Tragedya bristolska czyli śmierć pana Karola Bawdina
Translated from English by Jan Kasprowicz
Pierzasty śpiewak, wczesny kur,Uderzył już w swój róg;Zbudził się wieśniak, ranny blaskŚwieci śród niebios smug.
Król Edward widzi: czerwień zórzPochłania nocny cień;Dzień klęski wieści stado wron,Przeznaczeń straszny dzień.
«O tak!» — rzekł król — «Przez żywy Bóg,Co ma tam w górze tron,Dziś Karol Bawdin przestał żyć,Krwawy go czeka skon».
Zmilkli rycerze; z rąk do rąkKrąży kamienny dzban:«Idź, zanieś zdrajcy wieść, że dziśRzuci swój ziemski stan».
Pan Canterlone pochylił skroń,W sercu ma gorzki ból,Lecz do zamkowych spieszy bram,Jak mu przykazał król.
Płaczą dziecięta, żona w płaczW ten gorzki, krwawy czas:«Jakże być może, aby dziśMiał już opuścić nas!»
«Mości Karolu» — poseł rzekł —«Płoną ci niosę wieść!»«Mów!» — powie Bawdin — «czego chceZdradziecka króla cześć?»
«Ciężko mi rzec, lecz pan i królPrzysiągł na honor swój,Że umrzeć masz, nim ciemna nocSłoneczny zgasi zdrój».
«Umrzemy wszyscy» — Bawdin rzekł —Najmniejszy to mój żal,Za to, ma duszo, dzięki złóż,Chrystusa Pana chwal!
Lecz król niech słowa mego treśćZ twoich usłyszy warg,Że wolę paść, niż wiecznie żyć,W jarzmie zginając kark».
I Canterlone w te tropy w gród —Szedł burmistrzowi rzec,By w pogotowiu wszystko miałNa ten śmiertelny wiec.
Zasię pan Canynge błagać jąłI na kolana kląkł:«Przyszedłem» — mówi — «żebrać łaskZ twoich królewskich rąk».
A na to król: «Proś, o co chcesz,Jam tobie druh, nie wróg;
Cokolwiek żądasz, śmiało mów,Sprawię, co będę mógł».
«Szlachetny władco! Błagam cię:Cnego rycerza zbaw!Chocia źle czynił, zawsze-ć onNie chciał obrazić praw;
Ma dzieci, żonę — wszystko z nimZginie na wieków wiek,Jeśliby dziś, jak tego chcesz,Pan Karol Bawdin legł...»
«Milcz o Bawdinie!» — krzyknie król —Miota nim złość i gniew: —«Nim wieczór przyjdzie z blaskiem gwiazd,Da gardło zdrajcy siew.
Sprawiedliwości ten-ci głosDo mych uderza bram —Mów, panie Canynge, czego chcesz,Wszystko-ć ci inne dam».
«Niech sprawiedliwym będzie Bóg,Ty, królu, koj, nie siecz;Gałąź oliwną weź do rąk,Żelazny zostaw miecz.
Gdy w serca nasze wejrzy Pan,Znajdzie tam grzechów w bród,Boży namiestnik tylko samWzorem jest wszelkich cnót.
Rozpocznij, królu, władztwo sweOd miłosiernych łask,A w pokolenia pójdzie cześć,Twojego rodu blask.
Lecz jeśli, królu, straszny mordSplami twój młody tron,Korony zbawisz dzieci twe,Wczesny ich czeka skon!»
«Precz, mości Canynge! Zdrajca tenZ mej władzy podle drwił,Jak możesz błagać łaski mej?Na łaskę brak mi sił!»
«Szlachetny panie! Zacny człekWzdyć uzna męski hart,Wroga on uczci, jeśli wrógCzci jego będzie wart!»
«Precz, Canynge, precz! Jak żywot mamOd Boga, władcy nieb,Póki pan Bawdin jeszcze żyw,Nie zaznam, co to chleb!
Na Matkę Bożą tu się klnę,Że nadszedł jego kres.» —I odszedł Canynge: ból mu z óczWycieka strugą łez.
W pana Bawdina poszedł dom,Na krześle smutny siadł,
A łzy mu gorzkie cieką wciąż,Od wielkich żalów zbladł.
«Nie płacz! Pomrzemy wszyscy wraz» —Tak mu pan Bawdin rzekł:«Czy dziś, czy jutro, to i cóż?Śmiertelny każdy człek...
Powiedz mi, druhu, czemu z óczPłyną ci łzy? Ja w dalIdę spokojny! Cóż mi śmierć?!Rzuć ten dziecinny żal!»
Odpowie Canynge: «Przeto miTen gorzki płynie zdrój,Iż rzucasz dzieci, żonę swą,Że krótki żywot twój!...»
«Nie! osusz łzy, ciekące z ócz,Uśmierz ten krwawy ból,W pogardzie u mnie jest dziś śmierćI Edward, zdradny król.
Wiem, że gdy dzisiaj życia mniePozbawia groźny wróg,Żonę i synów będzie miałW swej świętej pieczy Bóg...
