Dzień I
Translated from Spanish by Juliusz Słowacki
Książę Niezłomny
Zaśpiewajcie, niewolnicy.Moja pani śród łazienkiW perłowéj igra miednicyJak łabędzie bałamutne,I prosi was o piosenki,Ale tęskne, ale smutne.
Czyliż naszych brzęk kajdanów,Czyliż pieśni niewolnikówRozweselić mogą panów?
Ona lubi śpiew słowików.Kiedy się po laurach gubi.I piosenki wasze lubi.Zaśpiewajcie, Fenix słucha.
Nasza pierś boleścią głucha.Ach! najgorsze przeznaczenie!I najgorsze to cierpienieŚpiewać, kiedy serce boli!Śpiewać temu, co w niewoli.
Trzeba na to być ptaszkamiBez rozumu.
Czyż wy samiNie śpiewacie bez rozkazu?
Każda boleść chce wyrazu,Kiedy w sercu jéj za ciasno.I my tłumim boleść własną,Gdy nas z kajdan pieśń unosi.
Zaśpiewajcie, Fenix prosi.
Czas jest panem tego świata,Czas jest panem i mąk duszy;Czegóż srogi czas nie skruszy,Nad grobami gdy przelata!
Dosyć pieśni, Fenixana,Już umyta i ubrana,Sama schodzi do ogroduUżyć porannego chłodu.Niech się każdy kwiatek lęka,Że pięknością go zagasi,Bo wychodzi jak jutrzenka.
Wstałaś, piękna?
Wdzięk twój krasiCały ogród, oko pali.Niech się jutrzenka nie chwali,Że ten ogród nie ciemnieje,Bo nie ona światło leje;Bo ogród ten pośród gmachówNie od drzew nabrał zapachów,Nie od róż nabrał rubinów,Białości nie od jaśminów,Lecz od ciebie.
Daj zwierciadło.
Nie dziw, piękna, żeś ciekawaTéj płci, na którą nie padłoŻadnéj plamki.
Głosi sława,Że ja piękna, że ja miła.Gdyby to i prawda była,Cóż mi po tém? kiedy źle mi!Nie wesoło na téj ziemi!
Cóż ci jest?
Co jest, Selino?Ach! gdybym ja to sama zgadła!
Gdyby mi to od zwierciadłaPowiedziano!.. ach! dziewczyno,Wnet bym sama boleść własnąNakarmiła do przesytuI widziała w sercu jasno.Ale teraz, w mgle przedświtu,Czuję tylko, że mnie kruszyJakiś smutek i tęsknota;I że to jest męka duszy,Męka duszy i zgryzota,Gdy w uczuciach się tych miota.Których czuciem czuć nie może.
Jeśli cię, pani, nie bawiąTe ogrody w barw ubiorze,Gdzie wiośnie posągi stawiąRóże, w poplątanych czołach,Na jaśminowych kościołach;Obróć twe oczy na morze,Kędy dla twojéj tęsknotyPłynie wóz ze słońca złoty.
Gdy taki zachód zobaczyNa morza ognistém łonie,Ten cały ogród w rozpaczyI melancholiach utonie,I zawoła, idąc w cień:Ach! jak krótki był ten dzień!
Ani się tém rozweselę,Ani tém żądań ukorzę,Że moje smutki podzielęPomiędzy ziemię i morze,Że pójdę z myślami w tanI sprzęgnę te oba światy,Z pianami równając kwiaty,Kwiaty równając do pian.Bo ogród, kiedy zazdrosnySpojrzy na fale szalone,Chciałby tak płynąć jak oneI zaraz zefir miłosnyDwa razy miłośniéj dysze;I szaleniéj rozkochany,Z gałęzi, które kołysze,Czyni kwiatów oceany.A morze, gdy się zasmuci,Spojrzawszy na te ogrody,Wnet ucisza szklane wody;Z fal wysokich pianę zrzuciI drugim prawom poddane,Równe zdobywa uroki,Z szmaragdów mając zatoki,Z błękitów piersi ulane.I tak, tu kwiatowy łanI ogród pełen szkarłatówWydaje się morzem kwiatów
Tam morze — ogrodem pian.Ach! cóż to za smutek głęboki,Ten smutek, co w sercu ma łoże?Że nie dba na kwiatów uroki,Na niebo, na ziemię i morze.
Wielki smutek twój! ach! i głęboki!
Jeśli, moja Fenixano,Na piękność i smutek chora,Chcesz być zdrowszą dziś niż wczora,I zdrowszą niż byłaś rano:Oto jest portret infantaMaurytanów, Tarudanta,Który cię uleczy pewnieNa długo... Cóż to, tak blada?...Infant u nóg twoich składaKoronę, jako królewnie,A ten portret, choć nie gadaZa niego, u nas zagości.Każda niema ambasadaAmbasadą jest miłości.Za infantem najgoręcéjWstawiam się... bowiem mieć będęZięcia i dziesięć tysięcyPrzyprowadzonych łuczników,Z którymi Ceutę zdobędę.
