Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona — całość

Torquato Tasso (1544–1595)

Translated by Piotr Kochanowski

Komuż słuszniey oddane moie nowe rymyO wyzwoleniu maią bydź Jerozolimy?Ieno tobie Toporów starożytny synie,Moia czci y ozdobo, Grabio na Tęczynie.

Tyś tak o nich rozumiał, takeś ie poważał,Żeś mi się z niemi światu ukazać roskazał;Jednak ony nie miały przedsię zto śmiałości,Świadome dobrze swoich niedoskonałości.

Ale skoro od ciebie poprawy dostały,Y iuż się w kosztownieyszy stróy poubierały:Nie mogąc ze mną wytrwać, gwałtem się wydarły,Iam ich też nie chciał trzymać, kiedy się naparły.

Czas odkryie, ieśli ich nie włożą do braku,Ale zdarzyli się iem, że będą do smakuY że iakiey pochwały u ludzi dostanąTobie za to cny Grabio powinny zostaną.

Woynę pobożną śpiewam y Hetmana,Który święty Grób Pański wyswobodził;O, iako wiele dla Chrystusa PanaRozumem czynił y ręką dowodził.Darmo miał sobie przeciwnym Szatana,Co nań Libią y Azyą zwodził:Dał mu Bóg, że swe ludzie rozprószoneZwiódł pod chorągwie święte rościągnione.

Panno, nie ty co laury nietrwałemiZdobisz w zmyślonem czoło Helikonie,Lecz mieszkasz między chóry niebieskiemiZ gwiazd nieśmiertelnych w uwitey koronie —Ty sama władni piersiami moiemi,Ty day głos pieśni; a ieśli przy stroniePrawdzie gdzie iakiey ozdoby przydawam,Niech twey niełaski za to nie uznawam.

Wiesz, że za światem wszyscy tam bieżemy,Gdzie więcey Parnas leie swey słodkości,Y prawdę pręcey w ludzie więc wmówiemy,Kiedy rym miękki doda iey wdzięczności.Tak zchorzałemu dziecięciu kładziemyNa brzeg u kubka różne łagodności:To gorzki napóy pije oszukane,Żywot y zdrowie biorąc pożądane.

Ty cny Alfonsie, coś do bezpiecznegoPortu w złą chwilę łódź mą nakierowałY tylko co iuż niepogrążonegoSameś wydźwignął y sameś ratował:Nie broń tym kartom czoła wesołego,Którem ci iako ślub iaki zgotował.Z czasem cię głosić będzie ponno ieszcze,Co cię ledwie tknie teraz, pióro wieszcze.

Słuszna, ieśli się kiedy Chrześciaństwo,Uspokoiwszy wnętrzne nienawiści,Wodą y lądem ruszy na pogaństwo,Niesprawiedliwe odiąć mu korzyści —Aby cię sobie wzięło na hetmaństwo.Ziemią, lub morzem: czegoć życzym wszyscy.Tym czasem słuchay, o naśladownikuGoffreda, a wczas gotuy się do szyku

Szósty rok mijał iako ku wschodowiChrześciańskie się woysko wyprawiło.Nicea zdzierżeć nie mogła szturmowi,Antyochijey fortelem dobyło,Którą przeciwko możnemu PersowiWygraną w polu bitwą obroniło.Potym Tortozę wziąwszy, mieysce dałoZimie y roku nowego czekało.

Iuż, też y zima, w którą odpoczywaMiecz woyny chciwy, prędko schodzić miała,Kiedy Bóg wieczny z nieba, gdzie przebywa,Co iaśnieyszego [co od gwiazd bez małaIest tak wysokie, y podobno zbywa,Iako się nisko ziemia na dół dała]Spuścił wzrok z góry, y we mgnieniu oka,Wszytko, co świat ma, obeyźrzał z wysoka.

Obeyźrzał wszytko y w Syryey święteNa chrześciańskie oko skłonił PanyY wzrokiem — którem myśli niepoięteBada y umysł ludzki niezmacany —Widzi Goffreda, żeby rad przeklęteZ miasta świętego wyrzucił pogany,To iego wszytka myśl y to staranie,Nad świecką sławę y nad panowanie.

Zasię w Baldwinie widzi umysł chciwySzerokiey władzey y ziemskiey wielkości;Widzi Tankreda, że żywot troskliwyWzgardził dla próżney y marney miłości.A zaś Boemund zwłoki niecierpliwyW Antyochijey zakłada w radościNowe królestwo, prawa ustawuie,Wierze prawdziwey kościoły buduie;

Y tak wszytkę myśl w tem utopił swoię,Że inszem sprawom trudno iuż ma sprostać;Widzi w Rynaldzie chęć wielką do zbroie,Że złotem gardzi, królem nie chce zostać.Woyny mu się chce, krwawe lubi boie,Sławy chce szukać, sławy pragnie dostać —A Grwelff mu dzieła dawne wielkich ludziCzyta y chęć w nim ieszcze więtszą budzi.

A skoro wieczny Stworzyciel do końcaDo serca skryte ich wnętrzności zbadał,Wnet Gabryela iaśnieyszego słońca[Co nad inszemi Anyołami władał —Tego za posła, tego miał za gońca,Przezeń z duszami pobożnemi gadał,On ich modlitwy do nieba odnosił,Y wolę Boską ludziom na świat nosił]

Przyzwał y rzekł mu: „Powiedz Goffredowi,Czemu próżnuie? czemu tak leniwy?Niech Ieruzalem nieprzyiacielowiWydrze, a to ia chcę mu bydź życzliwy.Niech rady zwoła, niech rząd postanowi.Niech będzie wodzem; to móy niewątpliwyWyrok, na ziemi będzie także drugi,Bo z towarzyszów iuż będzie miał sługi“.

To rzekł, a nic się Gabryel nie bawił,Ale posłuszny był Stworzycielowi:Swą niewidomą postawę zostawił,A podłożył ią ludzkiemu zmysłowi.Członki człowiecze y twarz sobie sprawił,A wziął wiek na się równy młodzieńcowi,Który się z laty ztyka dziecinnemi —A włosy okrył promieńmi iasnemi.

Skrzydła wziął białe, malowane złotem,Niespracowane y niepoścignione;Temi nad ziemią bieży rączem lotem,Obłok y wiatry rwie nieokrócone.Gdy tak był w drogę gotów, zaraz potemNa dół obrócił pióra rościągnione,Kęs nad Libańską górą wytchnął sobie,Y w iedney mierze trzymał skrzydła obie.

Potym się spuścił na dół ku Tortozie,Prosto iak strzała puszczona z cięciwy.Iuż też y Phebus na złoconym wozieZ morza wydawał swóy promień życzliwy:A Goffred, iako zwykł był, w swym obozieOdprawował swe modlitwy troskliwy;Gdy równo z słońcem — iaśnieyszego słońca,Uyźrzał na wschodzie niebieskiego gońca.

Który mu tak rzekł: „Czem się więcey bawisz?Zima precz poszła, pogoda nastaie;Czemu świętego miasta nie wybawiszZ ciężkiey niewoley? czegoć niedostaie?Czemu na leże zaraz nie wyprawisz,Y woysk nie zwiedziesz w kupę? Bóg wydaieWyrok, że masz być wodzem y Hetmanem,A wszyscy radzi przyznaią cię Panem.

Bóg ci swą przez mię wolą opowiada,O! iakoś pilne winien mieć staranie,Abyś urząd ten, który na cię wkłada,Dobrze sprawował a miał w Niem ufanie“.To rzekłszy Anyoł, daley nie odkładaSwey drogi nazad w niebo, a w Hetmanie —Zniknąwszy, w sercu wielki zostawuieStrach: zmartwiał wszytek y ledwie się czuie.

Lecz skoro k’ sobie przyszedł, a rozbieraćPoczął poselstwo y kto ie sprawował,Zaraz iść w pole y lud myśli zbierać,Aby do końca pogaństwo zwoiował.Nie żeby przeto, że go Bóg obieraćChce przed inszemi, tym się popisował,Lecz, że wie wolą Bożą wyrażoną,Wszytką swoią myśl ma w niey utopioną.

Zacne panięta swoie towarzyszeZwoływa, którzy po leżach mieszkali;Gęste śle posły, listy częste pisze,Prosi y radzi, aby się zieżdżali:Szlachetne serca znienagła kołysze,Wszytko przekłada, czymby się wzbudzali,A takie słowa wynayduie na nie.Że ich przymusza chętnych na swe zdanie.

Co przednieyszy się wodzowie ziechali.Lecz Boemunda samego nie było;Iedni w namieciech y polu zostali,Wiele ich w mieście Tortozie stanęło.Potym w dzień święty w radę się zwołali,

Tam Goffred, y w twarz poważny y w mowę,Takową do nich uczynił przemowę:

„Zacni Rycerze, od Boga obrani,Abyście wiarę świętą rozmnożyli,Którzyście łaską Iego warowani,Tak wiele ziemie y morza przebyli.Nieprzyiaciele mieczem zwoiowani,Za czas tak krótki karki nam skłonili.Iuż skróconemi między narodamiGramy bezpiecznie swemi chorągwiami.

