Katarzyna (Szewczenko, 1908)
Ej! kochajcie, czarnobrewki,Ale nie Moskala:Moskal tylko serca zrani,Dusze porozżala.Swem kochaniem, czy udaniem,Pożartuje srogo,Pójdzie w swoją Moskiewszczyznę,A ty giń, niebogo!Nicby jeszcze, gdyby samaSkamieniała głazem,A to nieraz stara matkaMusi ginąć razem.Nieraz, nieraz serce pęka,Choć się pieśni nucą;Ludzie serca nie spytają,A kamieniem rzucą.Więc kochajcie, czarnobrewki,Tylko nie Moskala:Moskal tylko serce zrani,Potem się przechwala.
Katarzyna ojca, matkiGłosu nie rozumie,A Moskala pokochała,Jak tam serce umie.
I do sadu z młodym chodzi,I na pierś się garnie,Póki swojej biednej doliNie zgubiła marnie.Ot, bywało, matka woła:Córko! na wieczerzę!Ona syta ze swym lubym,Ani sen jej bierze.I ta miłość jawna byłaW oczach całej wioski,I poczęli już źli ludziePuszczać złe pogłoski.A niech sobie źli tam ludzieCo ich wola plotą:Ona kocha — serce pełne,To i mniejsza o to!Zabębnili, zatrąbiliW wojskowej komendzie:Moskal poszedł w Turecczyznę,Cóż z dziewczyną będzie?A choć serce się pokryłoJakby kirem grubym,Miło czasem i zaśpiewać,I tęsknić po lubym.On się zaklął, zaprzysięgałSwojej Katarzynie,Że powróci, jeśli w bitwieKula go ominie.On tak kocha! onby nie chciałZwodzić mię w obłudzie;A tymczasem, co ich wola,Niech gadają ludzie.Katarzyna łzy ociera,W sercu jej swobodniej,Choć dziewczęta na ulicyCoś tam stronią od niej.
Katarzyna myśli sobie:Bóg wie, co im chce się?O północy wiadra bierzeI wody przyniesie.Niech wrogowie nie zobaczą,Wszak blizko krynica.Stanie sobie pod kaliną,I zaśpiewa Hryca.Aż kalina się rozpłacze,Kiedy ją wysłucha.Ona wraca, niewidzianaOd żywego ducha.Katarzyna błogo marzy,Do snu się układłszy,Lub ubrana w białą odzieżPrzez okienko patrzy.Minął miesiąc, minął drugi,Minęło półrocze,I krwią czarną okipiałoJej serce ochocze.Przyszła boleść... ciężka boleść.I po krótkiej chwiliTakie piękne, jak aniołek,Już dzieciątko kwili.Już sąsiadka jedna, druga,I matce docina:Wy za piecem hodujecieMoskiewskiego syna.............Katarzyno! Katarzyno!Nieba cię skarały:Co ty biedna poczniesz w świecieI sierotka mały!Ty bez męża... on bez ojca,Co wy uczynicie?Ojciec... matka... cudzy ludzie,Ej! niedobre życie!
Wyzdrowiała Katarzyna,Przejrzała po świecie;Patrzy w okno na ulicę,I kołysze dziecię.Wyjdzie w ogród, by popłakać,Do ziemi przypadłszy;A zły człowiek przez częstokółZ urąganiem patrzy.
Tam w ogródku zieleniejąCzereśnie i wiśnie;Wyszła biedna i niemowlęDo swych piersi ciśnie.A w ogródku już nie śpiewaPiosenek swobody,Jako wtenczas, gdy przychodziłJej kochanek młody.
Już nie śpiewa w cieniu wiśniI ciemnej kaliny,A tymczasem źli wrogowieSzarpią cześć dziewczyny.Co ma począć nieszczęśliwa,Że jej serce ranią?Gdyby miły wrócił z drogi,Ująłby się za nią.
