Życzenie Kleopatry

Tadeusz Konczyński (1875–1944)

Ginąca Jerozolima

Biesiada dobiegała do końca.Przesyt malował się na wszystkich twarzach. Ciche tony muzyki, ukrytej nad powałą, mieszały się z ostrymi dowcipami, głośnemi nawoływaniami i śpiewami ucztujących. Zapach win i kwiatów unosił się gęsty nad stołami marmurowemi, zasłanymi złotolitemi naczyniami, kolowemi krużami i płomieniami najrzadszych kwiatów.Na usta i na źrenice wypełzały z ukrytych zakątków ciał lubieżne namiętności, przepełniając powietrze strzałami krzywych, gorących spojrzeń....Na podniesieniu ukazały się tancerki spowite w tumany muślinów, z pod których w takt muzyki wynurzały się żywe kształty złocistych ciał dziewczęcych, przykuwając oczy doskonałością ruchów i cudem powabów...Kleopatra, której uwagi nic nie uszło, pochyliła się w stronę Antonjusza i rzekła cicho:— Herod opada z sił. Długo dzierżył maskę na twarzy. Ale teraz spojrzyj uważnie, jaki blady. Trzeba z nim skończyć.Antonjusz uśmiechnął się do swej kochanki królewskiej i oparł ociężałą głowę z nadmiaru wypitego wina na jej łonie spiętem złotolitym wężem, nabijanym sardykami, ligurytami, berylami i szafirami.— Ach najdroższa — odezwał się sennym głosem — jestże żyw taki człowiek, któryby mnie w tej chwili mógł cośkolwiek obchodzić, kiedy leżę przy świątyni twych wdzięków?Spojrzała mu w oczy parą ogromnych, świetlistych źrenic. Delikatną dłonią zrzuciła mu z czoła snopy włosów, które wysunęły się z pod odurzającego wieńca kwietnego, spoczywającego na jego głowie, i przemówiła do niego miękkim, altowym głosem:— Tem bardziej, władzco, Herod mi się patrzy...Antonjusz wyciągnął w tył ramiona, splótł je na jej śniadym, smukłym karku i przyciągnął jej głowę ku swoim ustom.— Zacz co takiego strasznego uczynił Herod, iż oczy ci się świecą, najdroższa tak, jak wówczas, kiedy wydałem ci na łup Lizanjasza i Masbalosa, króla arabskiego? Obaj zawdzięczają ci życie o wiele lat krótsze, niż im się patrzyło. Ale Heroda pozostaw w spokoju. Dał mi dowody niezbite wielkiego przywiązania. Darowałem ci olbrzymie jego lasy balsamowe w pobliżu Jerychonu, zaczem co więcej chciałabyś od niego?Kleopatra z wysiłkiem rozdarła uścisk jego dłoni, splecionych na jej karku, aż piersi jej marmurowe zadrżały od napięcia muskułów i z zaciętemi wargami odchyliła od niego twarz dumną.— O cóżeś gniewna najdroższa? — pytał ją łagodnym, sennym głosem.— Pamięć twoja krótka — szepnęła gniewnie — zapominasz, co wczoraj mówiłeś. Czy taką samą pamięcią i mnie pragniesz darzyć?— Kleopatro! Kleopatro! — z uśmiechem przerwał jej Antonjusz — trzebaż ci większych dowodów mojej miłości? Czyż imperjum rzymskie nie leży odłogiem, a ja nie trawię miesięcy i lat całych w twojem boskiem łożu? O czemże takiem zapomniałem, co jest przyczyną twego czarownego gniewu! mów! na Minerwę klnę się, iż nie chciałem wyrządzić ci żadnej przykrości.