Czarnoksiężnik — całość
Translated from Spanish by Stanisław Budziński
Cypryan. Pośród kwiatów, w drzew gęstwinieW wdzięcznych gajów tych obszarze,Milej każda chwila płynie,Niźli w miejskim życia gwarze;
W księdze znajdę towarzysza.W Antyochii wielkie święto,Uroczysty dzień Jowisza:Do świątyni niosą, nowéjJego posąg marmurowy.Ot już obrzęd rozpoczęto,Na ulicach hałas, wrzawa,Lud weselem się napawa.Ale za tém ja nie gonię,Do samotni téj się schronięW drzew i krzewów labiryncie;Lecz wy idźcie, nie omińcieSposobności do zabawy;A gdy słońca okrąg krwawyW głębi morskich fal zatonie, —Co okryte chmury nocą,Jak grób srebrny zamigocą,W którym złote spoczną zwłoki, —To zwracajcie wasze krokiW to najdroższe mi ustronie.Moskon. Jakto? kiedy lud się cieszy,Gdy do grodu każdy spieszy,By podziwiać społem zblizkaTe obrzędy, widowiska,Pełne blasku i potęgi;Ciebie razi to wesele,Chcesz sam zostać z twemi księgi?Klaryn (do Cypryana). Światłe zdanie twoje dzielę.Te pochody uroczyste,Tańce, śpiewy, te orszaki,To dzieciństwo oczywiste.Moskon (do Klaryna). Człek, karmiony zawsze szpaki,Nie wypowie to, co czuje,Tylko zawsze potakuje.Klaryn. To mi człowiek co się zowie!Fałsz zarzucać śmié mi w oczy;Bądźże grzecznym choć troszeczkę.Cypryan. No porzućcie już mędrcowieTę odwieczną waszą sprzeczkę;Dalej! A gdy noc otoczyŚwiat w osłony swojéj cienie,Powracajcie w to schronienie.Moskon (do Klaryna). Kto na uczty skargi szerzy,Nie wiem czy mu iść należy.
Klaryn. Lecz kto radą, drugich raczy,Postępować zwykł inaczej.Moskon. Ach! do Libii gdyby grotem,Gdyby ptaka lecieć lotem!
Klaryn. Libio moja! ty jedyna!Kiedyż przyjdzie ta godzina,Gdy mą będziesz kochaneczką,Mą pieszczotką, mą Libieczką?
Cypryan (sam). Sam tu jestem; więc w tej chwiliGdy duch władze swe wysili,Choć żadnego klucza niéma,To zadanie może zbada,Które duszą moją włada,W zawieszeniu ciągłém trzyma,Odkąd w księdze PliniuszowéjTajemnemi czytam słowyTego Boga określenie,W którym wszystkie tajemniceMają swoje zjednoczenie:Ach! czyż wątek jaki schwycę?
Djabeł (wchodzi w bogatém ubraniu).
Nadaremne twe badanie,Próżno szukać chcesz Cypryanie,Co przed tobą moc ma skrywa.Cypryan. To głos jakiś się odzywa!Kto tu idzie?Djabeł. (stając przed Cypryanem). Jam wędrowiec,Co w gęstwiny téj manowiecOd poranku zabłąkany,Aż mój piękny koń bułanyPadł bezsilny, martwy prawie,Tam się pasie na murawie,Która jak płaszcz szmaragdowyStroi wzgórza i parowy.
Do Antyochii w ważnej sprawieDążę, a czas próżno trawię,Gdyż troskami sfrasowanyNie dostrzegłem, że dworzanyZostawili mię samego;I ot pośród wzgórza krążę,Myśląc, że do celu dążę.Cypryan. Nie pojmuję, wyznam szczerze:Te wysokie widzisz wieże,Co w obłoki szczytem biegą?Więc podobnaż z drogi zboczyć,Gdy je wszędzie można zoczyć?Pierwsza lepsza droga w borze,Czyto prosta, czyto kręta,Poprowadzić w miasto może.Djabeł. Tak z ciemnotą gdy nadęta:Chociaż w świetle wiedzy gości,Zawsze ślepa przy mądrości.Ale to rzecz niewłaściwa:Gdy zdaleka kto przybywa,Wejść do miasta pośród mrokuI na każdym błądzić kroku;Więc zostanę tu do ranka,A tymczasem pogadanka.Twoja postać, twe ubranie,To w samotni ksiąg czytanie,Tak to wszystko mi dowodzi,Żeś głęboko jest uczony:Wielcem z tego ucieszony,Bo nauka mię obchodzi;Takich ludzi z serca cenię.Przyjm więc moje uwielbienie.
Cypryan. Więc nauki także badasz?Djabeł. Nie, jednakże jestem w stanieDać o wszystkiém moje zdanie.Cypryan. Ale głównie co posiadasz?Djabeł. Wszystkie w świecie znam nauki.Cypryan. Któż dokaże takiéj sztuki?Nawet życia nam za mało,Żeby jednę znać gruntownie;A ty mówisz to tak śmiało,Żeś bez pracy i bez truduPosiadł wszystkie.Djabeł. Nieodzownie,Bo ja mieszkam w państwie takiem,Gdzie bez pracy wszystko wiedzą.
Cypryan. Gdybym mógł być twym rodakiem!To kraj szczęścia, to kraj cudu.Tu, im dłużéj czego śledzą,Tém się stają ciemniejszemi.Djabeł. A że baśni ci nie prawię,To ci powiem, że o sławieZamyślałem professoraPierwszéj w kraju akademii;Nie jednegom promotoraZnalazł między najmędrszemi.Inny palmę wziął pierwszeństwa;Ale przecież są zwycięztwa,Co cześć czynią zwyciężonym.O czém jesteś zamyślonym?I Bo ja z góry jestem w stanieZwalczać każde twoje zdanie,Choćby było najprawdziwsze.Cypryan. Ach! to chwile najszczęśliwsze,Gdy z kim mogę wieść rozprawy;Oto pojąć jam ciekawyJedno miejsce u Pliniusza,Co mię gnębi, niepokoi,Do rozpaczy prawie zmusza,Wydrze siłę myśli mojej:Czémże jest ten bóg nieznany?Djabeł. Ot masz miejsce to bez zmiany:Bóg najlepszym, wszechmogącym,Wszechobecnym, wszechwiedzącym.Cypryan. Tak jest.Djabeł. W czémże trudność leży?Cypryan. W tego Boga nikt nie wierzy,Bo takiego Boga niéma;Wszak pierwszeństwo Jowisz trzymaPośród licznej bogów zgrai:On najlepszym? Wszak ułomneJego życie: dość gdy wspomnęLos Europy i Danai.Gdzie najwyższe dobro gości,Gdzie działanie boskie, święte,Czyż to w płomień namiętnościZiemskiéj może być objęte?Djabeł. Lecz to wszystko ludu baśnie,W które mędrcy świeccy właśnieChcieli mądrość swą ustroić,
Cypryan. Możeż mnie to zaspokoić?Wszak cześć, urok niezbadanyNas od bogów mają dzielić,By nikt nie mógł się ośmielićNa nich nawet się użalać,Lub zarzutem hołd ich skalać.Jeśli dobrem bóg prawdziwémCzemuż w gniewie tak żarliwym.Między sobą walczą bogi?Czemu różne ich są drogi?Czyż się nieraz nie wydarza,Że u różnych bóstw ołtarzaDwóm wyrocznia wrogom powié,Że zwyciężą? I wodzowieBiegną, śmiało gdzie cześć wzywa;A wtém jeden z nich przegrywa.Otóż powiedz, przyjacielu:Do jednego mogąż celuSprzeczne wole doprowadzić?Jeśli jedna sprawiedliwa,To już druga niegodziwa.Więc gdy bogi walkę wiodą,Rozdzieleni tą, niezgodą,Jasny wniosek ztąd wypływa:Śród nich dobro nie przebywa.Djabeł. Choć się człowiek nieraz biedzi,Tych wyroczni odpowiedziNie odgadnie, nie oceni;Bo przed okiem śmiertelnikaCel przeznaczeń się ukrywa:Nieraz tym, co zwyciężeni,Pomyślniejszą jest przegrana,Niźli cześć dla przeciwnika.Cypryan. Na cóż mylna obietnicaZwyciężonym była dana,Gdy wszechmocna bóstw źrenicaNaprzód widzi kto bój wygra?Więc bóg słowem swojém igra?Djabeł. Lecz wyrocznie nie chcą zwodzić,Tylko w każdym zapał rodzić.Cypryan. Na to przecież są geniusze,Które śród nas się przechodzą,Co do złego wiodą duszę,Lub w niéj zacne chęci rodzą;Z wiary o nich dowód płynie,Że duch z śmiercią nie zaginie.
Więc niech bóstwo przez nie wpływa,Na namiętność, myśl człowieka,A do fałszu nie ucieka;Bo fałsz to rzecz niegodziwa.Djabeł. Sprzeczność w rzeczy takiéj małéjBóstw jedności nie wyklucza;Że są w zgodzie doskonałéj,O tém człowiek nas poucza,Człowiek istny cud stworzenia.Cypryan. Więc Bóg, który go utworzył,Snadź już innych wpierw ukorzył;Bo inaczéj mocby mieliJego dzieło uniweczyćW każdej chwili. A jeżeliJedni drugim mogą przeczyć,Równi siłą, różni w chęci,Któryż drugich przezwycięży?Djabeł. Kto w fałszywe argumentaZgubnie swoją myśl opęta,Ten rozsądku nie przynęciI daremnie czas zmitręży,Temu niéma odpowiedzi;Ale jakież dalsze wnioski?Cypryan. Bóg jest jeden, wszechmogący;On najlepszy, wszechwiedzący,Bez początku i bez końca,Stwórca świata, gwiazd i słońca,Nieomylny, sprawiedliwy,I najwyższy i prawdziwy;A choć wieloosobowy,W swéj istocie jeden zawdy.
Djabeł (z goryczą). Mądrość mówi twemi słowy;Trudno jawnéj przeczyć prawdy.Cypryan. To ci przykro.Djabeł. Ha! cóż robić,Gdy się tobie dałem pobić,Ja com w rozum mój tak wierzył,Żem się nieraz z mędrcy mierzył.Choć odpowiedź mam gotową,Nie chcę walczyć już na nowo,Bo tam widzę ludzi w dali;Więc poproszę, by wskazaliGdzie do miasta jest najbliżéj;A więc żegnaj.
Cypryan. Idź w pokoju.Djabeł (na stronie). Tyś twą mądrość wzniósł najwyźéj,Więc cię w innym zwalczę boju:Już nie weźmiesz ksiąg do ręki,Gdy przywabią ciebie wdzięki;I Justynę w sidła schwycę,Na raz zemsty dwie nasycę.
Cypryan (sam). To człek dziwny, przybył w porę.Nic méj myśli tu nie kłóci;Więc raz jeśzcze rzecz rozbioręZanim służba ma powróci.
Lelius. Tu zostańmy; tylko skałyI te ciemne drzew gęstwiny,W które promień się nie wkradnie,Będą na nasz bój patrzały.Florus. Tak, z nas jeden trupem padnie!Już dość słów, a teraz czyny!Lelius. W ciszy niemy język staliNiech przemawia! A więc daléj!
Cypryan. Co to znaczy Leliu, Florze?Otom pośród was bezbronny!Lelius. Cypryan! tyś tu, o téj porze!Nie kłóć zemsty méj dozgonnéj.Florus. Jak duch leśny niespodzianieZkąd się wziąłeś tu Cypryanie?
Moskon (wchodząc do Klaryna).Spieszmy! pan nasz napadnięty.Klaryn. A mnie na co bój zawzięty?Mnie mój żywot bardzo drogi;Więc ja sobie dalej w nogi!Moskon i Klaryn (do Cypryana). Panie!Cypryan. Idźcie! ani słowa!
Jakto? wielcy przyjaciele,Którzy miasta są ozdobą,Całą sławą i nadzieją,Teraz na śmierć walczą z sobą;Zamiast wielkie spełniać cele,Może wzajem krew przeleją!Lelius. Cześć dla ciebie miecz powstrzyma,Lecz do pochwy go nie włoży.To nie z księgą teraz sprawa:Pojedynku inne prawa;Gdy dwóch szlachty gniew rozsroży,Zjednoczenia środka niéma:Jedna tylko śmierć ich zbrata.Florus. Tak, to prawda; więc co mamyPróżno zwłóczyć? Nie kładź tamy,Porzuć rady twe, Cypryanie,Bo to tylko czasu strata.Cypryan. Wy sądzicie, żem nie w staniePojedynku pojąć prawa;I mnie rodu mego sławaObowiązek poznać wkłada:Co jest hańbą, co zaszczytem.A choć dziś mną żądza władaZbadać to, co nie odkrytem,Ma odwaga nie usnęła,I jam gotów jest do dzieła;Czyliż księga raz z orężemBratnią dłonią się sprzymierzy?Jeśli zacnym ten jest mężem,Co wyzwany na bój bieży,To was hańba nie dosięże;Więc do pochew te oręże!Lecz powiedzcie, zkąd was dzieli
Taka zawiść, złość zawzięta;A przyrzekam, że jeżeliWalka wasza słusznie wszczętaDla obrazy jakiej zmycia,To nie mieszam się już wcale:Nie żałować wtedy życia,I natychmiast się oddalę.Lelius. Myśmy oba rozkochani:Najpiękniejsza pośród miastaOwładnęła nas niewiasta;Więc o życie walczym dla niéj:Innej na to nie ma rady,Bo czyż można wejść w układy?Florus. Nie chcę nawet, by zuchwałoSłońce na nią? spoglądało;A więc nie ma tu sposobu:Jakeś przyrzekł, zostaw obu.Cypryan. Zaczekajcie, jeszcze jedno:Możnaż szał w niej tak rozżarzyć,O zwycięztwie żeby marzyć?Lelius. Przy niéj wszystkie cnoty bledną;A napróżno Flor zazdrościSłońcu jego zuchwałości;Bo czyż słońce się odważyTej cudownej przyjrzéć twarzy?Cypryan. Chciałbyś pojąć ją za żonę?Florus. To najszczersze me żądanie.Cypryan. (do Leliusa). I ty?Lelius. Wierzaj miWtedy byłoby ziszczoneNajgorętsze me pragnienie;Choć ubogie jest jéj mienie,Cnota stanie jej za wiano,Wraz z pięknością niezrównaną.Cypryan. Gdy ją oba pojąć chcecie,To powiedzcie, jak możecieJej bez zmazy kalać sławę?Cóż świat powie, gdy to krwaweZajście mordem się zakończy,A zabójca z nią się złączy?Nie chcę wcale, byście razemO jéj rękę się starali;Tę myśl niecną, któż pochwali?Kto rzecz taką puszcza płazem,
Ten swéj hańby nie dostrzeże;Lecz powiedzcie tylko szczerze,Kogo ona z was przekłada?Lelius. Dość już tego! to mi rada!Iść i pytać, kto pozyskaJej przychylność, to rzecz niska!Jeszcze żądać, żeby rzekłaKomu pragnie oddać rękę!Mnie wybierze, — cierpię mękę:Bo mię zazdrość zgnębi wściekła,Że Flor kochać się ośmielaTę, co miłość mą podziela.A jeżeli on szczęśliwszy,Doznam męki jeszcze żywszéj.Więc być może rozstrzygnionaTylko mieczem nasza sprawa:Dla jednego czci obrona,Dla drugiego zemsta krwawa!Florus. Słuszne wtedy twoje zdanie,Gdy kobieta jest wietrznica,Rzuca wnet co ją zachwyca,W ciągłej uczuć żyje zmianie.Jam szedł śmiało na bój krwawy,Dobyliśmy oba miecze:,Możem przestać bez niesławy,Bo rzecz tylko się odwlecze.Cypryan na przeszkodzie staje,Więc do ojca się udaje.Lelius. W części jestem przekonany;Do jéj ojca téż pospieszę.
