Bardziej niż któryś z błędnych na świecie rycerzy.Tysiąc krzywd naprawiwszy, zniewagi pomściłem,Ciągle fama tych czynów po świecie się szerzy.
Dałem materję sławie, co wiecznością darzy,Byłem szczęsnym i wdzięcznie przyjętym kochankiem.
Najsroższy olbrzym był mi karłem lub barankiem,Szpada moja łamała każdy oręż wraży.
U mych stóp rozciągnioną widziałem fortunę.Męstwo me, niemierzone nigdy roztropnością,Jaśniało skroś największych niebezpieczeństw krocie.
A jednak niby chmura, która słoni lunę,Zaciemniłeś mnie wraz z mą sławą i dzielnościąPrzez swe wielkie przewagi, wielki Don Kichocie!
Witaj mi mężu dzielny, którego w giermkowyStan fortuna wprawiając, zechciała łaskawie,Byś zbytnich trudów nie czuł i w błędnej wyprawienie położył nabitej przysłowiami głowy.
Już nie nazbyt odraża kosa, sierp i bronaZakon błędny. Już dziś i w obyczaju leżyProstactwo giermków raczej niż pycha rycerzy,Sięgających chwalbami tam, gdzie gwiazd korona.
Zazdroszczę twemu osłu i twemu imieniuI twym sakwom pękatym takoż oczywiście(Sakwy te to przezorność twojej mądrej głowy).
Witaj mi, bracie Sanczo, o zacnem sumieniu!Człeku dobry, którego w wawrzynowe liścieMógłli tylko ustroić Owid narodowy.
Jeślić był równy komu, to zaiste trzebaDobrze szukać tych równych, co sprostają tobie,Niema ich tam, gdzieś stąpnął. Rycerska potrzebaTobie dając zwycięstwo, ich złożyła w grobie.
Rolandem jestem panie, co dla AngelikiPoznał morza odległe i nieznane światy,Niosąc na ołtarz sławy dar męstwa bogaty,Którym dzielni się jeno szczycą wojowniki.
Nie sprostałem ci nigdy, bowiem z twoją sławąNiczyjej famie nie Iza kłaść się w paragonie;Równi byliśmy tylko przez rozumu szwanki.
Ujarzm pysznego Maura, shołduj niełaskawąCytherę, gdzie się wzbudził żar miłosny w łonie,Wzgardzony równo od twej, jak i mej kochanki!
Twej szabli nie zrównała nigdy moja szpada,O nasz wielki rycerzu i hiszpański Febie!Gdy sława twa jak słońce błysnęła na niebie,Moja zgasła i znikła, niby jutrznia blada!
Cesarstwami wzgardziłem, królewską dzierżawę,Którą mnie Wschód obdarzył, rzuciłem niedługo,Pragnąc zostać Klarindy ukochanej sługąI codzień w jej oblicze patrzeć niełaskawe.
Była mi cudem świata. Wzgardą nakarmionyZstąpiłem w kręgi piekła, które przedtem drżałoZ lęku przed władczym gestem mej rycerskiej ręki.
Wielbię cię Don Kichocie, tysiąckroć wsławionyPrzez panią Dulcyneę. Oto ziemię całąShołdowała jej mądrość i osobne wdzięki!
Chocia dzielny rycerzu brednie ci się roją,Choć wszyscy wiedzą, żeś jest obrany z rozumu,Przecie nikt z zawistnego twojej sławie tłumuNie powie, że niecnota szła w ślad drogą twoją!
Dzieła twe za wzór służyć będą potomności,Boś brał pomstę za krzywdy i prostował błędy;Niech języki, co kłamstwa miotają powszędy,Staną kołem, jadowiąc się w bezsilnej złości!
A jeśli Dulcynea, twa piękna władczyni,Niewdzięcznością cię jeno okrutną karmiła,Na strzeliste afekty patrząc niełaskawie.
Niech ulgę w twych strapieniach ta prawda uczyni,Że nie był dobrym rządcą Sanczo Pansa, wiła(Głupcem on, ona twardą, ty kochankiem prawie!)
Jam Sanczo Pansa koniu... (...szy)Rycerza z Manczy Kicho... (...ta)Błąkałem się w pustkach i głu... (...szy)
By później żyć jak ocho... (...ta)Zapragnie. Sam Villadie... (— go)Osądził, jako staty... (...sta)Że żyje się oczywi... (...sta)Najlepiej w swej pomierno... (...ści)Według pojęcia moje.... (... go)Księga tak pełna bosko... (...ści)Jaką jest Celesty... (na...)Tej samej prawdy nau... (...cza)Kiedy na ludzkość się zży... (...ma)
Jestem przesławnym Rossyn... (...antem)Prawnukiem Cydowej Babie... (...ki)Żem nigdy nie był końskim fran... (...tem)Lecz raczej pozór miał kale... (...ki)Poszedłem w służbę Don Kicho... (...ta)Słynąłem z tego, żem był żwa... (...wy)Rączy i śmigły jako pta... (...k)A przysparzałem sobie strh... (...wy)Tą modłą co Łazik z Torme... (...su)Co ślepca przywodził na ha... (...k)Kiedy ten skąpił mu kare... (...su)
„Nie było na świecie rycerza,Co jak Don Kichot od dam,Tyleby doznał dworności;Gdy stanął u zamku bram,Dziewice dbały o niego,Księżniczki o jego konia...“
— Gdzie jesteś o moja pani,Czy cię ma boleść nie wzrusza?Czy nie wiesz, co duszę mą rani,Czy fałszu jest pełna twa dusza?
O ty, szlachetny Mantui Markizie,Potężny panie i wuju mój!
Ja wiem, Olallo, że mnie ubóstwiasz,Chociaż mi o tem nie powiedziałaś,Nie powiedziałaś nawet oczyma,Niememi usty miłości twej.
Wiem, że nie zbywa ci na mądrości,Wiem także o tem, że kochasz mnie.Miłość, co żar swój wyrazić zdolna,Nigdy nieszczęsną nie jest miłością.
I chociaż nieraz, moja Olallo,Jawnie dawałaś mi do poznania,Że dusza twoja, jak bronz, jest twarda,A twoje białe łono, jak skała,
To jednak mimo twojej odmowy,Którą dziewczęca skromność dyktuje,Nieraz nadzieja mi odsłaniałaRąbek swej szaty, zielonej wiecznie.
Na moje wargi cisną się słowaWiary, co jeszcze nie przywołana,Zginąć nie mogła, choć też nie możeKwitnąć, gdy brak jej zachęty słowa.
Jeśli miłości prawa są dworne,To z twej miłości wnosić wypada,Że me pragnienia dojdą do kresu,W myśli oddawna upragnionego.
Jeśli usługi, starania tkliweMogą zjednywać serca łaskawość —Każda z tych usług, które oddałem,Musiała zwiększyć nadzieję moją!