— A wizerunek Marjammy, żony Heroda? — rzuciła krótko — zapomniałeś o tem?Antonjusz rozśmiał się głośno.— Co ci się nie podobało w tym wizerunku? — zapytał wesoło — czy robota nie dość wytworna? a może oblicze kobiety owej niedość piękne?W oczach królowej zapaliły się dwie błyskawice.— Milcz! bo ten sztylet wystarczy na nas dwoje — zatruła mu ucho gwałtownym szeptem.Antonjusz rzucił wzrokiem wzdłuż jej toczonej, śniadej ręki. W palcach długich Kleopatry błyszczało drobne narzędzie mordu.Szybkim chwytem przyciągnął jej dłoń, uzbrojoną w śmiertelną stal, do swych ust i okrył ją namiętnymi pocałunkami.— Kocham cię! — powtarzał — kocham cię z dniem każdym bardziej! kocham twoje boskie ciało, i twój boski gniew i twoje boskie dłonie!— Czy oddasz mi jej wizerunek? — odezwała się królowa, całując go w oczy.Antonjusz, wpijając się namiętnie w jej usta, zapytał:— Tak bardzo jesteś o nią zazdrosna?— O każdą kobietę! — wyrzuciła z gardła zduszone tony — póki ja żyję, żadna na świecie istnieć nie powinna!— Dlaczego?— Bo każda ma w sobie naśladownictwo moich wdzięków, za którymi ty szalejesz...— Ha-ha-ha! — śmiał się Antonjusz — do Rzymu napiszę to twoje boskie spostrzeżenie! — ha-ha-ha!Kleopatra pochyliła się nad rzymskim imperatorem i nalegała coraz gwałtowniej:— Marjamma wiedziała, dlaczego posłała ci swój wizerunek! Tyś łasy na wdzięki kobiece. Kto wie, czy od pierwszego spojrzenia nie mógłbyś się w niej zakochać! Żydowskie kobiety umieją rzucać czary! a przytem ona jest tak piękna, tak bardzo piękna, że ja póty nie będę spokojnie oddychała, i póty łoże moje będzie pełne wężów, dopóki nie pozwolisz mi uczynić z nią, co zechcę...Imperator tulił głowę do jej bioder wysmukłych, pełnych gorącej krwi.— Gwoli temu — zagadnął — wydałaś dziś ucztę, na którą ściągnęłaś Heroda?— On sam przybył, bo drży o swoją władzę! — odparła królowa — kiedy dowiedział się, że jego żona posłała ci wizerunek, nie stracił ani jednej godziny, lecz natychmiast wybrał się w drogę do nas, aby ubiedz nieszczęście...Antonjusz wtrącił drwiąco:— Cienie Lizanjasza i Masbalosa snadź go natchnęły taką myślą.Po chwili dorzucił pytanie:— Co chcesz z nim uczynić?Kleopatra uśmiechnęła się zagadkowo.— Nie wiem — szepnęła — jeszcze nie wiem!— Szczęśliwy Herod — rzekł imperator, jakby sam do siebie — Kleopatra jeszcze nie wie, w jaki sposób Parki mają jego los przeciąć...Przymknął oczy, śledząc grę rysów królowej.A ona jak wąż, zapuściwszy pod jego powieki światło swych rozpalonych źrenic, zwolna pochylała się nad jego ciałem wyciągniętem na purpurowym kobiercu, aż obu piersiami i ramionami i ustami przylgnęła do niego.Długim, duszącym pocałunkiem objęła jego wargi i wciągnęła je między dwa rzędy swych białych zębów.Antonjusz objął ją wpół.— Mów! mów! i niech się skończy!...Ale ona nie odezwała się ani jednem słowem. Dłoniami przesuwała miękko, drażniąco wzdłuż jego ciała, falami czarnych, palących zapachem włosów osnuła całą jego głowę i tak żar swej krwi przelewała w jego tętnice.