On daleko za góramiGdzieś się w boju trudzi,Ani też jej nie zobaczy,Ni śmiechu złych ludzi.Może leży za DunajemMiędzy zabitemi,Albo może kocha innąNa moskiewskiej ziemi.
Nie... jej luby nie zabityNa żadnej wojence...
Gdzie on znajdzie takie oczy,Takie brwi dziewczęce?Choćby schodził na kraj świata,Opłynął kraj morza,Jedna tylko jest na świecieKatarzyna hoża.
Dała matka czarne brewkiI czarne oczęta;Lecz przy brewkach — jasnej doliDać jej nie pamięta.A bez doli, piękne lice,Jak piękny kwiat bywa:Przyjdzie słońce i zapali,Wicher poobrywa.
Myj że łzami białe liceI jęcz pokryjomu,Bo Moskale inną drogąWrócili do domu!
II.Siedzi ojciec w końcu stołu,Na rękach pochyły,Ciężko duma, bo staremuBoży świat nie miły.A opodal siedzi matkaNa dębowej skrzyni,Cichym głosem gromi córkęI wyrzuty czyni:Kiedyż przyjdzie, moja córko,Wesele do chaty?Gdzie są drużki, starostowie?Gdzie weselne swaty?Idź na Moskwę, tam cię czekaGodowa gromadka;Ale nie mów dobrym ludziom,Żem ja twoja matka.
O! przeklęta ta godzina,Co cię na świat zsyła!Czemum ciebie z jasnym wschodemW rzece nie topiła?Nie przyszłoby na niesławęI na hańbę w świecie...Moja córko! moja córko!Mój różany kwiecie!Hodowałam, jak ptaszynę,Jak krasną jagodę;Na cóż teraz, na cóż przyszłyTwoje lata młode?Idź na Moskwę szukać teści,Idź sobie za morze!Nie słuchałaś mojej rady,Jej posłuchasz może.Idź, przywitaj, — oni ciebiePrzyjmą najgoręcej;Idź na Moskwę, bądź szczęśliwa,Lecz nie wracaj więcej.Ruszaj sobie w cudzą stronę,Na kraj świata Boży...Lecz któż tutaj moją głowęDo trumny położy?Kto zapłacze łzami dzieckaNad matką rodzoną?Kto posadzi na mogileKalinę czerwoną?Kto choć jeden pacierz zmówiZa mą grzeszną duszę?...Och!... idź, córko nieszczęśliwa;Ja wyrzec się muszę!Kończy mówić, łzy ociera,Coraz bardziej blada,Błogosławi... i na skrzynięBezprzytomnie pada.
No — powiada ojciec stary, —Gotuj się do drogi!Katarzyna, rycząc, padłaPod ojcowskie nogi:Och, przebaczcie nierozumnejMłode jej swawole!Przebacz, ojcze, mój gołąbku,Mój jasny sokole!Niech twa dola dobrych ludziDo litości wzruszy!Módl się, córko, i idź z Bogiem,Będzie lżej na duszy!Córka wstała, pokłon dała,Wyszła milcząc z chaty;Już sierotą stara matkaI ojciec brodaty.Wyszła z chaty i do BogaModlitwę posyła,I rodzinnej szczyptę ziemiW szkaplerzu zaszyła.Och, nie wrócę... och, nie wrócęAni tutaj blizko!W cudzej stronie cudzy ludzieDadzą przytulisko.Swojej ziemi choć garsteczkęJa zabiorę rada:Niech o mojej gorzkiej doliLudziom rozpowiada.Nie mów, synu, gdzie się zwrócę,Szanuj me ukrycie...Ot kto powie! — sad wiśniowy,Żem ci dała życie.Ja ucieknę, wpadnę w rzekęZalać piersi strute;Ty sieroctwem za me grzechyOdbędziesz pokutę!