Nie dlategośmy miłey odbieżeliOyczyzny y swe domy opuszczali,Morzuśmy zdrowia swego wierzyć śmieli,Na tak daleką woynęśmy iechali —Abyśmy ten głos tylko lichy mieli,Żeśmy pogańską ziemię zwoiowali:Bobyśmy słabey dostali nagrody,Za krew przelaną, za tak wielkie szkody.

To nasz cel pierwszy, to było staranie,Abyśmy murów Syońskich dobyli,Ciężką niewolą — którą ChrześcianieCierpią — precz znieśli, potym założyliTu w Palestynie nowe panowanie,Y w niey prawdziwą wiarę rozmnożyli,Tak żeby pielgrzym iuż bezpiecznie BoguŚlub swóy mógł oddać u świętego progu.

Dotąd się wiele trudów ucierpiało.Ale na sławie małośmy wskuraliI przedsięwzięciu nie dośćby się stało,Gdziebyśmy indziey siły obracali;Na co się woysko tak wielkie zebrało?Nacośmy mieczem Azyą zmieszali?Ieśli królestwa tylko będziem psować,A na to mieysce inszych nie budować.

Na słabym gruncie pewnie ten buduieWielkie królestwa y godzien przygany,Co iedney wiary węzłem nie związuieNieżyczliwemi swych między pogany.Darmo posiłkow greckich upatruie,Darmo się spuszcza na zachodnie pany.Prawda, że państwa y królestwa wali,Ale się y sam na koniec obali.

Antyochia, kraie zwoiowaneTureckie, Perskie — wątpić nie potrzeba:Wielkie są rzeczy, ale niedostanePrzez nasze siły, bo ie mamy z nieba,A teraz, ieśli będą obracaneIndziey, niż Bóg chce, obawiać się trzeba.Że naostatek póydą w pośmiewiskoWszytkim narodom, czego barzo blisko.

Dla Boga, lepiey ważmy Iego dary,A iakośmy tą pracą roscząć śmieli —Tak o to niechay nie mamy przywary,Żebyśmy iey zaś dorobić niechcieli.Czasy pogodne, rok ustąpił stary,Gościniec wolny wszędzie będziem mieli.Niech Ieruzalem zaraz dobywamy,To cel nasz, w który wszyscy mierzyć mamy.

Ia się oświadczam — a będzie to wiedziećWiek teraźnieyszy y ten, co nastanieY będą o tem umieli powiedziećPo wszytkim prawie świecie Chrześcianie —Że wczas przestrzegam, że nie trzeba siedziećDłużey na mieyscu, że prętko poganieDadzą z Aegyptu pomoc Palestynie,Ieśli nam pierwsza pogoda upłynie“.

Skoro tak skończył, szemranie powstało,W tym Piotr pustelnik — co tę woynę radził,A w tenczas w radzie prywatny był — małoCo pomyśliwszy, taką rzecz prowadził:„To wszytko co się Goffredowi zdało,To co wywodził y na czem się sadził,Y ia pochwalam; na przestrogę tylkoTego dołożę y słów rzekę kilko:

Kiedy sam w sobie myślę y rachuię,Skąd spólne waśni rostą między wami,Y kiedy pilnem okiem upatruię,Skąd to, że z sobą różnicie się sami —Przyczynę własną tego być nayduię,Że wszyscy chcecie być rówiennikamiY wszyscy rządzić iednakowo chcecie,A wzaiem sobie nie ustępuiecie.

Gdzie wszyscy władną, gdzie ieden nie rządzi,Który ma w mocy kaźni y nagrody,Tam rządu nie masz, tam każdy pobłądzi,Tam rozerwanie y nastąpią szkody.Niech ieden władnie, niech was ieden sądzi.Tak staną waśni y spólne niezgody;A wy mu złote sceptrum w rękę daycie,Y za pana go y wodza przyznaycie“.

Tu przestał starzec, a wnet nieużyteSerca Duch Święty rozgrzał swym płomieniem:Iuż pustelnicze słowa w sercu wryteNiosą przednieyszy za iego natchnieniem.Myśli — czci y mieysc wysokich nie syte,Ustępuią w nich z wielkiem podziwieniem.Tak że Gwelf, Gwilelm pierwszymi się stali,Co Gotyfreda za pana witali.

A wszyscy inszy zaś poszli za temi,Dali mu władzą, aby rozkazował,Aby narody, miasty dobytemi,Woiną, pokoiem, iako chce, szafował.A co dopiero równo chodził z niemi,Posłuszeństwo mu każdy obiecował.O czem zarazem prędko wieści poszłyY między ludzie na świat głosy niosły.

On się żołnierzom śwoiem ukazuie,Którzy go sądzą mieysca tego godnem,Które mu dali — y od nich przyimuieŻyczliwe krzyki weyźrzeniem łagodnem.Wszytkich przyiemną mową odprawuie,Co mu winszuią szczęścia głosem zgodnem.Na dzień iutrzeyszy po tem wszytkiem kazał,Aby się żołnierz pisał i ukazał.

Iaśnieysze w on czas nadzwyczay rumianySłońce dzień miało, kiedy z promieniamiNowego światła równo lud wybranyPod rozwitemi wyszedł chorągwiami.Każdy, iako mógł, naystroiniey ubranyUkazował się tam, gdzie nad łąkamiStał w mieyscu Hetman, przed którym ochotneMijały roty iezne y piechotne.

Myśli, łakomych lat nieprzyiaciółki,Wierne wszytkich spraw stróże y szafarki,Zdarzcie, abym mógł rotmistrze y półkiWszytkie przypomnieć; od was te podarki.Niech z nieśmiertelną sławą maią spółki,Niech im nie szkodzą zazdrościwe Parki.Ozdóbcie iężyk móy z skarbu waszegoTem, coby trwało do wieku późnego.

Francuzowie się wprzód okazowali,Ugon królewski brat był wódz nad niemi;Których na wyspie rotmistrze zbieraliMiędzy czterema rzekami możnemi.Skoro zszedł Ugon, Starszego obraliKlotareusza, głosami zgodnemi,Któremu tylko na tem samem schodzi:Królestwa nie ma, choć się na nie godzi.

Tysiąc ich było, wszyscy kiryśnicy.Za niemi hufce prowadzili swoieW takieyże liczbie mężni Normandczycy,Którzy iednakie z Francuzami zbroie,Iednakie — iak to bywa przy granicy —Mieli ćwiczenie y iednakie stroie;Robert ie, ich pan przyrodzony, wiedzie,Za niemi Gwilelm y Ademar iedzie.

Do duchowieństwa mieli się zarazemCi z młodu, potem biskupy zostali:A teraz, twardem okryci żelazem,Na świętą woynę miecze przypasali.Gwilelm z Uranges wywiódł pięćset razem,Ów także pięćset z Podździu; a tak trwaliY tak ćwiczeni byli GwilelmowiNa woynach, iako y Ademarowi.

Baldowin zatem wielką część zastąpiłPola z swoiemi Bonończyki po niem,Bratni to był pułk, co mu go ustąpił.Bywszy Hetmanem; za niem — dzielnem koniemObracaiąc — Groff z Karnutu nastąpił,Chłop to był czysty; tak trzymano o niem.Cztery sta ieznych ten pod swoią sprawą —Dwanaście set miał Baldwin pod buławą.

Za niemi iedzie w zupełnei zbroicyGrwelf od fortuny bogacie nadany.Ten po Latynie oycu sobie liczyKrewne Esteńskie starożytne pany.German, brat iego, co z nim spółdziedziczy,W dom Gwelfonowy wstąpił zawołany;Trzyma Horwaty y to, co RhetowieY dawni mieli przy Rhenie Szwabowie.

Ten do dziedzictwa swoiego z macierze,Nazdobywał państw y miast możnych wiele,Z których wiódł lud, co ku swem panom w wierzeNieporównany, na śmierć idzie śmiele.Ieden drugiego na ucztę rad bierze,A zimie łoża w ciepłych izbach ściele.Pięć ich tysięcy spełna z domu wyszło,A z perskiey woyny ledwie tysiąc przyszło.

Za temi szedł lud biały y żółtawy,Co z Francuzami y Niemcy graniczy,Nad morzem mieszka tam, gdzie gęste stawyY Rhen y Moza czynią w okoliczy.A na ocean groble y zastawySypie, któremi trzyma go w granicy;Który się gwałtem y przez tamy wdziera,Z wsi y miasta y państwa pożera.