Cypryan. Ja się bardzo z tego cieszę.Gdy cześć waszéj ukochanéjTaka czysta i bez zmazy,To być może, że jej skazyŻadnej przez to nie zadacie,Że się razem ubiegacie;Lecz powiedzcie, kto jest ona,Gdyż być musi uprzedzonaNim z nią ojciec mówić będzie;Mam stosunki w mieście wszędzie,Więc wam będę pośrednikiem.Lelius. Słusznie mówisz.Florus. To Justyna!Cypryan. Słabe wasze są pochwały,One wątłym są promykiem,
Co przedstawia świetność słońca;Niech nią pyszni się kraina:Bo jéj piękność czarująca,Cnoty budzą hołd wspaniały.Więc już idę ją odwiedzić,O wyborze się dowiedzieć.Florus. O niebiosa! na mą stronęSkłońcie serce niewzruszone!
Lelius. W niepewności aż truchleję!Zwieńcz miłości me nadzieje!
Cypryan. Nieba! dajcie wsparcie temu,Co zapobiedz pragnie złemu!
Moskon. Czy słyszałeś co się dzieje?Cypryan poszedł do Justyny.Klaryn. Mnie to wcale nie obchodzi,Ani ziębi, ani grzeje.Moskon. Nic nie mówię bez przyczyny:Niechaj wasze tam nie chodzi.Klaryn. A to czemu?Moskon. Bo usychaDla Libieczki serce moje,I gorąco tego żąda:Niechaj do niéj nikt nie wzdycha,Niech nań słońce nie spogląda.Klaryn. Ja tam o to tak nie stoję,Żeby bić się dla miłości.Moskon. Chwalę zdanie jegomości,Pójdźmy, niechaj nam objawi:Kto ją nudzi, kto z nas bawi.Klaryn. Nie wiem o co się założę,Że na koszu ja zostanę!Moskon. Czemuż dajesz za wygranę?Któż to z góry zgadnąć może?Klaryn. Bo te panny wyuczone,Zawsze łotrów biorą stronę!
Justyna. Smutek serce me przygniata,Żem bezbożność tę widziała,Gdy kraina prawie całaJakby Bogu, panu świata,Na ołtarzu wieńce splata;Posągowi, co ze spiżuRęka ludzka utoczyła;W tém jest chyba piekieł siła,Bo prawdziwy Bóg na krzyżuCześć tajemną ma w pobliżu.Lizander. Pomnij, żeś ty chrześcianka.Czyżbyś Boga chrześcian czciła,Gdybyś łez twych nie roniłaDo wieczoru od poranka,Że twa wiara jak wygnankaDzisiaj tak jest znieważoną.Justyna. Tak, ja chcę być ciebie godną,A nie córką twą wyrodną,Niech te żale mnie pochłoną!Lizander. Czemuś nie jest mą rodzoną?Tém się jedném zawsze smucę,Żeś nie moją jest Justyno!O nieszczęsna ma godzino!Cóżem wyrzekł? Już nie wrócę!Pocóż spokój biednej kłócę?Justyna. Co ty mówisz? Powiedz, panie.Lizander. Strach tak przejął serce moje,Że się w siebie spojrzéć boję.Justyna. Nieraz słysząc to wyznanie,Byłam trwożna niesłychanie;Pytać o tom się nie śmiała:Ale teraz, pełna trwogiBłagam powiedz, panie drogi,Jak sierotą jam się stała,Bo spokojubym nie miała.Lizander. Dotąd kryłem tajemnicęTwego życia, urodzenia;Lecz się z czasem wszystko zmienia:Ty wyrosłaś na dziewicę,
Rozum krasi twoje lice;Ja do ziemi już się chylę,I podpory w kiju szukam,Do wrót grobu niby pukam.Policzone moje chwile;Przemilczałem czasu tyle,Ale dłużej się nie godzi:Obowiązekbym mój złamał.I napróżno tobie kłamał.Justyna. Smutek w duszy mej się rodzi,I dreszcz trwogi mię przechodzi!Lizander. Więc ci powiem tajemnicę:Jam Lizander, prócz imienia,Nie słyszałaś o mnie wcale.
Ja pojmuję, że twe liceTak jest pełne podziwienia.Słuchaj: ten gród, co wspanialeJako hydra siedmiogłowaSiedem wzgórz ku niebu wznosi,I swą wolę światu głosi,Co cezarów jest siedliskiem,Rzym rodzinném mém ogniskiem.Tam mieszkali me rodzice,Choć nie znani i ubodzy,Lecz pamięci mojéj drodzy,Pochodzeniem tém się szczycę:W naszej wierze urodzeni,Cnoty w spadku przekazali.Ich ojcowie umęczeni,Palmę świętą pozyskali,I w tryumfie na dziw luduZakończyli życie trudu.I ja nie chcę ujść zagłady,Obym wstąpić mógł w ich ślady!Kiedym wyrósł na młodziana,W Aleksandrze miała panaRzym stolica chrześciaństwa:Lecz w ukryciu od pogaństwa,Co jak tygrys poi oczy,Gdy męczeńską krew wytoczy.Kościół, matka naszej wiaryZemsty wrogów się nie boi.Daje wiernych na ofiary;Lecz przez wierne swoje stoi,Więc je chroni: bo jeżeliWszyscy razemby zginęli,Gdzieżby znalazł się wybrany,
Coby uczyć szedł pogany,I ogłaszał Boże słowo,Biorąc za to śmierć krzyżową?Papież mię pobłogosławił,I uświęcił na kapłana,I Potém wolę swą objawił:„Oto tobie moc jest dana,W Antyochii żebyś głosiłSłowo Boże w tajemnicyA w potrzebie i śmierć znosiłJako Pańscy męczennicy”Więc stosownie do rozkazuRozpocząłem wędrowanie;Aż wtem oto ujrzę zrazu,Śród pustyni niespodzianieZłote w niebo biegną wieże;Lecz wnet słońce swe przymierzeZ dniem zerwało; w miejsce swojeGwiazd srebrzyste siejąc roje,Jak pochodnie śród ołtarzy,Towarzysze méj ofiary.Gdy tak dążę przez pustynię,Naglem znalazł się w gęstwinie,Gdzie mię niby chmur obszary,Otoczyły nagle nocąLiście za dnia tak zielone.I już gwiazdy nie migocą,I ot serce me strwożone!Tum chciał czekać blasku słońca;Wyobraźnia pałającaTajemnicze swe rozmowyZ samotnością rozpoczęła;A wtém jakby jęk grobowy,Głos z innego niby świata,Niewyraźny mnie dolata,Niby dusza, gdy żałobąZdjęta sama mówi z sobą.Trwoga straszna mię przejęła,Zmysły zbiegły się do ucha;Lecz niczego nie podsłucha:Tylko liściem wiatr kołysze.Znów głos kłóci niemą ciszę;To ostatni jęk boleści,Konający głos niewieści.Cisza; znowu ją przerywaGłos mężczyzny: „Niegodziwa!Coś krew zacną pohańbiła,Lepiéj z ręki méj giń marnie,
Nim nikczemny kat męczarnieTobie z ręki swojej zada!Już godzina twa wybiła!”A niewiasta odpowiada:„Więc jeżeli nie nademną,To się zlituj nad krwią własną!”By przeszkodzić strasznéj winieBiegnę tam, lecz nadaremno:Jeździec w lasu znikł gęstwinie.Słyszę łkania, co wnet gasną,I znów słowa przerywane:„Jam niewinna! przed sąd stanę,Jako dusza chrześciańska;Męczennica jestem Pańska.”Ot niewiastę tę znajduję,Lecz już z śmiercią się mocuje;Spojrzy, rzeknie z wysileniem:„Kiedyś mąk mi zadał tyle,I ostatnią wydrzyj chwilę.”A ja na to: mem pragnieniemJest nieść pomoc ci w niedoli;Może niebo mię przysyła.”— „Dziękić, człeku, dobrej woli!Śmierć za chwilę mię nie minie;Oby litość twa zwróciłaSię ku biednéj téj dziecinie,Co powstanie z méj mogiły:Ból dziedzictwem jego całém!”A wtém nikną już jéj siły,I już kona; wtém ujrzałem....
Libia (do Lizandra).Twój wierzyciel wszedł ze strażą,I do ciebie wieść się każą;Rzekłam, że cię nie ma w domu.
Uchodź tędy po kryjomu.Justyna. I przeszkadzać wtedy muszą,Gdym zawisła całą duszą,U téj strasznej twéj powieści!Ale trudno, uchodź panie:Sąd cię w ręce nie dostanie.
Lizander. Ileż człowiek nie przeboli,Żyjąc w nędzy i niedoli.
Justyna. Słyszę szelest i wołania;Widać idą do mieszkania,Domyślając się fortelu.Libia. Nie, to Cypryan.Justyna. W jakim celu?
Cypryan. Służyć wam jest mem życzeniem;Otóż widząc z przerażeniem,Jak dopiero co w téj chwiliZtąd pachołcy wychodzili,— Zapragnąłem się dowiedzieć,...
Coś mię trwoży i przeraża!
Czy nie możnaby uprzedzić...
Dreszcz przebiega moje żyły!
Złego, które wam zagraża.Obowiązek dla mnie miły...
Krew, to żarzy, to lodnieje,Nieba, co się zemną dzieje!Justyna. Niech was niebo ma w opiece,Żeście dobrzy tak dalece:Przychodzicie zawsze prawieWspierać w każdej trudnej sprawie..Cypryan. Zawsze służyć wam gotowy
Cóż mój język i myśl plącze?Justyna. Ojciec wyszedł.Cypryan. Więc rzecz kończę,I krótkiemi powiem słowy:W odwiedzinach mam cel drugi.
Justyna. A więc jestem na usługi.Cypryan. Zatem słuchaj mej powieści.Ty piękności ziemskiéj wzorze,W tobie, w cudnym swym utworzeBóstwo wdzięki boskie mieści.O! nie zaznaj tej boleści,Która serce moje pali!Z rąk mych spokój twój odbierasz,A mnie za to mój wydzierasz!Któż nademną się użali,Kto z niedoli téj ocali?Lelius, Florus, w tobie szczerzeZwłaszcza pierwszy rozkochani,Dla bogini, dla swej paniPragnąc życie nieść w ofierze,Walczą z sobą jak szermierze;Lecz nadszedłem szczęściem w porę:Dla cię bić się nie dozwalam,I od śmierci ich ocalam;Za to z ręki twéj śmierć biorę!Wszak pospólstwo bardzo skoreDo potwarzy i obmowy:Nie chcąc miejsca dać zgorszeniu,Tu przychodzę w ich imieniu.
Dniu nieszczęsny, dniu grobowy!Parko, przetnij me osnowy!
Więc niech słowo twe rozstrzyga,Ostatecznie niech wyrzeka;Kogo dzisiaj szczęście czeka.
Im nadzieja zdala miga,Mnie los zgubny tylko ściga.
Wybranego śmiertelnikaUwiadomię: niech się cieszy,Niech do ojca twego spieszy!
Mnie nadziei i promyka!Ziemia z pod stóp się umyka!Justyna. Zkądże mówić tak zuchwale.Ciebie jakiś szał poduszcza?Aż przytomność mię opuszcza!
To poselstwo i te żaleNiepotrzebne są tu wcale.
Cypryan. Gdybyś kogo ukochała,Tobym wtedy był zuchwały.Głosząc moich uczcić szały:Lecz tyś dotąd jako skałaFale uczuć odtrącała.Cóż powiedziéć do Leliusza?Justyna. Że zapomnieć mnie już pora.Cypryan. Cóż stanowisz względem Flora?Justyna. Niech mnie kryć się nie przymusza.Cypryan. A mnie?
Z strachu aż drży dusza!Justyna. Twoja miłość zbyt zuchwała.Cypryan. W niej me bóstwo, mój kraj czarów.Justyna. Gdy odmawia ci swych darów,Więc napróżno twa pochwała.Jużem wam odpowiedź dała.
Klaryn. Libio droga!Moskon. Tyś jedyną!Libia. Cóż odemnie znowu chcecie?Klaryn. Tyś najdroższa nam na świecie!Wszak łzy nasze dla cię płyną!Kiedyż nasze troski zginą?My zabijem się dla ciebie.Lecz uniknąć chcąc obmowy,Spór rozstrzygnij dwoma słowy:Kogo wolisz, ten już w niebie,Drugi w żalu się zagrzebie.Libia. Trwoga dręczy mię straszliwa,Nie wiem co się zemną dzieje.Tracę rozum i truchleję!...Myśl mi nowa się odkrywa:Wezmę obu nieszczęśliwa!Klaryn. Cóż to znowu za myśl dzika?Libia. Już ty tylko bądź spokojny.Moskon. Nie unikniem ciągłéj wojny.
Libia. Z ciebie tylko wieczny sprzeka!Moskon. Więc niech powie dobrodziejka.Libia. Co dzień inny mym kochankiem.
Moskon. Dzień dzisiejszy mnie należy.Klaryn. Zgoda na to, jak najszczerzy;Jutro moją jest z porankiem.Moskon. Więc jam dzisiaj jest wybrankiem!Szczęściem dusza moja wzrasta!
Klaryn. (Zatrzymując go) Lecz zapewne znasz mię panie.Moskon. I cóż znaczy to pytanie?Klaryn. Pomnij ledwo brzmi dwunaste,Ona moją.Moskon. Na tém basta!