Idzie wioską nieszczęśliwaSzukać doli w świecie;Na jej głowie biała chusta,A na ręku dziecię.Wyszła z wioski — iść potrzebaO chlebie żebraczym...Obróciła nazad oczyI ryknęła płaczem.Wyszła w pole — i stanęła,Jak samotne drzewa,I jak rosa przed jutrzenką,Łzami się zalewa.A dziecina jak aniołek,Nie zna swej niedoli,Jedną rączką piersi szuka,A drugą swawoli;Słońce zaszło za dąbrowę,Niebo pokraśniało, —Ona z łez otarła oczyI wędruje śmiało.A na wiosce, jak na świecie,Bajali co chcieli:Ale ojciec, ale matkaTych słów nie słyszeli.Tak na świecie, na tym świecieBywa zawsze prawie:Ludzie ludzi rzną i topią,I gubią na sławie.Za co? za co, miły Boże,Te brzydkie obmowy?Świat szeroki — ale niemaGdzie przytulić głowy.Jeden w świecie ma obszarySzerokie i szumne;Drugi miejsca tylko tyle,Gdzie zakopać trumnę.
Gdzież ci ludzie, co to serceDla nich się odsłania,Żyćby chciało, bić ogniścieI topnieć z kochania?Jest na świecie wola,Ale któż ją zbada?Jest na świecie wola,Lecz któż ją posiada?Są na świecie ludzie,Którym świat się dziwi,Syci srebra, złota,Ale nieszczęśliwi.Żupan ich podszytyCiernistemi igły,Szarpie ból ukryty,Ale łzy zastygły,Bierzcie srebro, złoto,I bądźcie bogacze;Dla mnie żal z tęsknotą,Ja tylko zapłaczę.Zatopię niedolęMoją łzą niebogą,Zadepcę niewolęMoją bosą nogą! -Bogatszym od króla,Próżność mię nie łechce,Kiedy serce hula,Jako samo zechce.
III.Krzyczy sowa nad lasami,Iskrzy niebo gwiazdeczkami,A gdzie droga, a gdzie niwa,Konik polny pobrząkiwa,A po chatach dobrzy ludzieSpoczywają po swym trudzie.
Czy kto płaczem piersi znużył,Czy kto szczęścia swego użył,Dla każdego jednakowaCiemna nocka wszystko schowa.Gdzież ukryła Katarzynę?Czy w lesistą gdzie gęstwinę?Czy ją w chatę ludzie zową?Czy pod kopą śpi zbożową?Czy na kłodę gdzieś przypadłszy,Wilczych oczu pilnie patrzy?Oczki czarne z ognia siłą!Bogdaj nigdy was nie było,Jeśli przez was — dobre Nieba!Tyle klęski zażyć trzeba.A co potem jeszcze czeka?Będzie bieda niedaleka.Trzeba przebyć żółte piaski,Ludzkie łaski i niełaski,Trzeba przebyć białe śniegi,Na pustyni mieć noclegi,I to jeszcze zgadnąć sztuka,Czy się znajdzie kogo szuka?Czy on biedną pozna przecie?Czy przygarnie swoje dziecię?Przy nimby się zapomniałyPiaski, śniegi i trud cały:Niech matczynem sercem wita!Po bratersku zdrowia spyta!Zobaczymy... daj to, Boże!Ja tymczasem kobzę złożęI rozpytam się po przedzie,Gdzie na Moskwę droga wiedzie?............Tam za Dnieprem, za Kijowem,Tam za borem, za sosnowym,
Tam drużyna szła czumacza,Wyśpiewując pieśń Puhacza.Tamże młoda szła niewiasta,Z kijowskiego pewnie miasta,Gdzie do cerkwi i PieczarySzła odprawiać swe ofiary.Lecz ma postać niewesołą,Pochyliła smutnie czoło,A jej odzież to łachmana,A przez plecy torba lniana,W jednej ręce kij pielgrzyma,A na drugiej dziecię trzyma,Gdy się zeszła z karawaną,Kryje dziecię w szmatkę lnianą!Dobrzy ludzie, ej dla Boga!W Moskiewszczyznę gdzie tu droga?W Moskiewszczyznę?... tam do kataEj, to jeszcze kawał świata!W samą Moskwę... wskażcie drogęI obdarzcie czem niebogę!Miedzianego dali szaha.Brać, czy nie brać? dłoń się waha;Snadź żebraczka jeszcze dzikaDo jałmużny nie przywyka.Bo i na cóż grosz niebodze?Ale dziecię karmić w drodze,Trzeba kupić mu kołaczy,Trzeba przenieść wstyd żebraczy.Więc dziękuje za ich dary,Śpieszy na noc na Browary,A w Browarach, broniąc głodu,Kupi dziecku kołacz z miodu.Tak wędrując dni, tygodni,Pyta drogi u przechodni;A powolny chód jej pieszy, —Gdy do wioski nie dośpieszy,
Często, gęsto pod jedlinąW polu nocleg ma z dzieciną.