Gdybyś patrzyła z większą uwagą,Nieraz, Olallo, jużbyś spostrzegła,Że w poniedziałek chodzę ubranyW najlepsze swoje szaty niedzielne.
Ponieważ miłość i strój ozdobnyZwykłe są kroczyć tą samą drogą,Więc też pragnąłem, by w twoich oczachPięknym i dwornym wydać się wielce.
Dla ciebie, miła, rzuciłem taniec,Wzgardziłem śpiewem przy lutni drżącej,Którą słyszałaś o późnej porze,Lub wśród rannego kogutów piania.
Nie będę liczył hołdów i pochwał,Piękności twojej składanych w darze,Które, choć samą prawdę mówiły,Srogi gniew dziewcząt ściągnęły na mnie.
Raz mi Teresa Bezzacol rzekła,Będąc przytomna, gdym sławił cię,„Ten sobie myśli, że czci anioła,A jeno brzydką małpę uwielbia.
Ślicznie dziękuję Za takie fiołki,Fałszywe kosy i róż na twarzy,Za wszystkie sztuczki wrzkomej piękności,Co samą miłość oszukać mogą“.
Zadałem kłamstwo oszczerczym słowom,Wówczas jej gaszek wstawił się za nią,Wyzwał mnie... później wiesz, co się stało,Com ja uczynił i co on uczynił.
Miłość w mem sercu nie jest oszustwem,Nie chcę twej cnoty wieść na osławę,Ani cię moją czynić kochanką —Zamysły moje są bardziej prawe.
Kościół ma świętych więzów ogniwa,Więzów tak gładkich, jak nić jedwabiu;Pod słodkie jarzmo poddaj swą głowę,Ujrzysz, że chętnie ja poddam swoją.
Jeśli nie zechcesz — przysięgam tobieNa Najświętszego ze wszystkich Świętych, —Że chyba poto z tych odbiegę,By włożyć na się suknię zakonną.
Dam usługami tkliwemiNikt nie był tak uraczony,Jak pan Lancelot, gdy w dom swójZ Bretańskiej powracał ziemi.
...Kto dotknąć się ich ośmieli,Pozna Rolanda gniew zapamiętały.
Ponieważ chcesz, okrutna, aby ludzka mowaW każdym świata zakątku jawnie to głosiła,Że nieużyte serce w piersiach twoich żywię,Niech do jęków podobne staną się me słowa,Niech mi furja użyczy swej wściekłości siła,Aby głos mój się zmącił i brzmiał przeraźliwie,Nim na mego cierpienia tak wydajnej niwie,Z męki i krwi posiewu bujne wzejdą plony,A głos, co twoje czyny podaje na jaśnię,Przejdzie w szloch, lub na ustach skona bezhałaśnie,Nim tedy u stóp twoich padnę umęczony,Nakłoń ucha i słuchaj, miast wdzięcznej piosenki,Tych skarg, bijących w niebo, jak piekielne jęki,Skarg dobytych z mej piersi, przybytku goryczyPrzez spazm bólu, wieszczący o mym płonym trudzie,I o krzywdach doznanych, których nikt nie zliczy.
Ryczenie lwów i dzikich wilków straszne wycie,Jadowity syk węża, co łuskę odmienia,Przeraźne głosy bestyj, monstrów i potworów,Wieszcze kruków krakanie na niebios błękicie,
Huraganów skowyty, wichrów zawodzenia,Lecące skroś wzburzonych nad ziemią przestworów,Gniew byka, ranionego szpadą matadorów,Owdowiałych gołębi tęskliwe gruchanie,Śmiech zwiastuna nieszczęścia, smutnego puszczyka,Jęk skargi, co tenary ciemne wskroś przenika,Gdzie orszak potępieńców wieczne ma mieszkanie.Wszystkie te ryki, wycia, skargi i lamentyNa dnie duszy się wiążą w jakiś hymn przeklęty,Który zmysły przeraża i krew w żyłach ścina.Niech męka ma okrutna światu się objawi,W nowych słowach, jak nowa boleści kraina.
Tych hymnów potępieńczych nie niosą w świat fale,Ni złote piaski Tagu; echem im nie wtórząW słynnym gaiku Betis oliwkowe drzewa.Na szczytach skał samotne rozbrzmiewają żale,Lub też w głębi abisów, gdzie słów moich burząMartwy język czeredy potępieńców śpiewa....W jarach, gdzie mrok na słońce ustawnie się gniewa,W pustyniach, niedeptanych nigdy stopą ludzi,Wśród jadowitych bestyj, które piją wodyZ bagnistych łożysk Nilu... Wśród martwej przyrody,Co się nigdy na słońca promień nie obudzi —Rozgłosi się ma boleść, niesiona przez echa,I tylko ta w cierpieniu będzie mi pociecha,Że niezwykłą okrutność twą na całym świeciePoznają... Niech przynajmniej to w zysku odniosę,Nim mnie śmierć niezbłagana z tego świata zmiecie!
Wzgarda duszę zabija, cierpliwość znachodziKres, gdy podejrzenie w duszę się zakrada,Z większą siłą, niż wzgarda, zazdrość nas uśmierca.Jakże ciężko dzień za dniem w tęsknocie przechodzi,Jakże resztka nadziei walczy na dnie sercaZ przeznaczeniem, któremu na imię zagłada.Pewna, nieunikniona jest tylko śmierć blada,
A przecież ja, o dziwo, jeszcze ciągle żywię,Poniechany, samotny, zrozpaczon, wzgardzony,Wiedząc, że przeciw śmierci nie znajdę obrony,Ze serce jeno wzgardą karmisz litościwie!Wśród tych wszystkich udręczeń wzrok mój ani razuNie ujrzał nigdy w mrokach nadziei obrazu,I już nawet, zrozpaczon, nie staram się o to,By ścigać te mamidła! Gdy u kresu stanę,Przysięgam, że nadzieję pożegnam z ochotą.
Czyliż nam wolno wierzyć i drżeć jednocześniePrzed nieszczęściem?... Wszak bardziej na miejscu jest trwogaNiż nadzieja!... Czyż mogę, gdy zazdrość straszliwaPrzed wzrokiem moim staje, zamknąć oczy we śnieBy nie patrzyć, choć każda duszy rana srogaNa ten widok się jątrzy, pali i rozrywa?Któż oczu nie otworzy, gdy nielitościwaFortuna gorzką zmianę mu przynosi w darze?Ach, wówczas jasna prawda kłamstwem się nazywa,Kłamstwo prawdą się staje, a szczęścia ogniwaTargają brzydkie złości, kłamstwa i potwarze.O zazdrości, tyranko w Amora krainie,Skuj te ręce łańcuchem! Niech mi wzgarda ninieminieMocny stryczek ukręci i rzuci na szyję!Lecz oto nawet pamięć zazdrości i wzgardyZatarł ból, wśród którego ustawicznie żyję.
