Mirtyl

Salomon Gessner (1730–1788)

Translated from German by Adam Naruszewicz

Podczas ślicznego w lecie raz Mirtyl wieczora,Oglądać przyległego szedł brzegi jeziora,Gdzie księżyc rozwinąwszy koło promieniste,Na spokojne kryształy sypał srebro czyste.Wdzięczny blask pól rozległych i głuche milczenie,Słodkie w krzakach słowików po rosie kwilenie,Tysiąc cudnych obrazów rozkosznéj ponętyTrzymały zadumieniem długo umysł zdjęty.Wróciwszy się nakoniec, kędy blisko chatyStał z bluszczu we dwa rzędy chłodnik w liść bogaty,Znalazł ojca starego; a on snem zmorzony,Na zielonéj murawie leżał rozciągniony;Wspartą głowę bieluchną na ramieniu trzymał,I tak sobie na chłodzie milusieńko drzymał.Stanął syn zadumiany, i na postać onęPatrząc, z politowaniem oczy miał wlepione.Czasem téż spojrzał w niebo przez liście powiewne,A łzy mu się z radości wytaczały rzewne.O ty, rzecze, po Bogu pierwsze me kochanie,Ty czci moja najpierwsza, najpierwsze staranie.O jak słodko zasypiasz, gołąbku mój siwy!O jak mile spoczywa człowiek sprawiedliwy!Pewnie cię tu zwyczajne zabawki przywiodły?Abyś niebu wieczorne ofiarował modły;I na tak świętéj sprawie zachwycił sen luby.Pewnieś i za mnie bogom miłe oddał śluby?O jakożem szczęśliwy! wiem pewnie, że w święteIch uszy są za syna prośby twe przyjęte.Bez nich czyżby ma chatka stała tak bezpieczna,Albo koszary tyle zaradzały mleczna?Albo sady dorodne hojną dań nosiły,I pod bujnym owocem gałęzie chyliły?Za twoim to błaganiem, Bogu ulubionyStaruszku, plennym kłosem szumią me zagony.Ledwo może wydołać sierpem Ceres blada;Mnożą się po oborach ślicznych owiec stada.

Kiedyś patrząc na moję troskliwość, byś mileStarganego do końca wieku pędził chwile;Łzy z radości wylewał: lub wzniosszy powiekiDo nieba, życzył, by mię nigdy z swéj opiekiBoska nie wypuszczała dobroć, kto okryśli,Jak słodkie w duszy mojéj rodziły się myśli!A ściśniona wzdychaniem gdy pierś serce tłoczy,Rzęsiste łzy strumieniem zalewały oczy.

Pomnę jako i dzisiaj, idąc do ogrodu,Zażywać w dzienny upał łagodnego chłodu;A widząc już sad bujnym owocem odziany,Już igrające tłuste po trawie barany,Już na zasiane gęstym zbożem płodne niwy:W radości, rzekłeś, głowę włos mi okrył siwy.A wy, roskoszne pola, smugi ulubione,Zostańcie już na wieczny czas błogosławione.Już was niedługo będę bystrym mierzył okiem,Który zawisna starość ciemnym tępi mrokiem.Wkrótce przyjdzie do obcéj wędrować dziedziny,I być gościem podziemnych grodów Libityny,Acz i tam w myśli wasze tkwić będą obrazy,Których nigdy śmiertelne nie przywalą głazy.Także, o mój najmilszy w życiu rodzicielu,Także, dawco krwi mojéj, wierny przyjacielu,Mam cię prędko utracić? o wyroki smutne!O żałości niezmierna! o myśli okrutne!I jeśli tak jest, i tak chcą niezbłagane jędze,Aby się rychło drogich dni twych rwały przędze;Niestety! i umarły będziesz w sercu u mnie.Przy zimnéj ołtarz z darnia postawię ci trumnie;A ilekroć dzień taki zaświeci na niebie,Że będę mógł w ostatniéj ratować potrzebie;Użaliwszy się hojnie nad nędznym człowiekiem,Posypię grób twój kwieciem i poleję mlekiem.

Tu zamilkł i na starca wzrok obrócił wryty,A z oczu mu się toczył strumień łez obfity.Po chwili znowu zaczął: oto jak lekkuchnoZasypia, i coraz się uśmiecha miluchno!Co na jawie, to we śnie, utajona cnotaI przez zamknięte zmysły ma otwarte wrota.Lubo władza języka, moc odbiegnie ręki,Znać na czele i przez sen dobroczynne wdzięki.

Oto jako mu główkę miękki blask księżycaI bródkę posrebrzaną promieniem roznieca!Jako się około niéj płochy Zefir wije,Rozumiejąc, że mleczną całuje liliję.Dobrze-by tu i daléj zażywać spoczynku;Ale lepiéj, tatusiu, spocząć przy kominku.Wietrzyk zbyt ostry szumi, rosa nazbyt chłodzi:Co nam młodzikom miło, staruszkowi szkodzi.To rzekszy, po maluśku do niego się rzuciI lekkim całowaniem śpiącego ocuci.Potym wiedzie do chaty, kędy miedzy puchemZłożonego skór miękkich odzieje kożuchem.1770, Zab. I, 97 — 103.