On (Napierski)
Przez telefon, po drutach okrutnych pajęczyn,W muszlę słuchu uderza, wkręca się i dręczy,W szarawej korze mózgu zaplata powrozyI tkwi tam, w miękkiej czaszce: mroźny punkcik grozy.
Pod lampą, pod ukośną z włókien światła błoną,Wzbiera, wdziera się w usta krwią żelazno-słoną,W żyłach zwiotczałych wolno wolno bulgoce,I szumi w dłoniach omdlałych, jak noce, jak noce.
Znów dojrzysz w ukochanych oczach lęk spłoszony,Jego, co czuwa w każdym rytmie, poskromiony,Bestję, co z marmurowych ulic przyniesiona,W marmur nas zmieni, nim skona.
O, daj ręce! Niech czuje ciała twardy miąższI słodko-złoty zapach skóry niech raz jeszcze czuję,Zanim gardła nam zdusi i owinie wążBielmem, błękitem ślepoty, oczy powlecze i struje.
Czy słyszysz sypkich palców chrzęst?Zasłoń ciemne zwierciadła. Tam się płomień ćmi.O, widzisz, jak wybucha, goreje! ON jest!Zdławił nadziejęI zrzuca czarne trupki dni.
Jeszcze chwilka. Wzbierze słodki jad,Złotym piorunem runie Archaniołów trąba —I runie kruchy, ciemny i płomienny świat,Gdy w dusznej klatce czaszki wybuchnie, jak bomba.