Lelius (wchodzi).Ledwie ciemna noc złowrogiPłaszcz nad ziemią rozpościera,Biegnę patrzeć na jej progi,Gdzie myśl moja się przedziera;O! bo chociaż głos CypryanaWstrzymał miecz mój dzisiaj zrana,Cóż uczucie me powstrzyma?Dlań hamulca wcale nie ma!Florus. (Wchodzi z przeciwnéj strony).Tu zostanę aż do świtu;Wszędzie smutek mię uciska,Tum jak ptak, gdy śród błękituDo światłości mknie ogniska.O miłości! zwij zaranie,
Odpowiedzi zbliż godzinę!Spiesz się prędzej, spiesz Cypryanie!Ja ożyję, albo zginę.Lelius. Jakiś szelest tutaj słyszę.Florus. To głos jakiś kłóci ciszę.
Lelius. Mnie się zdaje, z jej mieszkaniaNa krużganek ktoś wychodzi.Florus. Tam ktoś stoi! czy wzrok zwodzi,Mgłą urojeń się przesłania?Djabeł. (Do siebie). W ten więc sposób dziś dokażę,Że Justyny cześć spotwarzę.
Lelius. Co ja widzę, nieszczęśliwy?Florus. O rozpaczy! ledwiem żywy!Lelius. Człowiek, czarno przyodziany,Tam się zsuwa koło ściany.Florus. O zazdrości! wstrzymaj męki:Kto on taki, pierw chcę zbadać.Lelius. Muszę wiedziéć, kto te wdzięki,Com postradał, śmie posiadać.
Djabeł. (Do siebie). A więc celu już dopinam:Dziś Justynę potwarz splami,Przytem krwawą walkę wszczynam;Ot już dążą; więc otwierajSię przepaści, rozpościerajMgłę przed obu ich oczyma!
Lelius. Bądź co bądź, ja muszę wiedziećKtoś jest: proszę mi powiedziéć.
Florus. Tyś ciekawy, kto był świadkiemTwej rozkosznej tajemnicy;Mnie ciekawość czcza nie skłaniaDo osoby twej poznania:Muszę wiedzieć, kto ukradkiemStał się panem tej dziewicy,I kto zeszedł z jej krużganku,Gdy tam smutnie bez ustankuPatrzę stojąc śród ulicy.Lelius. A to dobre co się zowie!Chce mi gwałtem zepsuć w głowie,I zuchwale we mnie wmawiaTo, co właśnie on sam sprawia.Lecz na boga, na mą duszę,Kto ty jesteś wiedzieć muszę:Mam przez ciebie wszystko stracić,Musisz życiem to przypłacić.Florus. Mnie twój wybieg nie oślepi:Miłość twoja cię wyjawia.Lelius. Próżno język twój rozprawia:Miecz wyświeci wszystko lepiéj.Florus. A więc dalej do rozprawy!
Lelius. Tak, jam wiedzieć jest ciekawy,Czyjém życiem ona żyje.Florus. Zginę, albo to wykryję!
Cypryan. Powstrzymajcie bój zacięty!Florus. Nic powstrzymać mnie nie możeW moim gniewie.Cypryan. To ty, Florze!Florus. Kiedy miecz jest w dłoń ujęty,To nazwiska nie ukrywam.Cypryan. W twéj obronie miecz dobywam,Godzę na śmierć przeciwnika.Lelius. To mię strachem nie przenika,Owszem jeszcze mniéj się boję.
Cypryan. Lelius?Lelius. To ja!Cypryan. A więc stojęMiędzy wami. Lecz dlaczegoDrugie zajście dnia jednego?Lelius. Już nie będzie tego daléj:Myśmy już się pojednali;Wiem ja teraz co się dzieje,Więc porzucam już nadzieję.A choć ciebiem wprzód zaklinał,Byś był moim pośrednikiem,Proszę, byś już nie wspominał,Ani przed nią, ni przed nikiem,Żem ją kochał, o niej marzył,Miłość w sercu dla niej żarzył:Bo to wszystko nadaremnie:Dziś rzecz cała się odsłania,Flor widuje ją tajemnie;Zszedł przed chwilą z jej mieszkaniaZtąd z krużganku po drabinie.Niechaj miłość ma zaginie!
Florus. Czekaj chwilę.Cypryan. Niechaj idzie!
Drzę i wszystko mam w ohydzie.
Jeśliś zyskał, co on stracił,I chce puścić w zapomnienie;Tobyś złém za dobre płacił,Powiększając mu cierpienie.Florus. To wy oba mię dręczycie!Nie mów o mnie już z Justyną,Z niegodziwą tą dziewczyną,Co splamiła czyste życie.Téj obrazy nie przebaczę,Nad zawodem srogim płaczę,Chociaż innéj nie ma rady,Jak tych uczuć zatrzeć ślady.
Cypryan. Co to znaczy? co ja słyszę?Walcząc o nią tak zaciekli,Nagle obaj się wyrzekli.Niezawodna, że są w błędzie!Lecz nadzieją się kołyszę:Błogi skutek z tego będzie. —Daj świąteczne, Moskon, szaty;Klaryn! pałasz, pióropusze!Miłość lubi co powiewne,Miłość lubi co przezrocze;Ja weselić dziś się muszę.Gdy przywdzieję strój bogaty,Już się księgi nie otoczę;Bo uczucie im nie krewne:Szał uniesień w nas rozwija,Ale wiedzę, myśl zabija.
Cypryan. Myśli moje rozburzone!Dokąd, dokąd mię niesiecie?Zkąd ta śmiałość? czyliż wiecie,Że wybuchy to szalone:Gdy zuchwale jak TytaniAż ku niebu się piętrzycie,A stanąwszy na zeniciePrzepadacie wnet w otchłani?Pocom widział tę Justynę,Cudne lice, ten wzrok szczery,Boską światłość czwartej sfery?Ach przeklinam tę godzinę!Tu dwóch o nią się rozprawia,
Wzajem hańbę jej zarzuca;A ja nie wiem kto zakłóca,Kto z nich serce me rozkrwawia!Rozjuszone furyi żmijeMyśl mą szarpią, jad w nią leją:To rozpaczą, to nadzieją,To zazdrością tylko żyję!I w téj walce, w ciągłej męce,Wszystko inne mi nieznanem,Bo Justyna mym tyranem:Jéj myśl, serce, duszę święcę. —Pójdź Moskonie!Moskon. Słucham panie.Cypryan. Zobacz, czyli Lizandr w domu.Klaryn. Nie, ja pójdę: dziś bez sromuMoskon iść tam nie jest w stanie.Cypryan. Zawsze śmieszne macie spory.Klaryn. Bo się wzajem siebie boim:Dzień dzisiejszy jest dniem moim,On jutrzejszej panem pory.Cypryan. Jeszcze znosić te niesnaski!Nie, już żaden iść nie może,Bo jak słońce na przestworze,Tu Justyna rzuca blaski.
Justyna. Nieszczęśliwam! Biada! biada!Libio! patrz, to Cypryan stoi.Cypryan. (Do siebie). Panem być zazdrości mojéj,Ukryć boleść mi wypada,Zanim rzeczy nie wyjaśnię.Tak, mą miłość jej wypowiem;Zazdrość ciąży mi ołowiem,I na ustach słowo gaśnie.
Nie na próżnom wziął te stroje:Do stóp twoich w nich się chylę.Okaż mi choć łaski tyle,I przyjm korne służby moje:
W tém pociecha moja cała;A któż wierniéj ci usłuży?Więc mi nie daj cierpieć dłużéj,Gdyś mi kochać zakazała.Justyna. Widać, panie, że me słowoWpływu na cię miéć nie może,Kiedy dzisiaj....Cypryan. O, mój Boże!Pragnie dręczyć mię na nowo.Justyna. A więc jakże mam powiedziéć,Że to wszystko nadaremnieChcieć wzajemność wzbudzić we mnie,U drzwi mych na straży siedzieć:Choćbyś czekał dni, miesiące,Choćby lata, całe wieki,Od nadziei bądź daleki:Zawsze miłość twą odtrącę,Bo me serce tak się zbroi.Tak niezłomne moje zdanie,Żem cię kochać nie jest w stanieAż do samej śmierci twojéj.
Cypryan. (Do odchodzącéj Justyny).Już się dusza ma zachwyca,I radością już jaśnieje;Wnet się ziszczą me nadzieje,Niedaleka ich granica:Bo gdy śmierci mej godzinaI Ma rozbudzić duszę twoję,Pocznij dzielić miłość moję,Gdyż mój skon się już poczyna.Klaryn. Gdy mój pan jak trup zmartwiałyLeczy swe miłosne szały,Libio! daj mi uściśnienie.Libia. Pragnąc czyste mieć sumienie,Nie chcę krzywdy dla Moskona:Czy rachuba nie zmylona?Czy do ciebie dziś należy?Jego wtorek, twoja środa...
Klaryn. Niechaj Libia mi zawierzy;Moskon milczy a więc zgoda!Libia. Lecz on może sam jest w błędzie?No, dziś twoje niechże będzie.Klaryn. A więc pójdźże w me objęcie.Libia. (Obejmując go) Obowiązek spełniam święcie.Moskon. Czy królowa, ma władczyniJutro dla mnie to uczyni;Na ramieniu mem zawiśnieI tak szczerze mnie uściśnie?Libia. Żal mi ciebie, mój Moskonie!Lecz wiesz, jestem sprawiedliwa.A więc miłość znów prawdziwaJutro dla cię w mojém łonie.
Moskon. Lecz patrz, gdy my rozprawiamy,Tam z myślami pan się bije;Pójdźmy, to go podsłuchamy.
Cypryan. Gdy się troska w serce wpije,Biada wtedy, nędzne życie!Klaryn. Biada, biada!Moskon. I mnie biada!Nazwę biedy dać wypadaOkolicy naszéj całéj.Cypryan. Więc wy oba tu stoicie!Klaryn. Ja przysięgnę, że tu stałem.Moskon. I ja także.Cypryan. O niedolo!Skończ raz z sercem mem zbolałém,I śmiertelne rzuć weń strzały.Kto w swém życiu tyle zniesie,Szczęsny gdy nić życia rwie się..Takie męki komuż znane?Idźcie, ja tu sam zostanę.
Klaryn. Kiedy nie ma co się uczyć,Pójdźmy trochę się powłóczyć.
Niepojęte myśli ciemnie!Nie zgnębiajcie mię o mary!Bom uwierzyć gotów w czary,Że duch inny wstąpił we mnie.W bałwochwalstwie myśl ma ginie,I duch pychy mię otoczył,Żem dziewicę cudną zoczył,Żem podziwiał mą boginię.A jéj srogość może łudzi,Jednak dreszczem mię przeszywa.Wiem zkąd miłość ma wypływa,Nie wiem kto mą zazdrość budzi;Ale rozpacz rzecz niegodna,Ona hańbą myśli męzkiéj.Zgubą kupię krok zwycięzki,I wychylę czarę do dna,Bo Justynę posiąść muszę:Twéj pomocy, piekło wzywam!Twego wsparcia się spodziewam:Za Justynę oddam duszę.
Djabeł. (W głębi). Ja ją przyjmuję!
Cypryan. Przebóg! co się dzieje!Niebo w téj saméj chwili świeci i ciemnieje;Dzień się mrokiem przyodziewa;Z łona chmur i piorunów, groza się dobywa;Niebo z górą bój toczy, jéj szczyty roztrąca;I jak Etna gorejącaCały widnokrąg rozlał się w promieni morze;Mgłą słońce, żrącą parą powietrzne przestworze!Mądrości! czyż od ciebiem został tak zdaleka,Że myśl moja napróżno te dziwy docieka?Morze wspina swe bałwany,I pędzi ponad chmury jak prąd rozhukany,
Miotąc pianę w powietrzu lekkiemi podmuchy,Co przelata wskróś wiatru jak powiewne puchy.Okręt wichrami miotanySzuka ratunku w fali rozigranej:Już zguba blizką, ale stokroć gorzéj,Kiedy mu port zdradziecki swe wejście otworzy.Te wołania o pomoc, te rozpaczne krzyki,To są śmierci poprzedniki,Która chce się nasycać swych ofiar konaniem;Ten orkan rozpasany jéj pyszném ubraniem,Dla niéj się niebo i ziemia zakłóca.Burza okręt na brzeg rzuca,Oskał rafy go zahacza,I z nowym już żywiołem okręt walkę stacza;Ledwie że uszedł cało z morskich wód przestrzeni,Już piana krwią się ofiar nieszczęsnych rumieni.
Głosy w głębi.Lecimy do dna!Djabeł. (Za sceną). Na drzewa kawale,By spełnić mój zamiar, na brzeg się ocalę.Cypryan. Tylko jeden się z burzy dzikiéj naigrawa,Dobywa się z odmętu; już na brzegu stawa.A zgubny żywioł okręt coraz bardziéj nęka:Maszt złamany, już okręt w kawały rozpęka,Fala go rozpiętrzona w swém łonie pochłania,Unosząc do miękkiego trytonów posłania.Djabeł. (Wchodzi zmoczony, jak gdyby tylko co wyszedł z wody). (Do siebie).Żeby celów dopiąć nowych,Trzeba było go ułudzićI pozornie burzę wzbudzićNa tych polach szafirowych,I w postaci już się jawięInnéj jak mię widział pierwéj,Kiedy zwalczał mię bez przerwy.Teraz lepiéj z nim się sprawię,I sidłami go otoczę,I uchwycę w ich okucieMiłość wiedzy i uczucie!Daléj więc do celu kroczę:
Dobra matko, ziemio miła!Daj opiekę, bądź ochronąPrzeciw fali, co szaloną.Siłą na brzeg mię rzuciła.