Płoń się, córko... tych płomykówMiłosnych tobie pozwolę...Owszem... serce puść na wolę,Mech kocha przyszłego Pana.
O Boże!
Cóż tak zmięszana?
Wyrokiem śmierci!
Cóż, przecie?Trwogi te łatwo ukoim.
Jestem twe posłuszne dziecię,Ty ojcem... ty królem moim.
Cóż mu powiem?... ach, kochanku,Muleju, straciłeś żonę!O! nieszczęśliwy poranku!O! chwile nie w czas stracone!
Ojcze! pokora mnie łamieAż tu. Klęka. Aż do twych obuwi.
Dusza, co to myśli... kłamie!Kłamie głos, który to mówi!
Weź portret.
Ojciec przymusza?
Ręce go biorą, nie dusza.
Mulej, twój wódz, królu panie,Prosi cię o posłuchanie.Z Fezańskiego morza wraca.
Niech wejdzie.
Gdzie zorza ozłacaTak wysokie pańskie progi,Gdzie człowieka czeka z drogiTaka zorza, córka słońca,Któż czoła nie rozpogodzi?Nie uczyni z siebie gońca,Za którym pomyślność nie chodzi?Pozwól mi twéj ręki, pani.Niechaj dar taki otrzymam,Jak najwierniéjsi poddani,Pełni serca i przymiotów:Bo dla usług twych miecza się imamI dla usług twych zginąć jam gotów.
Cóż mu powiem? o chwilo boleści!Cóż mu powiem? ach, umrę z rozpaczy!
O Muleju, czy dobre są wieści?
Czy są dobre, sam król to zobaczyI osądzi... podług mnie, będą dobre.
Cóż tam przecie?
Lecz serce miej chrobreI na wszystko, o panie, odważne,Bo czas ważny i wieści są ważne.
Gadaj wszystko, co wiesz, gadaj śmiało.Eto ma duszę na wszystko wytrwałą,Złe i dobre... z równą twarzą powita.Siadaj, córko...
Czyż mu wszystko obwieszczę?...
Niech twarz złego nie będzie mi skryta.
Trudno mówić... milczeć trudniéj mi jeszcze.Jakoś mi, panie, polecił,Wziąwszy tylko dwie galery,Wypłynąłem z tego portu
Zwiedzić brzegi barbaryjskie.A jakoś chciał, bym podstąpiłAż pod to miasto przesławne,Przed wiekami zbudowaneU Herkulesowych słupów,Ceutą u ludzi nazwane,Które słowo u HebreówI u Arabów znaczyło:Piękność... Jakoż miasto owoI dzisiaj w piękność rozkwita;A na hańbę naszéj wierzeI na wstyd Mahometanom,Na murach dziś portugalskieSztandary nosi i krzyże,I przeciwko flotom naszymObrócone trzyma spiżeI wieczny opór stanowiI wieczną skałę zakładaTwych zwycięstw wielkiemu Nilowi;A z Hiszpanią aż przez morze gada...Pod to miasto podpłynąłem,Abym obaczył rynsztunekI wierny ci zdał rachunek:Ile wież z krzyżowém czołemGrozi ci marnymi trwogi,Ile w nim stoi załogi;Abym wypatrzył, jakimiSiłami weźmiesz je, panie,
Czy od morza, czy od ziemi,Czy przez głód, czy szturmowanie...I wiem, że niebo ci chowaTo zwycięstwo i tę chwałę;Abyś to miasto wspaniałePrzywrócił do swéj korony...Ale dzisiaj trwoga nowa,Inna troska, z innéj strony,Czeka cię, panie: i siłyNa Ceutę przygotowaneBędą Tangieru broniły...A to wiem... bo fale szklaneDepcąc jednego poranku,O téj godzinie, gdy zorzaWyziera nad szafir morza,A na chmur ognistych wiankuSłońce swe rozwiesza włosyPo różach i po jaśminach,Śnieg i ogień udając i kłosy,Sypiące się na fale... w bursztynachOwéj zorzy, gościńcem odmętówSzła girlanda szarawa okrętów,Niby stado tak nikłe, że z razuOczy moje powiedzieć nie śmiały,Czy okręty to były, czy skały...Bo jak na płótnach obrazuMalarz, udawca natury,Jedną kreską czyni góry,
Albo miasta, wielkie grody:Tak i na błękitach wody,Gdy cień się ze światłem pomięsza,Niebiosa do wód się nachylą,Myśl różne straszydła wskrzeszaI błąka i oczy się mylą...Otóż z razu, myśl ciekawaObaczyła tylko tłumI parę i mgłę i szum,Tak blisko przy nawie nawaI tak z daleka płynęły...Potem... gdy niebios dotknęły,Najwyższymi żaglów pióry,Pomyśleliśmy, że chmury,Chmury wielkie, czarne, chyże,Co po niebie lotem goniąI deszcze poczną w szafirze,A tu kryształy uronią.I tak długośmy mniemali;Bo zdawała się tak wielkaGromada ludzi... że z faliMórz nie zostanie kropelka,Kiedy ją w hełmy rozbiorą...Potem statki z piany runem,Jak potwora za potworą,Kiedy idą za NeptunemI z pod skał ciągle wychodząNowe i nowe straszydła...