Dzisiaj umieram, trwając w niepoprawnym błędzieI nie czekam, aż pierzchną fantazji mamidła,Aż uderzy mnie szczęścia radosna nowina.„Do celu dojdzie każdy, kto przed się iść będzie,Wolną stanie się dusza, której pęta skrzydłaAmor i pod swe jarzmo niezbłagane zgina“.— Mówię, że jej niepamięć jest to moja wina,Że nad duszą i ciałem sprawiedliwie rządziNieprzyjaciółka moja i tyranka sroga,
Że próżno o swe krzywdy winię tego boga,Który, władzę sprawując, nigdy nie pobłądzi.Żywiąc takie mniemania, wezmę stryk do ręki,By przyspieszyć kres bólu i doczesnej męki,Przez pasterkę sprawionej sercu nielitośnie.Zginę, nie myśląc o tem, czy na mojem grobieLaur lub palma pamięci kiedykolwiek wzrośnie.
Obłędne myśli twoje wiodą do zatratyWyrok twój jawny dla mnie: mam zejść w śmierci ciemnie,Udręczony tem życiem, co karmi goryczą,Spójrz, jak rany otwarte, jak krwi mej szkarłatyPłomienią się radością, co powstała we mnieNa myśl, że wkrótce śmierci stanę się zdobyczą.Jeżeli w tę wyroczną chwilę tajemnicząZasłużę, by twych oczu promieniste niebaPowlokły się mgłą żalu i smutkiem schmurzyły,Nie czyń tak! Obojętnie zejdę do mogiłyKłamliwej twej litości wcale mi nie trzeba!Przeciwnie, niech twój uśmiech jawnie światu głosi,Że się cieszysz, gdy dla cię ktoś dziś śmierć odnosi.Lecz prawda!... niepotrzebne daję napomnienia,Wszak całe szczęście twoje na tem się zasadza,By ujrzeć jaknajprędzej kres mego istnienia.
Czas już wielki! Niech z głębi piekła się wychynieTantal ze swoją siecią, niech Syzyf przybywa,Obarczony ciężarem olbrzymach kamieni,Tytus zjawi się z sępem, Egon w tej godzinieNiech dalej toczy koło, a Parka straszliwaNa chwilę w swej ustawnej pracy się nie leni.Niech wszyscy tchną mi w serce żar swoich płomieni,I głosem przyciszonym smutne nucą pienia:Hymn należny nieszczęsnym, którym nawet truchłaOdmówiono na ciało!... Niech ta pieśń ogłuchłaJękiem bije o piekieł posępne sklepienia!Groźny strażnik podziemi o potrójnej twarzy
W kręgu monstrów, wypełzłych z piekieł kurytarzyZaśpiewa pieśń boleści... Kochanek bez duszyO żaden pogrzebowy obrzęd nie poprosi,Żadnym bardziej od pieśni owej się nie wzruszy.
Nie trap się biedna pieśni, że sama na świecieZostajesz po mej śmierci, jak sieroce dziecię.Jeśli zaś z mem nieszczęściem jej szczęśliwość wzrośnie,Wiecznie smutek zachowaj, aby nawet w grobieJęk twej skargi i bólu rozbrzmiewał żałośnie.
Leżą tu prochy i kościKochanka-pasterza owiec.Drogą nieszczęsnej miłościZbłądził na śmierci manowiec.Umarł, odtrącon ze wzgardąPrzez miłą mu okrutnicę.Tak wszystko władzą swą twardąAmor przywodzi na nice!
Albo miłości braknie rozeznania,Albo nad wyraz okrutna jest ona,Skoro za winy me i me zbłąkaniaTakie katusze znoszę w głębi łona!
Amor jest bogiem, więc wnosić wypada,Że nic nie ujdzie tutaj jego wzroku,Z czyjego zatem tak cierpię wyroku,Gdy bogom obca jest okrutna zdrada?
Rzeknij mi Philis... nie plam kłamstwem duszy,Wiem wszak, że z dobra nigdy zło nie płynie,Że z niebios piekło to do mnie nie schodzi.
Trzeba mi umrzeć wkrótce, wśród katuszyNa dolegliwość o tajnej przyczynieSkuteczny sposób chyba cud narodzi!
Drzewa, rośliny i kwiaty,Co owe miejsca zdobicieW zieleni kolor bogaty,Gdy wam jest tajne me życie,Znajcież przynajmniej me straty!
Niech boleść, co mnie uciska,Wśród myśli srogich zawiei,Wam spojrzeć tylko da zbliskaNa gorzkie łzy Don Kichota,Płynące po DulcyneiZ Toboso.
Tu, w tej samotnej ustroni,Kochanek o wiernej duszyPrzed swoją damą się chroni;Nic jego boleści nie zgłuszy,Ze złej nie wyrwie go toni!
Miłość go szarpie i nęka,Dni schodzą, zbyte nadziei.To też beczkę łez już mękaZbiera z oczu Don Kichota,Płaczących DulcyneiZ Toboso!
Ciągle szukając przygody,Wśród skał i dzikich pustaci,Przeklina nieczułych serc lodyI swoje serce bogaciPrzez same tylko zawody.
Amor — o wielcy bogowie!—Kawałkiem rzemiennej szleiMocno go chłosta po głowie,Więc płyną łzy Don KichotaZ tęsknoty po DulcyneiZ Toboso
Jakaż to boleść uciska mnie twarda?— Jej wzgarda!Jaki cień wiecznie w mojem sercu gości?— Zazdrości!Co wzmaga ciężką mękę, ócz szlochanie?— Rozstanie.
A więc już cierpieć będę nieprzerwanie,Ulgi napróżno szukając i rady,Gdy mi nadziei gaszą promień blady,Pogarda, zazdrość, rozstanie.Co serce moje ku szaleństwu nęci?— Miłosne chęci.Co na mą zgubę ciągle się usadza?— Miłości władza!Kto da mi pomoc pośród mąk i trwóg?— Jedynie Bóg.
Tak więc już staję u kresu mych drógZiemskich, i czuję dzień mej bliskiej śmierci,Skoro już sercu obdartemu w ćwierci,Nie jest litosna miłość ani Bóg.
Co do szczęśliwych zawiedzie mnie stron?Zgon!Co w radość zmieni tej miłości żałość?Niestałość!Jaki stosowny lek jest na męczeństwo?Szaleństwo!
Więc lepiej rzucić przekleństwo,Niż leczyć takie choroby,Na które tylko sposobyMa śmierć, niestałość, szaleństwo.
Święta przyjaźni, co, podniósłszy skrzydła,Wzleciałaś w niebo ku szczęśliwym duszom,Tym, co zostali tu, wystarczyć musząJeno pozorów twych nędzne mamidła!
Na ziemski padół zsyłasz czasem znakiSpokoju, co się kry je za zasłoną.Wówczas blask pada w noc nieprzeniknioną,Choć nasze czyny skutek bylejaki
Odnoszą ciągle! O przyjaźni świętaPorzuć już niebo i nie zwoi, by w szatyTwoje niegodne kłamstwo się stroiło!
