Życie i śmierć (de Banville, 1921)
Translated from French by Zenon Przesmycki
Widziałem wieszczów, marzycieli,Szlachetną gniewnych orłów brać.Na czół im wzniosłych czystej bieliZnak święty Prawdy było znać.
A koło nich, jak dwa posągiZrodzone w jednym twórczym śnie, —Związane wiecznie, dziś i ongi,Życie i Śmierć, siostrzyce dwie.
Ot Homer, żebrak wiekopomny;Ajschyl bez żółci w sercu enem,Łysy, w starości dniach bezdomnejSmagany mroźnym wichrów’ tchem;
Pindar, liryzmu źródło świeże,Myrtidy boski uczeń; z rąkŚmiało mu król cytarę bierze,Jak koźlę lilii zdziera pąk;
Oto mój ojciec Arystofan,Ohydnych rażon kałem słów,Walczy przed ludem, co klnie, profan,Za bóstw Ajschyla święty huf;
Oto Sofokles pije mętyTryumfem niegdyś wrzących czar,Skarżon o obłęd, odepchnięty,Od dzieci swych ma wzgardy dar;
Oto Owidyusz: czoło znaczyMu straszne piętno; trwożny zbiegMleko sarmackiej pije klaczyW stepach, gdzie wiatr, a mróz, a śnieg;
Ot na wygnaniu Dant; ot Tasso,Cd nagle w obłęd dziki w padł,Świeci wybladłej twarzy krasąZ za czarnych turmy ciemnej krat;
Podobny lwu, co wzdycha, konaPod podłym batem strażnych sług,Na żołdzie nędznym histryonaOto — niestety! — Szekspir-bóg;
Oto Cerwantes, rab znękany,W kajdanach swój wylewa żal;Kamoens, brocząc z ciężkiej rany,Z grzywami wściekłych walczy fal;
Oto — tak igra los zuchwale,Bezmyślnie drwić z człowieka rad —Corneille w ulicznym stąpa kaleW trzewikach pełnych dziur i łat;
Cny bałwochwalca Racine pada,Przez teatralny olśnion grom,
Który na korne sług swych stadaMiotał Ludwika wzrok — na srom;
Chénier, z którego celnych grotówKażdy w ofiary piersiach tkwi,Broczy bezmyślnych nóż szafotówPurpurą cudną młodej krwi.
Świecąc pierwotną swą świetnością,Wygnańcy ci niebiańskich gniazd,Pochodnie święte przed ludzkością,Źrenice mieli pełne gwiazd.
O nasze trwożne bijąc uszyZ łoskotem dźwięcznym słonych fal,Głos ich ogromny grzmiał śród głuszy,Jako bezdenna morza dal.
A śmiech ich pełny skier i błysków,Zdawał się miotać w świata stepStrzały podobne do pocisków,Jakie wyrzuca łucznik Feb.
Jednak bez szczęścia, bez schroniska,Pod nieb niechętnych mroźną mgłą,Śród — królów, tłuszcz — urągowiska.Wlekli przez wieki nędzę swą.
Z zapalczywością gniewów całą,Co drogie im, zwiewając w dym,
Życie szarpało mdłe ich ciałoWściekłym, niesytym zębem swym.
W motłoch wmieszawszy ich żebraczy,Którego losem — wzgarda, szyd,Wiodło ich z miast do miast, tułaczy,W łachmanach szat — na srom, na wstyd;
By wywrzeć wściekłe jady swojeI zgnieść ich cały święty ród,Zlewało na nich zniewag zdroje,Nędzę, wygnanie, chłód i głód;
I gnało w dal nędzarzy smętnych,Bez wiary już w odkupień dzień,Zmazawszy biel ich czół poświętnychKałem nieczystych ślin i tchnień!
Lecz wreszcie drużka pewna, wierna.Wyzwalający niosła zgon:Zmywała krew Śmierć miłosiernaZ ich nieznających zgryzot łon.
Wzorem surowych tych piastunek,Co pieszczą jednak, kojąc łzy,Miru im kładła pocałunekNa ustach mdłych, kołysząc w sny.
Przed ich stopami powitalnyKobierzec słała w blaskach zórz
Z kraśnej purpury tryumfalnej —Zwycięstwa znak śród nędz i burz.
A czoła ich promienne chwałą,Przed zbójczym ludem, który iśćZa nimi nie chciał, dłonią białąWieńczyła w lauru czarny liść.