— Żądaj, czego chcesz! — szeptał imperator — a dam! Wypędź jeno węże z łożnicy!Wówczas ona na mgnienie oka wypuściła go ze swych objęć płomiennych i rzekła przeciągłym głosomgłosem:— Marjamma jest moja!— Twoja!— Herod jest mój...— Twój — zawołał głośno Antonjusz i zęby białe wpił w jej kark śniady, poczem wyszeptał — chodź...— Wieczorem — szepnęła królowa i uwolniwszy się z jego objęć szybkim, śliskim ruchem, przeszła długim, miękkim krokiem na drugi koniec sali biesiadnej, poczem zniknęła w głębiach pałacu.W kilka chwil później czarny nubijczyk pochylił się nad Herodem, łamiącym nerwowo palce i szepnął mu w ucho kilka słów naglących.Król zerwał się na równe nogi, zbladł, powiódł takim wzrokiem po biesiadnikach, jak gdyby ich ostatni raz chciał ujrzeć, lecz w tej samej chwili potęgą woli zapanował nad dreszczem, przebiegającym po jego ciele od stóp do głów i równym mocnym krokiem stąpał w ślady nubijczyka, z pogodnym uśmiechem na ustach, aż zniknął za amarantową zasłoną.Kleopatra siedziała na tronie.Dwu nagich, jak z bronzu wykutych niewolników stało po obu bokach stopni, z dwusiecznymi mieczami w dłoniach. Ani jeden ruch oczu, ani ciała nie wskazywał, iżby to byli żywi ludzie.Herod złożył pokłon.Królowa skinęła łaskawie głową i wskazała mu poblizkie krzesło, kute z litego złota, zapraszając, aby usiadł.Długie milczenie przepełniło komnatę.Nakoniec Kleopatra z uśmiechem zagadkowym na ustach rzekła do niego:— Herodzie! Antonjusz i ja wiemy, co cię sprowadziło do nas.Król milczał. Rozumiał, iż żadna obrona, ani żadne tłumaczenie nie mogą w niczem poprawić jego położenia, przeciwnie, mogą przyśpieszyć jego zgubę.— Jesteś mądry i przenikliwy — mówiła dalej Kleopatra — i tem ująłeś mnie sobie...Herod utopił w niej oczy badawcze. Wyszedł wzrokiem naprzeciw swego losu i szukał odpowiedzi w źrenicach królowej.Ale nie dostrzegł niczego. W obu oczach Kleopatry uśmiechały się dwa sfinksy, pełne zagadek i mroku.— Jesteś mężny — zabrzmiał jej głos ponownie — a to również przemawia na twoją korzyść.— Tak myśli Antonjusz i ja tak myślę — dodała po chwili z naciskiem.Herod mimowoli zadrżał.— Uzyskała od niego — zdał sobie szybko sprawę w głębiach duszy — pozwolenie na wszystko...Lekko zmrużył oczy. Prawie stężał na całem ciele, ale jednocześnie uczuł się silnym i gotowym na każde niebezpieczeństwo.— Dzięki ci królowo — rzekł spokojnym, równym głosem — za te dobre słowa. Chciałbym ubiedz życzenia twoje i spełnić je, nimby wyszły z ust twoich.Kleopatra pochyliła się na tronie, szukając wzrokiem w jego oczach zakątka, w którym powinien był gnieździć się strach. Drapieżny uśmiech rozchylił jej dwie, czerwone wargi.— Zatem wiesz wszystko? — rzuciła pytanie podstępne.— Tak — odparł król — wiem wszystko z ust Marjammy...Kleopatra wyprostowała się. Uśmiech zniknął z jej oczu. Domyśliła się, że Herod sam naglił do otwartej, jasnej i rozstrzygającej rozmowy.