Część piąta

Samuel Taylor Coleridge (1772–1834)

Translated from English by Jan Kasprowicz

Pieśń o starym żeglarzu

O śnie! rozkoszny, drogi śniePo wszystkie krańce ziemi!Królowo Niebios, dzięki ci!Sen mi po klęsce strasznych dniZjednałaś prośby swemi!

Śniłem, że naszych wiader rząd— A było ich niemało —Wodą wypełnił się po brzeg...Gdym zbudził się, padało.

Zwilżone-m wargi miał i krtań!Wilgotne szaty moje!Snać we śnie-m pił i jeszcze wciążSpragnione wnętrze poję.

Wstałem — zaledwiem kości czuł!Ach! co za lekkość błoga!Snać we śniem zmarł i jestem jużDuchem u Pana Boga.

A w tem usłyszę dziki świst!To wicher zawył nagle!

W oddali wiał, lecz w szumie tymTrzęsły się maszt i żagle.

Górą, w powietrzu, życie wre!Sto flag ognistych płonie!Wskroś zygzakami przestwór tną,A pośród wstęg ich gwiazdy lśnią,W wyblakłej lśnią koronie.

Coraz to bliżej wicher dmie,Żagle, jak trzcina szumiąca;Z ponurych chmurzysk leje deszcz,A w chmurach skraw miesiąca.

Rozdarł się chmur posępny kłąb,Wypłynął blask księżyca,A, jak ze szczytu stromych skałHuczącej wody spada wał,Lała się błyskawica.

Nie sięgnął statku głośny wichr,A statek się porusza!Pośród błyskawic słychać jęk...Ach! jak się lęka dusza!

To zmarli wstają! Język ichNiemy i nieme oczy!Choćby to sen był — co za strach,Gdy człek umarłych zoczy!

Wichr nie pogania: płynie łódź,Sternik przy swoim sterze;

Jak zwykł to czynić, majtków tłumDo swoich lin się bierze.Bezwolnym ruchem każdy z nichRzucał swe martwe leże.

Przy mnie bratanka stanął trup —Kolano przy kolanie!Jedną ciągniemy linę wraz —On milczy!... Chryste Panie!»

«Stary żeglarzu! boję się!»«Nie bój się, gościu luby!Nie potępieńców był to ród:Okręt mój wiedli wskróś tych wódWolni od wiecznej zguby.

Gdy nadszedł świt, bezwładnie masztObjęły ich ramiona,I popłynęła pieśń im z ust,Pieśń słodka i natchniona.

Płynął im z łon przedziwny tonDo wschodzącego słońca,I wracał znów, to sam, to współ,I cudnie brzmiał bez końca.

Raz mi się zdało, że to henTrele skowronka płyną,To znów, że cały ptasząt rójZagrał w przestworach pean swój,Wzbiwszy się nad głębiną.

Raz niby-m słyszał jakiś chór,To znowu fletni głosy,Lub też anioła rajski śpiew,Że milczą w krąg niebiosy.

Ścichło... Lecz w żaglach grała wciążTych słodkich brzmień ulewa —Aż do południa, jak ten zdrój,Co skrył się między drzewaI w noc czerwcową, cichą noc,Lasem swe pieśni śpiewa.

Aż do południa statek naszŚród ciszy mknął łagodnej;Żaden go wiatr nie pędził w dalPo tej przestrzeni wodnej.

Spodem, na dziewięć sążni w głąb,Ukrył się duch z dziedzinyŚniegu i mgieł, i on to parłNasz okręt — on jedyny.W południe w żaglach zmilkła pieśń,Przestały dźwięczeć liny.

I okręt stanął... Z góry wprostZ nad masztu, w wód przeźroczyUwięzło słońce, w morza tońWlepiło swoje oczy...A potem — nagle — wprzód i wsteczW dziki się tan potoczy.

I, jak spłoszony, potem koń,Skok czyni karkołomny:

Krwi-m uderzenie uczuł wrazI padłem nieprzytomny.

Nie powiem ci, jak długom takW półmartwym leżał stanie,Lecz, nim się jeszcze zbudził duch,Rychłom usłyszał głosów dwóchPrzedziwne gdzieś wołanie.

«Powiedz!» — tak wołał jeden z nich —«Na Zbawcę! Na niebiosa!Czy to ten wróg, którego łukUśmiercił albatrosa?

Duch, mieszkający w strefach mgiełI śniegu, żywił serceDla tego ptaka, a sam ptakMiłował swego mordercę»

A drugi głos łagodny był —Słodkie, jak miód, orędzie!«On» — rzekł — «pokutę spełnił jużI jeszcze spełniać będzie!» —