Tysiąc był spełna tych Niderlandczyków,Ruperta mieli nad sobą starszego;Ale zaś było iuż więcey AnglikówGwilma, młodszego syna królewskiego,Który wiódł przytem siła Irlandczyków,Y lud co bliższy Tryona zimnego:Naród kosmaty, wychowany w lesie,A każdy saydak y łuk cięgły niesie.

Za temi idzie Tankred, co dzielnościąOprócz Rynalda samego, przodkuie.Sercem, urodą, dworstwem y ludzkością,We wszytkiem woysku nikt go nie celuie.Ale tak wielkiem przymiotom — miłościąSiła ozdoby y chwały uymuie:Miłością w boiu nagle urodzoną,Troskliwą, silną y niewymówioną.

Tak słychać: w ten czas, kiedy bitwę nasiZ Persem wygrali — który porażonyRozsypką w góry uchodził y lasy —Poszedł wciąż za niem Tankred zagoniony;A iż gorące zbytnie były czasy,Po pracey oney srodze upragniony,W polu przy piękney łące dla ochłodyZsiadł z konia, kędy był zdróy zimney wody.

Tam niespodzianie mu się ukazałaDziewica wszytka zbroyna okrom głowy:Poganka była y wody szukałaTakże z pragnienia, w on znóy południowy.Twarz gładką, oczy dziwnie piękne miała,Zaraz Tankreda uiął ogień nowy.Iaki cud! Miłość, co się ledwie zrodzi,Iuż w łykach wielkie bohatyry wodzi.

Widząc go, szyszak na głowę włożyła,Y koniecznie się z nim kosztować chciała,Lecz, że za sobą drugich obaczyła,Nic się nie bawiąc, tył nazad podała.Ale twarz, którei z hełmu uchyliła,Tak w Tankredowem sercu wykuwała,Że nic nie myśli nigdy, tylko o niey;Tak schnie nieborak, y tak tęskni po niey.

Iego żołnierze tak się domyślali,Widząc iego żal y srogie tęsknice.Y między sobą w głos o tem gadali,Że to dla iakiey cierpiał miłośnice.Ośm set miał konnych, którzy go słuchali,Wszytkich od piękney kampańskiey granice,Z kraiu na świecie co naobfitszego,Tuż niedaleko morza tyrrheńskiego.

Po Tankredowych ludziach się pisałoPrzed Gotyfredem dwieście mężnych Greków.Ci zbroie żadney nie kładą na ciało,Łuk przez się, szable wieszaią u łęków.Ich pracowite konie iedzą mało,A rohatyny z twardych noszą sęków.Za przednieysze ich naiezdniki maią:Naywięcey biją, kiedy uciekaią.

Latyna starszem ta ich rota miała,Co z greckich kraiów sam był na tey woynie.Azaś tey woyny tak blisko nie miała,O ziemi grecka? a przedsię spokoynieSiedząc, o hańbo! tylkoś wyglądałaKońca wielkich dzieł, źle y nieprzystoynie.Przeto nie skarż się y niech cię nie boli:Dobrze tak na cię, żeś teraz w niewoli.

Ostatni po tey rocie się pisali,Lecz w urodzeniu pierwszy y w zacności:Co na swą szkodę y szczęście iechali,Pierwszy y w męstwie, pierwszy y w dzielności.O Argonautach błędnych nabaialiSiła Grekowie, lecz bez wątpliwościNigdy nie mogą iść zarówno z temi;Zgadnicież, który starszym iest nad niemi?

Cny Dudon z Konse, ten ich hufiec wodził.A iż rozsądek trudny w tym baczyli:Który zacnością y męstwem wprzód chodził?Zgodnie mu władzę nad sobą zlecili,Zwłaszcza, że inszych y laty przechodziłY więcey czynił, niż inszy czynili,Na rożnych woynach, na których się schowałY ran uczciwych blizny ukazował.

Między pierwszymi położyć też przydzieEustacyusa, hetmańskiego brata:Po nim Gernanda, którego ród idzieZ norweyskich królów od dawnego lata.Rugiera mi też pewnie się nie zeydzieKłaść na ostatku, także Engerlata;Gentoni, Rambald niechay idą za tem,A po Rambaldzie Gierard z swoim bratem.

Wielką ma sławę Ubald na wsze strony,Y Rosmund, który w Linkastrze dziedziczy:Palamed, Sforca y trzeci rodzonyAchilles także, wszyscy Lombardczycy.Obidzy po tych boiu doświadczony,Więc mężny Otton zarazem się liczy,Który ma za herb węża, a on w gębieMa dziecię nagie y trzyma ie w zębie.

Gwaszek y Rydolf są też pewnie wzięciY z Gernierem oba GwidonowieY Eberarda będą mieć w pamięciPotomne wieki y późni wnukowie.Piękna Gyldyppo z Odoardem, spięciNierozerwanym związkiem małżonkowie,Y wy na wieki pewnie się wsławicie,Bo y po śmierci się nie rozdzielicie.

Patrzcie, co umie miłość przeraźliwa,Ona iey władać bronią ukazała:W nasroższey bitwie zawsze nielękliwaMęża miłego nie odstępowała.A ieśli kiedy (iako to więc bywa)Rana lub iego, lub onę potkała,Oboie cierpią, y oboie mdleie,Ieśli iedno z nich ranne y krew leie.

Ale nie tylko te, com ich mianował,Lecz y tych wszytkich, którzy się pisali.Młodzieńczyk Rynald urodą celował;Tak mu to wszyscy zgodnie przyznawali,Y pierwey owoc, niż kwiat ukazował,A wszyscy mu się barzo dziwowali:Mars własny z niego, kiedy zbroyny bije,Kupido — kiedy piękną twarz odkryie.

Piękna Zophia z Bertoldem go miała,A pierwey ieszcze, niźli go odiętoMamce od piersi, co go piastowałaDo Matyldy go na chowanie wzięto.Ta mu królewskie wychowanie dałaY mieszkał przy niey dotąd, aż poczętoW ogromny bęben bić na wschodzie słońca,Ten w niem chętną myśl przeraził do końca.

Ieszcze w piętnastem spełna nie był lecie,Gdy uciekł z domu y szedł do przewozuMorz’ Egeyskiego y błądził po świecie,Aż naostatek trafił do obozu.Czemu go zacni nie naśladuiecieWnukowie? nie chciał długo w miękkiem łożuGnuśnieć y nie miał nic na gębie prawie,A iuż trzeci rok na rycerskiey sprawie.

A kiedy się iuż iezda popisała,Raimund z Tolozy następował, któryGdzie się Garona w ocean wmieszała,Zbierał piechotę z pireneyskiei góry.Cztery tysiące było ich bez mała;Na niepogody twarde noszą skóry,Nazchwał są duży y zbyt pracowici,Wszyscy świetnemi zbroiami okryci.

Pięć zaś tysięcy było Stephanowych,Którzy się w Blessie y w Turzie zbierali;A chociaż wszyscy w zbroiach byli nowych,Na niewczas nie są, y na pracą, trwali.Doświadczona to, że w rozkosznych owychKraiach ludzie też rozkoszni bywali.Iużci się oni naprzód potkać śmieią:Ale cóż potem? prętko osłabieią.

Alkastus zatem w ogromnei postawieZ nienagła sobie z swemi Szwaycarami —Których miał pod sześć tysięcy — szedł w sprawie,Co siedząc między krzywemi Alpami,Skuli ku lepszey y godnieyszey sprawieNa ostre miecze pługi z lemięzami.Tak że, co przed tem pastuchowie beli,Iuż się z wielkimi królmi ścierać ięli.

Pod siedm tysięcy wyborney piechotyZa Szwaycarami poszło prawą stroną.Proporzec miała wszytek szczerozłoty.W nim złote klucze z papieską koroną.Kamillus ich wódz, wielki z swoiey cnotyY z dawnych dziadów: dzielność zapomnionąMyśli odnowić we włoskim narodzieA chciwość sławy niezmierna go bodzie.

A skoro było po okazowaniuY wszyscy się iuż byli odprawili,Hetman o dalszem woyny dokonaniuZ starszemi radzi, którzy przy nim byli.Y rozkazuie, aby na świtaniuW drogę się zaraz z obozu ruszyliA pod Syońskie miasto w ten czas przyszli,Gdy nieprzyiaciel namniey o nich myśli:

Więc żeby byli do bitwy gotowi,Żeby zwycięstwa pewnego czekali.Y pułkownicy y starszy woyskowiZa temi iego słowy serce brali.Y niecierpliwi, nierychłemu dniowiŁaiąc, rannego świtu wyglądali.Lecz opatrznego Hetmana troskliwaMyśl trapi, choć to na twarzy pokrywa.

Bowiem szpiegowie, których wszędzie chował,Z różnych mieysc wszyscy iednoż mu pisali:Że król egipski woyska wyprawował,Y iuż się ludzie ku Gazie ruszali.Tak sobie myślił, tak sobie rachował,Że mąż woienny — iako powiadali,W te czasy pewnie nie miał darmo leżeć;W tym zaraz kazał po Henryka bieżeć.