Gdy mu ta zdatność nie będzie odjęta,Na cne zamysły przyjdzie dzień zatraty,Zginiem, zmiażdżeni nieprawości siłą!
Soy Sancho Pansa, escude-del manchego Don Quijo-puse pies en polvoro-por vivir a lo discre — i t. d.
„His arreos son las armas, — mi descanso el pelear,Mi cama las duras penas, — mi dormir siempre velar.Las manidas son escuras, — Los caminos sin usar,El cielo eon sus mudanzas — ha por bien de me danar...“
„Nunca fuera caballero — de damas tan bien servidoComo fuera Lanzarote — cuando de Bretana vinoQue duenas curaban del, — doncellas de su rocino“.
„Quien peneáis que es aquel que en voz sonorasus ansias canta regaladamenteaquel en cuyo pecho Febo mora,el docto Orfeo y Arion prudente?Aquel que, de los reinos del aurorahasta los apartados de Occidente,es conocido, amado y estimadopor el famoso López Maldonado“.
„Ventidue centinara di migliaraDi cavalieri avea quel re nel campo;Turpino e quel che questa cosa nara.
Yo sé Olalla que me ádorasPuesto que no me lo has dicho,Ni aun eon los ojos siguiera,Mudos lenguos de amorios“.
Armatura d’Orlando PaladinoComo volesse dir: nessun la muovaChe star non possa eon Orlando a pruova
Ya que quieres, cruel, que se publiquede lengua en lengua y de una en otra gentedel áspero vigor tuyo la fuerza,haré que el mimo infierno communiqueal triste pecho mio un son doliente,con que el uso comun de mi voz tuerza.Y al par de mi deseo, que se esfuerzaa decir mi dolor y tus hazanasde la espantable voz irá el acentoy en el mezcladas por mayor tormentopedazos de las miseras entranas.
„Pragniesz, okrutna, aby me usta głosiły,Co mi daje wycierpieć twa srogość bez miary,Aby ten jad wyzionąć, piekielnej poczwaryWzywam; niechaj mi doda wściekłości swej siły.Wymaga tego boleść, co serce rozdzieraI przywodzi ostatnie czynić wynurzenieZbyt długo zatajone wydać udręczenieTysiąc śmierci doznając, niech zaraz umiera.
Okrutna! chcesz, bym głosił wyrazem goryczyCierpienia, których źródło w twojej niewdzięcznościChcę wylać tę truciznę, chyba mi użyczyNa chwilę furja piekieł całej swej wściekłości.Dobrze... rozpacz i boleść, sił ostatek zbieraDo czczej pociechy żalów — a więc je ogłoszę.Jad długo ukrywany ciągle pierś rozdzieraJedna śmierć... a tysięca zgonów męki znoszę.
Mató a Bucdr, al rey de allén mar.y ganó a Tizón que mili marcos d‘oro val“
Quién mejorara ml suerte?Muerte!Y el bien de amor quien le alcanza?MudanzaY sus males quien lo curaLocura.De ese modo no es corduraquerer curar la pasion,cuando los remedios sonMuerte, mudanza y locura.
Rośnie rozpacz z boleścią i wstyd rośnie razemW sercu Piotra, gdy blada budzi się jutrzenka.Sroma się sam za siebie przed grzechu obrazem,Chocia go i przytomność bliźniego nie nęka.
Dla serca, co bezdusznym nie jest w piersiach głazemPoczucie winy swojej — to sroga udręka.Za hańbę rumieńcami wstydu się szkarłaciChoć nic dokoła niema, krom głuchej pustaci.
Kobieta — jak szkło jest krucha,Więc próbować nie daj Boże,Gdyż jak szklanka stłuc się możeZa podszeptem złego ducha.
Tego, co łatwo się kruszy,Rzucać nie trzeba o głazy,Gdybyś i oddał pół duszyNie zatrzesz pęknięcia ni skazy!
To zdanie, co słuszne jest przecieNiech każdy rozważy raz jeszcze,Bo choć są Danae na świecie,Złociste także są deszcze.
W śmierci szukam żywota,Zdrowia w cielesnej niemocy,W więzieniu wolności — wśród nocyBlasków słonecznych złota,W zdradzieckiem sercu — pomocy.
Jednakże twardy mój losZ tych pragnień śmieje się w głos,Jak każą wyroki nieba,Temu, co chimer potrzebaI zwykły nie wzejdzie kłos.
Wśród ciszy nocnej, kiedy snów ukojęŚmiertelni biorą na znużone głowy,Ja wciąż się skarżę żałosnemi słowy,Ku Kloris smutki posyłając moje.
A gdy już słońca promień purpurowy,Błyśnie skroś złote na Wschodzie podwoje,Do dawnych smutków powracam osnowyI z oczu świeżych łez przelewam zdroje.
Gdy słońce z swego królewskiego szlaku,W południe żary swe ku ziemi zsyła,Płacze i skargi rosną w mojej duszy.
Gdy wieczór mierzchnie w złotych gwiazd orszaku,Widzę, że niebo głuche jak mogiła,Żalami memi nigdy się nie wzruszy.
Wiem, że się wkrótce stanę śmierci łupem,Prawda to dla mnie równie niezachwiana,Jak ta, że raczej paść mi przyjdzie trupem,Niż kornie ugiąć przed tobą kolana.
Odchodząc w głuche kraje niepamięci,Wiem, że me serce i mych piersi ranaNa wiek przechowa i na wiek uświęciKonterfekt twojej twarzy, ukochana.
Relikwji owej bronię przed napaściąZuchwalstwa mego, co zachętę bierzeZ twej surowości twardego wyroku.
Smutny, kto w życiu kroczy nad przepaścią,Kto płynąc, ręki nie kładzie na sterze,I gwiazd, ni portu nie widzi wśród mroku.
Duchy szczęśliwe, które z ciał powłoki,W nagrodę wielkich czynów uwolnione,Z tej niskiej ziemi, biorąc lot wysoki,Skrzydłami w gwiezdną się wzbijacie stronę,
Żądzą i słusznym gniewem zapalone,Nim ciała wieczne już objęły mroki,Wytoczyłyście krwi bujne potoki,Od których morze jest zarumienione.
Nim zbrakło męstwa, już życia nie stałoW mdlejących rękach, co doznawszy klęski,Jednak przy śmierci zwycięstwo odniosły.
Przeto ten oręż wraży i ciemięski,Co się naszczerbiał o pierś twierdzy białą,Ku waszej chwale śpiewa hymn podniosły.
Z jałowej, zrytej pociskami niwy,Z twierdzy zmienionej w gruz, z zburzonej wieżyDusze tych kilku tysięcy żołnierzyOdeszły dzisiaj w kraj bardziej szczęśliwy.