Cypryan. Przyjacielu! jasném licemOdtrąć ciężkich prób wspomnienia:Pomnij, że się wszystko zmieniaTo, co żyje pod księżycem.Djabeł. Kto ty jesteś, że pod twojeStopy dziwny los mię rzuca?Cypryan. Dość, że los twój mię zasmuca,Chciéj usługi przyjąć moje:Obym mógł żal twój ukoić!Djabeł. Próżne chęci i żądanie:Nic na świecie nie jest w stanieMojéj duszy ran zagoić.Cypryan. Więc cóż cierpień tych przyczyną?Djabeł. Utraciłem całe mienie;Lecz porzucam złorzeczenie,W niepamięci niech zaginąWszystkie troski, przeszłe życie.Cypryan. Ot już burza się nie sroży,I śród jasnych już przestworzyNiebo błyszczy się w błękicie.Przestrzeń morza kryształowaZ cicha toczy swe bałwanyBez szelestu i bez piany;Snać się wstrząsła mórz osnowaNa to jedno tylko mgnienie,Żeby okręt twój pogrążyć.Powiedz dokąd chciałeś dążyć?Twoje imię, pochodzenie?Djabeł. Ale niczem to rozbicie!Twoje myśli nie dośledzą,Usta me nie wypowiedzą,Co kosztuje mię przybycieTu w tę stronę? Gdyś ciekawy,To posłuchaj całéj sprawy.Skutkiem dziwnych losów woli,Jam żyjącém zjednoczeniemPomyślności i niedoli.Świetném mojém urodzeniem,Mą mądrością, memi czyny,Tak wyniosłem się wysoko,Że król jeden z swéj wyżynyZwrócił na mnie swoje oko;Król potężny, pan nad pany:Bo gdy gniewem owładany
To i mocarz strachem zdjęty!A pyropy, dyamentyNa błękitném skrzą sklepieniuJego gmachu. UlubieńcemBędąc jego, w uniesieniuPychy stałem się szaleńcem;Zamarzyłem o koronie,Chcąc na jego zasiąść tronie.Straszna kara mię dotknęła.Owładnięty dzikim szałemWiny mojéj nie uznałem;O! bo skrucha mię nie zdjęła:Wolę ducha moc zbrodnicząNiż uległość niewolniczą.A znalazłszy poplecznikówW tłumie jego domowników,Wiedzion głosem zemsty srogiéj,Sieję mordy i pożogi.Ten głos mię wśród morza pędziOd krawędzi do krawędzi.Łąką morza purpurowąPopłynąłem na okręcie,Zeby znaleźć miejsce owo,Gdzie człek jeden dał mi słowo:Bo chcę żądać dotrzymania.Burza okręt tu zagania.I pogrąża w wód odmęcie.Choć na morzu rozhukanémMogłem łatwo stać się panemWszystkich wiatrów, sług EolaI zamienić na wietrzyki,Mojéj myśli niewolniki;Lecz nie chciałem, bo ma wolaWcale inne ma zamiary.
Tu myśl jego już ujętaW mojéj magii chytre pęta.
Gdy nie wierzysz w moje czary,To w téj chwili blask przesłonię;Słońce w mroku wnet utonie.A gniew straszny zwykł mną władać!Jam śmierć sobie gotów zadać;Ale nie miéj żadnéj trwogi.Ja znam wszystko i gwiazd drogi,Wszystko co chcę zrobić zdołam:Ot w téj chwili, gdy zawołam,
Ten szczyt, który się tak srodzeKryje czarnych gęstwin mrokiem.Takim wdziękiem rozpogodzę,Że zabłyśnie przed twém okiemJak przecudne gór ustronie,Choć zostanie w drzew koronie.Oto padam na kolanaI pomocy twojéj wzywam,Choć nie próżno się spodziewam,Że ma mądrość niezrównanaWszystkie twoje spełni żądze,Że w twe serce radość wleję,Gdy nademną tak boleje;A gdy mówię to nie błądzę.
W jego miłość tu uderzam!
Jam ci wdzięczen nad pojęcieZa serdeczne to przyjęcie.I nic odtąd mię od ciebieNie oderwie, nie odtrąci:Ani żadne losu zmiany,Ni ciąg wieków nie zbadany,Ni wpływ tych gwiazd, co na niebieŻycia znaczą nam wyroki,Nic przyjaźni téj nie zmąci;Odtąd zgodne nasze kroki.To, com wyrzekł nic nie znaczyPrzy tém, co wzrok twój zobaczy,Gdy się cała rzecz dokona,Jak w méj myśli nakreślona.Cypryan. Więc błogosławię burzy, że się wszczęłaI twe mienie pochłonęła,Ciebie samego na ten brzeg rzuciwszy;Bo tu doznasz odemnie przyjaźni najbliższéj,Jeżeli tylko raczysz pozostać w gościnie:Tak, pragnę ci mą przyjaźń dowieść w każdym czynie.Więc bądź mym gościem, baw tu jak najdłużéj,Bo tu ci wszystko na rozkazy służy:Niechaj ci słodko te chwile przebiegą.Djabeł. A więc uznajesz mię już za twojego?Cypryan. (Obejmując go). Niech ten uścisk obustronnyBędzie pieczęcią przyjaźni dozgonnéj.
Oh! gdyby tylko to dopiąć się dało,Żeby on swoją magię przelał we mnie całą;
I miłość moją wspierając, ta sztukaNiosłaby ulgę sercu, jakiéj próżno szuka;I możebym owładnął mych męczarń przyczynę,Co mię wprawia w szaleństwo, i dla któréj ginę!O wzdycham do tego święta!Djabeł. (Na stronie).Już miłość z żądzą wiedzy ujęły go w pęta.
Klaryn. (Do Cypryana). Czy żyjesz jeszcze panie?Moskon. Ach! jakiś ty grzeczny!Wszakże widzisz, że żyję; jakżeś niedorzeczny!Klaryn. Użyłem tego zwrotu zwykłego wymowyNa dowód, że w tém cudu widzę tajemnicę,Że mimo grad piorunów, mimo błyskawicę,I włos mu jeden nawet nie spadł z głowy.Moskon. I ciągle podziw zdejmuje cię taki,Że przyjść do siebie nie możesz w téj chwili.Cypryan. (Do djabła). Moi służący!
Pocoście wrócili?Moskon. Bo ci się chcemy dać znowu we znaki.Djabeł. To mi weseli!Cypryan. Tego im niebraknie,A głupstwa robić, to każdy znich łaknie.Moskon. (Do Cypryana). Kto to jest taki, powiedz mi pan szczerze.Cypryan. To mój gość miły, niech cię strach nie bierze.Klaryn. Na cóż wieść gości w zacisze domowe?Cypryan. Ocenić jego, to nad twoją głowę.Klaryn. Pan weźmiesz po nim spadek?Moskon. Co też ten człek prawi?Nie tak prędko, jak myślisz: on tu z rok zabawi.Klaryn. I zkądże ty to wnosisz?
Moskon. Gdy kto niespodzianieW gościnę przyjdzie, dymu po nim nie zostanie;A ten...Klaryn. No, mówże!Moskon. Wiele dymu pozostawi.Cypryan. (Do djabła). Pójdź, mój gościu miłyWypocząć, byś zwątlone mógł odzyskać siły.Djabeł. Spełniam chętnię twą wolę.Cypryan. Chcę ci spokój wrócić.
Djabeł. (do siebie). A ja cię w niwecz obrócić!Już cię mam, już nad tobą poczynam panować:Teraz zgubę Justyny muszę przygotować.
Klaryn. Zdaje mi się, że wulkan gdzieś wybuchł ognisty,I rozlał po powietrzu ten wyziew siarczysty.Moskon. Ale to czuć od gościa.Klaryn. A ja wiem przyczynę,Moskon. Cóż takiego?Klaryn. On biedak ma tak lichą minę,Że wszystko mi się zdaje, iż on jest parszywy;Więc siarką się smaruje.Moskon. Oj ty, niegodziwy!
Fabiusz. Znów namiętność tu cię nęci.Lelius. Gdziem utracił życie, duszę,Tam odzyskać znów je muszę:O miłości, spełń me chęci!Fabiusz. Przed Justyny znowuś domem?Lelius. Bo uczucie me wybucha.Drugich chętniéj ona słucha,
Pośród nocy z wielkim sromem;A więc powiedz, cóż to znaczy,Że w dzień wylać chcę me żale?I niepomny na nic wcalePójdę niech się wytłumaczy;A ty sobie odejdź, stary!Pójdę, hańbę jéj wyrzucę;Może bezwstyd jéj ukrócę:Niecofnione me zamiary!
Justyna. (Zwracając głowę ku domowi). Libio......
Kogóż ja tu widzę?Lelius. To ja.Justyna. Cóżto? Zkąd u panaTaka śmiałość niespodziana?Lelius. Moja miłość mnie w ohydzie,Zazdrość serce me rozdzieraI nadzieję mą zabija;Więc gdy miłość ma przemija,Cześć dla ciebie z nią zamiera.Justyna. Cóż zuchwałość w tobie budzi,Że śmiesz....Lelius. Wściekłość mię owłada!Justyna. Wchodzić....Lelius. Gniew, szał mię posiada.Justyna. Gardząc wzgląd na sądy ludzi...Lelius. O! ty już dbać nie masz o co.Justyna. A me imię, moja sława?Lelius. Powiedz temu, który stawaNa krużganku twoim nocą;Znam twe sprawki każdéj chwili:Nie zadziwia mię odprawa,Bo przeszkodą nie twa sława,Tylko, że ci z innym miléj.
Justyna. Wstrzymaj język twój złośliwy,Czemu srodze chcesz się bawić,I cześć moją tak plugawić?Roisz sobie same dziwy,By mi robić zarzut sromu;Dla niesłusznéj twéj urazy,W czystém życiu szukasz zmazy.Co? mężczyzna był w mym domu?Tu pod nocy wszedł zasłoną?Lelius. Tak jest.Justyna. I wszedł po krużganku?Lelius. To mię gnębi bez ustanku.Justyna. Czci! ty dla mnie bądź obroną!
Djabeł. (Do siebie). Teraz moją złość wyzionę,I ustronie to spokojne,Nieskalane, bogobojne,Strasznie będzie splugawione:W tym młodzianie szał rozniecę,Oczom jego się ukażę;A gdy wściekłość w nim rozżarzę,Wtedy nagle precz odlecę.
Justyna. (Niewidząc djabła, do Leliusa).Więc ty chyba chcesz mię zabić?Lelius. (Z gwałtowném wzruszeniem).O! nie, chcę tu skonać, zginąć!Justyna. Cóż tak mogło na cię wpłynąć.Lelius. Bo nie zdołam już osłabićMych podejrzeń odtąd niczem:Twą obłudę teraz widzę,Z twéj mniemanéj cnoty szydzę;Teraz, ot przed mém obliczemPostać mi się okazałaTego, który jest szczęśliwszy:Cofnął się, mnie zobaczywszy.Justyna. Wyobraźnia wybujała,Myślą, okiem twém owładła.
Lelius. Nic mię teraz nie powstrzyma.Justyna. Przed twojemi więc oczymaI dzień tworzy te widziadła?Lelius. Ha! zobaczę to złudzenie.Justyna. A więc zobacz, ja nie bronię:Może śród dnia cześć uchronię,Co wziąść chciały nocy cienie.
Lizander. Pójdź, Justyno.Justyna. (Na stronie). Nieszczęśliwa!Gdy Leliusza on zobaczy,Cóż pomyśli, co to znaczy?Lizander. Serce z bólu się rozrywa!Ty bądź mojém pocieszeniem.Justyna. Czemu mówisz z takiém drżeniem?Lizander. Dłużéj cierpieć nie wytrzymam:Już ni łez, ni skargi nie mam.
Lelius. (Wracając z domu Lizandra: do siebie).Teraz wierzę: w wyobraźniZazdrość senne kształty roi,Tylko próżno trwoży, drażni:Bom nie znalazł śród pokoiTego człeka, co na jawieTutaj stanął, przy mnie prawie:Wszakże nie miał wyjść którędy.Justyna. (Zcicha do Lizandra).Tu mój ojciec, niechodź tędy.Lelius. Czekam aż on się oddali,Bo już zazdrość mię nie pali.
Justyna. (Do Lizandra). Czemu płaczesz, coś tak smutny?
Lizander. Słuchaj: serce me się krwawi;W krwi niewinnéj wróg się pławi,I nas czeka los okrutny:Przyszedł rozkaz od Decyusza,By ni jedna żywa duszaNie została z wiernych grona.Justyna. (Na stronie). O, mój Boże! jam zgubiona!Ojciec życiem to przypłaci;Bo tak jawnie ubolewaNad uciskiem swoich braci:A tu ani się spodziewa,Że syn rządcy wszystko słyszy:Gdyby chociaż mówił ciszéj!Lizander. Otóż, moje drogie dziecię...Justyna. Jeśli to cię gnębi tyle,To odpocznij choć na chwilę.Lizander. O nie! gdy mig smutek gniecie,To lżej, kiedy mówię z tobą.Justyna. Ojcze: litość miéj nad sobą.I oszczędzaj wiek sędziwy.Lizander. Jakto? gdy chcę ci wyjawić,Co mię mogło w rozpacz wprawić;Kiedy mówię pełen trwogi,Jaki zapadł wyrok srogiW oném mieście siedmiu wzgórzy,Krwią nad Tybrem wypisany,Rumieniący jego wody:Nie chesz słuchać, to cię nurzy.Nie tak dawniéj.... Oj! wiek młodyJakże skłonny jest do zmiany!Justyna. Tak to zawsze, pośród świataZ czasem wszystko się przemienia.Lelius. (Do siebie). Co też mają do mówienia?Głos urwany mię dolata.
Florus. Kto trawiony od zazdrości,W czyjém sercu piekło gości:Niech obłudy drze zasłonę!Wszystkie względy odrzucone....
Lecz jéj ojciec!.... czyż być może?Więc na inny raz odłożę.Lizander. Kto przestąpił moje progi?Florus. (Do siebie). Losie, losie mój złowrogi!Ha! cóż robić, trudna rada!Jakiś pozór dać wypada.
To ja.Lizander. Czego żądasz, Florze?Florus. Mówić z tobą w ważnéj sprawie.Justyna. (Na stronie). Zlituj się, o wielki Boże!Ciężkie moje położenie.Lizander. (Do Flora). Mów, czy jakie masz zlecenie?Florus. (Na stronie). Jak z téj biedy się wybawię?Lelius. (W głębi do siebie). Florus w domu jéj przebywa!I swobodny jak u siebie.To nie sen, to już prawdziwa!Lizander. (Do Flora). Bladość lice twe pokrywa;Cóż tak nagle wzrusza ciebie?Florus. Niechaj to cię nie przeraża,Tylko przyjmij moje rady:Wróg tajemny ci zagraża,A więc strzeż się jego zdrady,Bo on czyha na twe życie:Więcéj już się nie dowiecie.Lizander. (Na stronie). Widać jemu jest wiadomo,Żem wyznawcą świętéj wiary;Więc ostrzega mię kryjomo,Jakie rządca ma zamiary.
Powiedz wszystko, i cóż daléj?
Libia. (Do Lizandra) Rządca kraju jest u bramy,I na ciebie oczekuje.Florus. (Do Lizandra). Jeszcze będziem rozmawiali;Czekam.Lizander. Szczerze ci dziękuję,Bo dość jeszcze mówić mamy.
