Stefania (Boy-Żeleński, 1913)
Kto poznał panią StefaniąTen wolał od innych pań ją.
Coś w niej już takiego byłoŻe popatrzyć na nią miło.
Oczy miała jak bławatkiI na sobie ładne szmatki.
Chociaż to rzecz dosyć trudnaZawsze była bardzo schludna.
Aż mówił każdy przechodzień:„Ta się musi kąpać codzień”.
Choć męża miała filistraW innych rzeczach była bystra.
Jeździła aż do AbacyiPo temat do konwersacyi.
Prócz tego natura szczodraDała jej b. ładne biodra.
Raz ją poznał jeden malarzKtóry często pijał alasz.
Jak ją zobaczył na fiksieZaraz w niej zakochał w mig się.
Miała w uszach wielki topazI była wycięta po pas.
Przedtem widział różne panieAle zawsze bardzo tanie.
I do swego interesuMiały dosyć podłe dessous.
Strasznie się zapalił do niejWszędzie za Stefanią goni.
Miał kolorową koszulęI przemawiał bardzo czule.
Żeby dała mu natchnienieAle ona mówi że nie.
Że umi kochać bez granicAle to tyż było na nic.
Potem jej mówił na raucie:„Dałbym życie żebym miał cię„.
Jak zobaczył, że nie sposóbPoszedł znów do tamtych osób.
Ale już zaraz za bramąMówił że to nie to samo.
Takiej dostał dziwnej maniiŻe chciał tylko od Stefanii.
Bo to zawsze jest najgłupszeKiedy się kto przy czem uprze.
Mówili mu przyjacieleCzemu jesteś takie ciele.
Z kobietami trzeba twardoA nie cackać się z pulardą.
Więc jej zaczął szarpać suknieA ta jak na niego fuknie.
Wtedy całkiem stracił humorI upijał się na umor.
Potem do Stefanii lubejList napisał dosyć gruby.
Że to będzie znakomicieJak sobie odbierze życie.
A ona myślała chytrzeToby było nienajbrzydsze.
Lecz jak przyszło co do czegoJakoś nic nie było z tego.
Potem znowu za lat kilkaPrzyszła na nią taka chwilka.
I myślała czy to wartoByło być taką upartą.
Lecz tymczasem mu wychłódłoBo już była stare pudło.
Tak to ludzie trwonią lataŻe nie są jak brat dla brata.
Z tem największy jest ambarasŻeby dwoje chciało naraz.