— Jak to mam rozumieć? — zapytała stłumionym głosem.— Tak królowo — rzekł Herod swobodnie — iż żona moja wyznała mi swój błąd... powiem szczerze... swoje przestępstwo...— Aż przestępstwo? — podchwyciła Kleopatra.Herod naciskał coraz mocniej:— A tak! Czyż bowiem nie jest przestępstwem, jeżeli żona moja posyła wizerunek swój Antonjuszowi i obrażała w ten sposób tę istotę, która ma jedyne prawo do Cezara, a tem samem do wszelkiej władzy na świecie? Czyż nie jest rzeczą zdrożną, jeżeli znajdzie się druga kobieta na świecie, która śmie się porównać z najdoskonalszym tworem bogów, jakim ty jesteś, królowo, i wyzywa przez to twój gniew?W Kleopatrze zabiło serce mocniej. Herod mówił rzeczy śmiałe i miłe jej uszom.Ale wraz w źrenicach jej zaświeciły żółte, drobne, zimne ogniki.— Królu! — rzekła przyciszonym głosem — wyznaj mi całą prawdę... czy kochasz Marjammę?Herod zawahał się.— Mów szczerze — naciskała go — żaden fałsz nie obroni ciebie, wiesz o tem dobrze.Dwa rzędy białych, ostrych zębów błysnęły za jej cudnie rzeźbionemi wargami.— Czy kochasz Marjammę? — ponowiła pytanie.Król stał się ponury. Jego męska, poorana zmarszczkami i bliznami twarz zamieniła się w kamienną rzeźbę. Tylko jeden muskuł przy lewej szczęce drgał od czasu do czasu spazmatycznie.Nakoniec podniósł ciężkie oczy w górę i, patrząc daleko poza tron królowej, jakby słał wzrok aż do Judei, do zamku swego, rzekł powoli, twardo:— Kocham ją. Kocham bez pamięci. Żadna kobieta nie była dla mnie tem, czem ona.Po chwili zaś dodał drżącym głosem, w którym podzwaniały łzy swoją melancholją:— Marjamma stała się słońcem mojego życia... Przy tej kobiecie tracę zmysły, tracę panowanie nad sobą... To wyznaję głośno przy tobie królowo, ja, Herod, z łaski Rzymu, król żydowski... Pojmujesz, jak wiele wyznanie takie musi mię kosztować. Ale chciałaś, abym był szczery. Byłem nim zatem tak, jakbym już z tej komnaty żywym wyjść nie miał.Kleopatra spuściła oczy. Drżały jej powieki od wewnętrznego wzburzenia.Nastało długie, straszliwe milczenie. Herod rozumiał, iż w głowie królowej ważą się jego losy.— Zatem, Herodzie — zaczęła po chwili mówić Kleopatra przyśpieszonym rytmem — stała się rzecz tem gorsza i tem bardziej godna kary. Antonjusz jest jeden na świecie, jak jedno jest imperjum rzymskie. Obelga, która mnie spotkała, wyszła z Judei, z twego kraju...Herod zbladł.— Ja i Antonjusz — mówiła dalej z naciskiem — jesteśmy we wszystkiem jednej i tej samej myśli. Wiesz, królu, iż początek twej władzy i znaczenia i tronu twego istnienie poczęły się w Rzymie i w Rzymie mogą się skończyć. Tak myśli Antonjusz i ja tak myślę...Herod pochylił głowę:

— Wola twoja, królowo — rzekł zdławionym głosem — jest boska i ja korzę się przed nią, cokolwiek bądź mnie spotka. Choćby myśl, dla której Marjamma dopuściła się zniewagi, posyłając swój wizerunek Antonjuszowi, wypłynęła z najniewinniejszej pobudki, z dziecinnej wprost pobudki, wola twoja królowo jest święta, jak gniew twój jest słuszny. Ja głową moją i moim tronem i mojem znaczeniem odpowiadam. Zaczem tu przybyłem, aby oddać się sam w twoje boskie ręce i zapłacić choćby życiem mojem za błąd Marjammy.Kleopatra wytrzymała go długo pod ogniami drapieżnemi swego wzroku, sycąc się jego poniżeniem i męką.— Królu Herodzie! — odezwała się nakoniec głosem, w którym syk tryumfu brzmiał donośnie — mądry jesteś i przenikliwy. Już to raz powiedziałam ci na początku naszej rozmowy. Atoli nie sądź, iż mądrość i przenikliwość są cechami tylko twojego charakteru.Herod skłonił się głęboko.— Chciałabym równie być przenikliwą — mówiła dalej — abyś mógł powiedzieć, iż znam duszę twoją i czytam w niej na wylot. Wiem, że kochasz Marjammę, bo nietylko ty mi to mówiłeś, ale mówi o tem cała Judea i Egipt i legje rzymskie. Kochasz ją do szaleństwa. I ja cię za to wysoko cenię.— Królowo!— Gdybyś jej nie kochał tak bardzo, już nie byłbyś między żywymi, a ciało Marjammy wlekliby moi ludzie z Jerozolimy do stóp mego tronu. Ale skoro jest inaczej...Urwała, topiąc w nim oczy roziskrzone. I znów drapieżny uśmiech wypełznął na jej wargi.— Ale skoro jest inaczej — kończyła — skoro Marjamma jest największą namiętnością twego życia, trzeba będzie, królu Herodzie, abyś zgadł moje życzenie i uczynił w myśl mojej myśli...Król wyprostował się.— A zatem królowo? — zapytał szeptem.— Jak myślisz, czegobym mogła pragnąć? — pytała go wyzywającym głosem.Herod zmarszczył brwi, a kiedy przeniknął jej myśli, odezwał się ponurym, charczącym głosem:— Wola twoja jest boska...— Zgadłeś moje życzenie! Tak mi się zdaje.Król zawahał się i nakoniec wyrzucił ze zdławionego gardła:— Wiem. Marjamma ma być zgładzona.— Na czyj rozkaz?W komnacie zaległo milczenie krótkie, rozpaczliwe.— Na mój — jęknął po chwili Herod.Kleopatra powstała z tronu.— Tak się stanie dlatego — rzekła — iż ją kochasz do szaleństwa.— A gdy to się stanie — dodała po chwili — wówczas Antonjusz i ja będziemy sądzili, iż godnym jesteś tronu żydowskiego, skoro potrafisz czynić taką sprawiedliwość... Rzym będzie tej samej myśli, co i my...Rozszerzonemi źrenicami wchłaniała w siebie jego rozpacz. Nozdrza jej chwytały powietrze. Na ustach usiadł sfinks tajemniczy, uśmiechnięty. Nakoniec wyszła z komnaty lekko i cicho, jak zjawa.Herod stał długo nieporuszony, zastygły w bólu. Wszystko zdawało mu się być snem i naprzemian rzeczywistością, z której śmierć była tylko jedynem wybawieniem. Tron, nadzy niewolnicy, płonące pochodnie, czerwone miecze — wszystko powoli zatańczyło w koło jego głowy. Wreszcie ścisnął skronie nadludzką siłą, krzyknął strasznie i wypadł z pałacu, jak obłąkany.

Przesiadał się z konia na koń. Ludzie i zwierzęta upadały ze znużenia. A on, jakby nic nie słyszał i nie widział, rwał naprzód, wpijając rozpalone oczy w drogę, która go jeszcze czekała.