Ot do czego czarne oczy!Aby płakać na uboczy.Ej! dziewczęta niebożęta,Niechaj każda to pamięta,A za przykład złej podróżyKatarzyna niech wam służy.Nie pytajcie, czemu tłuszczaI do chaty jej nie wpuszcza,A nie skarżcie wyrzutami,Bo nie wiedzą ludzie sami:Oni tylko są szafarze,Kiedy Pan Bóg kogo karze.Bo to człowiek, jak wierzbina,Gdzie wiatr wieje, tam się zgina;A sieroce złe koleje,Słońce świeci, lecz nie grzeje.Gdyby mogli ludzie mili,Toby słońce zasłonili,Żeby promień jego złotyNie osuszał łez sieroty.Jakaż wina tej niebogi?Za co dla niej świat tak srogi?Nienawiścią jakąś pała,Chce koniecznie, by płakała.Nie płacz... nie płacz, Katarzyno!Niech przy ludziach łzy nie płyną;A kiedy się płakać zdarzy,Niech nie widzą twojej twarzy.By ci lice nie zmarniało,Zmywaj łzami twarz twą białą;Ale idź, gdzie puszcza skryta,Póki słońce nie wyświta:To i ludzie nie zobaczą,Nie poszydzą nad rozpaczą;
A nim oczko się wyszlocha,To odpocznie serce trocha.
Przenocuje przy jedlinie,Trochę piersi da dziecinie,I jak tylko siły wzmogą,W kraj Moskiewski idzie drogą.Idzie smutna — a wtem baczy,Że z daleka coś majaczy.Boże! wojska idą roty!...Zamarł w piersiach duch sieroty...Serce kipi... rwie się z łona!Bieży naprzód, jak szalona,I żołnierzom prawi dziwy:— Gdzie mój Janko czarnobrewy?Czy on tutaj służy z wami?Czy nie zginął pod Turkami?
Powiadają jej Moskale:— My nie znamy Janka wcale.I zwyczajną drogą swojąGorzkie żarty z biednej stroją.Zuchy nasze!... oto sztuka!Kogóż żołnierz nie oszuka?Której dziewki, w jakiem siole,Nie wywiedzie żołnierz w pole?Katarzyna z bólem rzecze:— U was serca nie człowiecze!...Cyt, mój synu! pójdziem dalej,Będziem jeszcze go pytali,Aż w moskiewskie pójdziem bramy,Może jeszcze go spotkamy.Oddam ciebie, dziecko lube,Sama pójdę na zagubę.
Zamieć w polu kręci, miecie,Nic nie widać w Bożym świecie.Katarzyna, stojąc w polu,
Nie folguje serca bólu.Wzmógł się wicher tajemniczy,I gdzieniegdzie tylko ryczy.Katarzynie dusza pała,Lecz już wszystkie łzy wylała;I na łzami zlane dziecię,Jak na zlane rosą kwiecie,Obróciła smutne oczy,A gadzina serce toczy.