Gdy już pohańców hufiec napastliwyWdarł się na szańce, kędy mord się szerzy,Każdy z tych kilku tysięcy żołnierzyPod ostrze miecza dał głowę, szczęśliwy.
Smutne wspomnienia i żal lamentliwy,Co w dawnych wiekach sprawiały tu strażeI dziś wartują nad tą krwawą glebą.Albowiem nigdy z łona ziemskiej niwyDusze tak czyste nie wzleciały w niebo,Ni takie męstwo nie szło na cmentarze!
— Jestem miłości żeglarzem,Co po głębokich jej toniachPłynie bez źdźbła nadziei,Że kiedyś do portu zawinie.
Za jedną poglądam gwiazdą,Którą wciąż ścigam zoddali.Tak jasnej i pięknej gwiazdyPalinur nie widział sam.
Ani wiem dokąd mnie wiedzie;Na los niepewny się zdawam.Dusza, w mych oczach utkwiona,Oderwać się od niej nie może.
Niesłusznej skromności przesada,Nadmierna cnotliwość i wstyd,Są mgłami, które ją kryjąPrzed memi oczyma chciwemi.
O jasna, błyszcząca gwiazdo,Twoim promieniem rażony,Duch mój zagaśnie na ziemi,Gdy ty mi zgaśniesz na niebie!!
Słodka nadziejo moja!Która, znosząc przeszkody, niepodobieństw tamy,Lecisz pośród gwiazd roja,Zapalonych przez siebie u niebieskiej bramy.Gdy śmierć pójdzie w me trony,Równie lśnić będą blasków twoich snopy!
Bezwolni i gnuśni ludzieZwycięstw, ani triumfów żadnych mieć nie mogą;Szczęścia nie znają po trudzie,Ci, co na los przeciwny z niemą patrzą trwogą,Mdlejące oddają zmysłyLenistwu i wczasowi w związek nader ścisły.
Jeśli Amora względyTrza kupować, to nie jest, wierę, bez kozeryTa cena, co ją płacą zawsze i powszędyZa afekt kochanki szczery.Rzecz wiadoma, że ludzieSzacują tylko rzeczy, zdobywane w trudzie.
Często upór w kochaniuWszelkie niepodobieństwa w możliwość przemienia.Jeśli zaś ja w miłosnem, upartem staraniuDaleki mam cel pragnienia,To jeszcze wątpić nie trzeba,Że kiedyś z ziemi, szczęsny, wzniosę się do nieba.
Que en este mundo traidorNada es verdad ni la mentira,Todo es segun el colorDel cristál eon que se mira.
Szaleniec, który Manczę ubrał w blask swej sławy,Jaśniejszy niźli Jazon swą rodzinną Kretę,Człek, co z ustawnych marzeń brał czynów podnietę,Gdy jego wiek dla chimer był już niełaskawy.
Ramię, co tak niezwykłą sprawowało dzielność,Że fama jej od Cathey poszła do Gaety.Muza wdzięczna, a wraz i okrutna niestety,Ryjąca wierszem w spiżu swoją nieśmiertelność.
Ten, który Galaora zaćmił, AmadisaZnacznie w tyle ostawił, dufny w swoją sławę,Zbrojny w miłość, z kochanki na ustach imieniem.
Ten, co uczył rycerskich przewag BelianisaI na swym Rossynancie odbywał wyprawę,Spoczywa pod tym twardym i zimnym kamieniem.
Ta, co ją tu widzicie, o spasionym pysku,Zbladłych jagodach i wydatnej piersi,Jest Dulcyneą z Toboso! NajpierwsiZa afekt swój jej wzgardę odnosili w zysku!
Dla niej deptał Don Kichot Sierra Negra szczyty,Z pól Montielu przebiegał do Aranjuezu.Dni i noce, zachody słońca, słońca śwityNie mogły cię do wczasu pokusić, rycerzu!
...Choć biegałeś piechotą z Rossynanta winy.O, nasz łosie złowróżbny! Ta Manczy królowaI ten błędny kawaler zmarli w kwiecie lat!
Śmierć starła z jej policzków rumieńców karminyOn, któremu pisana była wiąż laurowaDarmo szukał ucieczki od Kupida zdrad!
Na wspaniałym,, diamentowym tronie,Który depce Mars swą stopą krwawą,Dziś pospołu króluje ze sławąManczueńczyk w laurowej koronie.
Składa tutaj broń z hartownej stali,Którą niszczy, burzy, w pień wycina.Zaliż sztuka tego paladynaNową pieśnią zadosyć wychwali?
Jeśli Galja, pyszna z Amadisa,Grecja, dumna z jego dzielnych synów,Rozsławiły w świecie ich imiona,
Jak wspaniałą koronę wawrzynówMusi dobyć z pod swego kirysaSprzyjająca la Manczy Bellona?
Sanczo Pansa tu leży! Nikczemny z postaciZawsze w męstwie celował! O dziwie, nad dziwy!Nigdy nie żył na świecie giermek tak poczciwyA wraz i głupiec równy!... Daj to wszyscy kaci!
O jeden włos był grabią!... lecz na jego zgubęSprzysiągł się wiek niewdzięczny i pełen zawiści.Fortuna ślepa, losy rycerzom nielube,Co nawet osłu skąpią świeżych traw i liści.
Na nim jeździł, (powiedzmyż to jawnie, bez sromu)Wstępując w tropy pańskie, miarkując zapędyOśle, według żartkiego Rossynanta cwału.
O nadziejo zwodnicza, która się nikomuW naszych czasach nie ziszczasz! Widzę twoje błędy,Oddając hołd należny Sanczo Pansy ciału!
Rycerza kościstej postury,Błędnego Imć Nieboraka,Który dosiadał luzaka,Kryją tu grobu marmury.
Braciszek Sanczo, koniuszy,Pospołu z panem spoczywa.Nie było wierniejszej duszy,Niż dusza giermka poczciwa!
Dziewka rozrosła naschwał,Krępa, cycasta, pyzata,Zeszła już z tego świata,Zmieniona w proch, który z ciałŚmierć niezbłagana czyni!Z znamienitego szła gniazdaTa Don Kichota bogini,Toboso świetlista gwiazda!
E come del Catai s’ebbe lo scettroFors‘altri cantera eon miglior plettro
Przez takie utrapienia, z ziemskiego padołuWejdzie ten, do niebieskiej, wieczystej krainy,Kto każe się wprzód ugiąć wyniosłemu czołu
Złe żniwo pod RoncenswalemZebraliście Francy jej synowie!
Jesteś braciszku posłem jeno,I żadnej nie ponosisz winy
Przyjaciel nie jest przyjacielem,Z kijów już włócznie uczyniono
Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły
Będę umiał się poddać każdemu zechceniuZechcijcie mi narzucić, pani, waszą wolę,Pragnienie me zawarte jest w waszem pragnieniu,Wasze są moje tchnienia, radości i bole.
