Lawina harmonji

Stefan Marek Eiger (1899–1940)

W szumie tak łatwo usnąć, — dziwne kroplez igieł podłużnych gdy spływają z trudem,wahając się, jak z rzęs o zmierzchu skąpełzy; doganiają się i potoczyścieciekną, jak z oczu, co wreszcie przystająna wzbierający szloch. Lira napiętapomiędzy chmurnem bezmiernem sklepieniema ziemią, którą czujesz pod stopami,grząską i czarną, jak otwarta rana:i w nią zapadasz się, jak w rozchylonewargi wilgotny śpiew. Podłużne, śliskie,jak skryte żmije, wytrwałe korzeniepod głazy ryją się, jak pnącze piekieł,jak wężowisko Meduzy, — a tarcząpłaską i gładką i znieruchomiałą:gleby pierś, czujna i trwożna, jak serce —podważą! Słyszysz: kamienie gruchocą,jak wyłamane z cyklopowej gębyzęby! A tam się płaczki wciąż kołyszą,czerniejąc: świerki, nad brzegiem, co toniew zbełtanem morzu ciemności, tumanówsiwych, w pojęku głosów, w księżycowym

najprzeraźliwszym dysonansie nocy!O, przepaściste jary, kędy bijecieniutka żywa struga, jak krew srebrna:ta rozedrgana żyła rozoranejziemi, w przepaści czasów, ta wyprutajedna jedyna, na zawsze strzaskana,ta metaliczna struna zgruchotanejliry Orfeja, która, blednącego,ciebie dziś kusi, abyś znów wypłynąłna oceany skłębione, dzwoniące,jako dzwonnice, drgające zpod ziemi,jak zatopione przed wiekiem wieżyce,których zapomnieć pragniesz — nadaremno! —bo w noc tę huczą, jako w noc zagłady,kiedy się ziemia rozrywa i rzygastopioną rudą swoich wnętrz, płomieniemzłota i żółci, ogniem jadowitym,a, jak miecz, chłodnym, który rozszerzoneźrenice ci oślepia i wypala,abyś znów śpiewał — nareszcie widzący —zataczający się przed wielką harfą,która bezmierne i chmurne sklepieniaz ogłuchłą ziemią spina! Byś się plątałi dłonią wodził, napół martwiejącą,po ostrych, szorstkich, metalicznych prętach,które Ktoś trąca szumem, zamiast ciebie,a ty podajesz wątły wtór: niechętnie,jako spłakane usypiając dziecko.

Stefanowi Flukowskiemu