Dzień Trzeci
Translated from Spanish by Edward Porębowicz
Alkad z Zalamei
O niech nigdy nie zaświtaMoim oczom piękny dzień,Niechaj się zasnują w cień,Niech się w nich mój wstyd nie czyta.Ty niepoliczonych gwiazdJuż blednąca płocha wiosno,Niechaj zorze nie wyrosnąNa twéj lazurowéj łące,Nie zrumienią twéj bladościRzewne raz, a raz płaczące;A gdy mają wejść koniecznie,To niech wejdą raczéj łzami.I ty między planetamiKrólu, bogdajś został wiecznie,Przetrwał choćby jeszcze chwilęW twéj chłodnej, morskiéj mogile.Niechaj dzisiaj noc swych cieniDrżące państwo rozprzestrzeni,Niech o bóstwie jéj powiedzą,Że z wolą i samowiedząChodzi, a nie po niewoli. —Dzień! — I pocóż zajaśnieje?Chyba aby przejrzeć dziejeOkrucieństwa i niedoli,
Dzieje wstrętne, dzieje smutne,Dzieje, co na pomstę ludziChce niebo, by się pisały.Niebo! — I ono okrutne!Ja proszę i głos mój budziEcha w boru... proszę słońca,By wstrzymało się godzinęI już twarz spostrzegam ze złota,Jak ponad gór rąbki sineWstaje. O biedna ja, biedna,Niewysłuchana istota,Pokrzywdzona, powstydzona...Duch mi w nędznem ciele kona,Grób się otwiera bezedna,I chłonie mię — półumarłą.Na moje niewinną cześćNiebo gniewy swe wywarło.Gdzie iść, dokąd ręce wznieść?— Ośmiela li się do domuPowieść mię stopy zbłąkane!Dom mój z mego spłonie sromu,Bo jakże przed ojcem stanę,Który nie znał większéj dumy,Jak spoglądać na klejnotyMego honoru i cnoty,A dzisiaj, o biada mi, biada,Taką szczerbę w nich wybada!— Z miłości dlań i szacunkuW ucieczce szukać ratunku?...Powiedzą o nieobecnej,Żem spólniczką sprawy niecnej.Obmowie wrota otworzę,Niewinność wydam zjadliwym.Zlękła, nieradna, — mój Boże,Źle widzę, — o, źle zrobiłam,Że przed bratém uskoczyłam,Gdy w napadzie popędliwymGniewu zabić chciał, ujrzawszyStan mój od tych wrzosów łzawszyRośnych... Żawołam, usłyszyPóki jeszcze zemstą dyszy,Zabije. —Juanie, Juanie!
— Echo samo odpowiada...
Co to?
Ach, kto śmierć mi zada,Będzie litośnym zabójcą.Bo jest to łaska okrutna,Oszczędzać życie nędzarza.
Co to za jęk, co przeraża?Co to za mowa tak smutna,Niezrozumiała zdaleka?
Dobij, jeżeli człowiekaImię nosisz!...
Nieba, nieba,Więc i tému śmierci trzeba,Więc jeszcze jeden nieszczęsny,Któremu jest męką życie.
— Ha, przebóg co za odkrycie!
Jeśli należysz do ludziTy, którego trwożny krokPo tych górach echo budzi,Chodź, zabij!... Ha, czy mi wzrokBłędny wyprawia tumany?
Do dębu za obie ręceNielitośnie przywiązany...
Jak z łaskawych nieb ściągniętaPrzybywa na me wołanie...
Ojciec własny!
Córko moja!
Tak, to ja, ojcze i panie.
Widzę-ż cię śród téj tortury?Choć przetnij sznur, co mię pęta.
Och, nie, nie! Jeśli pozwolęRękom, aby rozerwałyTe kaleczące cię sznury,Już usta nie będą śmiałyWydać ci moje niedolęW całéj przeokropnéj treści;Bo jeśli raz się obaczyszZ dłonią wolną, lecz bez cześci,Już cierpliwym być nie raczyszI zabijesz, a ja muszęWprzód otworzyć ci mą duszę.
Zamilcz, — nie mów, co się stało;Istnieją takie nieszczęścia,Że nie potrzeba powiadać,Aby się je zrozumiało.