Florus. (Do Justyny). O ty! czysta i cnotliwa,Którą zgrozą aż przeszywaI wietrzyka słodkie wianie,Gdy twe łono tchnieniem pieści,Powiedz, czemu to udanie?Czemu klucz do twojéj cześci,Czemu wejście w twe ustronieŚmiałaś w obce oddać dłonie?Justyna. Wstrzymaj złości twojéj razyTam, gdzie słońce nawet samoNie znalazło żadnéj skazy.Florus. Tyś, skażona wieczną plamą,Do twéj cnoty przystęp dałaPo krużganku.Justyna. Zkąd zuchwałaTaka mowa?Florus. Twa obłudaInnéj mowy nie jest godna;Już mnie zwieść ci się nie uda.Lelius. (w głębi). A więc rzecz jest niezawodna,Że Flor nie jest jéj kochankiem,Nie on wkradał się krużgankiem;Już dochodzę teraz wątka:Inny panem niewiniątka.Justyna. Zważ twe imię, pochodzenie,Nie znieważaj czci niewieściéj.Florus. Gdzie cześć twoja? Splugawiona,Boś przyjęła go w ramiona;Oślepiła cię potęga,Że on synem jest pretora,Że wpływ jego wszędzie sięga:Więc do hańby takaś skora.Lelius. (Do siebie). To widocznie o mnie mowa.Florus Lecz ta wielkość małość kryje,Ciężkie winy w sobie chowa,Samym fałszem tylko żyje.Lelius. (Występując). Pomnij, siebie sam poniża,Nieobecnym kto ubliża;
Porzuć kłamstwo twe przewrotne,Bo się krew już we mnie burzy,Że mi szczęście tak nie służy,Że ci śmierci nie zadałemMimo walki wielokrotne.Justyna. Boże! za cóż ja to znoszę?Florus. Ja to wszystko z czołem śmiałemW oczy teraz znów ci głoszę.
Justyna. Zaczekajcie: Leliu, Florze!Lelius. Kiedy krzywda mię spotyka,Zemstą zgnębię przeciwnika!Florus. To, com wyrzekł, niecofnięte!Justyna. Nieszczęśliwam! zbaw mię Boże!Florus. (Do Leliusa). Skarcę złości twe zacięte.
Wszyscy wchodzący. Stójcie!Rządca. Co to? wy zuchwali!Miecz dobyty! bój staczali!Justyna. O nieszczęście!Lizander. O niedola!Lelius. Panie....Rządca. Zkądże ta swawola?Syn mój własny wichrzycielem!Walczy z swoim przyjacielem.Lelius. Ojcze....Rządca. (Do straży). Nie ma tu różnicy:Wtrącić obu do ciemnicy.Lelius. Zazdrość gnębi, hańba kala!Florus. Wszystko na mnie się obala.
Rządca. A osobno obu wsadzić,By nie mogli się już wadzić.
Czyż podobna, o człowieku,Tak się plamić w twoim wieku!Lizander. Nieraz pozór jest zwodniczem:Córka nie wie tu o niczem.Rządca. Czyliż kłamać tak się godzi?Tak, więc weszli tu kryjomo,To nie było jéj wiadomo!Ona piękna, oni młodzi....Żeby ludzie nie sądzili,Że mię stronność w zdaniu myli,Muszę w gniewie się hamować.
Lecz nie mogę ci darować,Pewno wkrótce mnie się uda,Że wykryje się obłuda,I wykażę, jak na dłoni:Ta skromnisia za czém goni.
Justyna. Łzy obroną moją całą!Lizander. Próżne żale! Źle się stało!O dniu zgubny, nieszczęśliwy,Gdym ci odkrył ród prawdziwy:Że ja byłem u strumienia,Świadkiem twego urodzeniaW puszczy, pośród wzgórz głębokiéj,Gdzie wydały ciebie zwłoki.Justyna. Jam....Lizander. Daremna ta obrona.Justyna. Jam niewinnie posądzona!Lizander. Już zapóźno na poprawę!Justyna. Chcę odeprzeć mą niesławę.Lizander. Wszystko świadczy przeciw tobie.Justyna. Nieraz pozór rzecz zamąca.Lizander. O! już widzę siebie w grobie,Gdzie mię boleść moja wtrąca.Justyna. Nie opuszczaj mię sieroty,Bo skonałabym z tęsknoty.
Djabeł. Odkąd wszedłem w twoje progi,Tęskność lice twe powleka;Więc od ciebie snać uciekaSpokój w życiu, co tak błogi.Gdy podzieli się tęsknota,Może troska się odgoni,I nadzieja ci rozsłoniDotąd zwarte swoje wrota.Ja niczego się nie boję,I zamknięcia sfer otworzę,I żywioły wsze ukorzęA twe żądze zaspokoję!Cypryan. Nawet sztuką, czarnoksięzkąNikt tu w świecie nie dokona,By ma żądza niezmierzonaMogła skończyć bój zwycięzko:Kocham, i tém siebie trawię.Djabeł. Czyż nadzieja już stracona?Cypryan. Gdybyś wiedział czém jest ona!Djabeł. A więc słucham cię ciekawie.Cypryan. Rąbek nieba śród zarania,Kiedy słońce wzrok roztwieraI promieniem łzy ociera,W śnieg i szkarłat się osłaniaŚród powietrznych sfer mieszkania; —Więzy róży szmaragdowe,Gdy z ich objęć wydobytaGłosi łąkom, że maj wita,A powiewy tchną majoweŁzy zarania na dąbrowę,Co spadają nań uśmiechem; —Strumyk, kiedy szronem ścięty,Milczy niemy, żalem zdjęty,Że nie ozwie się ni echem,Ni poszeptem, ni oddechem; —Goździk, gdy się barwą paliJak gwieździsty krzew korali; —Ptaszek, barwny strój gdy wdziéwa,
Jako arfę co przygrywaSzmerem wiewnéj swojéj faliŚpiewom pieśni kryształowéj; —Skała, słońcu gdy urągaCo zeń szatę białą ściąga,Uroczysty strój majowy,A nie złamie jéj osnowy; —Laur, gdy śniegiem ustrojony,Albo narcyz rozpieszczony,Co choć stopy w śniegu kryje,W górze włos zielony wijeI z, promieni chce korony; —
To zaranie purpurowe,Słońce, strumień, róża, łany,Ptaszek piewca rozkochany,Te uśmiechu łzy perłowe,I oddechy pól majowe,Goździk, który kryształ pije,Skała, co się w niebo wije,Laur, z promieni wieńca chciwy:Ach! to wszystko obraz żywy,Cząstki téj dla któréj żyję!
Widać rozum postradałem:By inaczéj się przedstawić,Nowe-m szaty kazał sprawić.Zapomnieniu mądrość dałem,Mowę — w służbę nierozumu,Sławę mą — na pastwę tłumu,A łzom moim — uczuć tchnienie,Wiatrom wszystkie me nadzieje,I me światło — na wzgardzenie!Żyję tylko snem miłości,Marny sługa namiętności.Nie! ja chyba oszaleję!
Com powiedział, to powtarzam,Że już na to się odważam:Oddać piekłu moją duszę,Bo Justynę posiąść muszę;Lecz za cenę taką małą,Czyliż piekłoby ją dało?
Djabeł. Ależ pomnij, przyjacielu:Czyja wola niewytrwałą,Kto nie zwalcza przeszkód śmiało,Ten nie dopnie nigdy celu.
Ileż razy wola mężaSrogą piękność przezwycięża,Lub przez prośby i błaganieŁatwo panem jéj się stanie;Więc daj pokój z narzekaniem.Chcesz, to piękność nie wzruszonaWnet upadnie w twe ramiona.Cypryan. Pytasz o to!Djabeł. Więc zostaniemTeraz sami.Cypryan. (Do Klaryna i Moskona). Idźcie z domu.Moskon. Owszem.
Klaryn. (Na stronie). A ja pokryjomuTu zostanę. Mnie się zdaje,Że w tym gościu djabeł siedzi.
Cypryan. Ot już wyszli.Djabeł. (Na stronie). Niech zostajeSobie Klaryn, mniejsza o to.Cypryan. Czekam twojéj odpowiedzi.Djabeł. Te drzwi muszą, być zamknięte.Cypryan. Więc jesteśmy teraz sami.Djabeł. Słowa z twoich ust wyjęte:„Oddam życie, oddam duszę,A Justynę posiąść muszę!”Cypryan. Tak.Djabeł. Więc zgoda między nami.Cypryan. Co to znaczy?Djabeł. Że ja zdołamMądrość dać ci niezbadaną,I na rozkaz twój wywołamTwoją postać ukochaną:Tu sprowadzi ją twe słowo;Lecz piśmienną wprzód umowąTrzeba stwierdzić te układy.
Cypryan. Więc ty zamiast szczeréj rady,Jeszcze zwiększasz moje męki:Ja dać mogę z rąk do ręki,Lecz ty chciałbyś się układaćO to, czém nie możesz władać,Bo czar nigdy nie okoliW swoje pęta wolnéj woli.Djabeł. Daj cyrograf z tym warunkiem.Klaryn. (W ukryciu). A do licha! daję słowo,Djabeł ten nie w ciemię bity!Cyrografu za zaszczyty,Nie dałbym za skarby świata!Cypryan. Żart przyjemnie czas przeplataZwłaszcza między przyjacioły,Lecz gdy człowiek jest wesoły.Djabeł. A więc chcesz być przekonanyJakie cuda moc ma sprawia:Cóż twym oczom się przedstawiaTu przed nami na przestrzeni?Cypryan. Widzę niebo, łąki, łany,Drzewa, góry, prąd strumieni.Djabeł. Cóż zajmuje cię najbardziej?Cypryan. (Wskazując górę). Obraz lubéj, co mną gardzi.Djabeł. Towarzyszu wieków, czasów,Królu pól i wód i lasów,Co nad ziemią wgłąb wstrząśnionąCzoło wieńczysz chmur koroną,Jam jest ten co ciebie wzywa,Grzbiet twój eter niech przepływa!
Jeśli góry z posad wzruszę,Czy ci lubéj oddam duszę?
Cypryan. Więc w mych oczach cud był taki!Strasznéj mocy to oznaki.Klaryn. Aż drżę cały, ledwo żyję:Serce we mnie młotem bije.Djabeł. Ptaku, co lekkiemi ruchyMkniesz w powietrznych sfer obszary,Rozwiewając drzew konaryNiby skrzydeł lekkie puchy;Napowietrzny ty okręcie,Co w przejrzystych chmur odmęcieRozwinąłeś jak żaglowe
Płótna skały granitowe,Powróć już na twe siedlisko,Ucisz strach i dziwowisko.
Widzisz, czém jest moje słowo.Teraz próbę zrobim nową;Nowe cuda tu powstaną:Czy chcesz widziéć ukochaną?Cypryan. Chcę.Djabeł. Więc teraz twarda skało,Ty żywiołów wszech potworze,Niech się łono twe rozporze,Ukaż postać jéj wspaniałą.
Czy ta sama?Cypryan. To jéj lice!Ach! poznaję mą dziewicę.Djabeł. Więc me usta nie kłamały.Widzisz w niczem przeszkód nie mam,Gdy dobywam ją ze skały.Cypryan. O! ty, boska nad pojęcie,O! pójdź do mnie w me objęcie!Jam już w błogiém upojeniu,Bo to słońce me w rozbrzaskuJa wypiję: blask po blasku,Drżący promień po promieniu!
Djabeł. Stój! dopiero ją posiędziesz,Gdy związany pismem będziesz.Cypryan. Stań! o ciemnych chmur obłoku,Nie zasłaniaj memu okuSłońca, które dla mnie wschodzi.Ha! wiatr tylko w dłonie schwytam!
Mądrość twoja cześć mą rodzi,Już w moc twoją się oddaję;Więc rozkazuj: teraz pytamCzego żądasz?Djabeł. Krwią twą własnąDaj cyrograf.Klaryn. Włos powstaje!Chętnie wyrzekłbym się życia,Żeby nie być śród ukryciaŚwiadkiem takiéj strasznéj sprawy.
Cypryan. Zamiast pióra wezmę rapier,Chustka stanie mi za papier,A krew zamiast atramentu.
Ja wielki Cypryan daję(Zgroza, ginę już do szczętu!)Uroczyste przyrzeczenie,(Szał mię owładł, przerażenie!):Że mą duszę zaprzedaję(Aż drżę cały, oszaleje!)Temu, który tajemnicęSztuki swojéj we mnie wieje,Że w objęcia me uchwycęKształt Justyny cudny, wdzięczny:Kładę podpis własnoręczny.Djabeł. (Na stronie). Już w mém ręku, już się korzy!A mych czarów jak się trwoży!Drży na duszy i na ciele!
Czyś już skończył?Cypryan. Już.
Djabeł. Twe celeWnet się ziszczą: twego słońcaJuż wszechmocnym panem będziesz.Cypryan. Za to duszę mą posiędziesz,Będziesz władać nią bez końca.Djabeł. W zamian inną ci oddaję.Cypryan. Jakże długo ci się zdaje,Nauczanie będzie trwało?Djabeł. Rok, z warunkiem....Cypryan. No, mów śmiało.Djabeł. Że ty zemną śród podziemiBędziesz przez ten czas zamkniętyMiędzy lochy ponuremi.A do usług będzie wzięty
Ten ot człowiek, co ciekawySzukał w wszystkiém tém zabawy;Niech pożytek nam przynosi,Przytém rzeczy nie rozgłosi.Klaryn. Poco-m ja się tu ukrywał?Djabła anim się spodziéwał!
Niech tych raczéj djabli biorą,Którzy nocną chodzą porąNa podsłuchy.Cypryan. Miłość, wiedzęZaspokoję: bo godzinaNiedaleka, gdy JustynaBędzie moją; i dośledzęWszystkie rzeczy niezbadane,I na podziw światu stanęNa świeczniku ziemskiéj chwały!Djabeł. Niedaremne moje plany!Cypryan. I mój dobrze osnowany!Djabeł. (Do Klaryna). Pójdźże z nami!
Już zuchwałyWróg zwalczony!Cypryan. Me marzeniaSzczęście ziszcza, rozpromienia.Djabeł. (Do siebie). Nie ucichną gniewy moje,Aż pokonam ich oboje.
Pójdźmy! śród tych dzikich wzgórzy,Najciemniejszy loch w pieczarzeZa mieszkanie nam posłuży:Dziś początki ci pokażę.Cypryan. Kiedy taki mistrz w miłościI przewodnik ku mądrości,Będzie sława niezrównanaCzarnoksiężcy Cypryjana!