Naokoło cisz cmentarna,A dokoła puszcza czarna,A przy drodze wedle boruMajaczeje dach futoru.— Chodźmy, synu, zmierzch na dworze,Do tej chaty wpuszczą może,A nie wpuszczą, Pan Bóg z niemi,Na wilgotnej zaśniem ziemi.Gdzież ty będziesz spał, Iwanie,Gdy na świecie mię nie stanie?Po igraszkach, po zabawie,Z psem przylężesz gdzieś na trawie!Z psami jednak lepsza rada:Choć pokąsa, nie ogada,Nie narazi na obmowęNieszczęśliwą twoją głowę.........................
IV.........................Wicher jęczy w różne tony,Łamie drzewa w lesie,Jak po morzu sine fale,Śnieg po polu niesie,
Karbowniczy wyszedł z chaty,Obejść swoje knieje:— Ale gdzie tam!... ani rady,Wicher gdzieś zawieje.Niechaj puszczę licho bierze,Wrócę do komina.Ale cóż tam? ćma żołnierzyZbliżać się poczyna.Co za chmara!... co za chmara!A jak broń ich błyska!Niby pilno im doprawdyPrzysiąść do ogniska.Niczyporze! rzekł do syna —Patrz, Moskale jadą,A jak śnieg ich poubielał...Jak łabędzi stado!...U nich w chacie KatarzynaNie śpi nieszczęśliwa,Słyszy całą ich rozmowęI szybko się zrywa.— Co! Moskale? gdzie Moskale?Przy okienku stanie,Jak szalona, bezprzytomna,Leci na spotkanie.Snadź Moskale jej we znakiDali się nielada,Bo i przez sen tylko wzdycha,Tylko o nich gada.I przez chwasty, przez zasypyZadyszana leci,I stanęła na gościńcuWśród wichrów zamieci.A żołnierze konno, rzędem,Jadą według hasła:Katatrzyna ich ujrzałaI w ręce zaklasła.
A po przedzie starszy jedzieOkryty szarugą:— Iwan!... Iwan!... och, mój luby!Gdzieś bawił tak długo!?
I do strzemion mu przypadaSzalona dziewczyna.Iwan spojrzał — i konikaOstrogami spina.— Czy uciekasz?... cóż to znaczy,Iwanie jedyny!Czyż ci z głowy pamięć wyszłaSwojej Katarzyny!Spojrzyj tylko... to ja... to ja,Twoja ulubiona;Poco gniewne marszczysz czołoI targasz strzemiona?On udaje, że nie zważa,I chce pędzić dalej, —I Marsz naprzód! groźnym głosemMówi do Moskali.— Ej, Iwanie! ej, sokole!Nie opuszczę ciebie!Jestem twoja Katarzyna,Tak jak Bóg na Niebie!— Daj mi pokój, szalenico,Hej, weźcie ją z drogi!Jeszcze gniewniej zmarszczył czołoI szarpnął ostrogi.— Co Iwanie!... ty się rzucasz?Węzeł się rozprzęga?A gdzież twoje dobre słowo?Gdzie twoja przysięga?— Precz mi z drogi! Hej, żołnierze,Zwleczcie ją do rowu!Katarzyna, za strzemionaChwyciła go znowu;
— Ze mną czyń, jak twoja łaska,Ja zniosę męczarnie;Ale dziecię!... nasze dziecię...Czyż zaginie marnie?Nie gub, Janku, nas oboje,Tak być nie powinno!Ja ci będę najemnicą,Kochaj sobie inną.Kochaj sobie choć świat cały,Niech się co chce stanie,Ja zapomnę dawne lataI nasze kochanie.Tylko przykryj moją sławęImieniem twej żony:Bo syn będzie nieszczęśliwy,Świat Boży zgorszony.Nie porzucisz syna, luby,Nie porzucisz przecie...Pozwól... ja ci go przyniosę...Co za piękne dziecię!I od kolan się odczepia,I do chaty bieży,Niesie dziecię, otuloneW podartej odzieży.— Patrz, Iwanie!... patrz na syna!Iwan już z daleka!...— Czyż doprawdy swej dziecinyOjciec się wyrzeka?Poczekajcie... poczekajcie,Sokoły-żołnierze!Niech z was który mego synaDo siebie zabierze!Czy oddajcie go starszyźnieWaszego szeregu,Bo jak ojciec bezlitosny,Rzucę go na śniegu!