Nie; chcę wszystko wyspowiadać,Niech twój pośród opowieściCałą grozę duch wysłyszy,I twoja duma się wzdrygnie,I rychléj zemstą zadyszy,Niż dopowiem.Już to wiesz,Jak wczoraj wieczór przed chatą,Kiedym się czuła bogatąBezpieczeństwem od wszech ciosówW cieniu twoich siwych włosów,Zamaskowani zbrodniarzeNauczeni, że przed gwałtémPadają honoru straże,Porwali mię, jak porywaWilk owcę, co choć lękliwa,Przecież pod runem macierzyTaka zaufana leży!...— Ów kapitan, ów niewdzięcznyGość, co od pierwszéj minuty,
W sposób zdradziecki i zręcznyWprowadzał nikczemnie w czynSpisek na mą cześć uknuty,Uniósł mię, gdy towarzysze,Zaprzedani mu urwisze,Plec mu bronili w ucieczce.Śród tych gór po krętéj steczce,Bieżał w las i drzew gęstwinę,Która jest zbrodni świątynią.— Patrz, nawet i góry czyniąZ siebie bezprawia kaplice!..Tutaj w omdleniu dwa razyZamknęły się me źrenice;Świat się dokoła uciszyłI już mi nie towarzyszyłNawet twój głos, bo wyrazyPoroznoszone na wietrze,Stawały się coraz bledszeI bledsze, tak, że co przedtémByło dosłyszalną mową,Rozwiewało się echowo,Potrącając liści rąbki;Niby jak po dźwięku trąbki,Skoro muzyk się oddali,Słychać już tylko wspomnienieIdące po wiatru fali.— W téj zaechowéj ustroniWidząc, że nikt go nie goni,Widząc, że nic mię nie broni,— Bo nawet księżyc u góry,Wszedł za obojętne chmury...Niech przekleństwo będzie témuOd słońca pożyczanemuŚwiatłu — o biedna ja, biedna! —Zdrajca sądząc, że przejedna,Zaczął pochlebnem udaniemTłómaczyć swój gwałt kochaniem,Tak; ileż się widzi razy,W pieszczotę zmienione obrazy!Przeklęty człowiek, przeklętyCzłowiek, co chce przemódz wstrętySiłą, serce zdobyć gwałtém,Bo próżne żądania rości:
Trofea zwycięstw miłościNie w wykradzionych ryczałtemRozkoszach, lecz w tém skłonieniuIstoty, któréj zachciałoSerce; bo kochać zelżonąKobietę i obrażoną,Jest to kochać martwe ciało.— Jakie prośby i zaklęciaTo wyniośle, to z dziecięciaPokorą rwały się ze mnie!Wszystkie daremnie, daremnie...Bo (tu głos mi się zalęknie) —On wzgardliwy — (pierś mi pęknie);Zuchwały — (siły omdleją) —Bezecny — (oczy zgoreją), —Okrutny — (oddech się zdławi), —Zwycięski — (duch się zakrwawiRozdartém wzlatując łonem)... —— Czego ci głosem wzruszonymNie powiem, mój widok wyda:Twarz mi rumieni ohyda,Oburzenia płyną łzy,Z rozpaczy wyprężam ręce,Z wściekłości cała się skręcę...Ha! — gdy z słowy się mozolę,Z tych giestów czytaj mą dolę.............Dość rzec, że śród takich skarg,I podczas, gdy z bladych wargSzły ku niebiosom wołaniaZemsty już, nie ratowania,Zróżowił się biały wschód;A w téj saméj chwili śródKrzaków usłyszawszy szmer,Zalękła obracam głowę,I widzę — nieszczęście nowe...Widzę — powiadam — Juana.Boże, komuż przyszła w poręPomoc bardziéj pożądana!On spojrzał i w oka mgnieniu,W poranka niepewnym cieniu,Poznał mię przecie — z mą szkodą.— Nieszczęścia to bystre rysie,
Wskroś aż do ducha przebodą. —Nie rzekł słowa, ścisnął pięścieI dobył téj saméj stali,Którąś my mu przypasaliTak niedawno!... Więc kapitanPojąwszy, że za skrzywdzonąUjąć się rycerskość każe,— Rycerskość, co nie szła w parzeZ szlachetnością, — porwał swoję;Skrzyżowało się szpad dwoje;A ja widząc, że się wszczynałTaki o mnie zacny bój,Zawahana, zalękniona,Że jeszcze nie wie brat mój,Czym winna, czyli skrzywdzona,Drżąc przed usprawiedliwianiem,Gdyby we mnie widział winę,W poplątanych krzów gęstwinęUciekłam; lecz przystanąwszyPrzez koronkowe wiszaryBluszczów niby z za kotaryPatrzyłam, w sobie zebrana,Na to, przed czem zbiegłam właśnie.— Juan zranił kapitana;Ten padł... Juan w swym obcesieZ jakąś złością nieczłowieczą,Chciał dobić, gdy w tém żołnierzSzukający swego w lesieWodza, przybiegli z odsieczą.Stanął im śmiało, lecz skoroSpostrzegł się, że jest ich czworo,Uszedł; tamci nie ścigali,Ratując naprzód rannego,Któremu na sznur korali —Krople krwi nizały się z łona,Wziąwszy ostrożnie w ramiona,Nieśli do wsi, bez uwagi,Że narażą na zniewagi....— Nie wiedząc jak radzić złemuKtóre zewsząd zagrażało,Myśleli radzić większemu.A ja patrząc z lęku skrzepłaNa to wszystko i wpadając
Z trwóg strasznych w straszniejsze trwogi,Zbłąkana, z płaczu oślepła,Przez góry i przez rozłogi,Bez światła i bez kierunku,Sama przed sobą pobladłaBiegłam szukając ratunku,Ażem tu do cię przypadła.— Oto moich krzywd opowieść;Jeśli pragniesz dumy dowieść,Ośmiel przeciw memu łonuGniewem zdjęty i obraząTwą odwagę i żelazo.— Oto ja spragniona skonuWłasnemi zrywam rękomaTe krępujące cię sznury,
Może się z nich przyda któryNa moje nieszczęsną szyję —Ja-m twa córka, tyś bez cześciI wolny. Po méj powieściWahasz się? Zabij! Świat powie,Że zadałeś córce śmierć,By dać życie honorowi.