O piękności moja sroga!Oto się zbliża chwila szczęścia błoga,Cel nadziei pożądany,Kres méj miłości i twéj ciągłéj zmiany:
Dziś koniec mego męczeństwa,Nad twą pogardą dzień mego zwycięztwa!Pośród téj góry wysokiéj,Co się jak zamek wznosi pod obłoki,I w téj jaskini podziemnéj,Co dwóm żyjącym była jak grób ciemny,Ciężką ja szkołę przetrwałem;Jam się tu magii poświęcał z zapałem,Wszech tajni doszedł osnowyTak, żem już mistrza nauczać gotowy.A widząc, że dziś słońce nowy obrót bierze,I śród ciągłéj wędrówki w nowéj staje sferze,Opuszczam me więzienne ponure mieszkanie,Chcąc poznać śród światłości com dokonać w stanie.
Niebiosa jasne, prześliczne!Słuchajcie, gdy zaklęcia wyrzeknę magiczne;Powietrze! lube twe wianieWstrzymaj, gdy mój głos straszny poruszy otchłanie;I ty, skał olbrzymie stromy,Wzrusz się w posadach na mych dźwięków gromy;Pnie, w zielone strojne wdzięki,Omroczcie ich pogodę, słysząc moje jęki;Krzewy, kwitnące wspaniale,Zadrżyjcie, gdy was echem dojdą moje żale;I wy ptaszki, piewcy leśni,Lękajcie się mych cudów, uciszcie swe pieśni;Dziki zwierzu, porzuć knieje,Podziwiaj moje trudy, patrz co się tu dzieje!I w ślepocie i w obłędzie,Zmieszane, przelęknione, przerażone wszędzie,Niebo, powietrze, zwierzęta i skały,Rośliny, mą będziecie sztukę podziwiały.Bo nie próżno przez CypryanaSztuka piekielna została zbadana.
Djabeł. Cypryanie!Cypryan. Co, mój mistrzu?Djabeł. Dla czego zuchwale,Na mą naukę nie zważając wcale,Ośmielasz się wyjść z pod ziemi,Patrzéć w oblicze słońca z promieńmi świetnemi?
Cypryan. Bo widzę, że ma potęgaGrozą, i przerażeniem głębi piekieł sięga;Żem zdołał wiedzę rozszerzyćTak, że mistrz ze mną w magii nie może się mierzyć;Nic mi już nie jest tajemno,Wszystko już dla mnie w magii otworem przedemnaą;Negromancyi linie ciemneOdkrywają mi groby umarłych podziemne;Ziemia, posiadać ich chciwa,Z łona swego ich ciała na głos mój dobywa;Nieboszczyka postać bladaPosłusznie na pytania moje odpowiada:Słońce w szybkim biegnąc pędzie,Samo tém się przeraża, gdy w dziwnym obłędzieNagle z drogi się zwraca, wsteczny bieg poczyna,I spełnia kres przeznaczeń: wybiła godzina;Dzisiaj ma boska Justyna,Ukochana, upragniona,Rzuci się w moje ramiona:Szczęście dawno pożądane.Wiedz o tém, że na żadną zwłokę nie przystanę.Djabeł. Więc pismem ziemskie obszary,I wiatrów wiew swawolny przez zaklęć swych czary,I wszystkie natury siłyPrzymuś, by twéj miłości przyjaznemi były.Cypryan. Ujrzysz co władza moja dokona,Kiedy niebo i ziemia będzie przerażona.
Zezwalam i zamiar chwalę;O, bo z mojéj nauki nie tajno mi wcale,Że, powolne na zaklęcie,Piekło może Justynę rzucić w twe objęcie.Chociaż moja potęga nawet cuda tworzy,To jednak wolnéj woli gwałtem nie ukorzy;Lecz gdy przed duszą roztoczyKrąg niepojętych rozkoszy uroczy,Co, przemocy się nie uda,Tego dokona chytréj pokusy ułuda.
Klaryn. Kochanko moja nieczuła,Coś żelaznym puklerzem serce twe okuła,Nadeszła chwila, w któréj mam nadzieję,Zbadać czy serce twoje miłością goreje;Bo oto z wielkim mozołemPoznałem całą magię, wszystko w niéj pojąłem.Więc teraz, o ja biedny! teraz będę świadom,Czyś się jakim z Moskonem nie oddała zdradom.Słuchajcie moich zaklęć, o nieba wodniste,A jak tamten powiada, o nieba przeczyste!O góry!...Djabeł. Co to znaczy?Klaryn. O mój mistrzu wielki!Zródło-m magii wyczerpał do dna, do kropelki;W dniu przeznaczeń chcę, żeby jéj wszechmocna władzaOdkryła, czy mi Libia wierna, czy też zdradza.Djabeł. Porzuć tę czczą gadaninę,Idź w tych skał niebotycznych lesistą gęstwinę:Jeżeliś cuda magii widzieć taki chciwy,Poszukaj twego pana i patrzaj na dziwy,Gdzie już koniec jego trudów;A ja tu sam chcę zostać.Klaryn. Lecę do tych cudów.Dotąd jeszczem nie zasłużył,Bym z twą pomocą tajnéj sztuki użył,Dlatego, żem ci jeszcze cyrografu nie dał,W którymbym krwią mą własną duszę ci zaprzedał.Więc teraz oto na kawałku płótna....
(Nie dziw się, że tak mokra, gdy myśl ciągle smutna)Gdy pięść po nosie uderzy,Strumień czystéj krwi pobieży;Będzie taki samiuteńki,Jak gdybym go wypuścił z piersi albo z ręki.
„Ja wielki Klaryn mówię, gdy Libię posiędę,Djabłu z duszą na wieki zaprzedany będę”.Djabeł. Jużem tobie powiedział, żebyś mię zostawił,I żebyś się tymczasem z twoim panem bawił.
Klaryn. No, nie gniewaj się daremnie;Lecz kiedy cyrografu nie chcesz wziąć odemnie,Napisanego z całą formą urzędową,Robisz mi wielki zaszczyt: chcesz wierzyć na słowo.
Daléj piekielna głębino!Niech dzikie twe potęgi prądem tu popłyną;Wypuść z twojego więzieniaDuchów rozpusty i zezwierzęcenia;Niechaj zamienią w zwaliskoŚwiątynię cnót Justyny, dziewicze ognisko;I myśli jéj niewinne, niebem jaśniejące,Niech otoczy plugawych widziadeł tysiące;Do miłości niech ją wzywaKwiat swą wonią i ptaszek niech miłość jéj śpiewa;Gdzie tylko wzrok swój obróci,Niech zaraz łup miłości jéj myśli zakłóci;Co tylko ucho usłyszy,Niech lubym dźwiękiem uczuć i miłością dyszy;Żeby jéj wiara żadną nie była obroną,Żeby przyszła się rzucić na Cypryana łono,Jego słowami zaklęta,I w chytre ducha niego uplątana pęta.Zacznijcie! ja zamilknę jakby oniemiały,Gdy śpiewy wasze czary będą rozlewały.Głos z głębi. Gdzie szczęście żywota gości?Chór. W miłości, tylko w miłości.
Głos. Wszędzie w życiu miłość płonie,Wszędzie ogień swój rozżarza;I człek żyje, nie gdy stwarza,Lecz gdy w płomień jéj utonie:I śni błogo na jéj łonie,Drzewo, ptaszek i roślina,
Ledwie życie swe poczyna.Gdzież blask życia i wdzięk gości?Chór. W miłości, tylko w miłości!Justyna. Dziwne mary i widziadła!Czemu pieszcząc tak dręczycie?Zkąd mię wasza moc owładła?Taka troska przez me życieNigdy w sercu nie osiadła.Co istnieniem mojém całémWstrząsa coraz większym szałem?Czém ten obłęd, mar zawiłość?Czém ten ból co czuję ciałemI mą duszą?Chór. Miłość, miłość!Justyna. Ach! odpowiedź na to słyszę,O słowiczku! w twojém pieniu,Co miłością taką dyszeDo kochanki, gdy w marzeniuNa gałązce się kołysze.Ucisz, ucisz twoje pieśni,Bo co w duszy méj się nie śni,To w niéj piosnka twa rozbudzi;Gdy tak czują ptacy leśni,Jakież czucie jest u ludzi!
Tu winorośl za pniem goili,W zieleń chwyta go ponętnie;To igrając niby stroni,Aż obejmie go namiętnie,Jedno tętno w nich zadzwoni.Winorośli! niechaj twojéjSzał miłości się ukoi:O! bo czuję zakłócona,Gdy krzew z krzewem tak się spoi,Jakże ludzie gdy w ramiona!
A tam bujne widzę kwiecie,Zwraca lice swe do słońca,Z blaskiem łzawy liść swój plecie;Jaka barwa pałająca,Gdy w światłości płynie świecie!Strzeż się, kwiatku: któż ocali,Gdy tęsknota ciebie spali,W proch obróci blask uroczy?Ach! gdy listek tak się żali,Jakże tęskne płaczą oczy!
Ptaszku, ucisz pieśń tęsknoty,Wino opuść twoje sploty,Kwiatku strzeż się niestałości.Zkąd ta siła, że jak grotyMnie razicie?Chór. Ach z miłości!Justyna. Miłość, dotąd mnie nieznana,Czczém widziadłem się zdawała:Lelia, Flora i CypryanaJam z pogardą odtrącała;A dziś zkądże taka zmiana?Ach! ten Cypryan śród boleściPrzepadł, zginął gdzieś bez wieści,Żem dla niego była srogą.Był u ludzi w takiéj cześci!Gdy go wspomnę, zdjętam trwogą:Cóżto znaczy? żal współczucia?Wszak i tamci żalu godni;Dla mnie cierpią śród okucia,Jakby winni jakiéj zbrodni:W zimnym lochu dla uczucia!Przestań myśli, bo w obłędzieGłos twój taką moc zdobędzie,Że Cypryana się odważęSzukać; pójdę za nim wszędzie!
Djabeł. Pójdź! ja drogę ci pokażę.Justyna. Kto jesteś, co w me ustronieWchodzisz, gdy zewsząd zamknięte?Czyś widziadłem w snów osłonie,Marą szału? Strachem zdjęteSerce w dziwny obłęd tonie.Djabeł. Jam nie marą, co myśl zwiewa,Więc się próżnéj oprzéj trwodze;Gdy cię miłość pokonywa,Ja na pomoc ci przychodzę:Wieść, gdzie Cypryan twój przebywa.Justyna. Chociaż w przyjaźń się ustrojąTwoje słowa, choć mię drażnią;Chóć pokusy niepokoją,
I owładly wyobrażnią:Nie owładną wolą moją.Djabeł. Coś w twéj myśli utworzyła,To objawić musisz w czynie.Woli twojéj marna siła;Grzech już ciebie nie ominie:Tyś pół drogi już zrobiła.Justyna. Mnie twa mowa nie przekona:Choć myśl czynu jest początek,Lecz w czyn jeszcze nie wcielona;Dłonią przerwę jego wątek,Bo w niéj czynu moc złożona.Myślą tylko dłoń nie włada.Zanim wola co dokona,Pierwéj ciału ruchy nada;Jéj potęga niewzruszona,Bo kto nie chce, nie upada.Djabeł. Myśli twoje nie zaginą,Tak, bo sztuka niepojętaW swoje więzy wnet, Justyno,Tak przemożnie cię opęta,Że z nią chęci twe popłyną.Justyna. W wolnéj woli ma moc cała;Ona będzie mą obroną.Djabeł. Mnieżby oprzeć się zdołała?Justyna. Wolną byłażbym stworzoną,Gdybym przemódz ci się dała?Djabeł (usiłując napróżno ją uprowadzić).Pójdź, gdzie rozkosz ciebie wzywa.Justyna. Rozkosz drogo opłacona.Djabeł. O! tam błogość jest prawdziwa!Justyna. Przepaść, w któréj wolność kona.Djabeł. Tam jest szczęście.Justyna. Śmierć straszliwa.Djabeł. Próżno walczyć chcesz zuchwała;Mknij za mocy méj podnietą.
Justyna. Boże! Tobiem zaufała.Djabeł (puszczając ją). Zwyciężyłaś mię, kobieto,Boś zwyciężyć się nie dała.Choć nad tobą swą prawicę,
Przeciw mnie Bóg rozpościera,Zawsze moją złość nasycę:Gdy żyjąca się opiera,To widziadło jéj uchwycę;Duch niedługo się ukaże,Co twą postać przyobleknie;Człek uwierzy téj czczéj marze,I od ciebie cześć ucieknie,I splugawią cię potwarze.Dwa tryumfy odnieść muszę,Gdy twa cnota obronioną:Gmach twéj sławy z gruntu wzruszę,I pod czarów mych osłonąGrzechem drugą zgubię duszę.
Boże! błagam Cię, o Panie!Niech ta hańba się rozwieje,Niech zeń śladu nie zostanieJak z płomienia gdy zgoreje,Z kwiatu w srogich wichrów tanie!Więc nie zdołasz... O mój Boże!I do kogóż ja to prawię?Tu był człowiek... Czyż być może?W śnież to było, czy na jawie?Nie, to mara! Cóż się trwożę?Urojenie się rozwiało.Nie! widziałam na me oczy:Postać ludzka, żywe ciało,Dreszcz mię przejął, strach mię mroczy.Ojcze! Libio!
Lizander i Libia. Cóż się stało?Justyna. Ach! powiedzcie, co to znaczy:Ztąd mężczyzna szedł przed chwilą.Dziwna! któż mi wytłumaczy?
Lizander. Co? mężczyzna?Justyna. Mnie nie myląMoje oczy.Libia. To sen raczéj:Nie widziałam tu nikogo.Justyna. Jam widziała.Lizander. Moje dziecięPróżną się nie zdejmuj trwogą:Tu zamknięto zewsząd przecie.Libia (na stronie). Oj, ten Moskon! on mi drogoTo zapłaci; on zapewne,Będąc w stancyi méj zamknięty,Tutaj wyszedł.Lizander. Smutki rzewneMyśl rzucają twą w odmęty,Gdzie się snują kształty wiewne,Gdzie świadomość jawu ginie,W postać ludzką pył się składa,Co w promieniu słońca płynie.Libia. Tak, to słusznie pan powiada.Lizander. Rzucisz smutki, to strach minie.Justyna. To nie postać, co sen stwarza,W kształty żywe przyodziéwa;Oh! ból serce me rozżarza,Na kawałki je rozrywa,I przyszłością mię przeraża.Moce piekieł, jakieś czary,Snadź się na mnie poprzysięgły,I ziściłyby zamiary,Tylko co mię nie dosięgły;Lecz Bóg łaskaw jest bez miary,On nademną weźmie pieczę,I moc wszelką zgnębi inną,Co odemnie precz uciecze;Na pokorną i niewinnąMąk niesłusznych nie wyrzecze.Libio, płaszcz mój! Do kościołaPójdę w takim duszy stanie,Gdzie przed panem korzym czołaŚród podziemi chrześcianie.
Kościół jeden tylko zdołaZgasić ogień, co mię pali.