Temu roskazał, aby się nie bawił,Wsiadł w lekki okręt y nieobciążonyA conapręcey aby się przeprawiłPrzez morze y szedł zaraz w greckie strony,„Iużem się, prawi, o tem dobrze sprawił,Że towarzyszem chce nam być liczonyKrólewicz szwedzki y że do nas iedzie,Y wielki orszak ludzi z sobą wiedzie,

A iż mię nie raz grecki cesarz zdradził,Y teraz mi się obawiać przychodzi,Aby mu drogi do nas nie rozradził,

Przeto cię tam ślę, abyś mu się radziłSpieszyć co pręcey; widzi, że czas schodzi,Bo gdzieby z pierwszey spuścił co ochoty,Pewnieby wielkiey nie uszedł sromoty.

Nie wracay się z nim, ale zaś poiedzieszWciąż do cesarza zarazem greckiego:Aza go iako do tego przywiedziesz,Aby posiłku nam obiecanegoNie zwłóczył daley. A niźli wyiedziesz,Nie zapominay listu wierzącego“.W tym Henryk żegnał, a Goffred kłopotyZłożył na chwilę y spał pod namioty.

Nazaiutrz, kiedy pochodnie zażegałY światło Phebus miotał z swego wozu,Dźwięk trąb krzykliwych, który się rozlegał,Y głośnych bębnów — poszedł do obozu.Nie tak rad grzmieniu, skąd nadzieią sięgałDżdża nędzny oracz zgorzałomu zbożu:Jako ci byli radzi y weseli,Kiedy woienne muzyki słyszeli.

Wszyscy tem więtszą chęcią pobudzeni,Iako napręcey się poubieraliY do rotmistrzów swoich zgromadzeni.Zbroyno przed nimi się ukazowali.Potem w piękny szyk od wodzów sprawieni,Proporce piękne na wiatr rozwiiali,Wielką hetmańską chorągiew wnet potemRozwito, krzyżem przetykaną złotem.

Wtym słońce wyżey coraz postępuiąc,Promienie na świat rozciągało swoieY oczy blaskiem uraźliwym psuiąc,Płomień od świetney wyciągało zbroie,A ogniem iasnym powietrze farbuiąc.Swietnieysze się bydź zdało tyle troie;Chrzęst lśniących się zbróy, krzyk wesołych koniOgłusza pola y wiatr lekki goni.

Ostrożny Hetman nigdy nie próżnował:Chcąc znieść zasadki y różne zawady,Co lżeysze ludzie iezne wyprawowałPrzed woyskiem, w pola przestrone na zwiady.Iuż też lud pieszy był ponaprawowałDrogi, co woyska zwykły trudnić rady,Y gdzie ku miastu wiódł gościniec prosty,Doły porównał y porobił mosty.

Nie hamuią ich w koło opasaneMiasta mocnemi ze wszytkich stron mury,Rzeki y woyska pogańskie zebrane,Y ieśli się las gęsty trafi który:Równie tak Wisła, gdy niehamowaneWody rozpuści od góry do góry —Wszytko to, co iey kolwiek zastępuie,Rwie wielkim gwałtem y wali y psuie.

Sam król trypolski, który lud zebranyY skarby w mieściech obronnych zawierał,Mógłby był pono wstrącić Chrześciany,Ale ich drażnić zgoła nie nacierał;Y owszem dary pierwsze uiął panyA dobrowolnie miasta swe otwierałY przyiął pokój y spiski podane,Iakie mu były od naszych posłane.

Ci Chrześcianie, co w górach mieszkaliBlisko od miasta, zaraz na dół zeszli,Swoie dostatki hoynie rozdawali,Y różną żywność do obozu nieśli;Niewidanem się stroiom dziwowaliDzieci, niewiasty, młódź y ludzie zeszli.Od których Hetman wziął wodze świadomeY dróg y kraiów tamtecznych wiadome.

To bowiem zawżdy Goffred upatrował,Y ta w nim wola nieodmienna trwała,Aby przy morzu zawżdy postępował,Na którem można armata pływała;Tak swych żywnością snadnie opatrywał,Którey mu ona hoynie dodawała:Owsy, ięczmiony y chleby z Grecyey,A wina z Chio wiozła y z Kandyey.

Pod okrętami wielkiemi stękaiąWody, a morze nad zwyczay się pieni,Na Między-ziemnem Morzu iuż nie maiąBespiecznych pławów więcey Saraceni;Bo okrom tych, co Ligurowie daiąY Wenetowie w tem dziele ćwiczeni,Insze Sycylczyk, insze Francuzowie,Insze śle Anglik, insze Olandrowie.

Ci wszyscy spięci sercami zgodnemi,Iednostayną się wolą powiązali;Żywnością dla woysk, które szły po ziemi,Y rynsztunkami nawy ładowali,A wiedząc, że iuż tamci byli w ziemi.Y do Solimy iuż się przybliżali,Niechcąc omieszkać y oni też nagleDo Palestyny obrócili żagle.

Ale ta, która płonne y prawdziweWieści roznosi, wszytkich uprzedzała;Ta — że iuż idą woyska ukwapliweY że iuż blisko były — powiadała,Pułki, rotmistrze, wodze nielękliwe,Y co mężnieysze wszytkie mianowała,Ich dzielność y ich zwycięstwa sławiła,A swoią twarzą straszliwą groziła.

A chocia ieszcze nie tak blisko maiąNieprzyiaciela, samo rozbieraniePrzyszłych plag, które z woyną przychadzaią,Strach y niezmierne czyni w nich lękanie;Myśli y uszy wszyscy nadstawiaiąNa lada wieści y ciche szemranieWszędzie powstaie, sam król potrwożony,Błędną obraca myśl na różne strony.

Aladyn się zwał, co w ten czas panował,Tyran okrutny y wielkiey srogości,Ale wiek zeszły trochę go hamował,Że z pierwszey nieco spuścił okrutności.Ten wiedząc, że iuż Goffred następował,Y że pod miasto szedł bez wątpliwości,Dawny strach z nowem podeyźrzeniem dwoi,Y nieprzyiaciół y swoich się boi.

Różną miał wiarę w mieście: bo obrzędyMnieysza i słabsza miała Chrystusowe,Ale więtsza część zachowała błędyY Bogu zmierzłe sny Machometowe.Zostawszy królem po wszem państwie wszędyDań y pobory ustawował nowe,Ale z nich swoie wyzwolił pogany.A na biedne ie włożył chrześciany.

Ta myśl — okrutność iego przyrodzoną,Którą iuż była oziębła za laty —Teraz ożywia y nienasyconąKrwie chciwość wznawia: tak wąż, kiedy szatyPierwsze y skórę złoży pochodzoną,Srożeie barziey; tak y lew kudłaty,Chowany w domu, kiedy go uderzy,Do przyrodzoney swey srogości mierzy.

„Widzę — pry — w tym złym, niewiernym narodzieNiezwykłą radość y takich iest wiele,Co w spólnym płaczu y wspólney przygodzieŚmiech sobie czynią y nowe wesele.A ku naszemu zginieniu y szkodzieWszyscy podobno sprzysięgli się śmiele,Myśląc, aby mię żywota zbawili,A chrześcianom bramy otworzyli.

Ale ia fortel na nieprzyiacioły,Y na zamysły naydę niecnotliwe:Wszytkich, co ich iest, puszczę na miecz goły,Pospołu z dziećmi, bo i te są krzywe;Spalę ich domy, spalę y kościoły,Do szczętu plemię wytracę złośliwe.U ich sławnego Grobu pełne maryPobitey księżey dam miasto ofiary“.

Na to się iuż był srogi tyran puścił,Ale nie przywiódł do skutku swey złości;A że niewinnym okrutnik przepuścił,Szło to z boiaźni, nie z iakiey litości.Bo się bał, aby sobie nie upuściłDrogi do zgody, dla tey okrutności.A iako pokóy miał zawrzeć z naszemi,Uczyniwszy mord ten nad niewinnemi?

Przeto z tey miary w sobie uhamowałTyrański zamysł, ale z drugiey stronyIeszcze okrutniey sobie postępował,Niemiłosiernem gniewem zaiuszony.Wsi wkoło palił, żywność wszelką psował,Pyszne pałace nie miały ochrony,W studnie y w źródła y w rzeki przeyźrzyste,Mieszał trucizny y iady nieczyste.

Gdy się takiemi król mocnił sposoby,Izmen do niego przyszedł dnia iednego,Izmen, co zimne trwoży często groby.Y kiedy zechce, wzbudza umarłego,Izmen, którego rymów i osobyBoią się państwa Pluta podziemnego:On czarty wiąże, on ie rozwięzuie,On im, iako pan sługom, roskazuie.