Dziecię me, córko kochana,Podnieś się, ranisz kolana.Gdyby nie słały nam losyPod nogi cierni niedoli,Jakże zwałyby się ciosy,Czem byłoby to, co boli?Dla ludzi boleść stworzona,Toż się ją musi odwagąPieczętować w głębi łona.Izabello, chodźmy stąd.Przedwszystkiem trzeba mieć wzglądNa chłopca; po takiéj sprawieJestém o niego w obawie.Musim, gdzie jest, się dowiedziećI złe następstwa uprzedzić,Chowając go w miejsce pewne.
Och, dla mnie przeniosą tyle,Och, lepiej-by mi w mogile!...
Chodź.
Przebóg, jeśli ta ranaPrzymusiła kapitanaWrócić nanowo do wioski,To myślę, że z łaski boskiéjWypadło-by dlań poradniéjRaczéj umrzeć z rany owej,Niż czekać godziny zapadniéjZ innéj, którą ja mu zadam.O, bo ja mu zapowiadam,Że zabiję... Chodźmy, dziecię,Chodźmy już do chaty.
Panie,Zasłużyłem dziękowanieI poczesne.
Cóż, pisarzu?
Wczoraj nasza wiejska radaWybrała was na alkada,To znaczy wójta i sędzię.Dwie sprawy zaraz dzierżycie:Pierwszą jest króla przybycie,Który jeszcze dziś tu będzieAlbo jutro, jak sam głosi,W drugiéj także się zanosiNa rozgłos: oto dziś zranaPrzynieśli do wsi żołnierzeZranionego kapitana,Co stał tutaj na kwaterze.
Leczą go tam u balwierza;Kto go ranił, wyznać nie chce,Lecz gdy się sprawcę wybada,Pomyśl — zranienie żołnierza!...Sprawa się święci nielada.
Więc gdy mi w sercu wezbranemWre szał bólu i mściwości,Czci méj czyni mię tyranemTa laska sprawiedliwości?...Jakże dziś sam prawo zdradzę,Gdy mi właśnie dano władzęPiętnowania prawa zdrajców.Ha, zwolna; spraw tych nie możnaDotykać, jeno z ostrożna.
— Chcę pozdrowić panów rajcówZa niezasłużoną laskę;Wielki zaszczyt na mnie zlali.
Chodźcie więc do radnéj saliOdebrać alkada laskęI z świadków spisać zeznania.
Pójdźmy. — Idź, dziecię, do domu.
Z tobą wolę; pełna-m sromu.
Córko, masz w ojcu alkada.Sprawiedliwość z nami włada.
Skoro taka błaha rana,Pocóż przyszliśmy z powrotémDo téj wsi?
Któż wiedział o tém,
Zanim była przewiązana?Przyzna kapitan i powie,Teraz, kiedy poszło ładnie,Że nie było to poradnie,Z niedbalstwa narażać zdrowie.Gardząc lekarską pomocą,Mogłeś zemdleć w krwi upływie.
Skoro poszło tak szczęśliwieDłużéj tu zostawać po co?Uchodźmy, bo wieś się zwali,Zaledwie o nas posłyszy.Masz gotowych towarzyszy?
Tak.
Ucieczka nas ocaliPrzed chłopstwem pewnie rozżartémZa owe sprawę szkaradną.Czujesz: jeśli tutaj wpadną,To poturbują nie żartém.
Od sądu zbrojni przed drzwiami.