Nagle!... gdy podniosły skrzydła,Całe w słonecznych opalachI otrząsły je na falach,Myśleliśmy, że fale je rodzą...Wtem bliżéj... ujrzały wzrokiWyraźniéj, już nie obłoki,Już nie skrzydła, nie trytony,Ale jakieś Babilony,Idące po złotéj ziemiZ chorągwiami ognistymi...Wtenczas spostrzegły i żebraOkrętów, tłukące je wały,Pod nimi, jak góry ze srebra,Pod nimi z kryształu — jak skały.Wtenczas poznawszy, że flotaTak wielka i tak przemożna,Kazała rycerska cnota,W niebezpieczeństwach ostrożna,(Bo i to w rycerzu waży,Gdy się dobrze ma na straży),Kazała mi, mówię, panie,Jako świadomszemu morza,Skryć się w tajemne przystanie,Między dwa skalne wydroża,Gdziem bezpiecznie mógł stać z galerami.Otóż ta flota przed namiPrzepłynęła... nie spostrzegła.A ja chcąc wiedzieć, gdzie biegła?
Komu niosła miecz zagłady?Wypłynąłem za nią w śladyI tu... Bogu memu chwała...Spotkałem jeden z ArmadyOkręt.Wiadomo, że całaFlota, na morzu odkryta,Była srogą burzą bita...Otóż jedna smętna nawa,Co większéj doznała szkody,Potrzaskana i dziurawa,Chwiéjąca się, pełna wody,Nie mogąca jéj wyzionąć,Za każdym nowym bałwanemJuż, już... już zdająca się tonąć,Stała na morzu... O! panie,Choć ja jestem Maurytanem,Sądzę, że politowanieW takiem nieszczęściu i stanieOd Maurytan się należy...Przybiegłem, jak sokół bieży,I stanąłem jéj przy boku...A ci rozbici... ach! jakaChęć życia w ludziach!... gdy nagleUjrzeli mię jako ptaka,Ze skrzydłami, ze skrą w oku,Mimo bojaźń, sznury, żagle,Przemieniali na drabiny
I szli w klatkę jak ptaszynyI sami łańcuchy brali...A drudzy im urągali,Widząc schronionych bezpiecznieI drabiny tnąc toporem,Krzyczeli: że umrzeć z honoremI wolnym — jest to żyć wiecznie...I w morze rzucali ciała —Portugalska próżna chwała!!!Od jednego więc z tych wziętychWiem, że owe pawilonyWypłynęły aż z Lizbony,I po falach idą wzdętychTu na Tangier; klnąc się BogiemI rycerstwem, że Dej staryTu, nad wieżyc swoich rogiem,Ujrzy te same sztandary,Co są w Ceucie;... los bataliiTo pokaże, że się mylą!...Podług nich, król Portugalii,Przed którym światy się chylą,Którego zwycięska sławaSztandary swoje zatykaAż tam, gdzie ziemi nie stawa,Gdzie rzymski orzeł lot traci,Wysłał obu swoich braci,Fernandesa i Henryka,Aby tu ich wiek ciekawy
Ujrzał obu w słońcach sławy;I za wielkie nasze klęskiPrzyklasnął, jako wiek klaszcze.Fernand, to mistrz Awiceński,Henryk, to mistrz Chrystusowy;Oba noszą białe płaszcze,Rządzą wielkie dwa zakony:Jeden krzyż ma purpurowy,Drugi wielki krzyż zielony;Oba wiodą różnéj broniDo czternastu aż tysięcy;A niepłatnych jeszcze więcéj,Co idą jak na popisy:A do tysiąca aż koniPoprzebieranych w tygrysy,Na jednorożce przekutych...Taka fantazya jest u tychHiszpanów!!!Te więc szeregiDepcą może nasze brzegi,Albo już u lądu stoją.Spieszmy, o! panie, z obroną.Weź miecz i okryj się zbroją.Weź tę chorągiew zieloną,Podobną do gromów obłoka,Chorągiew naszego Proroka.Niech ze mną straż idzie przedniaI niech się sprawdzi nad nimi
Morabitów przepowiednia:Że tu, w tych piaskach, w téj ziemi,Co nas nosi na swém łonie,Jest grób portugalskiéj koronie.I niech widzą nasze oczy,Jak ta ćma czarnego sokołaPrzefarbuje nasze ziołaI morze krwią na czerwień przebroczy.