Jeśli zechcecie, pani, bym zgasił płomienie,Prędzej mnie zobaczycie na marach, lecz czyliAmor nie miałby śpiewać zamiast mnie z tej chwili
O piękności, będącej w takiej dla mnie cenie
Zważam wszelkie przeszkody, ale serce mojeJest z wosku i djamentu, przeto się nie boję,Abym chybił w czemkolwiek prawidłom miłości
Wyryjcie to niem, co chcecie, o niebiańska paniO piękności najwyższa, której niosę w daniMe serce, w którem przez was treść wciąż nowa gości.
Tem lepszą się zwycięzca cieszy w świecie sławą,Gdy zwyciężony nie był tchórzem lub niemrawą
z tych, co jak lud powiada,szukaniem przygód są zabawni.
...Miłe piękności, na szkodę własną odkryte,Szczęście złożycie mi w dani, gdy tego zapragnie Bóg.“
Gdyby w „jest“ przeszło to, co „było“Jużbym nie czekał przyszłych dni.Lub niech się wreszcie ziści miCo jutro stworzyć ma swą siłą.
Ponieważ wszystko mijać musi,Minęło także szczęście moje.Łask swych przelała na mnie zdrojeFortuna, która wszystkich kusi.
Odtąd wciąż błagani ją daremnie:„Daj coś swą wielkoduszną dłoniąAlbo też skąpą"... bowiem we mnieWszystko się stało snów pogonią.Jakbyś, fortuno, była miłą,Gdyby w „jest“ przeszło to, co „było“
Nie pragnę dziś już żadnej sławy,Żadnych wawrzynów, ni korony,Niech będzie jeno mi wróconyKraj mojej utraconej jawy,Której wspomnienie smutek budzi,I którą z całem szczęściem mienięAch, spełń, fortuno, to pragnienie,Bym stał się najszczęśliwszym z ludziPowróć to, o czem serce śni,Bym już nie czekał przyszłych dni.
Szaleństwem jednak są te chęci,Bowiem, co było raz — nie będzieI tylko w baśni, lub w legendziePrzeszłość przyszłością się uświęci.Czas szybko płynie, leci, bieży,Zaś raz odbiegłszy — już nie wracaZatrzymać go — to próżna pracaGdyż tylko dziś do nas należyPróżno więc przyszłych czekam dni,Pragnąc, by się ziściły mi.
Żyć w niepewności, na przemiany,Sycąc się trwogą lub nadzieją,To śmierć! Niech lepiej odrętwiejąBurzliwe duszy mojej stany.Śmierć mi najlepszym być się zdawaLekiem na bóle, lecz nie mogęWejść na tę niepowrotną drogę,Bowiem wciąż nęka mnie obawa
Przed tem ( — gdy „dzisiaj“ jest mogiłą)Co jutro stworzyć ma swą siłą.
Ta, której piękne oczy zraniły Pirama,Mur, co ją dotąd więził, znosi i otwiera.Z portu na wyspie Cypru miłość dąży szczera,By ujrzeć, czy szeroka zadość jest ta brama.
Mówi do niej milczenie, bowiem przez szczelinyŻadne głosy, ni szmery przejść się nie odważą.Dwie dusze przejdą jednak pod miłości strażą,Gdyż Amor najtrudniejsze może spełniać czyny.
Kochankowie wychodzą... aliści dziewicęNamiętność zaślepiła i oto na nicePrzywodzi wszystko krok jej nadto nierozumny.
Giną razem, tym samym skroś przeszyci mieczem,Wspólną mają mogiłę i w sercu człowieczemTę pamięć, co odchyla zawsze wieko trumny.
Jam ci jest wszechpotężnym bogiem,Niebios i ziemi pod nieb progiem,Potęgę mą uznaje morzeI nawet piekło w czuciu wrogiemWszechwładzy mojej ujść nie może.
Nigdy nie czuję w sercu drżenia,Czynię, co pragnę, choć zachceniaPrzechodzą obręb możliwości,
Hołdując czucia i sumienia,Tu, gdzie się ciągną moje włości.
Więcej potęgi mam i sławyNiż Amor, który mme przewodzi.Na świat mnie wydał ród tak prawy,Że w blaskach niebieskiej powodzi,Blask, co ozłaca boskie sprawy,Memu blaskowi nie zaszkodzi.
Jestem bogactwo możne bardzo,Choć ludzie cnotą swą się hardzą,W niewielu sercach ona gości;Beze mnie zaś nic czynić nie lza,Ma wola jarzmi świat i kiełza,Lecz ja hołd niosę twej piękności.
Słodka poezja, tobie, paniPiękne zmyślenia zsyła, w dani,Śnienia podniosłe, marzeń roje,Imaginacji skarb bogaty.Niechaj poezji duch skrzydlatyPrzesiąknie w wszystkie myśli twoje.
Gdyby przypadkiem me pochwałyTwoją przychylność wywołały,Będę wynosił twą fortunę;
Przyczynę kobiecej zazdrości,Aż chwalby me, na wysokości,Zaćmią blask gwiazd i zgaszą lunę.
Szczodrobliwością zowią oto,Gdy ktoś rozdaje swoje złoto,Od marnotrawstwa tak daleki,Jak i od zbytniej oszczędności:Oznaką serca, w którem gościChłód, albo letniość, zamiast spieki.
Lecz ja, bogactwo twe na względzieMam dziś — pół martwy i pół żywy.Niech rozrzutnością zatem będzieMój dar tak bardzo szczodrobliwy,Być hojnym nader, gdy się kochaTo rozkosz i występek trocha,Budzący aplauz i podziwy.
„O krewniaku Montesinie,Prośbą mą ostatnią było,Abyś, gdy już będę martwy,Gdy dusza uleci z ciała,Rozpruł pierś mą ostrym mieczem,Wyjął serce me dymiąceI Belermie cnej je zaniósł“
Patrzebą naglony,W obce dążę strony;Może wojny bogiLos odmienią srogi!
Don Gaiferos gra spokojnie w szachy,Jakby zapomniał już o Melisandrze!
Dosyć już powiedziałem, teraz czyń coś winienwinien.
Ten, co obwieszcza, idzie przodem,Z tyłu statecznie kroczą władze.
Jeśli do Francjej jedziecie, rycerzu,O Don Gaifera dowiedzcie się, proszę!
Wczora jeszcze byłem panem Hiszpan jej,Dzisiaj zasię nawet jedna wieżaNie została już w władaniu mojem!
Nie darmo nasi panowie sędziowieRyczeli, jako najtężsi oslowie!
...dziewice dbały o niego,księżniczki o jego konia.
Teraz mnie szarpią, teraz pożerająCzęści, któremi grzeszyłem najbardziej
Pożarty będziesz przez niedźwiedziJak ten Favila znamienity.