Zbyt im widzę wyrok pilny.Cóż ma do mnie sąd cywilny?
Alkad chce pomówić z wami —
Nie mogło zdarzyć się lepiej;Będę pod bezpieczną strażą,I chłopi mi się nie ważąPojawić tu swoich ślepi.Z karku mi nie spadnie głowa,Alkadowie nie poradzą;Pod sąd wojenny mię dadzą,
A choć to sprawa gardłowaDaleka przecież infamji.
Chłop się poskarżył widocznie.
Bezwątpienia; — lecz cóż pocznie?
Stańcie tu straże przed drzwiami;Nie przepuszczać mi żołnierza,Który jest w izbie, i czekać,A gdyby zechciał uciekać,Pal w łeb.
Do czego to zmierza?Kto śmie wchodzić tu tak śmiele?
Hm, Crespo!...
Czemuż to nie mamWejść? Sprawiedliwość, jak mniemam,Przywilejów dzierży wiele.
Sprawiedliwość świeża wasza,Ledwo od dnia wczorajszego;A zaś ze mną nic wspólnegoNie ma, ani mię przestrasza.
Niesłuszny waszéj miłościGniew; przychodzę w pewnéj sprawie,Któréj zechcecie łaskawieWysłuchać na osobności.
Odejdźcie stąd, towarzysze!
I wy odejdźcie w podsienie;
Na żołnierzy dać baczenie,Aby tu nie wpadli.
Słyszę.
Skoro już dzierżący władzęDałem tutaj głos powadzeSprawiedliwości i możeWstręty budzę jako sędziaNa większą wolność orędziaMego tę laskę odłożęI człowiek zwyczajny znowuSmutnemu dam folgę słowu.
— Kiedy już tak don AlvaroPrzeciw sobie stoim sami,Mówmy z otwartością całą,Ażeby się żadną miarąPo-za milczenia wrotamiChytre słowo nie chowało.Żal wzajemny uspokójmy:Ja jestém człowiek uczciwy,I gdyby mi urodzenieWybrać przyszło, jak Bóg żywyNie znalazłbym w sobie ujmy,Za któréj przeobrażenieStan-bym swój odmienić chciał.Przychylność i uważanieMam, wieś cała za mną stanie,Obywatele i rada.Zamożności Bóg udzielaZ pracy mojej; toż się szczycę,Że nie ma na okoliceBogatszego właściciela.Córkę moje wychowałem— Sioło to biorę na świadka —W ciszy, zacności, rozsądku,Cnocie, — taką była matka,Niech jéj Bóg nie wzbrania nieba! —I czegóż więcéj potrzebaDo szczęścia, gdy się posiadaMienie, gdy ci nikt nie gada:
Żyj skromnie i nikt nie zajrzy,Zwłaszcza w takiem małem siele,Gdzie się cudze wady piele,Tak ochoczo jak nic w świecieA Bóg-by dał, powiem, panie,By się pełło je w sekrecie! —Że nie brakło jéj urodyWasze miłosne zachodyPoświadczą — ach, smutne dziejeNie dziw, że łzami obleję.Tu, panie, nieszczęście moje...Źle, że się trucizną poję;Nie chylmy téj czaszy do dna,Zostawmy nieco odwadze.Tak jest; zbierzmy duszy władzeI naraz nie wybuchajmyNieszczęściem, ale też dajmy,Dajmy czas jego naprawie.Że wielkie, wiesz; — w méj niesławieSzczerze chciałbym je przydusić,Lecz się hamuję daremnie.Na żyw Bóg! gdybym je zmusićZdołał, by zostało we mnie,Tutajbym ja nie przychodził,Lecz je z żalem mym pogodził,Zdał część — jak mówię — odwadze.— Więc takiéj krzywdzie dotkliwéjPoszukiwać sprawiedliwéjOdpłaty, leku zniewadzeNie zemstą jest, a lekarstwem.Nad tą zadumań odpłatą,Myślę i uważam na to,Aby wam nie było źle,A nam niegorzej; — rzec chcę:Bierzcie mój majątek, panie,I mój i mojego syna,Którego do stóp wam zwlekę,Gdyż jest wielka jego wina.Niech dla niego z całéj schedyNie zostanie marovedi,Niech skazani na żebranieU obcych szukamy chleba.A jeżeli więcéj trzeba,
I niedość takiego wiana,W poddaństwo mnie i JuanaZaprzedaj, — tylko wróć cześć,Wróć cześć, któréjś jéj pozbawił.— Nie sądzę, byś się niesławił,Czyniąc tak; bo jeśli dzieciTwoje ta fatalność splami,Że będą memi wnukami,To krew w żyłach nosząc podłąUzacnią, co je zeszpeci,Mając, panie, ojca w tobie.Mówi przysłowie w Kastylji,Że rumak uzacnia siodło.— Patrzaj, oto na kolanaPadam, a twarz ma zalanaŁzami do stóp twych się chyli,Chyli się ma biała głowa,A pierś widząc śnieg i wodę,Myśli, że to piorunowa.Włos mój roztopiła moc.— O co proszę? O honor proszę,Któryś w jedne zabrał noc.Ktoby widział, jak oń błagam,Jak wypraszam go u ciebie,Gotówby pomyśleć łacno,Że nie swego się domagam.Uważ, że mógłbym w potrzebiePrawem zdobyć cześć nią zacną...Nie, — czekam na zmiłowanie.