Muleju, dość! nie mów daléj,Bo mi żyły krwią wybryzną,Bo dla serca, co się pali,Każde słowo jest trucizną.Pomyślę, aby te franty,Ci dumni, zostali w Afryce.Pomyślę, by tu ciemniceI grób znaleźli infanty.Muleju, weź nieco konnych,Ruszaj zaraz na mórz brzegiI broń, aby te szeregiBrzegów naszych nieobronnychNie wzięły bez krwi. Krew ci powie,Jak uczynić w tym razie należy;I uczynisz, jak czynili ojcowie.Ja tymczasem zgromadzę rycerzyA pośpiechu i sił nie poskąpię,I po tobie krok w krok tam nastąpię.I pokażę, że dzień jeden zakończy
Krwawe nasze wiekowe turnieje;Że mi Ceutę do korony przyłączy,A tu, Tangier krwią hiszpańską obleje.
O! Fenixano! bliski czy daleki,Tak skarg już moje nauczyłem wargi,Że zawsze one gotowe do skargi,I śmierć je chyba zagłuszy na wieki.A choć nie umiesz zazdrości ocenić,Choć mię obwiniasz, że uchybiam tobie,Napróżno chciałbym wyrazy odmienić,Bo zazdrość o słów nie myśli ozdobie.Cóż to za portret? o! dziewczyno srogaCóż to za portret ręka twoja pieści?Któż to jest? powiedz, kto to jest, na Boga!...Ach nie powiadaj! dosyć już boleści...Dość, że go twoja biała ręka trzyma,Że nim jak różą zerwaną kołysze,Ach, dosyć dla mnie, że widzę oczyma,Niechaj przynajmniéj z twoich ust nie słyszę.
Pozwoliłam ci, abyś mnie miłował,Nie pozwoliłam, abyś mnie obrażał.
Jam już wyrazów prędkich pożałował,Bom w żalu mówił i na styl nie zważał.
Ja wiem, że mówić potrzeba inaczéj,Ale któż myśli o słowach w rozpaczy?Milczeć?... ach, miłość potrafi ogłuchnąć,Milczeć... Lecz zazdrość... ta musi wybuchnąć,Musi wybuchnąć.
Chociaż mi się zdaje,Żeś nie zasłużył, bym się tłómaczyła,Ponieważ różnych mam wymówek siła,A mam ich wiele... najlepszą ci daję.
Więc masz wymówkę?
Mam.
O! Bogu dzięki.
Ten portret z ojca mojego mam ręki.A przysłał mi go...
Kto?
Fezki królewic.
W jakim zamiarze?
Bo mój ojciec stary,Który się nie zna nic na sercu dziewic...
Co?
Pretenduje, oraz ma zamiaryTe dwa królestwa Fezu i Tangieru...
Dość! Ta wymówka jest podobna zeru.Taką wymówkę dajesz? o! nie dzięki!Nie dzięki tobie... Czy masz lepszą inną?
Ale ten portret ja mam z ojca rękiI sądzę, żem jest zupełnie niewinną.
Winnaś! bo trzeba było... trzeba było...Choćby ci ojciec zagrażał mogiłą,Portret odrzucić.
Jakąż dać przyczynę?
Nie wiem... co skłamać.
Z kłamstwa ja nie słynę.Cóż miałam czynić?
Co? umrzeć w potrzebie,Jabym to łatwo uczynił dla ciebie.
Przymus był wielki.
Ach! serca zmienienie!
Przymus i siła.
Któż się podda sile?
Cóż więc być mogło?
Moje oddalenie!Ach, oddalenie podobne mogile,Które mnie w grobie ciemnym położyło.A teraz jeszcze drugi raz odjadęA ty mię drugą nakryjesz mogiłą.
Otóż, Muleju, dam ci jedne radę:Abyś tu zaczął skarżyć się w TangierzeI aż do Fezu ciągnął to stękanie.
Zaprawdę boleść moje tak rozszerzę,Że aż do Fezu za tobą dostanie.
A teraz bądź zdrów, jedź, bo już nie rano.Przymus ci każe opuścić te mury.
I odsyłasz mię? o! Fenixano?I nie oddasz mi téj miniatury?
Ach, jak smutna to chwila... ach, smutna
Miniatura ta na mnie spoziera!
Więc ci z ręku ją wydrę, okrutna,To, co serce mi z piersi wydziera.
Pierwszy, o! piękna Afryko, wyskoczęNa twoje brzegi i nadepcę nogą.A ty czuj, jak cię moją stopą tłoczę,A ty czuj pana i poddaj się z trwogą.
Ja drugi skoczę na ląd.
O! mój Boże!Aż tu ścigają za mną wróżby czarne?
Nic, Don Henryku; wróżba nic nie możePrzeciw krzyżowi — strachy to są marne.A że upadłeś? to ja tak tłómaczę,Że ziemia, pana uczuwszy i księcia,Sama się jemu chciała dać w objęcia.
Ziemia to pusta... Araby tułaczeI Poszli w pustynie.
Tangier zawarł bramy.
W mieście my naszych wrogów poszukamy.Niech z harmat pierwéj wystrzelą na salwy.Ty, Don Żuanie Coutinio z Miralwy,Idź i pod miasto podbiegnij zamknięte;Ostrzeż, niech próżną nie drażni obronąOgnia i miecza, bo gdy będzie wzięte,Domy się zwalą w krew, kościoły spłoną.