Nimem słoneczny ujrzał blask,Taki już był mój los;Jakżeby mógł śmiertelny człekOdpierać boży cios?
Nieraz jam straszny widział bój —Tysiące marły wkrąg,Ziemia chłonęła ciepłą krew,Świat drżał od głośnych mąk.
Wówczas niejeden pocisk mógł— Cóż tu poradzi człek?! —Przeszyć me serce, oczy meZamknąć na wieków wiek!
Mamże więc dziś uczuwać lęk,Ma-ż mnie przerażać skon?Nie! precz, ty trwogo, z duszy mej,Precz z wszystkich ludzkich łon!
Prawy Henryku! Niechaj BógMa nad twoimi straż,A gdy nie zechce, jakąż tyNa to poradę masz?
Żem służył Bogu, księciam czcił,To mój jedyny błąd —Dziś to poświadczy moja śmierć,Niebu zostawmy sąd.
W Londyniem ujrzał światło dnia,Szlachetny jest mój ród,W herbową ojca mego tarczSławy się wieniec wplótł.
Ojciec mój poszedł tam, gdzie jaDzisiaj się udać mam,
Gdzie spokój, szczęście mają schron,Życie bez łez i plam.
On to mnie uczył prawo czcić,Mieć litość w sercu swemI jak odróżniać sprawę cnąOd tego, co jest złem.
On to mnie uczył, ojciec mój,Nakarmiać głodny ludI nie odpędzać głodnych rzeszOd mego zamku wrót.
Nie powie świat, że w życiu memInak działała dłoń;Rachunek sprawiam z czynów swych,Nim do snu złożę skroń.
Mam żonę, spytaj żony mej,Czy wiernym był jej mąż;Mam króla, nigdy w wnętrzu memNie pałał zdrady wąż.
Zdala od mięsa był mój stółW wszelaki święty post,Więc też bez trwogi rzucam dziśTen padół łez i chłost.
O, że nie patrzę na twój skon,Henryku, jestem rad;Za twoją świętą, słuszną rzecz,Porzucam chętnie świat.
O słaby ludu, ziemio klęsk!Póki Ryszarda ródBędzie powstawał, ciepła krewPopłynie śród twych wód.
Zbrzydł ci, Henryku, spokój, zbrzydł,Wolisz zamieszek siew,Wolisz spokojnie mieniać dniNa trud i znój i krew?
Cóż, że na męki wsadzą mnie,Że zginę z kata rąk,Zdradziecką władzą gardzę dziś,Pogardzam groźbą mąk.
Cóż, że me kości będą gnić,Wbite na straszny pal,Że mnie nie uczci dumny spiż,Imię nie zabrzmi w dal?
Za to w niebiesiech, w księdze tej,Której nie zniszczy czas,Jać, sługa pański, będę żył,Ma dusza jest bez skaz.
Witam cię, śmierci! żywot tenZa żywot wieczny dam:O świecie! dzieci! żono ma:Szlę pożegnanie wam!
Już się rozkoszna zbliża śmierć,Jak ten wiosenny maj;
Nie chcę już żyć — o żono ma,W daleki spieszę kraj!»
Rzekł Canynge na to: «Dobrze jestGotowym być na skon,Od cierpień świata, trosk i mąkZnaleść u Boga schron».
Dzwony już dzwonią, słychać jużRozgłośne grzmoty trąb,Od kopyt końskich tętni łan,Zadrżał zamkowy zrąb.
Zjawia się żona, zjawia wprzód,Nim weszli kaci w dom:Oczy jej pełne gorzkich ślozNa ten nieszczęsny srom.
«O droga Florens! Zginąć chcęW spokoju, przestań łkać;Módl się, by marła tak, jak ja,Wszelka pobożna brać.
O droga Florens! przecz te łzy?!Chcesz-li mnie zbawić sił?Radbym-ci jeszcze z tobą żyć,Radbym twą miłość pił.
Jeden-li droga potrwa dzieńW ten kraj, gdzie nie ma łez?Wierny całunek przyjąć raczW mojego życia kres».
I wśród rozpacznych drżeń i mąk,Zapłacze żona w głos:«Krwawy Edwardzie! W serce meStraszny-ś wymierzył cios!
Drogi małżonku! Maszli sam,Bez żony twej, iść w grób?Chcę od topora paść i ja,Paść chcę u twoich stóp».
I weszli kaci, by go wziąćJużci-ć na wieków wiek;On się ku żonie zwrócił swejI w te jej słowa rzekł:
«Na życie idę, nie na śmierć!Ty ufność w panu miej!Bojaźni bożej synów ucz,Miłość w ich serca lej!
Niech zawsze kroczą drogą mą;O Florens, pełna kras,Gdy śmierć cię spotka, żegnaj mi!Oprawcy! nam już czas!»
I biedna Florens szarpie włos,Jakby ją dotknął szał;«Nie odchodź, mężu! życie me!»Łzy w oczach Bawdin miał.
Potem ją rzucił głośny bólO twardą, głaźną ziem!