Cierpliwości mi nie stanie!Nudna, chociaż siwowłosaPłaczko, winieneś mi dzięki,Żem dotąd nie podniósł rękiNa cię i twego młokosa,Żem dotąd zuchwałych słówNie zadławił ci w gardzieli,Dziękuj pięknéj Izabeli.Jeśli i ty życzysz znówMścić się szpadą, ręka staraNa straszną coś nie zakrawa;A chcesz uciec się do prawa,Jurysdykcyi twéj tu wara.
Więc cię starca płacz nie wzruszy?
Jak nie wzruszy mię, niestety,Dziecka płacz albo kobiety.
Tyle próśb, tyle katuszyI żalu, łaski ni cienia!
Jakiéj łaski? — Już nudzicie.Nie dość, że daruję życie?
Patrz, tu pełen upodleniaKlęczę, — cześć mi powróć moję.
Nie nudź!
Pogrożę z kolei:Sędzią jestém Zalamei.
Pod jurysdykcyą nie stojęWaszą, ni sobą obarczę;Stoję pod władzą wojskową.
To twoje ostatnie słowo?
Ależ tak, nieznośny starcze!
Nie ma rady?
Jak dla kogo.Wam milczeć najlepsza droga.
To wszystko?
Tak.
Ha! Na BogaKlnę się, zapłacisz mi drogo.
Hola!
Słucham waszmość pana.
Co myśli to chłopstwo wraże?
Jestém; wasza miłość każe...
Aresztować kapitana.
Precz mi! Co to wszystko znaczy?Nadto sobie wasze hula.Kapitana? W służbie króla?Zasię wam!
To się obaczy,Trupem lub spięty w kajdanyWyjdziesz stąd.
Ha, obaczycie,Żem wolny i że mam życie.
A ja-m Alkad malowany?— Do więzienia i strzedz w celi.
Przeciw sile nie poradzę,Ale dziś król o zniewadzeDowie się; — byście wiedzieli!
I o mojéj też się dowie;A ponieważ już w sąsiedztwieJest podobno, pozna w śledztwie,Czyjéj miecz się pisał głowie.Zdaj szpadę.
Przy mnie zostanie.
Więźniom zostawiać pałasze?
Z respektém traktuj mię wasze.
Rozumie się, jasny panie.Z respektém pod pachy bierzcie,Prowadźcie do kazamaty,Gdzie najgrubsze w oknach kraty;W kajdanki ręce ubierzcieI łańcuszek i pilnujcieZ respektém, aby się zatémNie zwąchał z którym kamratém.Tamtych podobnie okujcie,Każdego do innéj skrytkiZamknąwszy, gdyż wszystko trojeSąd, — jak się niestety boję —Z respektém weźmie na spytki;A jeżeli się wykrzesze,Że mieli ze sobą związki,Każdego u innéj gałązkiZ całym respektém — powieszę.
Ha! Chłopstwo, które ma władzę.
Przedstawiam wam, panie, jeńców,Tych schwyconych dziś młodzieńców,Ale dwu tylko prowadzę:Trzeci uciekł.
A, niecnota!Znam go; — to śpiewak kapeli.Raz rzemyczkiem po gardzieli,Nie zaśpiewa za żywota.
Cóż to grzesznego — śpiewanie?
Wszelka sztuka przy niém gaśnie;Mamy też instrument właśnie,Co wydelikaca krtanie.Masz teraz sposobność: śpiewaj!
Co?
Nocny rapt kapitana.
Córce twéj rzecz lepiéj znana.
Krnąbrnyś; koła się spodziewaj.
Rebolledo mój, nieboże,Nie wypuszczaj mi z ust pary.Jeśli cię poślą na mary,Śpiewkę o tobie ułożę.
Przejdźmy teraz do drugiegoGrajka: — Słuchamy piosenki.
Mnie nie wolno brać na męki.
Nie wolno, a to dlaczego?