Sen uciekał z jego powiek. Gorączka ssała jego wargi.— Śmierć nam obojgu — szeptał nieustannie sam do siebie.— Bez Marjammy żyć nie mogę. Z nią żyć mi niewolno. Rzymska potentia rządzi tronem żydowskim i życiem żydowskiem.Kąsał wargi aż do krwi z wściekłości.— Kleopatro — wyły w nim głosy — bodaj kiedy los równy spotkał ciebie. Bodaj z rzymskiego gniazda wyszedł człowiek, któryby tobie zgotował los równy memu!Ostrogami parł rumaka.— Prędzej, prędzej! — krzyczał oszalałym głosem na oddział zbrojnych, towarzyszący mu od granicy ziemi judzkiej. — Takich jeźdźców, jak wy, na krzyż trzeba powbijać! żółw ujdzie przed wami!Wicher zrywający się z pod kopyt końskich giął trawy i zioła. Tumany kurzu wzbijały się jak nawałnica w trop za pędzącymi.Zbrojni spoglądali to na siebie, to na Heroda.Strach ich zdjął — strach przepłynął z ich ciał na ciała końskie, zaczem konie i zwierzęta, ogarnięci jednem straszliwem uczuciem lęku, nieśli się jak burza z Hebronu ku Jerozolimie.Nakoniec w południowych blaskach zamigotał w dali wyniosły dach Świętego przybytku, nabijany złotemi strzałami.Herod jęknął jak zwierz raniony.Stado potwornych myśli opadło go ponownie:— Gwoli jednak czemu śmierć mnie i Marjammie?— Czy tron żydowski utrwali się przez to?— I któż po mnie, największym z królów tej ziemi, zasiądzie?— Czy Aleksander, syn Dory, którą wypędziłem z małżeńskiej łożnicy?— Alboż nie sprawiłbym największej uciechy Kleopatrze, karząc śmiercią siebie i Marjammę?— Na to przez całe życie topiłem ręce we krwi, odniosłem po tysiąc razy sto zwycięstw, powznosiłem nowe miasta i twierdze, by kto inny napawał się mojem spadkobierstwem?Krew uderzyła mu do głowy.— Władzy mam się wyrzec?— Dla rozkosznego ciała Marjammy kłaść koniec swemu życiu przez śmierć samobójczą?— Na pośmiewisko żydów się wystawić?— Czyż nie znam swego ludu? nie jestżem z jego krwi i kości?— Iluż ich pamięć moją przeklnie, skoro zwietrzą trupa mojego, choć dzisiaj są mi przyjaciółmi?Ponure myśli wpiły się w jego mózg.— Zatem zabić Marjammę?— Śmierci winna!— Obraziła Kleopatrę!— Antonjusz i Kleopatra to jedno!— Z ich rąk władza, tron, bogactwo, imię.— Marjamma śmierci winna!— Każda rozkosz z nią była ci torturą!— Nie pomnisz?— Pastwiła się nad twoją rozszalałą miłością.— Zabiłeś jej dziadka Hyrkana! zabiłeś jej brata Jonatesa!— Ona mści się za nich na tobie!...— Zadepcz nogami rozkosz jej ciała! zadeptana nie podniesie głosu już więcej! i nie wypomni ci więcej Hyrkana, ani Jonatesa, ani stu innych śmierci!— Dla jednej dziewki, która jest twoją żoną, tron tracić i imię i sławę?!— I cóż, że Józef, mąż twojej siostry, stanie w jej obronie! nie jestżeś królem, ani nie masz mocy, aby ukrócić jego prawdomówność?— Ha-ha-ha! ha-ha-ha! niech giną oboje!Herod przytulił głowę do szyi rumaka. Ostrogami wypędzał z konia ostatek sił. W gardło wyschłe, gorejące, chwytał rozpalone powietrze, przesycone tumanami kurzu.— Prędzej! prędzej! póki nie ucieknie myśl moja najlepsza! — szeptał sam do siebie na pół obłąkany.Zadźwięczał most Herodji. Spieniony rumak zdarty cuglami stanął dęba i runął trupem u nóg straży zamkowej.Herod, okryty warstwą kurzu jak kamień pustynny, zachwiał się na nogach, potoczył białkami źrenic dokoła siebie, aż wreszcie zdzierżył się i z krtani wyrzucił trzy słowa zduszone:— Marjamma jest doma?Dowódca Partów odkrzyknął:— Królowa w łaźni!Herod zapytał jeszcze charczącym głosem:— Józef, mój szwagier, doma?— Doma! śpiewa pieśń na tarasie zamkowym — brzmiała odpowiedź.Król potoczył dokoła oczyma, które wybiegły mu na wierzch z orbit i wrzasnął:— Zabijajcie królowę!!!! zabijajcie jej gacha Józefa!!! Czekam tu na trupy!!!Dowódca skinął na żołdaków i zniknął w głębi pałacu.