Wkrótce pod miejską ujrzycie mnie broną;Choćby to miasto na dymu ciemnicyStało jak wulkan z krwi i z błyskawicy.
Chwała Bogu! że przecie stoję o swéj sileNa brzegu, kędy moje widzę i apryle;A już nie te przeklęte bałwany i szkuty,Kakatosy, maestry, gdzie człowiek ma buty,Ale chodzić nie może; gdzie od kul ucieka,To wpada w morze, kędy pan ludożer czeka.Jak to mówią u ludzi, spadł z rynny pod wodę.Dość morza — lubię lepszą na ziemi wygodę.
Kochana ziemio moja, noś mię, ja człek lądu,Radbym ostatecznego doczekać się sąduNa ziemi, nie na morzu.
Co ty nań uważasz?
A ty czemu się wróżby marnymi przerażasz?Dla czego smętny stoisz z rozwianymi włosy?
Duch mój pełny przestrachu. Przeciwne nam losy:Z Lizbony wyjeżdżając, gdy szeregi dzielneWsiadały, to ja strachy widziałem śmiertelne.Zaledwo barbaryjskich dotknęliśmy lądów,Słońce, jak gdyby na dzień ostatecznych sądów,W chmury krwawe zabiegło i w niebiosa wklęsło.A morze ciemne, czarne, okrętami trzęsło.I teraz, gdy nań spojrzę, to kolor ma takiJak krew. Patrz na niebiosa, zewsząd czarne ptaki.Patrz nad morzem... jakby z mgły posępne osoby.Patrz na ziemię... zdaje się, że wszędy są groby,W które za każdym krokiem człowiek błędny wpada.
Moja miłość inaczéj to wszystko wykłada:Że nam burza uniosła jeden okręt zbity?To zwyczajny przypadek. Że niebios błękityZaćmiły się i kolor wzięły szczerozłoty?Poważny? to nie groźba, ale cześć dla floty.
Że potwory za nami wyzierały z morza?Że czarną chmurą ptaków migotała zorza?To nie przeciw nam wróżba, lecz strach na Araby;Wszakże tych ptaków nasze nie niosły koraby?Nie ciągnęły za sobą? ale tu znachodzą?Więc téj arabskiéj ziemi owe wróżby szkodzą,Jeżeli są wróżbami. Maur niech patrzy na nie.Ale my, mój Henryku, oba chrześcianie,My, cośmy nie dla marnéj tu przyszli potęgi,Nie po to, aby nami zaczernione księgiPo wielu wiekach o nas do ludzi gadały;My, cośmy tu dla Boga i dla jego chwały,Abyśmy kościół jego szablami podparli;Z tą wiedzą, że zarówno obabyśmy zmarli,Choćbyśmy tylko szczęścia szukali jak drudzy;Czegoż się boim Boga? wierni jego słudzy!Czemuż my się na wróżbach oparli nie na nim?My, cośmy przyszli z naszéj krwi ofiarowaniem.
Ale cóż to od pola?
Książęta,Kiedym wasze wypełniał rozkazy,Tam, gdzie góra w łuk zagiętaŁamie się w piętra dwa razy.Usłyszałem w strasznéj wrzawiePod nieba strefą niebieskąZlatującą konnicę Fezką...
Zdawało się, że żórawie,Na Pigmeów w wielkim gniewie,Szary klucz na niebie klecą.Ziemia nie wie i wiatr nie wie,Czy oni biegną, czy lecą.
Idźmy powitać te wrogi.Niech strzelce staną na czoło.Siodłać konie, a wesoło!Wdziać kolczugi — od głów do nogiZbroić się i stawać w szyku!O! szczęśliwy dzień, Henryku,Zwycięstwo nam w ręce dane.
Ja, twój brat, przy tobie stanę,Piersi także mam niezłomne,O strasznych wróżbach zapomnęI pokażę, że śmierć mię nie trwoży.
A ja tam, gdzie śmierć się srożyNie pójdę... w każdym hazardzieJa stoję na ariergardzieI wulkan ze mnie wybucha.
Ach jaka tam zawierucha!Jaki blask, jaki bój srogi!Niech się biją — a ja w nogi!
Łatwo brać zwycięskie laury.Uciekają zbite Maury.
Pole całe pełne łupów,Koni, mieczów, siodeł, trupów.
Gdzie Don Fernand?
Z całą liniąArabów znika w obłoku.
Chodźmy za nim, Don Coutinio.
Zawsze obaczysz mię przy twoim boku.