Żadne prawa mię nie mogąŻadną miarą skazać na nie.
Ha, czemu?
Bo jestém w stanie...Jestém, widzisz, w stanie błogo-Sławionym.
Ha, bezwstydnicyNawet nie wstyd w téj sromocie.Paziem byłaś przy piechocie?
Nie tyle, co przy konnicy.
Wyznacie ty i twa żonkaSprawki.
Wszystko już powiemy:Co wiemy, czego nie wiemy,— Boć lepsze to od postronka.
Język uchowa obojeOd męczarni.
Jeśli tak,— Rodziłam się w śpiewny znakI zaraz gardziołek stroję.
Zachcieli mi łamać gnaty.
Zachcieli mię łapać w szczypce.
Co robicie?
Stroim skrzypceNa te waścine kantaty.
Od momentu, kiedym zadałZbrodniarzowi ranę w lesie,Ale potém widząc, że sięNie utrzymam, bo napadałNa mnie huf, zbiegłem bez sromu,Po górach, po boru całymGonię, siostry nie spotkałem.Przychodzę wreszcie do domuNie bez hazardu, albowiemSąd nie mając serc na względzieMężobójcę ścigać będzie
We mnie; ojcu rzecz opowiem,Co mi poradzi, obaczę,Co zrobi dla ocaleniaNaszéj cześci, życia, mienia.
Kuzynko, zawsze te płacze?Serce nosić takie smętne,To nie żyć, — to śmierć wciąż stwarzać.
Ineso, mamże powtarzać\Tobie, że mi życie wstrętne?
Powiem, by się chciał postarać...— Co? Ona? Duszy méj kacie,Zabiję!
Kuzynie!
Bracie,Co chcesz uczynić?
Ukarać,Ześ na hazard wystawiłaDziś mój honor i me życie.
Stój.
Niech ci śmierć na pokrycieHańby służy i mogiła.
Co to?
ZadośćuczynienieI to jeszcze małe zbytZa zdradę, bezcześć i wstyd.
Dość, dość. Zuchwałe zachcenieWracać po takim uczynku.
Co słyszę? Zmysł mi się mroczy!
Przychodzić władzy przed oczyPoraniwszy w pojedynkuCzłowieka kędyś tam w boru.
Ojcze, jeżelim zawinił,Zważ przecie, że com uczynił,Czyniłem mszcząc się honoru.
Dość, Juanie. — Wziąć mołojcaI zamknąć także.
To, panie,Twego syna traktowanie?
Nie syna, — własnego ojcaTraktowałbym w równéj mierze.
Musi tak być; ta udanaSrogość ocali Juana,Świat zaś w tém jeno dostrzeżeSprawiedliwości.
Chcę rzec,Czemu utopiwszy ostrze
W piersi zdrajcy, równie siostrzeBiegłem z duszy hańbę zwlec.
Już wiem, lecz takie świadectwoNie ważne; to się wybadaPrzed trybunałem alkadaI jako formalne śledztwo.Tymczasem zaś, zanim zwołamSąd i winy się wykażą,Muszę trzymać cię pod strażą.
Wszak go uniewinnić zdołam.
Mało taki sąd popłaca,Gdy krzywo i bezzasadnieBronisz, kto ci honor kradnie,A karcisz, kto ci go wraca.
Dziecię, poświadczyć wypada— Patrz, to ojciec cię ośmiela —Skargę na uwodziciela.
Wyznać — ha! — co za szkarada!...Przed czém włos ze zgrozy stajeNa głowie, głośno powtórzyć?Gdy niema ku zemście służyć —Błagam, pozwól niech zataję.
Nie, bo skoro me błaganieNie pomogło, by za żonęWziąwszy mienie nam skradzioneWrócił, w ten sposób się stanie.
Ineso, laskę mi podaj.Kiedy nie mogłem z godnościąZatrzeć sprawy łagodnością,Zatrę krwią.
A bodaj cię, bodaj!
Słyszę u wrót jakieś gwary.
Czy nowego gościa mamy?— Co widzę? Witamy, witamy!
Tak jest, to ja sam, mój stary,Prawie już z połowy drogiZawrócony tu do wioski,Gdzie pono jakiś łotroskiBunt porwał wszystkich na nogi.Nie chcę indziéj stawać dworem,Jeno w téj serdecznéj chacie.
Bóg zapłać, takim splendoremŻe mię zawsze zaszczycacie.
Wasz syn dotąd gdzie przebywa?Nie zjawił się.
Wnet opowiemCzemu; niech naprzód się dowiem,Jaka to gwiazda szczęśliwa...— Lub zła raczej — was tu niesie,Bo na pogrzeb.