Pan Bawdin zebrał siły swe,Mężnym je zebrał tchem.
I na śmiertelne sanie wsiadł;Dumny był jego wzrok;Takiego żaru czystych óczLudzki nie zaznał tłok.
Przodem radziecki sunie rządW krasie szkarłatnych szat;W słońcu złociste kwiaty lśnią,Blask dzienny przy nich zbladł.
Tuż za rajcami idzie w krokAugustynianów rój;Jako przystało, mnisza brać,Strojna w brunatny strój.
Krocząc szeregiem, godny psalmNuci ten księży chór;Przy dźwiękach lutni słychać wrazSześciu minstrelów wiór.
Łuczników zaś dwadzieścia pięć:Każdy ma sprawny łuk,By Henrykowych druhów tłumMężnie odeprzeć mógł.
Na saniach, krytych suknem, siadłPan Bawdin, dumny lew;Dwa siwe konie ciągną go,Kity porusza wiew.
Łuczników znów dwadzieścia pięć —Rycerzy, mężny rząd,Z łukami w ręku, kroczy w śladNa straszny, krwawy sąd.
Za nimi, godny nucąc psalm,Cnych Jakobitów chór,Przy dźwięku lutni słychać wrazSześciu minstrelów wtór.
Potem z ławniki burmistrz szedł —Szkarłat i złoty szych:Jak władcy Wschodu, orszak tenMiał strojnych paziów swych.
Za nimi falą płynął tłum —Rozlał się miejski lud,I w oknach pełno głów, gdzie torNa miejsce śmierci wiódł.
Gdy pod wysoki przyszli krzyż,Pan Bawdin, cny i praw,Rzekł: «Ty, coś od grzechów zbawił świat,I moją duszę zbaw!»
W katedry wielkiem oknie królZe swoją świtą siadł —Patrzy, jak Bawdin, jego wróg,Po los swój jedzie rad.
A gdy się zbliżył tak, że królDosłyszał słowa treść,
Pan Bawdin podniósł się i rzekł,Bijąc w Edwarda cześć:
«Nikczemny zdrajco! Pragniesz mniePogrążyć w srom i wstyd,Alem ja większy jest, niż ty,Wszelkiej podłości syt.
Koronę-ć zdobył nędzny czyn,Zdrada i mord i krew,I dziś skazałeś mnie na śmierć,Prawu i cnocie wbrew.
Mniemasz, że umrę chwilą tą;Jam zmarły był, nie żyw,Dziś pocznę żyć w koronie cnejPośród niebieskich niw.
Ty władać będziesz krótki czas.Od sądu ty się chroń,Gdy kraj zobaczy, czem jest król,A czem tyrana dłoń.
Zdrajco! Bezprawną władzę swąNie długo będziesz niósł!» —I po tych słowałsłowach stracił królZ oczu katowski wóz.
Duma z Edwarda płonie ócz —I, odwróciwszy twarz,Rzekł do Glostera, brata: «HejZnasz-li równego? znasz?
Choć śmierć straszliwa, niczem dlańŚmierci jest lęk i ból,Spojrzyj na niego! prawdę rzekł:On większy jest, niż król!»
«Więc niechaj umrze!» — Ryszard rzekł;«Wszelki nasz wróg, jak on,Niechaj pod topór kładzie kark,Niech będzie karmią wron!»
A konie wloką się, krok w krokAż do wysokich wzgórz;Wnet się przeleje zacna krew,Błysnął katowski nóż.
Bawdin na szafot dumnie szedł,Jak na zwycięzki wóz,Który w zamęty krwawych bitwWaleczne wodze niósł.
I tak do ludu ozwie się:Pod topór kładę kark,Bom władcy memu wiernym był,Z zdrajcą nie wszedłem w targ.
Póki tu będzie panem wamOn, Edward, pełen win,Potoki wasze spłyną krwią,Padnie wasz mąż i syn.
Opuszczon przez was prawy król,Dola nań przyszła zła;
Jak ja, tak brońcie jego praw,Gińcie tak zań, jak ja!»
I na kolana z księdzem padł,I modlił się, by BógTę jego duszę przyjąć chciałZa swój niebieski próg.
A potem klęcząc, głowę swąNa pniu położył rad,I od tułowia jednym tchemOdciął ją zręczny kat.
I krew poczęła strugą siec,Oblała wokół pień,Lecz popłynęło dosyć łez,Ażeby zmyć ją zeń.
I piękne ciało pociął kat,A każdą zwłok tych ćwierćNa pal zatknięto z głową wrazNa przeraźliwą żerdź.
Na Kynwulfijskiem wzgórzu część,Część ma na tumie schron,Trzecia u zamku wisi bram,Pastwą jest głodnych wron.
Czwarta zaś strzeże — zgrozo ty!Świętego Pawła wrót,Głowę wysoki dźwiga krzyż,Gdzie się gromadzi lud.
Ten ci Bawdina koniec był:Króla błogosław Bóg,Iżby z rycerza duszą cnąW niebie się spotkać mógł.