Merlinem jestem, o którym powiada historja,Że miał za ojca szatana, w jego prawdziwej postaci.Kłam to niegodny, a jednak wiarę mający od wieka!Książę sztuki magicznej, nawet jej król, archiwistaNauk Zoroastrowych, współzawodniczę z wiekami,Co mogą zaćmić najtęższe błędnych rycerzów uczynki,(Rycerzy owych miłością zawsze me serce darzyło)Choć magów i czarowników twarde jest przyrodzenie,Moje jest miętkie i miłe i wszystkim ludziom przychylne.W ciemnej jaskini Plutona, gdzie moja dusza zamknionaByła zabawna tworzeniem różnych przyrodzeń magicznych,Rozległ się głos zasmucony nieporównanej piękności,Wysokiej damy i pani, Don Dulcynei z Toboso.Poznałem jej omamienie, jak też nieszczęście okrutneI przedzierzgnienie jej w chłopkę grubą, plugawą i sprośnąZ wdzięcznej księżniczki!... I owóż litość. mnie zdjęła największaPrzeto więc, wziąwszy na siebie kształt przeraźnego szkieletu,
Jąłem wertować ksiąg tysiąc, mówiących o sciencji diabelskiej,I oto teraz chcę podać remedium wielce stosowneNa zabieżenie cierpieniu i złu największemu na świecie.O ty, będący ozdobą tych wszystkich, co noszą stalowyKirys z djamentów! Światłości, gwiazdo, pochodni i ścieżkoTych, co wczasy gnuśnemi na puchach łożnic wzgardziwszy,Sprawują twardą profesję krwawej, wojennej zabawy,Do ciebie mówię, rycerzu, nigdy zadosyć chwalony.Do ciebie mężu rozumny, waleczny panie Kichocie,Splendorze Manczy i gwiazdo rozległych dzierżaw Hiszpanji,Jeżeli pragniesz, by pani twa, Dulcynea z TobosoDo swego kształtu pierwszego mogła powrócić niebawnie,Trza, aby Sanczo, twój giermiek, obnażył tłuste pośladkiI by mu trzy razy po tysiąc, trzy razy po sto wliczonoPlag dobrze twardych, do skóry tak przyciśnionych dokładnie,Aby zębami zazgrzytał, czując tę chłostę bolesną.
Z płomieni jej ócz słodkich ta niemoc się zdradza.Niemoc, która mą duszę niespokojną czyni.Zwiększa swoją okrutność okrutna boginiChcąc, bym zaznał w milczeniu, jaka jest jej władza.
Przyjdź, o Parko okrutna i jednym zamachemTak, abym nic już nie czul, przetnij nić żywota.Inaczej rozkosz śmierci pomiesza się z strachem,By mi znów nie wróciła do życia ochota.
Niebieskim darem, źle przyjętym
Ty, który spoczywasz w łożu,Na puchach i miętkich tkaninach,Od zmroku do wschodu słońca,Głębokiem śnieniem zmorzony.
O najdzielniejszy rycerzu,Jakiego Mancza wydala,Droższy i czystszy niż złoto,Dobyte z arabskiej pustyni.
Wysłuchaj głosu dziewicy,Szlachetnej, lecz srodze strapionej,Której żar słońc twych błyszczącychNamiętną zapalił duszę.
Szukając przygód po świecie,Nieszczęścia innych znajdujesz,Zadajesz rany, a potemO lek się na nie nie troskasz.
Rzeknij mi, dzielny młodzianie,(Niech Bóg zamysłom twym sprzyja),Czy wzrosłeś wśród gór de Jaca,Czy na libijskiej pustyni?
Zali cię węże karmiłyI zali piastunką twą byłaCiemnica puszcz niezgłębionychI trwoga, patrząca z abisów?
Twa Dulcynea, dziewica,Dobrze rozrosła i krzepkaMoże się chełpić, że lutąBestję ujarzmić zdołała
Dlatego też będzie sławiona,Od Tagu po Manzanares,W Henares, Jarama, HarlanzaWszędzie jej imię zasłynie.
Ach, gdybym mogła nią zostać,Dałabym za to mą suknię,
Różnemi barwami upstrzonązłotem w krąg bramowaną.
O móc się czuć w twem objęciu,Lub ledz przy tobie w łożnicy,Drapać cię w głowę pieszczenie,By ją od świerzby uwolnić!
Zbyt wiele żądam, niegodna,Tej laski mi nie dostąpić,Wystarczyć musi nędznicy,Jeśli się stóp twoich dotknie.
Jakieżbym dała ci czepki,I jakie srebrne papucie,Jakie pluderki z DamaszkuI jakie płaszcze z Holandjej
Perły tak wielkie jak orzech,By twoje ciało zdobiły;Perły te równych nie mająZowią się przeto „Jednemi“.
Ze swojej skały tarpejskiejNie patrzysz Neronie manczański,Na pożar, w którym goreję,Ni go swym gniewem ożywiasz.
Jestem niewinnem dziewczątkiem,Nie doszłam i lat piętnastu,Przysięgam, że liczę czternaścieI trzy miesiące dopiero.
Nie jestem ułomna ni chroma,Nie mam skaz żadnych, ni braków.Płowe, jedwabne me splotyDo ziemi sięgają prawie.
Chocia mam usta do dziobaPodobne, a nos spłaszczony,To topazowe me zębyUrodę mą wznoszą w niebiosa.
Głos mój, jeżeli go słyszysz,Jest tkliwy i pełen słodyczy.Postawa więcej niż średnia,Wysmukła i prosta jak trzcina.
Te wdzięki i inne jeszcze,Są łupem twego kołczana,W tym zamku jest me mieszkanie,A zowię się Altisidora.
Nieraz miłości potęgaW duszach niepokój nam budzi,Lenistwo i gnuśne wczasyZa środki ku temu jej służą.
Ale bawienie się igłą,Zajęcia i trud nieustanny,Bywa stosowną odtrutkąNa wszystkie miłosne jady!
Przystojnym i skromnym dziewicom,Które żonami chcą zostać,Wianem jest cnota, głoszącaNajwyższe dla nich pochwały!
Zaś błędni rycerze i wszyscyMężowie, co żyją u dworuDo wietrznie chodzą w zaloty,Lecz poślubiają stateczne!
Jest miłość, co wschodzi jak zorza,Ledwie w próg domu gość wkroczy,Gdy jednak przybysz odejdzieMiłość zachodem się stawa.
Ta miłość, nagle wzbudzona,Dziś jest, a jutro przemija,
Bez tego, by wyryć w sercuSwoje obrazy głębokie.
Obrazu nie rzucić na obraz.Któż takie rozpozna płótno?Gdzie jedna piękność króluje,Dla drugiej już miejsca niema!
Mą Dulcyneę z TobosoMam w głębi duszy wyrytą.Jej konterfektu nie zatrzeŻadna na świecie tym barwa.
Wierność kochanków jest cnotą,Którą najwyżej się ceni,A miłość za jej powodemCuda sprawować jest zdolna!
Wysłuchaj mnie, okrutniku,I cugli konia zawściągnij.Nie męcz wychudzonych bokówSwej wywłoki ledajakiej!