Tu, na téj ogromnéj puszczy,Co zdaje się grobem ludzi,Gdzie krew z ciał pobitych pluszczy,Koń leży i pan się nie budzi,Sam zostałeś, Maurze młody,Nad pobitymi narody.I twoje gdzieś orle źrzebie
Przez pola pobiegło krwawe,Tocząc pianę i kurzawę,Pod sobą kurz, a pianę z siebie...I oddało cię bez broniŁupem téj rycerskiéj dłoni.Horyzont, jak okiem objęty,Podobien do jednéj trumny.A ja twojém wzięciem dumny,Więcéj dumny, żeś ty wzięty,Niż, że te pola oblaneSą krwią, aż tam gdzieś w błękit giną,Tak, że oczy smętne tą ruinąI czerwienią tą jak obłąkaneOdwracają się, nie wiedząc, gdzie natrzećOstrzem wzroku znużonych promieni;Aby ciągle na nieszczęścia nie patrzeć,Aby ciągle nie widziały czerwieni.Ja, gdym cię silném ramieniemWziął, mężnego tak wojaka,Wybrałem sobie rumakaZ próżnem siodłem i strzemieniem,Którego ojciec był burzą,A matka była płomieniem;Bo płomienie i wiatry mu służą,Równe jemu robiąc rodowody.A ja jeszcze powiem, że był z wody,Taką szerść miał i rzadkie tak piegi;I tę wodę przemienię na śniegi
I znów powiem, że wody był synem.A co do prędkości — delfinem,A co do krwawości — był smokiem,Co do lotu — był, mówię, obłokiem,Co do nozdrza — był szczerym rubinem,A był orłem, gdy puścił się lotem,A gdy piersią uderzył — był grzmotem;A pod dumnym — szedł z dumą szlachecką,A pod starcem — jak starzec poważnie,A pod cichym — spokojnie jak dziecko,A pod silnym — jak rycerz odważnie:I na jego kark i siodło jegoSiadłem z tobą, jak z broni kolegą;A on zda się, jak łódź, co się ślizga,Pruł się piersią przez krwawe bałwanyI gniótł pole, co krwią naszą bryzga.Ale czy to jego wnętrzne rany?Czy ta myśl? zwyciężonych tak bliska,Że kark jego zwyciężca uciska,Czy nad tobą może zlitowany?Gdy pomyślał, że obu nas wiedzie,Obu włożył na kark swój niechętny:„A ten Hiszpan taki wesół gdzieś jedzie!„A ten Arab jedzie taki smętny!“Ach i może ta myśl nie pozbyta,Że ojczyznę zdradza, mnie unosząc,Padł, oczyma litości nas proszącI załamał się na cztery kopyta
I dech oddał.I powiedz mi teraz,Czemuś taki smutny, przyjacielu?Gdy się zwracam — a obracam się nieraz —Choć mi taisz twą boleść, Arabie,Widzę jasno, żeś pełny trosk wielu.I podobnyś jest żelaznéj sztabieI téj stali, co zgięta odskoczy...Lecz ból, wulkan, przez usta i oczyCiągle z ciebie jak ogień wybucha:Niepodobna! by takiego duchaMarna boleść poddała swéj woli?Abyś cierpiał tak na téj niewoli,Ty, co wolność przedałeś tak drogo.Inna jakaś być musi przyczyna?Jeśli troski podzielić się mogą,Jeśli sądzisz, żem na to zasłużył,Mów, o! Maurze, dla trosk to jedynaPrawie ulga... a jam serca nie zużyłI obaczę, widząc ranę twoją,Czy ta rana jest z tych, co się goją.
Widać, żeś równie szlachetnyJak odważny, mój Hiszpanie.Równie mieczem jak językiemUmiesz czynić zwyciężonych.Miecza twego niewolnikiemByło ciało, co nie boli...
Teraz wziąłeś do niewoliMego ducha. DoskonałyJesteś rycerz! Na dwie bronie;Moc masz i w ręku... i w łonie...Twoim jeńcem jestem cały.A ponieważ ty wzruszonyLitością pytasz, Hiszpanie,Czemu ogień i żal słonySypią mi z oczu perłami?Uczynię tobie wyznanieI sercu ulżę ustami.Nie dla tego, że mnie boliSerce i skarżyć się pragnie...Bo nieszczęście do skarg mię nie nagnie...Ale, że to z twojéj woli,Ażebym ci się poskarżył...Wiedz, że jestem urodzonySynowcem króla Fezkiego,A zowią mnie Mulej Chekke.Królewska krew płynie we mnieI serce mi wielkie grzeje,Bowiem ród mój uświetniliRóżni basze, belerbeje.A rodziłem się w tym roku,Gdyście wy Gelwy tracili,I ze smutnego wyrokuMatce kosztowałem życie,Smętne fortuny igrzysko!