Chrysta rany!O śmiałości niesłychanej,Że w nią ledwo wierzyć chce się,Słyszę tu; wybryk mospanie,Jakich w dziejach się nie czyta.— Sierżant mię na drodze chwytaI powiada... słów nie stanie,Wściekłość mię porywa dzika,A wiesz, żem jest w gniewie wierny.
Cóż to?
Alkadzik mizerny
Kapitana mi zamyka!Klnę się Bogu i nie grzeszę:Nie bolała mię do ranaTa ekskomunikowanaNoga, aż teraz, gdy śpieszęI nie mogę przyjść dość wcześnie,Ażeby go — na siarczysteGromy, ratuj Jezu Chryste!..Sromotnie i przebezcześnieKij mi zbić!
To wielka biedaI niewcześnie tu istotniePrzychodzicie, bo sromotnieAlkad kijmi zbić się nie da.
Da się, czyli chce, czy nie chce.
Ha, kto dożyje, — obaczy;Lecz licho się tému znaczy,Kto was taką radą łechce.Dlaczego go więzi — wiecie?
Nie, lecz na tém nie zależy;Żołnierz pod moję należyJurysdykcyą, a ja przecieUmiem także ścinać głowy,Gdy trzeba.
To bardzo ładnie.Wasza miłość niedokładnieWie, co to alkad wioskowy?
Chłop! Jakąż ma inną cnotę?
Chłop, lecz panuje niezgorzej.Kiedy sobie raz ułoży,Że zada komu garrotę,To zada.
Do stu gardzieliSpiżowych, — nie!.. Bog mi świadkiem;A gdybyście wy przypadkiem,Co powiadam, sprawdzić chcieli,Gadajcie, gdzie jego dom?
Dom jego tutaj w sąsiedztwie.
Biegnę — ha! w mojém kalectwie!Jak się zwie, na jasny grom?
Crespo.
Przeczucie szeptało,Że on.
On, na ciemne piekło.
Więc Crespo, — słowo się rzekło.
Więc don Lope, — złe się stało.
Po więźnia tutaj przychodzęI rozumu was nauczę.
Jeszcze trzymam w ręku klucze;— Więzień mi nabroił srodze.
Wiesz, że nie wolno nikomuPrócz mnie — sądzić wojskowego?
Wiesz, ile tu zrządził złego?Że mi córkę porwał z domu?
Wiesz, podobną sprawę że sięWinno było do mnie wnieść?
Wiesz ty, że jéj wydarł cześćNocą gwałt zadawszy w lesie?
Wiesz, ile ty i twa lichaWładza niższe są ode mnie?
Wiesz, żem mu rękę daremniePodawał? że ją odpycha?
A czy wiesz ty, żeś bez prawaW jurysdykcyę wszedł nie swoję?
On wszedł w dobrą sławę moję,A jegoż to moja sława?
Satysfakcyę ja wymogę,Jeśli istotnie zawinił.
Nie proszę, by za mnie czyniłKtoś, co sam uczynić mogę.
Więźnia — tu — na wszystkie biesy!Muszę mieć, gdy się uwziąłem.
A ja proces rozpocząłem.
Proces? Co to procesy?
Proces — jest to plik papieru,Gdzie zebrane są ze śledztwaIndagacye i świadectwa.
Pójdę ja sam do karceru.
Można, ale strzeż się guza:Dałem rozkaz mojéj straży:Kto zbyt blizko się poważy,Przywitać go z arkebuza.
Ciekawym też waszych kul,Mój alkadzie, posmakować.
Nie chcę się awanturować:Niedaleko ciągnie Król...
Hola!
Czyja noga chyża,
Biegać mi do armii przedniéj,Co stała we wsi sąsiedniéj,A teraz się w marszu zbliża,I kazać, niechaj tu śle miDo wioski eskadron cały,Z ponabijanemi działy,I z lonty zapalonemi.
Nie potrzeba tego zgoła;Całe wojsko zemstą dyszy,O więzieniu towarzyszyUsłyszawszy i do siołaWeszło już.
Na piorun z nieba!Ujrzym, kto się upokorzy.
Na piorun, — wypełnię skorzéj,Co mi wypełnić potrzeba.
Oto jest buda drewniana,Gdzie wam więżą kapitana,Jeśli go wam nie wydadzą,Puścić dom z dymem i sadzą;A jeśli wieś się postawi,I wieś.
Choć nam tu wyprawiPogorzele — nie wydamy!
Umierajcie zbójcy, chamy!
Umierajmy — i cóż dalej?
Widocznie sukurs dostali.
Łamać okna, łamać bramy,Łamać ściany!...
Co to jest?Takie króla powitanie?
