Przemiany — XLVI

Ovid (43 a. C. – 17 d. C.)

Translated from Latin by Bruno Kiciński

Na krańcach trojakiego świata: między morzem,Między ziemią i niebios rozległem przestworzemJest miejsce, skąd najdalsze widzieć można kraje,Skąd ze świata całego głos słyszeć się daje.Tam Wieść na szczycie góry w wielkim mieszka gmachu,Jest doń tysiąc dostępów i tysiąc dziur w dachu,W bramach drzwi niema, w nocy otwarty i we dnie;Wszędzie, wewnątrz i zewnątrz, wiszą blachy miednie,Więc brzęczy, głos oddaje, powtarza, co słyszy,Nigdzie niema spokoju, w żadnej izbie ciszy.Nie są to jednak wrzaski, lecz głuche pomruki;Tak zdala słychać morza przyciszone huki,Lub ostatnie, dalekie odgłosy po burzy,Gdy się z czarnych obłoków pogoda wynurzy.Tłum zalega komnaty: ci idą, ci wchodzą,Prawdziwe wydarzenia i fałsze przywodzą,Krzyżują się pogłoski w rozlicznej przemianie.Tu próżniaków zabawia czcze opowiadanie,Tam roznoszą nowinki; wzrasta fałszu miara,Bo każdy coś nowego dołożyć się stara.Tu mieszka Łatwowierność, tu niepewne Słuchy,Tu Myłki lekkomyślne i nagłe Rozruchy,

Czcza Radość z dobrych nowin i Smutek ponury.Sama Wieść widzi wszystko ze szczytu swej góry,Przegląda niebo, morze, ziemię i świat cały.Wieść rozniosła, iż greckie nawy się zbliżały,Czekało więc już na nie zbrojne Trojan plemię,Broniąc brzegów i wstępu na ojczystą ziemię.Pierwszy legł Protesylaj, od Hektora pchnięty;Tak drogo opłacili Grecy bój zaczęty.Lecz i Hektor i sami poznali Trojanie,Jak jest straszne z achajskiem rycerstwem spotkanie.Już się sygejska ziemia posoką rumieni,Już Cygnus, syn Neptuna, stu posłał do cieni;Już z wojennego wozu dzielny syn TetydyŚciele Trojan rozmachem peliońskiej dzidy,Cygna z Hektorem szuka w walczących natłoku.Lecz Hektora w dziewiątym miał zwyciężyć roku.Widzi Cygna, rozpędza białogrzywe konieI ku nieprzyjacielskiej wóz zwracając stronie,Wstrząsa dzidą i woła: »Ktośkolwiek, młodzianie,Ciesz się: śmierć z rąk Achilla za sławę ci stanie«.Takiemi dumnie słowy wyrzekł EacydaI natychmiast za głosem pośpieszyła dzida;Lecz chociaż jej rzucenie było nieomylne,Przecie ostrze żelaza zostało bezsilneI o pierś się odbiło. Rzecze Cygnus śmiały:»Synu pięknej bogini! — bo znamy cię z chwały —Nie dziw się, że ja żadnej nie odniosłem rany;

Ten hełm, co końską grzywą widzisz przyodziany,Ta wydrążona tarcza, którą pierś zakrywam,Nie są mi na obronę, za strój ich używam;Z tych samych zwykł powodów Mars przywdziewać zbroję.Choć wszystko zdejmę, przecie rany się nie boję,Bo mało z Nereidy, trza z tego się rodzić,Co i Nerejdom przywykł i morzu przywodzić«.To rzekł i silną dzidę rzucił na Pelida.Miedź i dziewięć skór zbitych wskroś przeszyła dzidaI ledwie o dziesiąty okrąg się oparła;Lecz prawica Achilla z tarczy ją wydarła,Pelid drugi grot cisnął, lecz nie ranił ciała;I trzecia nawet Cygna nie drasnęła strzała,Choć bez zbroi sam prawie śmierci się poddawał.Jak w cyrku na purpury wywieszony kawałLeci buhaj ognisty i rogiem go zdziera,Taka wściekłość rozpala serce bohatera.Patrzy, czyli żelazo tkwiło jeszcze w drzewie;Tkwiło. »Więc już dłoń moja osłabła? — rzekł w gniewie —Takżem się już na jednym z mej siły wyikrzył?Bom ją miał, kiedym się nią drugim dobrze przykrzył,Kiedym mury Lirnessu i Tenedu burzyłI etyońskie Teby w krwi ludu unurzył;Przeze mnie to krwią ziomków Kaik się zrumieniłI dwakroć dumny Telef moją moc ocenił.I tu zwłoki, na brzegu leżące powałem,Świadczą, że dawną siłę dotąd zachowałem«.

Rzekł; jakby jeszcze mało przeszłym czynom wierzył,W Meneta z rodu Lików swój pocisk wymierzył:Zbroję i pierś pod zbroją jeden cios przenika.Gdy padał konający u stóp przeciwnika,Achilles wyrwał dzidę i tak rzekł z zapałem:»Oto grot, oto ręka, którą zwyciężałem.Tych obojga użyję, aby Cygna zgromić;O losie, ty go pozwól, jak innych, poskromić!«To rzekł; wymierza w Cygna: nie chybiło drzewo,Lecz zabrzękło, w łopatkę uderzywszy lewą,I obiło się jakby o mur lub o głazy.W tem miejscu, gdzie uderzył, krwawej dostrzegł zmazy.Lecz daremnie Achilles był uradowany:Znak ten jest z krwi Meneta; Cygnus nie miał rany.Wyskakuje więc z wozu syn Peleja gniewny;Kroku nie cofa młodzian, daru ojca pewny.Miecz Pelidy, co zbroje i tarcze przebijał,Na twardem ciele Cygna kruszył się i zwijał.Wściekł się Achill i tarczą w twarz trzykroć rycerza,Trzonem miecza po trzykroć w samą skroń uderza.Pierzchającego ściga, przeraża, napadaI chwili nie da wytchnąć: już Cygnem strach włada,Już mu ciemność wzrok mroczy i gdy w przerażeniuKroczy wstecz, w polnym spotka zawadę kamieniu.Na nim to Cygna na wznak Achilles obalaI całym swym ogromem na ziemi przywala;Pierś tarczą i twardemi przytłacza kolany,Zdziera rzemień od hełmu, pod brodą związany,

Nim silnie dławi gardło i oddech zamyka.Już chce zwyciężonego łupić przeciwnika,Lecz zbroja spada sama: pan morza zamieniaSyna w białego ptaka, nie tknąwszy imienia.