Był przedtym zrazu Chrystusowey wiary,Ale zaś potym został poturczony,Y do swey sprosney y brzydkiey ofiary,Miesza pospołu obadwa Zakony.A teraz z iaskiń, w których zdrayca staryOdprawował swe zwykłe zabobony,Szedł w spólney trwodze do pana swoiego,Y niósł złą radę do tyranna złego.

„Iuż — prawi — królu, nieomylnie wiemy,Że na nas woyska możne następuią,Ale my czyńmy, co czynić możemy,Mężnym fortunę nieba obiecuią.W tobie ostrożność y czułość widziemy,Iakiey woienne czasy potrzebuią,Stanieli tak w swey każdy powinności —Grób sobie sprawi u nas ten lud gości.

Cokolwiek rady ma w sobie wiek stary,Co iedno umiem y co iedno mogę,Co czarnoksięstwo, co umieią czary,Tem ci rad wszytkiem, o królu, pomogę.Moią nauką piekielne maszkaryWdam w tę robotę, wyprawię w tę drogę;Ale skądby się to rozpocząć miało,Powiem ci krótko, a ty słuchay mało:

Iest w chrześciańskim kościele zakrytyOłtarz pod ziemią, gdzie ksiądz ustawionyMatki ich Boga obraz chowa ryty,W iedwabny, ciężki rąbek uwiniony,Przed nim kaganiec wisi złotem lity,Który na wszytkie światło miece strony.W około rzędem ślubów nawieszali,Które nabożni pielgrzymowie dali.

Ten obraz, który chowaią tak skrycie,Z niepobożnego gwałtem weź kościołaY własną ręką podstaw w twey meszkicie,A ia tak sprawię czarnoksięskie koła,Że póki u nas będzie to zawicie,Nie pożyie cię nieprzyiaciel zgoła.Y owszem wiecznie, przez tę taiemnicę,Utwierdzisz swoię królewską stolicę“.

Posłuchał tyran niepobożney radyY do kościoła pobiegł ukwapliwy,Zaraz uczynek wykonał szkarady:Wydarł kapłanom obraz świetobliwyświętobliwyY wniósł go do swey bożnice, z poradyIzmena, który zwłoki niecierpliwy,Tamże zarazem nad nim z czarnoksięstwaNiezrozumiane zaczynał bluźnierstwa.

Ale kiedy świt rany następował,Niewiedzieć, iako zginął obraz święty,O czem ten, co go za swym kluczem chował,Królowi dał znać; który gniewem zięty,Pomstę y męki okrutne gotował,Tak tusząc, że był od chrześcian wzięty,Y że go oni z meszkity wykradli,Za co pod ogień y pod miecz podpadli.

Albo to ręka ludzka wykonała,Albo to boska wszechmocność sprawiła,Że świętey Panny obrazu niechciałaMieć na tem mieyscu, którem się brzydziła.Bo y teraz w tym wątpliwość została,Boskali sprawa, ludzkali to była.Lecz dobrze, iż w tem pewności nie maią,Że to nabożnie na Boga składaią.

Z wielką pilnością zatem król roskazał.Aby, co ich iest, kościoły trzęsiono;Ktoby złodzieia, lub obraz ukazał,Kaźni y wielkie nagrody kładziono.Sam czarnoksiężnik na swe wróżki kazał,Ale nic zgoła naleść nie możono.Niechciał koniecznie Bóg tego obiawićY iego czary nie mogły nic sprawić.

A kiedy iuż tak między ChrześcianyNie naleziono, choć szukano wszędy,Dobrze się nie wściekł tyran rozgniewany,Chce się mścić srodze, zrzuca wszytkie względy;Niech będzie, co chce, zaraz lud wybranyRoskazał tracić przez swoie urzędy:„Kiedy miecz — prawi — żadnego nie minie,Y niewiadomy złodziey pewnie zginie.

By tylko winny wziął swoie karanie,Niechay się żaden niewinny nie żywi!Ale co mówię, wszyscy chrześcianieWinni y wszyscy iednakowo krzywi.A choć tę kradzież źle wkładaią na nie,Za to niech giną, że nam nie życzliwi.Przeto y ogniem y ostrem żelazem,Do szczętu wszytkich niech wygładzą razem“.

Te iadowite tyrańskie powieściRozniosły się wnet między lud ubogi,Wszędzie płacz męski, wszędzie krzyk niewieści,Wszytkich przeiął strach bliskiey śmierci srogi.Zapomnieli się prawie na te wieści,Uciekać nie masz nigdzie żadney drogi,Ale skąd się mniey nędzni spodziewali,Ztąd utrapieni ratunku dostali.

Panna się iedna u nich wychowała,Która iuż była lat słusznych dorosła,Dziwney gładkości, o którą niedbała,Lub tyle dbała, ile cnota niosła.W ciasnem się barzo mieyscu uchowałaTak wielka piękność y nigdy nie poszłaZ domu, kradnąc się — zaniedbana — chciwemWzrokom młodzieńców y chwałom życzliwem.

Ale żadna straż zakryć tey gładkościNie mogła, choć iey barzo pilnowała.Y tyś tego znieść nie chciała, miłości,Boś ią młodemu chłopcu ukazała.Miłości ślepa, teraześ ciemnościZbyła, a wzrokuś bystrego dostała,Tyś przez sto straży czystey dziewki doszła,Y wzrokeś chciwy cudzy do niey niosła.

Imie mu Olind, Zoffronia oney,Iako ta gładka, tak on urodziwy,Skromny, wstydliwy; miłości szaloneyNie śmie, nie umie odkryć nieszczęśliwy.A ta im gardzi, albo zapaloneyŻądze nie widzi; tak Olind troskliwy,Dotąd iey służył, albo pogardzony,Albo nieznany y nie upatrzony.

W tem usłyszawszy, że iuż lud wybranyPo wszytkiem mieście kazano mordować,Poczęła myślić, aby chrześcianyMogła od śmierci gotowey zachować;Męstwo ią y wstyd ruszał na przemiany:To podbudzało, ten ią chciał hamować.Wygrało męstwo, owszem szło zgodliwe,Bo wstyd był mężny, a męstwo wstydliwe.

Sama pobiegła, a swey nie zakryłaGładkości, ani iey też wystawiała:Płaszczem się wszystka do ziemie okryła,Oczy wstydliwe sama w się zebrała,Niewiedzieć, ieśli chcąc się ustroiła,Ieśli umyślnie stroiów zaniedbała.Lecz zaniedbaną gładkość y postawęStroiła miłość y niebo łaskawe.

Wszyscy w nię patrzą, wszyscy utopieniW iey twarzy, a ta ani ruszy okiem.Przed królem stanie y twarzy nie zmieni,Chocia ią trwoży zagniewanem wzrokiem.„Nie sroż się — prawi — prosiem utrapieni,A z twym się zadzierż, o królu, wyrokiem,A ia winnego oddam ci do ręki,Którego wyday na iakie chcesz męki“.

Na męstwo śmiałe, na niespodziewanyPiorun cudowney y świetney gładkości,Zmiękczył się zaraz tyran rozgniewany,Wziął wzrok łaskawszy, złożył z okrutności.Wpadłby był w miłość, by był nie trzymanyOd swey srogości y od iey twardości;Lecz płocha gładkość y nieokróconeSerce ponęty maią podrzucone.

Ieśli tyrana miłość nie ruszyła,Poruszyło go pewnie spodobanie:„Chcę — prawi — abyś winnego odkryła,Niech będą wolni twoi chrześcianie“.Ona tem śmieley przedeń wystąpiła:„Nic nie zataię na twe roskazanie,Iam winna, królu, iam obraz ukradła,Karz mię, iako chcesz, bom śmierci podpadła“.

Tak pospolitey śmierci swą osobąZabiegła y kaźń sama wzięła na się.O piękne kłamstwo, która prawda z tobąMoże porównać? Niewie w onym czasie,Co czynić tyran; sam się biedzi z sobą,Łagodniey nad swóy zwyczay pyta zasię,Aby mu prawdę własną powiedziała,Kto z nią był y zkąd radę na to miała?

A ona na to: „Nikogom niechciałaWziąć w towarzystwo do tak piękney chwały,Nikt inszy, samam tylko to wiedziała,Rękęm y umysł niosła na to stały“.„Więc sama będziesz — król rzecze — cierpiała,Według wyroku y moiey uchwały“.„Słuszna — odpowie — y rzecz sprawiedliwa,Niech sama cierpię, kiedym sama krzywa“.

Począł się srożyć tyran urażony,Dowiaduie się, gdzie obraz podziała?Że obraz w ogień zaraz był wrzucony,Y że go spalić, niźli skryć wolała,Aby iuż więcey nie mógł bydź zgwałconyNiewierną ręką — tę sprawę dawała.„Złodziey przed tobą, a ty czyń, co raczysz,Obrazu pewnie wiecznie nie obaczysz.