Lizander. Idę z tobą, moje dziecię.Libia (na stronie). Idźcie sobie jak najdaléj!Ja odetchnę jak wyjdziecie.Justyna. Pan nademną się użali.Boże! moja sprawa Twoją:Tobie w modłach się polecę.Lizander Pójdźmy.Justyna. Panie bądź mi zbroją:Czyliż przeciw Twéj opieceTe pokusy się ostoją?
Moskon. Czy już wyszli?Libia. Już ich niema.Moskon. Trwoga zdjęła mię niemała.Libia. Czy cię rozum się nie trzyma:Wyjść, by pani cię widziała.Moskon. A broń Boże! jam ze drżeniemSkrył się zaraz śród schowania,I siedziałem tam kamieniem;Za cóż Libia mi przygania?Libia. Zkądże wziął się tu mężczyzna?Moskon. Chyba djabeł. Co u licha?Niechże Libia prawdę wyzna,Czy dlatego ciągle wzdycha?Libia (wzdychając). Nie dlatego.Moskon. Czemuż, miła?Libia. To dopiero jest pytanie!Całym dzień mu poświęciła,I zrozumieć nie jest w stanie.
Klaryn.... tak go kocham czule,Bo w nim rozkosz moja cała;W łzach się dzisiaj nie utulę,Jam go wczoraj nie płakała.Umiem stawić się na słowie:Nieobecność przez pół roku
Mnie nie skłoni wbrew umowieDo żadnego w życiu kroku.Jeśli z tobą nieszczęśliwaAż pół roku ciągle bawię,On niech ze mną rok przebywa,Ciebie przez ten czas odprawię.Moskon. O niewdzięczna! To frasunek!W rozpacz taka mowa wtrąca,Z uczuć robić chcesz rachunek:Jakżeś zimna i szydząca!Libia. Choć w rachunki-m te się wdała,Przy nich przyjaźń się nie zmienia.Moskon. A więc, kiedyś taka stałaTo do jutra, do widzenia!Libia. Wszak ja krzywdy twéj nie żądam,Więc już dziś cię nie zobaczę;Lecz niech jutro nie wyglądam,Na spóźnienie, niech nie płaczę.
Cypryan. Więc się zapewne pobuntowałyGwiezdziste nieba orszaki,Ciągnąc samopas w niebieskie szlaki,Stawiąc mi opór zuchwały.A i moc wszelka wgłębi podziemiNiema na moje rozkazy;I wiatry tysiąc i jeden razyZadrżały klątwy mojemi;I tyleż razy pismem tajemném,Pokryłem ziemi przestrzenie;I nie ziszczone moje pragnienie,I wszystko dotąd daremném!I moim oczom się nie ukażeTo niebo moje żyjące,Ani nie wzejdzie żywota słońce,Za którém gonię i marzę.Klaryn. Oto tysiąc jeden razy,Kreślę linie i figury,Oto groźne me wyrazy,Straszą wiatry, biją w chmury;
Jednak Libia nie przychodzi.Piękna sztuka, kiedy zwodzi!Cypryan. Ten raz jeszcze ją, zawołam,Może cudu dopiąć zdołam.Przyjdź, Justyno!
Justyna. Na wezwanieBiegłam przez las, gór bezdroże;Czego żądasz, mów Cypryanie,Czego żądasz?Cypryan. Tak się trwożę!Justyna. A więc skoro.....Cypryan. Ja drżę cały!Justyna. Tu przybyłam....Cypryan. Jam struchlały!Justyna. Zkąd mię miłość.....Cypryan. Cóż się boję?Justyna. K’tobie woła...Cypryan. Milcząc stoję.Justyna. Wypełniwszy twoje czary,Biegnę teraz w gór obszary.
Cypryan. Stój Justyno, moja droga!I cóż dumam? Zkąd ta trwoga?Daléj! może ją dogonię.Jakże spieszy! jeszcze blizko.W zmierzchu liści to ustronieDziwne da nam widowisko(Łożem ślubném by się stało).Téj miłości, któréj w świecieNiebo nawet nie widziało.Ludzie, wy jéj nie pojmiecie!
Klaryn. To mi piękna narzeczona,Nie wiem zkąd ją dymem słychać,
Aż się duszę, muszę kichać?A! rozumiem, pewno onaCzarem była przymuszonaLecieć tutaj wprost od prania,Lub od jadła gotowania;Ależ płaszczem jest okryta:Kto tam zgadnie co kobieta......
Ale oto ją dogania,Tu z nią, pędzi na dolinę:Jak się w ręku jego słania!Sposobności nie ominę:Będę świadkiem całéj sprawy,Bom ja zawsze jest ciekawy.
Cypryan. O prześliczna ma Justyno!Tu w ustroniu tém lesistém,Blaski słońca gdzie nie wpłyną.Ni powietrze tchnieniem czystém,Jesteś czarów mych zdobyczą:Zbrojny sztuką tajemniczą,Byle tylko cię posiadać,Jam przeszkody nie znał żadnéj.Ach! twój urok tak wszechwładny,Że dlań duszę chcę postradać;Lecz ta strata jakże mała,Gdy nagroda tak wspaniała!Bóstwo moje, rzuć zasłonę:Maż się słońce kryć za chmury,Odziać jasność w strój ponury?Okaż blaski twe złocone.
Co ja widzę, nieszczęśliwy?Skielet zimny dłoń mą ściska,Martwem próchnem wzrok mu błyska!Niepojęta, straszne dziwy!Zkądże w potwór taki blady,Tak szkaradny i grobowy,Jedna chwila purpurowéjKrasy mogła zatrzeć ślady;
A tak życiem lśniła młodém,Jak zaranie słońca wschodem!Widziadło. Z wszelkim blaskiem, o Cypryanie,Na téj ziemi tak się stanie.
Klaryn Choć odważny-m, wyznać muszę,Na ramieniu miałem duszę.Cypryan. Zaczekajcie martwe cienie,Mam cel inny.Klaryn. Co on prawi,Czym ja trupem? Czy dotknienieO tém cię nie przekonało?Cypryan. Więc kto jesteś?Klaryn. To mię bawi!Sam w tém kwestyę mam niemałą.Cypryan. Czy widziałeś, jak się w mgnieniuSkrył ten skielet, w ziemi łono,Czy téż w wiatru zginął tchnieniu,Piękność świetnie uwdzięczoną(Ach! cudniejszéj nie ujrzymy)Rozwiewając w proch i dymy?Klaryn. Więc ty wiesz, żem się za katyNa te smutne wybrał czaty?Cypryan. Lecz gdzież ona?Klaryn. Gdzieś zginęła.Cypryan. Trzeba szukać, więc do dzieła;To oszustwo wykryć muszę.Klaryn. Co ja, to się ani ruszę.
Djabeł. I cóżto znaczy, o nieba srogie?Wszak były czasy dla mnie tak błogie,
Żem miał i wiedzy i łaski dary,Gdym był bez zmazy. Pychą bez miaryStraciłem łaskę. Cóż gwałt robicie,Że wydzieracie wiedzy użycie?Cypryan. Mądry mój mistrzu, o Lucyferze!Klaryn. Cicho! to pewno drugi trup idzie.Djabeł (do Cypryana). Co chcesz odemnie?Cypryan. W moc twoją wierzę:Strach mię ogarnął, wszystko w ohydzie!Rozwiąż te czary, o to cię proszę.Klaryn. Nie chcę być przy tém, więc się wynoszę.
Cypryan. Ledwiem nad ziemią wyrzekł zaklęcie,Nagle zjawiła się tu Justyna,Mój cel, nadzieja, rozkosz jedyna;Zdała się piękną nad wsze pojęcie....Lecz wiesz to dobrze, cóż się rozwodzę?Zbliżam się do niéj, chwytam w ramiona,Chcę ujrzeć lice, spada zasłona:I w miejsce cudnych wdzięków znachodzęSkielet, co w prochy wiatr wnet rozgania.Trup rzekł te słowa śród pożegnania:„Z wszelkim blaskiem, o Cypryanie,Na téj ziemi tak się stanie”.Więc mi wytłumacz, bom zrazu sądził,Żem w dziele czarów w czemkolwiek zbłądził.Lecz jam był baczny; błędu-m nie zoczył,W znakach, w zaklęciach, w niczém nie zboczył;Więc ty mię zwiodłeś, dając mi mary,Gdym chciał żyjącą dostać przez czary.Djabeł. W tém ani moja, ni twoja wina:Ty pewnoś w niczém się nie omylił,Jam też ci wiedzę mą dać się silił:Ten cud zrządziła wyższa przyczyna.Lecz mniejsza o to, przyrzekam tobie:Wkrótce cię panem Justyny zrobię,Znajdzie się na to droga pewniejsza.Cypryan. Już o to nie dbam, o to mi mniejsza.Ten cud mię trwogą nabawił taką,
Że gardzę twoją sztuką wszelaką:Nie chcę już widzieć twego oblicza.Czyto przez podstęp, czy skutkiem trafu,Twa obietnica była zwodnicza:Dość, że zerwana nasza umowa,A więc zwrócenia chcę cyrografu.Djabeł. A ja ci mówię, że czcze twe słowa:Wszakżem dopełnił to com obiecał,Jam cię w nauce tajnéj oświecał,Byś mógł Justynę głosem przyciągnąć;Wiatr ją tu przyniósł na twe zaklęcie,Cóż zatém jeszcze pragniesz osiągnąć:Nasza umowa więc stoi święcie.Cypryan. Ty mi przyrzekłeś, że owoc zbioręZ ziarna nadziei, com zasiał w poręW tych dzikich wzgórzach.Djabeł. Miéj na uwadze,Żem tylko przyrzekł, iż ją sprowadzę.Cypryan. Tyś dać ją przyrzekł.Djabeł. Czyś ją w ramionaNie obejmował?Cypryan. To tylko złuda,To jéj widziadło!Djabeł. To były cuda!Cypryan. Czyje?Djabeł. On przyjął ją w swą opiekę.Cypryan. Więc powiedz, czyje?Djabeł (ze drżeniem). Nie chcę, uciekę.Cypryan. Więc na cię sztuki twojéj użyję;Zaklinam ciebie: powiedz mi, czyje?Djabeł. Boga, co wziął ją w swoją obronę.Cypryan. Wszak bogów tłumy są niezliczone.Djabeł. On nad innemi wszechmocnie włada.Cypryan. Więc przed nim siła innych upada,Więc przy nim władztwo ich jest zwodniczém?Djabeł. Nie wiem o niczém, nie wiem o niczém.Cypryan. Zrywam umowę, wszystko się maże,I w imię Boga tego ci każęPowiedzieć, czemu chciał ją ratować?Djabeł (z przymusem). Aby bez zmazy cześć jéj zachować.
Cypryan. Dobro najwyższe! On nie pozwalaWyrządzać złego, od krzywd ocala:Lecz cóż Justyna mogłaby stracić,Będąc przed ludźmi tutaj ukryta?Djabeł. Czciąby to swoją mogła przypłacić:Tłum się wszystkiego chytrze dopyta.Cypryan. Więc wszystko widzi, rządzi wszechwładnie,Że nawet przyszłą krzywdę odgadnie;Lecz czyż czar takim silnym być może,Że ten Bóg władzą swą go nie zmoże?Djabeł. Nie, On wszechmocny!Cypryan. Któż jest tym Bogiem,Bogiem wszechmocnym i wszechwiedzącym,Najwyższém Dobrem, od krzywd broniącym?Tylem lat znaleźć Go nie był w stanie.Djabeł. Ja nie wiem.Cypryan. Powiedz!Djabeł. Powiem ze drżeniem:To Bóg, którego czczą chrześcianie!Cypryan. Czemuż Justynę strzegł swém ramieniem?Djabeł. Ona chrześcianką.Cypryan. Tak swoich broni!Djabeł (ze wściekłością).Lecz już zapóźno, próżno Go wzywaćI z méj niewoli chcesz się wyrywać,A Jemu służyć. On nie osłoni.Cypryan. Jam twój niewolnik?Djabeł. Mam słowo twoje.Cypryan. Cyrograf dałem ci warunkowo,Więc go odbieram; precz z tą umową!Djabeł. Jakto?Cypryan. Natychmiast zwróć pismo moje!
Djabeł. Próżno się miotasz wściekłości szałem,Nie zadasz ciosu twojém żelazem;W rozpacz cię wtrącę jednym wyrazem:Jeszcze ci tego nie powiedziałem,Komu ty służysz: czart twoim panem!Cypryan. Co mówisz? powtórz.Djabeł. Jam jest szatanem!
Cypryan. Straszna wiadomość! Ja w służbie czarta,Co zbrodnią, żyje, wiecznie nieprawy?Djabeł. Tak, tyś jest moim. Nie wygrasz sprawy,Bo przeciw tobie świadczy ta karta!
Cypryan. Jakim sposobem zmazać mą winę?Żadnéj nadziei! Więc pewno zginę?Djabeł. Tak jest.Cypryan. Ha! cóż się waham i smucę?Mam to żelazo. Rozstać się z światem?Tak, w jednéj chwili życie me skrócę,Samego siebie stanę się katem!...Ten co Justynę od krzywdy zbawił,I Mnie bez pomocy czyżby zostawił?Djabeł. Przeciwko tobie są twoje winy,On broni cnotę, nie grzeszne czyny.Cypryan. Jeśli wszechmocnym On panem świata,To w Nim nagroda z łaską się brata.Djabeł. Nagroda z karą.Cypryan. Lecz ja się korzę:Któż karze, jeśli żałujem szczerze?Djabeł. Kto moim, Jemu służyć nie może.Cypryan. Idź precz: do Boga ja już należę!Djabeł. Więc obietnica twa nic nie wartaI krwią twą własną pisana karta?Cypryan. Tak jest: Bóg przez swą wszechmocną wolę,Gdy zechce zmoże moją niedolę.Djabeł. A w jaki sposób?Cypryan. On w swéj mądrościWié jak rozwiązać pęta twéj złości.Djabeł. Ja pierwéj z ciebie duszę wywlekę.(Walczą).Cypryan. O Boże chrześcian! w Twoją opiekę....
Djabeł. On dał ci życie.Cypryan. Obdarzy bardziéj:Ja Go szukałem, wiéc mną nie wzgardzi.