Gelwańskie, krwi pełne poleByło mi pierwszą kołyską.A odtąd... ciągłe niedole,Nieszczęścia mnie ciągle goniąI pokoju ciągle bronią.Albowiem, kiedym do FezuPrzybył, dziecko, z moim stryjem,Przyjechała tam dziewicaI w bliskim domu, przez ścianę,Stanęła, i odtąd serceZostało w niéj rozkochaneI do śmierci tak zostanie.Ach! bo ta miłość, Hiszpanie!W zawiązkach swoich tak drobna,Zaczęta w dzieciach tak tkliwie,Taka, zda się, niepodobna,(Gdy sobie serce tłómaczy)Ani się skończyć szczęśliwie,Ani się skończyć inaczéj,Ani się mogąca dźwignąć,Ani zerwać, ni ostygnąć...Z tą miłością wychowaniRośliśmy, panie, oboje.I dziś zarówno nas raniTa miłość w serc naszych dwoje,Ciskając razy niemylneNa serce słabe i silne...Ach... z mojém tak uczyniła,
Jako woda z marmurami,W które ciągle bije łzami,I tak będzie ciągle biła,Ciągle biła, aż je strawiI w marmurze ślad zostawi;Tak łzy me nowe i noweNa serce pięknéj spadały,Aż serce twarde, ze skały,Serce jéj dyamentowe,Na które sto razy spadły,Przegryzły na wskroś i zjadły...Ach, i nie moje to cnoty,Że teraz serc naszych dwojeSą, jakoby dwa powoje,Wzajemnymi wite sploty.W tym stanie przeżyłem lata,Zapomniawszy prawie świata.Rozpływając się w jéj wdziękach,W pierwszéj miłości jutrzenkach,Pijąc pierwsze tajemniczeTroski i pierwsze słodycze...Gdy oto, w nieszczęsnéj chwili,Rozstałem się z nią na czas krótki;I stąd idą moje smutki,Stąd płynie mój żal ogromny,Bo ją z drugim zaręczyli,Kiedym ja był nieprzytomny.Teraz powiedz, czym szaleniec,
Że klnę fortunie bogini?Tamten jest wolny... jam jeniec!Jam jest daleko... on przy niéj!
Szlachetny Maurytańczyku,Dobrze mi smutki wykładasz.Jeśli tak kochasz... jak gadasz?Tak cierpisz?... jak w serca krzykuSłychać, gdy boleść malujesz,Jeśli tak z ognia usychasz?Ach! i tak tęsknisz? jak wzdychasz,Ach! i tak wzdychasz? jak czujesz,Widzę, że wiernie miłujesz.Więc honorowi nie skłamię,Wodzu maurytańskich galer,Idź i powiedz swojéj damie,Że portugalski kawalerPrzysłał cię za niewolnika,A ją ci daje za pana.A jeśli obligowana,(Bo to dziewic serce łechce)Skarby swoje poodmykaI płacić za ciebie mi zechce?Ten okup weź, Maurze młody,Bo będzie wielki, jak sądzę,Zmień na miłości pieniądzeI miej z niego wieczyste dochody.A teraz jedź mi szczęśliwie,
Oto koń twój własny wraca.Ja wiem, że kto kocha tkliwie,Temu czas płynie leniwie;Więc ci czasu, Arabie, ukracaMoja miłość, a ty się nie zmuszaj,Siadaj na koń, rycerzu, i ruszaj.
Słów mi teraz nie staje w potrzebie,Ale wdzięczność ma inne oznaki;Wiem, że daru przyjęciem pochlebię,Lecz mi powiedz, proszę, ktoś ty taki?
Portugalczyk i szlachcic... nic więcéj.
Pokazałeś to czynem i słowy,Bądź co bądź, w grunt nie siałeś jałowy.Twój niewolnik...
Ujeżdżaj co prędzéj,Koń twój czeka.
Więc otwierasz mi szranki?Więc chcesz, aby serce w niewolnikuUderzyło znów przy sercu kochanki?
Tak, zaprawdę, szlachetnym być trzeba.
Hej! szlachetny mój Portugalczyku!
Co mi powiesz?
Gdy pozwolą mi nieba,To ci kiedyś za dar taki odpłacę.
Bądź szczęśliwy!
Teraz ja się bogacę...Ale dar twój, panie, nie padł w wodęI na końcu, na ziemi odbierzeSwoje żniwo i swoje nagrodę.Mój Hiszpanie, niech Allach cię strzeże.
Jeśli Allach Bogiem, niech cię broni,Lecz cóż to za tentent koni?Co to za trąby i krzyki,Którym powietrze przykłasło?Tam, z drugiéj strony kotły słychać Marsa hasło.Ha! mój brat Henryk.
Gdzie jesteś, Fernandzie?Dawno cię szukam.
Cóż tam za nowiny?
Bracie, Fezanie idą i Murzyni,Budząc te echa; Tarudant z wojskamiKrólowi Fezu przybył dla odsieczy.A król podparty z MaurytańczykamiZrobił wycieczkę, bije nam na czoło,Kiedy Tarudant nam odwrotu przeczy.Zewsząd straszliwe nieprzyjaciół kołoW swoje żelazne objęło nas wieńce.Oblegający my i oblężeńce,Z téj ciemnéj chmury, co się na nas toczyBłyskawicami bici w same oczy,Zmieszani... Cóż nam, Fernandzie, zostało?Powiedz, co czynić?
Co? umierać z chwałą.Niech nacierają ci oba alianci,My na śmierć idźmy jako wojownicy,Jako dwaj mistrze, jako dwaj infanci,A choćby tylko jak Portugalczycy.Idźmy i krzyczmy hasło dwóch zakonów:Ave i Chrystus... hasło nasze stare,I stańmy oba na czele szwadronów,I umierajmy, mój bracie, za wiarę.