Ale złodzieyką niech mię nikt nie zowie:Wzięłam to, co nam odięto gwałtownie!“Słysząc to, tyran srogo iey odpowie,Wściekłem zażarty gniewem niewymownie:„Dasz gardło wnetże, wnet położysz zdrowie!Zwiążcie ią zaraz y wiedźcie warownie“.Próżno ią tarczą zasłania gładkości —Miłość od złego króla okrutności.

Wzięto ią zaraz, ręce iey związano,A prętko potem miała być spalona,Płaszcz z niey y z głowy podwikę zerwanoY tak została nędzna obnażona.Nie wylękła się, tylko, że na onoSzarpanie nieco była poruszona.Wprawdzie swą własną barwę odmieniła,Y to nie bladą, ale białą była.

Zbiegał się tam lud, acz niewiedział o tem,Co się za panna na to ośmieliła;Troskliwy Olind biegł tam także potem,Domyślaiąc się, że to ona była.Zięty okrutnem żalem y kłopotem,Wiedząc iuż, że to ona uczyniłaY że ią na śmierć srogą osądzono,Trącał lud bieżąc, gdzie ią prowadzono.

Zawoła głosem, co iedno miał mocy:„Nie wierz iey królu, plotkić powiedziała!Panna y sama y okrom pomocy,Nigdyby tego uczynić nie śmiała.Ieśli z meszkity obraz wzięła w nocy,Niech powie, iako stróże oszukała?Iam winien, ia sam będę pokutował“.Tak twardo dziewkę nieborak miłował.

Y daley mówił: „Dałem sobie długiPowróz urobić z wysoką drabiną,Potemem w noey, przez krzywe frambugi,Oknem wlazł w kościół y związawszy linąObrazem spuścił; niechayże mi drugiSławy nie bierze, niech inszy nie ginąNiewinnie dla mnie, mnie pal postawiono,Y mnie samemu ogień napalono“.

To Zoffronia skoro usłyszała,Użali się go y wzrok k’ niemu skłoni:„Co cię za rada do tego przygnała,Że chcesz być w tak złey dobrowolnie toni?Y taklim się to boiaźliwą zdała,Że mi ktoś śmierci pożądaney broni?Mam ia też serce, ognia się nie boię,O towarzysza do śmierci nie stoię“.

Takiemi mu śmierć mowami rozwodzi,Lecz on zostawa z pierwszą statecznością.Iest na co patrzyć, gdy zapasy chodziCzci chciwe męstwo z gorącą miłością.Tamta chce umrzeć y śmierć sobie słodzi,Ten, że żyć będzie, zostawa z żałością.Król patrząc na to, sroższy tyle troie.Że się bydź winnem powiada oboie.

Mówi, że lekce od nich poważonyY że się na złość śmierci napieraią:Wierzyć im trzeba, maią swe obrony,Niechże oboie śmierć, iako chcą, maią.Skoro to wyrzekł gniewem zapalony,Zaraz Olinda katom w ręce daią,Y tak do pala nędznych przywiązano,A do siebie ich tyłem zobracano.

Iuż kat, iuż ogień wielki był gotowy,Iuż go dwuiętne miechy rozdymały,Kiedy iął Olind żałosnemi słowyNarzekać, które kamienie ruszały:„Tenli to łańcuch, teli to okowy,Które mię z tobą wiecznie związać miały?Tenli to ogień, który nas płomieniemRównym miał palić y ziąć ożenieniem?

Nie ten nam węzeł miłość ślubowała,Nie te płomienie, które będziem mieli!A to, bezecna, słowa nie strzymała,Lecz to nic, kiedy śmiercią nas nie dzieli.A iż nam łoża spólnego nie dała,A tobie tę śmierć bogowie przeyźrzeli,Ciebie żałuię, nie samego siebie,Dosyć mam, kiedy umrę podle ciebie.

O iako tę śmierć będę znał szczęśliwą,Ieśli uproszę, że ty umieraiącWe mnie wyleiesz duszę świętobliwą,Pospołu zemną z światem się rozstaiąc.Y z chęcią moie ostatnie życzliwą,Tchnienie w się weźmiesz...“ Chciał tak narzekaiącIeszcze coś mówić — ale mu przerwała,Y łagodnie mu tak odpowiedziała:

„Inszych iuż myśli, przyiacielu, trzeba,Inszych lamentów czas ten potrzebuie:Pływałeś dotąd, czas się mieć do brzega,Szczęśliwy, który za grzech pokutnie.Cierp w Imię Boże, zapłata cię z niebaPotka, którą On swym wiernym gotuie.Samo nas niebo nad zwyczay pogodneCieszy y siebie rozumie bydź godne“.

Na te iey słowa poganie płakali,Płakał też, ale skrycie, lud wybrany,Sam się król zmiękczył, iako powiadali,Lecz niechciał dać znać, że był ubłagany.Y żeby tego z twarzy nie poznali,Oczy umyślnie obrócił do ściany.Ty Zoffronia sama łez nie leiesz,Y w płaczu wszystkich ledwie się nie śmieiesz.

Iuż ich tylko co w ogień nie włożyli,W tem iakiś rycerz iedzie niepoznany,Bo go za tego wszyscy osądzili,Y za mężczyznę od wszytkich był miany.Tygrys na hełmie na dół mu się chyli,A z cudzoziemska wszytek był ubrany,Że to Klorynda, tak się domyślali,Bo u niey ten znak na woynie widali.

Ta z młodu swey płci dziełom odwykała,Nad które więtszey mieć nie mogła męki,A ieśli kiedy haftować musiała,Szło iey to z musu y prawie przez dzięki.Do igły y do wrzeciona niechciałaNigdy obrócić swoiey pyszney ręki.Miękką twarz y stróy pieszczony złożyła,A męską na się postawę włożyła.

Ieszcze z dziewczyny była nie wyrosła,A iuż szalone konie obiezdżała,Kopiią w ręku, miecz u boku niosła,Łuk tęgi dziewczą ręką wyciągała.A ieśli w lasy na łów kiedy poszła,Nie raz się ze lwy mężnie uganiałaY kiedy w lesiech głuchych mieszkiwała,Mężem się zwierzom, ludziom zwierzem zdała.

Teraz z Persyey, gdzie była na woynie,Do Palestyny szła na chrześciany,Których krew nie raz wylewała hoynie,Nie raz im srogie zadawała rany.Wiechawszy w miasto — iako zwykła — zbroynie,Uyźrzała wielki ogień zgotowany,Zdziwi się barzo y natrze tam koniem,Pyta, na kogo y co było po niem?

Ustępuią się wszyscy y popychaIeden drugiego, aby mieysce miała,Obaczy więźnie, ieden wszystko wzdycha,Druga wzrok w niebo wlepiwszy milczała.Ów od litości, nie od bólu, zdycha,Więtsze mdła serce płeć pokazowała:Oczy nabożnie w niebo obróciła,Y przed śmiercią się z światem iuż dzieliła.

Zdięta Klorynda żalem zapłakałaNa tak żałosne y smutne weyźrzenie,Nie tak się płaczem owego ruszała,Iako ią ówtey ruszało milczenie.Zatym iednego starca zawołała,Który się iey zdał mieć dobre baczenie,„Powiedz mi — prawi — z iakiey ci przyczynyIść maią na śmierć y dla iakiey winy?“

Krótkiemi starzec dawał sprawę słowyNa wszytko, o co Klorynda pytała,Domyślała się zaraz z iego mowy,Że on y ona winy w tem nie miała.Gdzieby królewski on wyrok surowyNie był zniesiony, o co prosić chciała —Tak tuszy, że ich odbić gwałtem zdoła,Przymknie się bliżey y na katy woła:

„To wam powiadam, abyście z więźniamiTemi poczynać nic daley nie śmieli,Aż króla uyźrzę, a uznacie sami,Że stąd kłopotu nie będziecie mieli“.Ostremi słowy zięci y groźbami,Tak, iako chciała, uczynić musieli.To opatrzywszy daley poiechała,Y króla, w drodze do siebie, potkała.

„Jam — pry — Klorynda, ieśli kiedy moieImie, o królu, słyszałeś mianować;Przyiechałam tu, aby państwo twoieY spólna wiara mogła się ratować.Miła mi woyna y surowe boie,Chceszli mię w mieście y w murzech spróbować,Chceszli y w polu, na wszytkom gotowa“.A król iey na te odpowiedział słowa:

»Mężna dziewico y niezwyciężona,Żaden kray od nas nie iest tak daleki,Gdzieby twa dzielność nie była sławiona;O czem y późne wiedzieć będą wieki,Będzieli z moią szablą twa złączonaY twey to miasto dostanie opieki;W naywiększem woysku nie ma tey dufności,Którą mam w męstwie y w twoiey dzielności.

