E. T. A. Hoffmann
W ponczu oparach, dusznych i gorących,a tak gryzących, jak łzy, kiedy płomykmodry trzepoce, niby w zmierzchu motyl— tu, pod sklepieniem nizkiej tej piwnicy,w mroku, o łuki ostre przełamanym,pod skrzydłem cieni, pod okiem demona,jest jakby harfa. Kiedyż zagra na niej?
Wsparty o zydel, wyciągnąwszy nogi,przegięty ekstatycznie, jakby tonął,albo jakgdyby śmiał się, z wzrokiem lśniącym,z szklistą, zmartwiałą, szczęśliwą źrenicą,z cybucha pyka zwolna (ten bulgoce),o! nie pijany, ale zstępującyw piekło: w tych dymach, co się wiążą, kładątam pod pułapem, jak szorstki sznur stryczka,ileż zjaw! ileż tonów! ileż śmierci!
Gdy się odśmiechnąć pragnie — z takim trudem,jak dziecko, które płakać już przestaje,i usta ściska i zaplata rączkibezsilne — widzi dzioby! żmije! knieje!A potem gruzy: te mroczne ruinywizji strzaskanej w purpurowym zmierzchu;monstra w kadłubach okrętów; ondyny,trenem białawym, zbyt długim, wabiące,w rozwianej luźnej szacie, w księżycowej
zieleniejące melodji. Straszliwewęże w koronie złoto-szmaragdowej,jak trupy, żółto fosforyzujące,wpół-przechylone z mogiły, jak trąbyu warg Anioła, przeraźliwie-srebrne,i pękające, jak puls, jak krew ciemna,wzburzona trunkiem, co tętna rozsadza.I obce, smutne, dziecinne zabawki,a błaho-groźne, w których oczach płaskichciekawa pustka mieszka, jak w grobowcach.O, sarkofagi miast! Dzwony, dudniąceoceanicznie! O, tarczo zegarów,po których czas przesuwa sztywny palec!
A potem automaty dźwięczeć będą,jak szelest strugi o dno, bardzo cicho,o gładkie drobne kamyczki prąd piany,jak wiekuista pokusa powierzchni:ach, tak lustrzana! ach, i tak bezdenna!I wszystkie ptaki przemówią głosamidrewnianych papug, zapylonych starców,chrypiąc: mechanizm, który klucz zagubił— z trzaskiem wirują sprężyny, chargocząc,i kółka trzeszczą rdzawo, i łańcuchypękają, obłąkane, w wielkim werkuwszechświata, z dysonansem zawsze nowym,jak trzaskające struny smukłej harfy,co smaga w wichrze muzyki i krajepierś, jak z kryształu promień, i jak lancet,że opadają ręce.