Zbieg (Lermontow, tł. Czernicki, 1882)

Mikhail Lermontov (1814–1841)

Translated by Gustaw Czernicki

Garun jak łania po górach goni,Chyżej niż zając, przed orłem bieży,Bo Garun uszedł z śród szczęku broni,Z boju, gdzie mnogo Czerkiesów leży.Ojciec, dwaj bracia, śpią tam w mogile, —Padli jak zżęte pod sierpem snopy:Skrwawione głowy nurzą się w pyle,Pod nieprzyjaciół rzucone stopy.A krew z nich ciecze i pomsty woła...Nie myśli mścić się w trwodze ohydnéjGarun. Gdy bitwa wrzała dokoła,Rzucił gwintówką, szaszkę... bezwstydny!..

I uciekł. — Zmierzchło — a mgły tumanyGęsto obsiadły górskie polany,Jakby olbrzymia, śnieżna powłoka —I wonny wietrzyk od wschodu wionął,A nad pustynią świętą proroka,Złocisty księżyc cicho zapłonął.Palon pragnieniem Garun ustaje,Krew i pot ciężki z liców ociera,W tém, przy księżyca blasku poznaje:Aul rodzinny z za dzewdrzew przeziera!...Podkradł się milczkiem. W aule cisza —Najmniejszy szelest jéj nie zakłócił,Bo z krwawéj bitwy bez towarzysza,Garun sam jeden do domu wrócił.Ku znanéj chacie szedł pokryjomu —W oknie światełko: gospodarz w domu.Więc upadłego skrzepiwszy ducha,Wstępuje Garun do chaty druha.Bo Garunowi Selim był druhem —Lecz dzisiaj zdjęty ciężką niemocą,W łożu boleści i dniem i nocąKonał samotny w milczeniu głuchem.— „Wielki jest Allach! WciężkiéjW ciężkiéj przeprawieOn ciebie jasnym skrzydłom anielimKazał osłonić, zachować sławie!...Co tam nowego?..“ zapytał Selim,

I osłabione powieki dźwignął,W oczach mu płomień nadziei mignął.— „Przez dwa dni srogi bój wrzał w cieśninie —Dwaj bracia padli — ojciec zrąbany;Ja sam uszedłem w dzikie pustynie,Jak zwierz od wrogów ciągle ścigany.Z pokrwawionymi oto nogamiOd krzaków ciernia, ostrych kamyków,Niedostępnemi biegłem szlakamiZa tropem wilków, za śladem dzików...Czerkiesy giną! Wróg górą wszędzie!Przyjmij Selimie twojego druha,A na Proroka! dopóki ducha,Garun wdzięcznością płacić ci będzie!..“Lecz konający łysnął oczyma:„Precz ztąd przeklęty! Pod moim dachemNie gościć hańbie z nikczemnym strachem,Ani dla tchórza miejsca tu nié ma!...“Z sromem, co pali twarz aż do duszy,Opuścił Garun chatę Selima —I któż się jego niedolą wzruszy,Kiedy przyjaciel litości nié ma!?...Aż kiedy drugą chatę wyminął,Stanął. Bo słodkich chwil przypomnienieBłysło mu niby senne marzenie —Niby całunek na twarz mu spłynął

I na wybladłe cierpieniem czoło; —A w duszy jego jasno, wesołoŚwita nadzieja. W nocnej ciemnicy,Ni to spojrzenie czarnéj źrenicyPadło miłośnie na jego rany, —I myśli Garun: „Wszak jam kochany!Ona mną żyje! mną tylko dyszy!...“I już u proga — ale w tym słyszy:Dźwięk znanéj piosnki ciszę roztrąca...I stanął Garun bledszy miesiąca.

Miesiączek płynie,A po dolinie,Młodzian szedł zbrojnyZ wrogiem na wojny.Młodzieniec skałkę zakłada,Dziewczyna tak doń zagada:Mój miły! bez trwogiZaufaj losowi!Módl się ku wschodowiMnie kochaj, mój drogi!Bo tylko tchórz podły.Tylko zdrajca krwawy,Bez żalu, bez modłyZginie i bez sławy.

Deszcz ran jego nie obmyje,Ni zwierz kości nie zaryje!Miesiączek płynie,A po dolinieMłodzian szedł zbrojnyZ wrogiem na wojny.

I wlókł się Garun daléj po drodze.Ku ziemi bujna zwisła mu głowa,A na pierś, bólem wydęta srodze,Łza się stoczyła jasna, perłowa...Wreszcie zgrzybiały, burzą schylonyDom swój rodzinny ujrzał z daleka —I znów obeschła mokra powieka,Ożył nadzieją Garun skrzepiony;Bo tam gorące, szczere modlitwyLecą ku niebu ciągle za niego —Tam stara macierz prosi, by z bitwyBóg wrócił syna — oj! nie jednego!..Więc puka w okno:— „To twój syn bieden!Twój Garun matko! przyjm go w aule...Przez miecze wraże, przez wraże kulePrzychodzę do cię!...“

— „Sam jeden?...“— „Jeden!“— „A kędy ojciec? bracia?...“— „Zginęli!A Prorok śmierci ich błogosławił,I aniołowie dusze ich wzięli!...“— „A tyś ich pomścił?...“— „Jam się nie bawił,Jam miecz w złowrogiéj rzucił krainie,A biegłem strzałą doba za dobą,By twoje oczy ucieszyć sobąI łzę osuszyć co gorzko płynie!...“— „Milcz! milcz! nie bluźnij giaurze zdradliwy,Kiedyś nie umiał umrzeć dla sławy,Kiedyś z śród boju uciekł nikczemnie,To żyj samotny, — zdala odemnie!Ja nie podzielę z tobą méj strawy,Ni hańby twojéj na mój włos siwyNie wezmę, zdrajco! i wstydem twoimNie zadam sromu starym dniom moim!...Ty, coś tak podły popełnił czyn,Tyś tchórz, nikczemnik, a nie mój syn!“

Umilkły straszne przekleństwa dźwiękiI wszystko w koło zaległo snem —Tylko zaklęcia, prośby i jęki

Szemrały chwilę pod oknem tem.Wreszcie, wiernego litość kindżałaHańbę Garuna śmiercią skróciła. —Matka nazajutrz trupa ujrzałaI z zimną wzgardą wzrok odwróciła.

Od wszystkich wiernych wzgardą oplwanyDługo się walał trup bez pogrzebu,Tylko krew skrzepłą z głębokiéj ranyStary pies lizał, wyjąc ku niebu.Gromada dzieci, nadbiegłszy cwałem,Urągała się nad martwém ciałem;A w ustach ludu dotąd obiegaPowieść o hańbie i śmierci zbiega.I dusza jego z przed ócz ProrokaWiecznie ze strachu drżąca uchodzi, —A gdy noc w górach spadnie głęboka,Cień jego błędny w ciemnościach brodzi!Do chaty matki przyjdzie co rana,Stuka w okienko, szepce modlitwy,Lecz gdy usłyszy wiersz z AlkoranaUcieka z trwogą lotem tumana,Tak, jako niegdyś uciekał z bitwy.