Iuż niechay Goffred swoie woyska wiedzie,Niechay nie mieszka, a ia mu ślubuię,Że pole stawię, ieśli bitwę zwiedzie,Y że mu strzymam, co mu obiecuię.Żołnierz, co w mieście y co ieszcze iedzie,Niech pod twą sprawą będzie — roskazuię.Ty nad wszytkiemi będziesz hetmaniła“.Za co Klorynda dzięki mu czyniła,

Mówiąc tak daley: „Usłyszysz rzecz nową,Że nie służywszy, o nagrodę proszę;Lecz, iż ci służyć mam wolą gotową,Bespiecznie prośbę swą do ciebie niosę:Niech owych na śmierć skazanych ogniowąZa upominek od ciebie odniosę.Zamilczę tego, że mam swe przyczyny,Dla których żadney w nich nie widzę winy.

To tylko powiem: wszyscy rozumiecie,Że chrześcianie obraz ten ukradli.Ale ia trzymam swoie przedsięwzięcie,Że nie wiecie kto y żeście nie zgadli.Ia niewiem, iako Zakon gwałcić śmiecie,Y po coście go do meszkity kładli:Nie godzi się nam mieć swoich bałwanów,Tem więcey tych, co są u chrześcianów.

Niechay to każdy za cud pewny liczy,Który Machomet bez wątpienia sprawił,Niechcąc, aby kto nowemi w świątnicyOłtarzów i ego obrzędy plugawił.Niechay swe czary maią czarownicy,Niechby się Izmen iemi także bawił;W te bałamuctwa my się nie wdawaymy,Szabla rzecz nasza y tey się trzymaymy“.

Król na to, lubo nie rad y z trudnościąMiał do litości myśl gniewliwą skłonić,Lecz trudno było nieludzkie się z gościąObyść y owych dwoyga ludzi bronić.„Daruię ich — pry — zdrowiem y wolnościąY chcę ich na twą przyczynę ochronić.Lubo to dekret, lubo łaska — krzywi.Albo nie krzywi: niech zostaną żywi“.

Rozwiązano ich. Wprawdzie OlindowyLos był szczęśliwy y mało słychany,Bo miłość w sercu twardey białeygłowyMiłością wzbudził y z nagłey odmiany:Od ognia na ślub oblubieniec nowyIdzie, od swoiey miłey miłowany,Która pozwala, aby z nią żył wiecznie,Kiedy y umrzeć chciał z nią tak statecznie.

Ale dzielności takiey król ostrożnyNie dufał y miał tego swą przyczynę,Zaczem, iako chciał tyran niepobożny,Opuścili swą miłą Palestynę.Iednych precz z państwa wyganiał niezbożny,Drugich odsyłał aż na ukrainę.O iako ciężko było małe synyPorzucać oycom — y miłe rodziny.

A czyniąc dosyć przedsięwziętey radzie,Dorosłe tylko y młódź urodziwąWygnał, a dzieci, [iakoby w zakładzie]Y płeć niewieścią zostawił lękliwą.Siła ich, myśląc o nowey osadzie,Błądzili różnie, siła, pomsty chciwąMyśl w sobie maiąc, do naszych iechali,Y z Goffredem się w Emaus potkali.

Emaus miasto tak daleko kładąOd Ieruzalem: kiedy wyieżdżaiąZe wschodem słońca — choć nie spieśnie iadą —Gdy biie dziewięć, właśnie przyieżdżaią.Naszy się cieszą, że swych nie odiadą,Wszyscy się kwapią, wszyscy pospieszaią,Ale południe iż iuż było blisko,Kazał tam Goffred obrać stanowisko.

Zaczem namioty świetne rozbiiali,A wieczór też iuż prawie następował,Kiedy dway iacyś w obóz przyiachali;Że cudzoziemcy — stróy sam pokazował,Że przyiaźń niosą — tak się domyślali,Tak sobie o nich każdy obiecował.Króla z Egyptu byli to posłowie,Wprzód szły osoby, a pozad giermkowie.

Ten, co wprzód idzie, Aletem go zową:Z barzo podłego oyca urodzony,Ale dowcipem y słodką wymowąUrósł u dworu y był podwyższony;Co chciał, to wszytko przewiódł swoią głową,Chytry, obrotny, fortelny, ćwiczony.A tak potwarzy swoie udać umiał,Że drugi skargę za chwałę rozumiał.

Drugi był Argant, Argant urodziwy,Który w dalekich Cyrkasiech się rodził;Ten z cudzoziemca [patrzcie iakie dziwy]W Egyptcie równo z satrapami chodził.Wściekły, okrutny, hardy, niecierpliwy,Uporny y co z nikim się nie zgodził,Bogu samemu ledwieby co złożył,A wszystkę słuszność w szabli swey położył.

A skoro przystęp uprosili sobie,Posłano po nich przednieysze dworzany.Goffred w ubierze prostym w oney dobie,Na niskim stołku siedział między pany,Lecz wielką dzielność znać było w osobie,Choć nisko siedział, choć nie był ubrany.Argant się hardy — wszedszy — nie ukłonił,Tylko co trochę na dólna dół głowy skłonił.

Ale wzrok Alet na dół obróciwszy,Do samey prawie ziemie schylił głowę,Y rękę prawą na piersi włożywszy,Nisko bił czołem, niżli począł mowę.Potym łagodne usta otworzywszy,Wypuścił słodszą, niżli miód, wymowę.A niemal wszystko naszy rozumieli,Bo po syriysku iuż nieźle umieli.

„O ieden tylko godny nalezionyBohatyrami władać tak mężnemi,Twoie są dzieła: dostane koronyY możne państwa, z tryumphy wielkiemi.Dźwięk twoiey sławy niezastanowiony,Między słupami HerkulesowemiNie został, ale y my o niey wiemyY o twem męstwem w Egypcie słyszemy.

Między tak wielą nie naydzie żadnego,Coby się twoiem dziełom nie dziwował;Te w podziwianiu u pana moiegoNie tylko były, lecz się z nich radował.Twych spraw słucha rad, a co u drugiegoIest w nienawiści, to on umiłował.A iż nie może wiarą, więc przymierzemChce z tobą związku y z twoiem żołnierzem.

Y z tem posłani do ciebie iedziemy,Toż mu radziła iego mądra rada.Statecznąć przyiaźń od niego niesiemy.Milszy mu z tobą pokóy, niźli zwada.A iż usłyszał — iako to widziemy —Że wygnać z państwa chcesz iego sąsiada,Chciał, abyć się to od niego odniosłoPierwey, niżby co złego ztąd urosło.

Ieśli chcesz na tem, coś dotąd wziął woyną,Przestać y rzeczy mieć uspokoioneA Palestynę zachować spokoynąY kraie, które wziął pod swą obronę —Chceć ubespieczyć swoią ręką zbroynąPaństwo, do końca niepostanowione.A kiedy się dway tak wielcy panowieZłączycie — siedli Turcy i Persowie.

Wieleś uczynił za tak małe czasy,Czego nie zniosą nigdy lata biegłe;Świadczą przebyte złe drogi y lasy,Dobyte miasta y woyska poległe.Na co nie tylko zdumieli się naszy,Ale y kraie daleko odległe.Państwać przyczynić ponno łatwie sprostać,Ale nie możesz więtszey sławy dostać.

Przyszła twa sława do kresu słusznego,Przeto wątpliwey woyny strzeż się wszędzie,Bo ieśli wygrasz — granic państwa twegoPomkniesz, lecz sławy nic ci nie przybędzie.A ieśli zaś co przyidzie przeciwnego,Hańba y strata pewna z tego będzie.Kłaść na niepewne — pewne [rzekę śmiele]Głupstwo iest wielkie: y na trochę — wiele.

Ale podobno fortuna życzliwa,Którać się dotąd łaskawie stawiła,Więc y ta — która w wielkich sercach bywaY z przyrodzenia w nie się wkorzeniła —Myśl władze wielkiey y szerokiey chciwaTak cię do woyny chętnem uczyniła,Że barziey pragniesz wątpliwego boiu,A niżli drugi pewnego pokoiu.

Będąc powiadać, abyś się gotowałIść za pogodą, którąć sam Bóg daie,A żebyś szable swey nie odpasował.Którać się dotąd szczęśliwie nadaie,Ażbyś Azyą do końca zwoiował,Y ażbyś wiarę y dawne zwyczaieZ niey wykorzenił — piękne to są mowy,Zkąd potem roście upadek gotowy.

Ale ieśli się rozumu poradzisz,A zbytnia dufność wzrokuć nie odbierze.Y ze wszytkiemi zaraz się powadzisz —Wierzże mi, żeć się na wielkie złe bierze.Więc y na szczęściu niesłusznie się sadzisz,Bo to nie stoi nigdy w iedney mierze;Y ci, co nazbyt w górę wylataią,Szwankuią radzi y na dół spadaią.