I z rozpaczy wściekłym krzykiemPrzeklina Iwana:Grzechem, synu twa godzina,Grzechem była dana.Rośnij, rośnij na śmiech ludzki,Sierocino mała!Zostań tutaj szukać ojca:Jam długo szukała!
I przy drodze dziecię kładzie,Sama w las ucieka,A Moskali już za górąNie widać z daleka.A niemowlę dogorywa,W niebogłosy krzyczy...Szczęściem, krzyki ze swej chatyPosłyszał leśniczy.
Katarzyna biega, wyje,Klnie swego sokoła,I wybiegłszy na pagórek,Po imieniu woła:— Wróć się, wróć się, drogi Janku,Tak powinność każe!Ale tylko leśne echoOdzywa się w jarze.Obłąkana bieży jarem,Łapać echo może,I stanęła bez pamięciPrzy wielkiem jeziorze:— Przyjmij, Boże, moją duszę, —Ty, wodo, me ciało!I na wodzie pod krą loduCoś zapluchotało.Ot i kara, że nie słuchaMatczynej porady...A wiatr dmuchnął po jeziorzeI zagładził ślady.
Mały wicher, co rwie dębyI sośniny chyli;Lżejsza boleść chować matkę,W jej starości chwili;Nie sieroty małe dzieci,Co pogrzebły nianię:Na mogiłach dobra pamięć,Jeszcze pozostanie.Lecz cóż temu pozostałoDo życia ostatka,Kogo ojciec ani widział,Wyrzekła się matka?Ani chaty, ani rodu,Ani dobrej sławy;Nikt do niego nie zagada,Nie dzieli zabawy.Szlochy, płacze całe życie,Żal się Panie Boże!Na co jemu twarz udatnaI spojrzenia hoże?Aby ludzie powiedzieli,Patrząc w jego lice:— Lepiejby go od kolebkiPogrzebli rodzice!
V.Do Kijowa szedł ubogi,Na spoczynek siadł u drogi;A prowodyr z drugiej strony,Torebkami oczepiony,Na słoneczku małe chłopięW żółtym piasku dołki kopie.Stary kobzarz pieśnię piejeO Jezusie z Galileje;A kto idzie, ten nie zbacza,
Ten da grosza, ten kołacza,A niewiasty kromkę seraDla młodego prowodyra.Rozważają chłopca losy:Chłopak piękny, nagi, bosy,Wziął po matce wzrok sokoli,Ale nie wziął dobrej doli.Z szumem pańska grzmi kolaska,A woźnica z bicza trzaska,A w kolasce pan i pani,A na drodze pył tumani.Przy żebraku niespodzianiePozłocisty powóz stanie.Dziecię bieży do kolaski,Grosz dostało z pańskiej łaski.Pan popatrzał na Iwanka...Jakby jakaś niespodzianka,Jakby coś mu myśli mroczy,I odwraca w stronę oczy.Piękna pani wzrok wytężaNa Iwanka, to na męża.Och! zły ojciec poznał syna,Z oczu matkę przypomina;Ale milczy, rusza głową.Pani spyta: Jak cię zową?Zwą mię Jankiem — Ładnyś mały!I rumaki poleciały,Piękny powóz w żwir się kopieI kurzawą przykrył chłopię.I włóczęgi torby biorą,Przeżegnali się z pokorą,I kijowskim bitym szlakiemKobzarz powlókł się z chłopakiem.