Paryż — I
W młodości! ach, co mówię: przed dwoma jeszcze latyWzruszyłby mnie ten widok na stolicę świata,Na jej dachy wyniosłe, szyfrowe i srebrne,Na morze dachów, jak fal skamienionych,Żaluzje staroświeckie i zdaleka bledsze,I chmury błąkające się pośród kominów nieruchomych.Pasma dymu, chwiane czyjemiś ustami na wietrze,Ustami, których niegdyś byłem spragniony,Miłością nieziemską zatruty.Ale tutaj połóż kres, tutajWstrzymaj się u kratyOkna.Serce twoje tyle jest starsze, pokój jemu!Wkrótce dachy poczną moknąćI lśnić o wieczorze, podobne oku czarnemu,Ślepnącemu od łez.A w dali zygzak, którego nie czekasz, znak krwawy,Pragnie cię zbudzić do młodości! do uczucia! do sławy!Że ważyć się będą, jak liście wilgotne, znów niecierpliwe słowa.Gdy się wychylisz: trawy suche na wietrzePrzez jesienne najczystsze powietrzeChwieją się... Przecie możesz raz jeszcze spróbować.