Złe lądowanie jest wszystkiemu winą.
Nie czas się teraz zatrudniać przyczynąZłego... gdy zewsząd wróg i krew i jęki...Do poratunku trzeba użyć rękiPrzeciwko siłom Tangieru i Fezu.Za mną!... W twe Imię Przenajświętsze, Jezu!Za mną!
Otóż i śmierć! otóż i sztuka!Pięknie ten rycerz swojém hasłem pukaW bramy niebieskie, klucze przenajświętszePewnie otworzą mu te wielkie gmachy,Gdzie święty mieszka aż na siódmém piętrze.Co do mnie, czuję nieśmiertelne strachy,Które mi sercem jak dyabły szamocą,Rozmyślam na co my tutaj i poco?A z rozmyślania to wynika mego,Że odtąd mam się już za umarłego.
Kto się broni tak uparty?Szabla moja, piorun żywy,Który spada aż ze sfery czwartéj.
Choć co krok ja nieszczęśliwyChrześciańskie depcę ciała,Beka moja nie omdlała,Nie straciłem mocy w duchu.Jeśli ja piorun? ty trup... Ty piorun? ja skała.
I prawda, że mnie dobrze nadeptał po brzuchu.
O! rycerzu! twoje męstwoNie widzi, że słabo walczę;Że chciałbym ci dać zwycięstwo.
Co mi powiadasz, zuchwalcze?Nie przyjmuję takich danin.Broń się!
O! straszliwa męka!Gdzie nadepcę i spojrzę na trupa, Chrześcianin!
Nadeptał mnie, lecz o mnie niechaj się nie lęka.A gdyby lżéj mnie deptał, to byłby rozumny.
Portugalczyku dumny,Oddaj mi twoję szpadę;
Pod strażą cię zostawięI rękę na sercu kładę,Że obejdę się łaskawie,Choć twojego miecza znakiNa piersi rozdartéj noszę.Powiedz, mężny, ktoś ty taki?
Nie dam ci mego nazwiskaAni szpady... o śmierć proszę.
Ten miecz, o! panie, co w twém ręku błyska,Już okręcon koło głowy;Przez tę pierś chyba dostanie,Jak przez mur dyamentowyMego księcia. Do Fernanda. O! mój panie!O! mój książę! krzep się w sobie.Teraz, teraz ja przy tobieAż do śmierci.
Stój! co słyszę?Księcia Fernanda oglądam?Większego łupu nie żądamI ten wielki dzień zapiszęPomiędzy najszczęśliwszymi.Zatrzymać ludu zagładę...A ty, królowi téj ziemi,Fernandesie, oddaj szpadę.
Co widzę? o! biada jemu!
Królowi tylko samemuOddaję ten oręż święty,Nie chcąc jak desperat ginąć.
Jak widzę, próżne wykręty!
Ach! co widzę? brat mój wzięty!...
Patrzaj, ale boleści nie wydawaj głosem.Bo to, mój miły bracie, zwycięstwo nad losem,Jeśli go człek wolny umieUpokorzyć i poddać pod jarzmo swéj dumie.
Tak, Henryku, twój brat się dostał do niewoli...A choć mogę i słuszność mi, sądzę, pozwoli,Abym go na śmierć skazał, serce mam ruszone.Bom tu przyszedł na własnéj korony obronę;A los, który mię panem niespodzianym robiWaszéj krwi, więcéj waszą niewolą ozdobi.Więc owszem z ciągłą myślą o tym niewolnikuPowracaj do ojczyzny i powiedz, Henryku,Duartowi królowi, że temu poruczę
Więźnia, co mi przywiezie złote Centy klucze,Nie inaczéj. A teraz, jako moja własność,Do Fezu za mną raczy twa książęca Jasność.
Jako u mojéj sfery słońcem idę wszędzie.
Ach! serce moje smutek dwojaki posiędzie,W miłości i w przyjaźni mając swe powody.
Henryku, ja zostaję tu pełen pogody;Na zło i dobro... wytrwam jak ludzie niezłomni.Jedź i proś brata, niechaj o mnie się upomniJako pan chrześciański.
On się zobowiąże...
Niech się upomni jako chrześciański książę...Jak katolik.
Takim ja, mój bracie, powrócę.
Teraz pozwól, że w twoje objęcia się rzucęI uściskam, bracie mój, Henryku kochany!
Ty wzięty, a mnie kładziesz na szyję kajdany?
Bywaj zdrów, Don Żuanie.
Żywot mój bez celu...Ja tu, z tobą.
Więc zostań ze mną, przyjacielu.
O! dzień pełny nieszczęścia!
Wszyscy bądźcie zdrowi!Jedź, Henryku, i powiesi! odemnie królowi...Nie, nic nie mów! Słowom to powierzać daremnie,Ot, tylko te łzy moje zanieś mu odemnie.