To jest, najjaśniejszy panie,Chłopska śmiałość niesłychana;A wasza królewska mośćChwilką gdyby tu przybyłaPóźniej, wieś-by wystąpiłaCała illuminowana.
Co było?
Alkad tutejszyAresztował kapitana,I mimo nakaz surowyZ mojéj strony — wydać nie chce.
Mówcie, kto jest alkad owy?
Ja.
Co podasz na obronę?
Protokół, gdzie dowiedzioneWedług zeznań świadków winy,A podlegające karzeGardła, jako: Rapt dziewczyny,I po zniesławieniu w jarze,Satysfakcyi odmówienieMimo, że mu ojciec dawał,Wraz z jéj ręką całe mienie.
Ojcem jéj jest alkad sam.
Na rezultat to nie wpływa;Wszak gdyby się skarżył obcy,Rzecz konieczna i godziwaI jemu wymierzyć słuszność.Skąd więc na mnie ta zajuszność,Żem dla córki méj uczynił,Co uczyniłbym dla innéj?Owszem; tému, ktoby winił,Żem dla swoich był uczynny,Powiem jedno to, żem synaRównie aresztować kazałZa to, że się człeczą zmazałKrwią; osądźcie, czylim stronny!— Ha, nie tak: Dowiedz mi który,Że jest nieformalne śledztwo,Żem gdzieś fałszywe świadectwoPrzyjął; albo wykaż, że sięMieści jaki fałsz w procesie,— A wtedy zadajcie śmierć.
Nie głupie rozumowanie;Ale pomału, pomału.Do innego trybunałuWyroku egzekwowanieNależy; nim go ogłoszę,Więźnia zaraz wydać proszę.
Wydać go — królu — rzecz trudna;Jako, że gmina nieludna,Jedyną tylko posiadaInstancyę, wyrok zapada,Kat czeka.. toż kapitanaKaźń już egzekutowana.
Co mówisz?
Gdy nie wierzycie,Obróćcie oczy w tę stronęA obaczycie skazańca.
Zuchwały czyn — na me życie.
Rzekliście i prawda święta,Że wyrok z prawami zgodny,Więc nie będzie karygodny.
Mogła i władza wojskowaWykonać go.
Ani słowa.Lecz sprawiedliwość twa całaMa jedno, a nie dwa ciała;Jeżeli zaś uzbrojona,— Królu mój — w mnogie ramiona,Czyliż z celem się rozmija,Że jedną ręką zabija,Zamiast, iżby zabić drugą?Mały błąd wiele nie nada,Gdy salwowana zasada.
Sprawa niepowetowana.Ale jako kapitanaI szlachcica rzecz godziwaByła ściąć.
Niech was nie gniewa.Ponieważ szlachta tutejszaPełna jest cnót i estymy,Kat, którego tu żywimy,Wyćwiczyć się nie miał na kim.Zresztą formalności brakiem,Obrażony czuć się możeJeno zmarły; a dopókiOn protestu nie założy,Niech nas krzywda ta nie trwoży.
Don Lope, skończona sprawa,I drobnostek się nie bada,Gdy salwowana zasada.Teraz niech do podwieczerzaNie zostanie tu żołnierza;Do Portugalu nam czas,
Niech wojsko rusza. — Zaś wasOd dzisiejszego mianujęDnia dożywotnim alkadem.
Panie mój, jesteś przykłademKrólom, jak szanować prawo.
No, niebiosom złóżcie modły,Że króla w porę przywiodły.
Dalibóg, gdyby był chybił,Cobym począł — już nie widzę.
Patrz stary! Gdybyś był wybiłZ głowy upór, ze mną w lidzeUratowałbyś dziewczynęI swego pomścił honoru.
Córka pójdzie do klasztoru,Gdzie najświętszy z oblubieńcówZiemskich dostojeństw, nie baczy.
Więc wydaj mi resztę jeńców.
Panie, spełniam waszę wolę.
Brakuje waszmości syna.Żołnierz jest, należy do mnieI więzić go nie pozwolę.
Gienerale, jego winaWinna też być ukarana.On to ranił w pojedynkuStraconego kapitana.Choć karygodność uczynkuTa okoliczność tłómaczy,Że mścił się za honor siostry,Mógł uczynić to inaczéj.
Dobrze, dobrze, już go sprowadź,Pedro Crespo.
Oto jest.
Panie, pozwól mi do stópTwych upaść i podziękować.
Uroczysty czynię ślubŚpiew zarzucić — niech mię smażą.
Ja zaś śpiewać, ile razyRuszt gorący mi pokażą.
Czém szczęśliwie kończy autorTę wiarogodną historyę:Liczne błędy jéj wybaczcie.