Zważ niewierny, że uchodzisz,Nie od żmiji jadowitej,Ale od jagniątka, któreJeszcze owcą się nie stało!
Igrałeś sobie, potworze,Z sercem najpiękniejszej młódki,Jakiej Djana na swych górach,A Wenus w lasach swych niema!
O okrutny Birenie, o Eneaszu płochliwyNiechajże srogi Barabasz w twe tropy zmierza ustawnie!
Unosisz (o lupie niegodny!)W zaciśniętych swoich szponachWnętrzności kornej kochanki,Tak czułej, jak miłość sama!
Zabierasz z sobą trzy chustyNa głowę i dwie podwiązki:Czarną i białą z tych łydek,Gładkich i pięknych jak marmur!
Zabierasz także tysiąceWestchnień, co w ogień zmienione,Tysiącby Trojej zażegły,Gdyby tych miast było tyle!
O okrutny Birenie, o Eneaszu płochliwy,Niechajże srogi Barabasz w twe tropy zmierza ustawnie!
Niechże serce twego giermkaTak kamienne się okaże,Aby z swego omamieniaDulcynea wyjść nie mogła!
Niech za winy twoje onaTę straszną ponosi karę;Nieraz w tym kraju cierpieliMiast grzeszników ludzie prawi!
Niech przygody najpiękniejszeZmienią ci się w złe trafunki,Twe radości w mary senne,Zaś wierność pójdzie w niepamięć!
O ty okrutny Birenie, o Eneaszu płochliwy,Niechajże srogi Barabasz w swe tropy ustawnie zmierza!
Bądźże zdrajcą okrzykniętyOd Sevilli do Marcheny,Od Grenady aż do Loja,Od Londynu po kres Anglji!
Gdy będziesz grał w faraona,W piketę, albo w bezika,Niechaj nigdy ci nie wyjdąTuzy, króle lub siódemki!
Kiedy wytniesz sobie odcisk,Niech obficie krew z ran tryśnie;Po wyrwaniu kłów, niech w gębiePozostaną ci korzenie.
O ty okrutny Birenie, o Eneaszu płochliwyNiechajże srogi Barabasz w twe tropy zmierza ustawnie!
Umrzesz ty zdrajco niegodny,Nieprzyjacielu donji Sanczy.
Kto dotknąć się go ośmieli,Pozna Rolanda gniew zapamiętały.Chyba, że jest równie dzielny,Jak ów kwiat rycerstwa wszego.
Kiedy się serce rozdziera na ćwierci,Bólem, który mi zsyłasz nieprzerwanie,Bóżku Amorze, niezbłagany panie,Myślę, że mękę mą uciszę w śmierci.
Jednak, gdy tylko wchodzę w śmierci wrota,Kiedy się zbliżam do portu zbawienia,W duszy swej czuję znów rozkoszy drżeniaI znów się budzi do życia ochota.
O trafie dziwny, rzeczy niesłychana,Rzadki przypadku, co wprawia w zdumienie,Żyjący kroczę poprzez śmierci cienie,Zaś śmierć żywotem mym jest poprzedzana!
Zanim się znów do życia zbudzi Altsidora,Cna panienka, zabita wzgardą Don Kichota,Nim suknie, ze zgrzebnego sporządzone woraPrzywdzieje na się wszelka dam dworskich hołota,
Nim Ichmość patii Księżna swoje ochmistrzynieW aksamity i przednie jedwabie przystroi,Ja piękność Altsidory będę śpiewał ninie,Piękniej niż śpiewak Tracji na lirence swojej.
Niema przesad w mych słowach, gdyż ten obowiązekUskuteczniać nie tylko dziś, za życia muszę,Lecz i wówczas, gdy dusza pozna z śmiercią związek,Gdy martwym mym językiem znów w gębie poruszę,
By należną zachwalę oddać Altsidorze;Dusza ma wyzwolona z ciasnego zamknieniaZejdzie na fale Styksu, zaś pieśń, którą złożęZastanowi bieg mrocznej rzeki zapomnienia.
Sławny hidalgo tu spoczywa,Rycerz tak dzielny, że ta dzielność,Dając mu w życiu nieśmiertelnośćZ pod władzy śmierci wyszła żywa
Światu igrzyska sprawiał krwawe,Postrach i grozę siejąc wszędzie,Niechaj to wieczną da mu sławę,Że żyjąc z szaleństw swych obłędzie,Przed śmiercią zdał z mądrości sprawę.
Precz wiarołomcy, oczajdusze!Niech nikt się dotknąć mnie nie waży,Gdyż przedsięwzięcie to jedynieDla mnie zostało zachowane!
...To tak!... Więc stajesz mi znów przęd oczyma,Jak ongi, rdzawą, osłonięty zbrojąI smutek budzisz, co się wężem zżymaBo i ja miałem Dulcyneę moją!To tak!, a śmiechu niema w tem, oj niemaDla widzów chyba i dla czytelnikówLecz dla nas? — mówię dla nas, co obiemaRękami nikłych walczym rozbójnikówOswobadzając księżniczkę zaklętą,Ból, spieka, gorycz i marsz drogą krętą.
A śmiech? — to potem w dziejach — to potomniNiech się uśmieją, że my tacy mali...
Przez jakich ścieżek bo chodziłem krocieZ ogromną dzidą, co gałęzie kruszyTy jeden wielki znasz to Don Kichocie,Jednego ciebie to wspomnienie wzruszyGdyż gawiedź śmiać się będzie bladolicaNie warta ostróg z La Manczy szlachcica.
„gli occhi di perla vaghi, luci torte,da ogni obbietto diseguale a loro“.
...„pues no es el vencedor más estimadode aquello en que el vencido es reputado“.
„O dulces prendas, por mi mai halladas,dulces y alegres mando Dios queria“.
„En Castilla está un castillo — que se llama Rocafrida,el castillo llaman Roca — y la fuente llaman Frida,el pie teniá de oro — y almenas de piata fina:entre a mena y almena — esta una piedra zafira;tanto relumbra de noche — como el sol a mediodiá.Dentro estaba una doncella — que llaman Rosaflorida;siete condes la demandan — tres duques de Lombardia;a todos los desdenaba — tanta es su lozaniaEnamoróse de Montesinos — de oidas, que no de vista...
„Hier j‘avais des châteaux; j‘avais de belles villes,Des Greques par milliers à vendre aux juifs serviles;J‘avais de grands harems, et des grands arsenaux,Aujourd‘hui depuillé, vaincu, proscrit, funeste.Je fuis... De mon empire, helas! rien ne me reste.Allah! j‘ai ne plus meme une tour à crénaux“...
„Deh, dimmi, buon destrier, ov‘é Rinaldo?Ov‘éne il tuo signor? non mi mentireCosi diceva Orlando, ma il ronzoneNo potea dar risposta al suo sermone“.