Rządca. Jakże ci się to udało?Fabiusz. Gdy ukryci w swym kościeleBoga swego czczą nie śmiele,Ja ze strażą, moją całą.Wpadam, cały dom okrążę;Wnet w podziemiu ich znachodzę,A oddanych wielkiéj trwodzeWszystkich chwytam w krępy wiążęI do ciemnych lochów sadzam.Ależ szczęsna ta godzina:Był tam Lizandr i Justyna,Których tobie przyprowadzam.Rządca. Chcesz na wyższym być urzędzie,Wziąść co tylko skarb mój mieści?Za pomyślne takie wieściWszystko co chcesz twojém będzie.Fabiusz. Sługa łaskę pana ceni;Lecz ma prośbę, jeśli pora...Rządca. Więc mów.Fabiusz. Wolność Lelia, Flora,Co tak dawno uwięzieni.Rządca. Chociaż niby w takiéj karzeChciałem przykład dać krajowi,Wszakże dziś przyjacielowiPrawdę wyrzec się odważę:Chcąc uchronić mego syna,Rok w więzieniu trzymam obu.Mścić się niéma więc sposobu,Flora groźna mi rodzina;O to miałem téż obawę,By młodzieńcy zapaleni,I miłością oszaleni,Znów nie wpadli w starcie krwawe;Osłaniałem też me plany,By tymczasem się JustynyPozbyć z jakiéjbądź przyczyny,I oddalić w kraj nieznany.A gdy teraz obłudnicaZ gruntu poznać nam się dała,
Dziś wygnanie, kara mała:Krwią, przypłaci ta zwodnica.Więc niech będą, uwolnieni,Niech się stawią tu za chwilę.Fabiusz. Panie! do stóp twych się chylę;Sługa łaskę twoją ceni.
Rządca. Ha! więc teraz żadna siłaJéj z rąk moich nie wychwyci,Ona zemstę mą nasyciZa niepokój co zrządziła:W krwawym ręku kata zginie!
Przyprowadzić ją tu macie!
Widowisko miastu dacie:Śmierć i hańba jéj nie minie.
Fabiusz U stóp twoich, jakeś kazał,Obaj więźnie kornie stoją.Lelius. Ojcze! obym winę mojąW twéj pamięci wkrótce zmazał;Bo jak syn przed ojcem gniewnym,Nie jak zbrodniarz przed sędziegoStaję; żalu łzy mi biegą.Florus. Przebaczenia i ja pewnym,Choć jam kary nie zasłużył,Lecz przed tobą schylam głowę.Rządca. Choć wyroki me surowe,Wszakże prawa-m nie nadużył.Ja nie mogłem wam darować:Byłbym ojcem nie urzędem,Co pod każdym winien względemŚciśle władzę swą sprawować.Zaniechajcie téj niechęci,
Zawiść zacnym nie przystoi;Usłuchajcie rady mojej:Rzućcie przeszłość niepamięci,Dajcie sobie bratnie dłonie.Lelius (do Flora) Więc bądź moim przyjacielem.Florus. Odtąd już się nie rozdzielem.
Rządca. Więc wam razem być nie bronię:Jakżem z tego ucieszony,Od miłości żeście wolni,I do szaleństw już nie zdolni.Djabeł (za sceną). Uciekajcie! to szalony.Rządca. Kto tu krzyczéć śmié, zuchwały!Lelius Ja zobaczę.
Rządca. Na mym dworzeTaki hałas zkąd być może?Florus. Snadź wypadek to niemały.Lelius (wraca). To rzecz dziwna! słuchaj, panie:Cypryan, zdawna zaginiony,Wraca teraz, lecz szalony:Straszne cierpi obłąkanie.Florus. W taki smutny stan młodzieńcaWtrąca myśli zaciekanie:Tak je kochał niesłychanie.Głosy (za sceną). Uciekajcie od szaleńca.
Cypryan. Nigdym nie był przytomniejszy,Wyście wszyscy w szale raczéj.Rządca. I obecność ma nie zmniejszyZuchwałości; co to znaczy?Cypryan. Słuchaj ziemi téj pretorze,Namiestniku Cezarowy,Przyjaciele, Leliu, Florze,Patrycyusze i rycerze,Wielki ludzie! kilku słowy
Dziwne rzeczy wam powierzę:Jam jest Cypryan; szkół podziwem,Byłem nauk wszech zaszczytem,I nie było nic mi skrytémNiby mędrcu nad mędrcami;Jednak jakże pozór mami,Ach! to światło me fałszywem!Bo cóż w końcu tam zdobyłem?To zwątpienie, co bez przerwyCiemną moją myśl pożera;Wtem Justyna licem miłémMnie odrywa od Minerwy,Panią moją już Wenera;Lecz Minerwie jeszcze wierny,Toczę z sercem bój niezmierny.Raz gdy morza nawałnicaDo stóp moich gościa rzuca,Strasznie wspomnieć tę godzinę,Miłość duszę tak zakłóca,Wdzięcznem licem tak zachwyca,Żem dał duszę za Justynę;Bo ten gość mię oczarował,Bo me serce obietnicą,Umysł wiedzy błyskawicąOn przemożnie opanował.I ot śród tych gór zarośliW paśmie, które najwyniośléjPod obłoki grzbiet swój ściele,Był mym mistrzem śród podziemi;I dał wiedzy mnie tak wiele,Że przenosić mogę góry;Lecz me cuda bezsilnemi,By téj ziemi pięknéj córyStać się panem, by ją słowoCiągło siłą magnesową,A przyczynę temu wiecie?Ot jest jeden Bóg na swiecie,Który ją od złego strzeże;Więc ja w Boga tego wierzę,I wszechmocnym Go uznaję:Jedno on ma panowanie,Jemu tylko cześć oddaję;Tego Boga czczą chrześcianie!Choć się piekłu zaprzedałemKrwią mą własną z duszą, z ciałem,Chociaż rozpacz mię przenika;Lecz Bóg może nie ukarze,
Może winy krwią, mą zmażę:Ja chcę śmierci męczennika.
Jeśli twoja władza krwawaŚcigać chrześcian nie ustawa,To wiedz o tém, żem ich bratem:Starzec pośród gór sędziwyDał mi wiary uświęcenie.I cóż zwlekasz? Bądź mi katem,Władco pogan sprawiedliwy;Niech mię zemsta twa ogarnie!Każ ściąć głowę; lecz to — mgnienie!Lepiéj długie daj męczarnie;Wszystko przenieść chcę cierpliwie,Nawet srogich mąk tysiące;Strachem ciszy méj nie zmącę:Bo Bóg jeden jest prawdziwie,Bóg, któregom szukał długo.Człeku nie lśnić swą zasługą,Wszelka sława ludzka zginie,Jako marny dym przeminie,Ludzkie sprawy czczym popiołem!
Rządca. Słysząc ciebie, ażem zdumiał;Za przebraną zuchwalstw miarę,Z kar najsroższych jedną karę,Nie wiem, czybym wybrać umiał:Wstawaj!
Florus. Sztywny, z sił wyzuty,Jak z żelaza posąg kuty.
Jeden ze straży. Oto, panie, masz Justynę!Rządca. Z żywym trupem ją zostawić!Może, razem tu zamknięci,Zmienią myśli, ujrzą winę;Wtedy mogą się wybawić,Jeśli błędy swe porzucą,Do mych bogów się nawrócą;Lecz jeżeli śmierć ich nęci,
To już muszą zginąć marnie,I straszliwe znieść męczarnie.
Lelius. Śród miłości i śród trwogiW zawieszeniu myśl się chwieje.
Florus. Nie wiem sam nad czém boleję,Tak mnie gnębi los złowrogi.
Justyna. I tak samą porzucacie,Nie wyrzekłszy ani słowa?Czemuż śmierci mi nie dacie,Kiedym na nią tak gotowa?
A! pojmuję! więc ta ciszaI te cztery nieme ścianyWolne dadzą mi konanie;A mam w trupie towarzysza.O! szczęśliwy nadspodzianie,Coś w początek niezbadanyTwego życia już powrócił,Jeśliś tylko błędy rzuciłI umierał w wierze świętéj.Cypryan. (Wracając do przytomności).Pyszny władco gniewem zdjęty,Czemu zwlekasz? Życie złożę....
Tu, Justyna? Wielki Boże!Justyna. Cypryan? Oczom nie dam wiary!Cypryan. Nie! Myśl z wiatru tworzy czary.Justyna. Tak, powietrze to widziadłoStwarza, aby mną owładło.Cypryan. To wcielenie wnętrznych wrażeńJustyna. Mglista postać moich marzeń!Cypryan. Czego żądasz tu odemnie?Justyna. Poco ścigasz mię daremnie?Ja nie myślę już o tobie.
Cypryan. Wcale ciebie nie szukałem;Lecz cóż robisz tu, w téj dobie?Justyna. W więzach! A ty co, Cypryanie?Cypryan. I ja także. Lecz ty?, kałem.Żadną winą, nie zmazana,Znosisz to prześladowanie?Zkąd wznieciłaś gniew tyrana?Justyna. Zanim pogan złość zaciętaW swym się gniewie upamięta,W imię święte, w Boga imieMuszą cierpieć chrześcianie:Niech w ofierze śmierć mą przyjmie!Cypryan. Bóg cię z sieci zdrad wyrywa,Więc w twéj duszy jest otucha;O Justyno! tyś szczęśliwa!Spraw niech modłów mych wysłucha,Miłosiernie niech przebaczy.Justyna. On próśb szczerych słuchać raczy.Cypryan. Ja Go z wiarą błagam szczerze,Ale wątpię: strach mię bierze,Za me winy niesłychane.Justyna. Jego łaski nieprzebrane.Cypryan. Więc przebaczy?Justyna. Niezawodnie!Cypryan. Nawet taką wielką zbrodnię,Żem w układy wszedł z szatanem,By twych wdzięków stać się panem;Że mu duszę zaprzedałem?Justyna. Tyle gwiazd na niebie całém,Tyle piasku nie ma w morzu,Ptaków w jasnych chmur przestworzu,Pyłku w świetnym blasku słońca,Iskier w ogniu gdy wybucha:Ile łaska wszechmogącaWin przebacza gdzie jest skrucha.Cypryan. A więc ufam, w łaskę wierzę;I już na śmierć chętnie bieżę.
Fabiusz. Służba panów los niech dzieli:Daléj, będzie wam weseléj!Libia. Więc, że oni chrześcianie,Jakaż nasza w tém jest wina?Moskon. Słudze zawsze się dostanie,Gdy pan krzywo cóś poczyna.Klaryn. Tom się tęgo wykierował,I pod rynnę z deszczu schował.
Służący. Pretor władca nasz, AureliZwie Justynę i Cypryana.Justyna. Dusza moja się weseli.Chwilo zgonu pożądana!Pójdź Cypryanie ze spokojem.Cypryan. Wiara, cisza w sercu mojém!Ono nad tém już nie boli,Że mam umrzeć: śmierć od piekłaPrześladowań mię wyzwoli.Gdy się dusza czartu dała,Mamże Bogu nie dać ciała?Justyna. W śmierci-m kochać cię przyrzekła.Rusztowanie nas zjednoczy,Gdy kat głowy nasze stoczy;Dziś dopełnię obietnicy.
Moskon. Czyście kiedy to widzieli?Tak wesoło na śmierć spieszą.Libia. Ale nam — żyć jest weseléj.
Klaryn. Niech się państwo tak nie cieszą,Bo mam z wami coś na pieńku,Czas potemu; pomaleńkuRzecz tę całą rozbierzemy.Moskon. O co idzie? nic nie wiemy.Klaryn. Przez rok méj nieobecności...Libia. I cóż daléj?Klaryn. Do jejmościMoskon smalił precz cholewki!A umowa — nie przelewki!Ale, choć się coś odwlecze,To, jak mówią, nie uciecze:Na rok biorę cię w mą pieczę.Libia. Więc ty myślisz, żem tak zmienna.O! jam zawsze jest sumienna:Wszak gdy koléj twoja była,Tom dzień cały łzy roniła.Moskon. Święta prawda, co tu słyszę;Chętnie na to się podpiszę.Klaryn. Czemuż, gdy dziś do jéj domuWszedłem nagle po kryjomu,Nie płakała ani chwili,Pędząc z tobą czas najmiléj.Libia Bo to nie był dzień pokuty.Klaryn. Jam nie taki łeb zakuty!Dzień gdym zginął, był mój właśnie.Libia. Gdzie tam!Moskon. Ja was w tem objaśnię:Rok przestępny, dzień parzysty,Błąd Klaryna oczywisty.Klaryn. Nie mam kłócić się ochoty;Trudno wszystko wytłumaczyć,A więc zgoda. Co ma znaczyć?Czy słyszycie? Burza, grzmoty!
Libia. Patrzcie! cały gmach się wali.
Moskon. Przestrach! wszyscy potruchleli!Rządca. Wstrząsa się niebios posada,Zda się, że na ziemię spada.
Fabiusz. Ledwie, że na rusztowanieKat Justyny i CypryanaMieczem krwawe strącił głowy,Piekieł wstrząsły się otchłanie,Ziemia z drżeniem to uczuła,Wicher zerwał swe okowy.Lelius. Lazur nieba wnet zasułaBurza ciemnych chmur całunem.Z ognistego chmury łonaBłyskawicą i piorunemOto zieje rozszalona!Florus. A na wężu tam skrzydlatymZakłębionym i łuszczatymMknie potwora obrzydliwa;Do milczenia zda się, wzywa.
Djabeł. Posłuchajcie śmiertelnicy,Co w obronie téj dziewicyZ woli niebios wam objawię:Oto imię jéj w niesławie,Choć jéj dusza jest bez zmazy!Jam jest ten co wiele razy,Przybierając kształt stokrotny,Wdzierał się w jéj dom samotny,Żeby cnotę jéj zniesławić.Cypryan, co dziś z nią przebywa,Gdzie nic szczęścia nie przerywa,Stał się moim niewolnikiem;Lecz choć wielkim był grzesznikiem,Z więzów zdołał się wybawić:Bo krwią swoją chrześciańskąTę umowę zmył szatańską.I oboje się unosząW lepsze światy śród przestworzy,W sfery czyste przed tron Boży,Gdzie cześć Stwórcy hymnem głoszą.Aż się cały w wściekłość wprawiam,Że to wszystko wam objawiamWedle Boga woli jawnéj,Choć do fałszu-m tylko wprawny!
Lelius. Straszne rzeczy!Florus. Istne dziwy!Libia. Niepojęte!Moskon. Cud prawdziwy!Rządca. Czarnoksiężnik przy swym zgonieSztuką swą te czary sprawił.Florus. Czym na jawie czy sny gonię?Czy cud zmysłów mię pozbawił?Lelius. Jam podziwem cały zdjęty!Klaryn. Ja wiem co to wszystko znaczy,Cała rzecz się tak tłumaczy:Że kto takie cuda działa,Tego niebios moc wspierana.Moskon. Chociaż spór o Libię wszczęty,Jeszcze nie jest rozstrzygnięty;Dajmy pokój podziałowi,I przestańmy się frasować:Tylko raczcie dziś darowaćBłędy czarno-księżnikowi.