Powiedz mi, ieśli będzie przeciw tobieEgypt y w złoto możny y w lud mężny,A Turczyn y Pers w teyże właśnie dobie,Y syn Kassanów ruszy się potężny —Sam przeciw wielom, iako poczniesz sobie,Słaby [y że tak rzekę] niedołężny?Czy na posiłki cesarza greckiegoSpuścić się, z tobą, chcesz — zprzymierzonego?

Cóż? azaś greckiey wiary nieświadomy?Z postępku tylko miarkuy ią iednego:O iako często ten naród łakomy,Zły, chytry, pragnął zginienia waszego!Pomnisz to dobrze y dobrześ wiadomy,Iakoć niechciał dać prześcia bespiecznego,Bronił ci drogi y chciał cię hamować,A teraz ci ma krew swoię darować?

Lecz ufasz ponno żołnierzowi twemuY masz nadzieię w rotmistrzach ćwiczonych?A żeś to kilku skukłał po iednemu —Masz zwalczyć wespół wszytkich ziednoczonych?Choć siła woysku ubyło twoiemu.Choć masz rot wiele niewczasem zmnieyszonychY długą woyną — choć razem TurkowieUderzą na cię, Egypt y Persowie.

Ale niech będzie, iakoś uprządł w głowie:Żeć żaden w polu równy bydź nie może;Niech taki wyrok uczynią bogowie,Iaki chcesz — przedsię małoć to pomoże.Bo [iedno mieysce day prawdziwey mowie]Głód cię zwoiuie, głód cię pewnie zmoże:Ten — kiedy przypnie, wiesz dobrze, co broi,Żadnych się kopiy y mieczów nie boi.

Przedtem, niźliście z woyskiem nastąpili,Zboża z pól do miast obronnych zwieziono,Miasta żywnością tylko opatrzyli,Wsi w okolicy wszytkie popalono,Iakoż się — pytam — będziecie żywili.Kiedy wszytek kray w około ogłodzono?Ale swey morskiey ufacie armacie,Takli to z lekkich żywot wiatrów macie?

Podobno ony na twe roskazaniePóydą, gdzie każesz — y morze gniewliwe,Głuche na prośby y na narzekanie,Będzieć posłuszne y będzieć życzliwe.Cóż? aza Turczyn, Pers, Egypt — Hetmanie!Złączywszy na cię siły przyiaźliwe,Nie mogą wysłać na morze okrętów,Przeciwko tobie, dla potężnych wstrętów?

Dwa razyćby nas potrzeba porazić,Y tntu na ziemi y ówdzie na wodzie;Ieśli raz przegrasz, pierwszą sławę skazić,Y hańbę przydać musiałbyś ku szkodzie.Gdzieby nam przyszło twych na morzu zrazić,Lud twóy na ziemi zginąłby o głodzie.A ieślibyście polem zaś przegrali,Tamci na morzu małoby wskórali.

Przeto ieśli w twych rzeczach tak wątpliwych,Gardzisz przyiaźnią króla tak wielkiego —O twych przymiotach wszyscy osobliwych,Mniey trzymać będą z postępku takiego.Uymi, radzimy, myśli woyny chciwych,A do pokoiu nakłoń się świętego,Niech wżdy co wytchnie Azya po woynie,A ty coś dostał, trzymay to spokoynie.

Y ciebie, mądra rado, dzielna młodzi,Któraś się na tę woynę z nim udała,Niech tak omylne szczęście nie uwodzi,Abyś chcąc nowych woien szukać miała,Lecz — iako żeglarz czyni swoiey łodzi —Do bespiecznego portu doiechała.Iużbyście słusznie mieli żagle zbierać,A więcey na złe morze nie nacierać“.

Tu przestał Alet, a mężni żołnierzeCicho się sami z sobą zszeptywali,A że się pokóy y ono przymierzeWszytkim nie zdało — twarzą znać dawali.Groffred poyźrzawszy na swoie rycerze.Co w koło stali y tego czekali,Iaką odprawę mieli mieć posłowie,Tak Aletowey odpowiedział mowie:

„Raz dosyć gładko, drugi raz groźbamiPoselstwo swego pana sprawuiecie;Ieśli nas chwali y w przyiaźni z namiChce mieszkać — za to mu podziękuiecie.A że grozicie iakiemiś spiskami.W które y inszych do siebie wziąć chcecie,Abyście wszyscy przeciwko nam byli,Y wszyscy razem na nas uderzyli —

Tak macie wiedzieć: cokolwiek na ziemiY na morzuśmy dotąd ucierpieli,Wszytko dla tego, abyśmy, z PańskiemiMury, Grób Iego święty wolny mieli.Więc y lud wierny szablami naszemiZ ciężkiey niewoley wyiąćbychmy chcieli,Natośmy miłe domy opuścili,Natośmy żywot y wszystko ważyli.

To przedsięwzięcie y ten umysł stałyNie żadna chciwość świecka w nas sprawiła,Ty sam tę iędzę, Panie wieczney chwały,Wykorzeń z serca, ieśliby w kim była.Boday w nas takie myśli nie postały!Sama to ręka boska uczyniła,Ta, kiedy zechce, twarde serce ruszy,Ta skamieniałe piersi łatwie kruszy.

Ta nas od przygód różnych zachowuie,Ta z niebespieczeństw wszelakich wywodzi,Znóy latu, zimie mrozy odeymuie,Błaga y wiatry y morskie powodzi,Góry nam równa, drogi naprawuie,Żadna moc ludzka przez nię nam nie szkodzi,Tąśmy mocnych miast y zamków dobyli,Tąśmy potężne woyska porazili.

Ta nam nadzieie, ta nam y śmiałościDodaie, a nie żadne nasze siły:W armacie żadney nie mamy dufności,Greckie posiłki małoby sprawiły.Byleśmy byli w Iego opatrzności —By się naywiętsze woyska zgromadziłyNa nasze zgubę — namniey się nie boiem,Kiedy pod Iego mocną ręką stoiem.

Lecz, ieśliby nas chciał za nasze złościSkarać y z swoiey wypuścić obrony —Któżby z nas nie rad tam położył kości,Gdzie Bóg y Pan nasz leży pogrzebiony?Pomrzemy radzi w takiey stateczności,Szczęśliwszy, niźli żywi, z każdey strony.Ale śmierć nasza będzie sławna wszędzie,Azya się z niey pewnie śmiać nie będzie.

Prawda, że sobie pokoiu życzemyZ królem egypskiem y przyimiem go radziY z nim się pewnie radzi ziednoczemy,Ieśli się z nami umyślnie nie zwadzi.Ale, ieśli nic nie ma — iako wiemy —Do Palestyny, a cóż mu to wadzi,Że przeciw inszym woynę podniesiemy,Kiedy z nim samym przyiaźń chować chcemy?“

Barzo beł oną mową Goffredową,Iako pies wściekły, Argant urażonyY nie krył się z tem, ale trzęsąc głowąPomknął się daley na plac zapędzony.„Nie będziem się — pry — więcey ścierać mową,Krótko ia powiem, iako niećwiczony:Kto niechce zgody, kto niechce pokoiu,Niechay ma woynę, niech się ma do boiu!“

Potem u szaty, którą miał na sobie,U obu przodków wziął obiedwie stronieY podniózszy ie wzgórę w oney dobie,

„Te upominki — prawi — niosę tobie:W lewem masz pokóy, woynę w prawem łonie.Obierzże sobie, na które pozwolisz,A zaraz powiedz, co chcesz y co wolisz.“

Na postępek tak hardy ArgantowyY tak zuchwały, wszyscy się gniewaliY nie czekaiąc Goffredowey mowy,Wszyscy, na woynę, głosem zawołali.On szatę wytrząsł y rzekł temi słowy:„Czegoście chcieli, toście otrzymali.“Zdało się — na te słowa wymówione —Ze Ianus wrota otworzył zamknione

Y że z onego rzuconego łona,Wypadł gniew wściekły y zwada krwie chciwa.W oczy mu płomień kładła Tyzyphona,Y swą pochodnią Megera złośliwaTaki był Nemrot, kiedy wieża onaSzła przezeń wzgórę y tak popędliwaTwarz iego beła, kiedy ią budował,Y z niey swą pychę niebu pokazował.

Potem rzekł Goffred: „Powiedzcie królowi:Kiedy niechciał żyć w swem państwie spokoynie,Niech się nam stawi, albo ku NilowiMy póydziem, tam się skosztuiem na woynie.“Przedsię się zdało cnemu Goffredowi,Uczęstować ich y darować hoynie.Hełm Aletowi dziwnie piękny dano.Którego, wziąwszy Niceą, dostano.

Argantowi zaś szabla się dostała,Wszytka perłami y złotem sadzona:Robota się w niey drożey szacowała,Bo barzo stucznie była urobiona.Z żelaza mu się barziey podobała.Y ztąd, że była dobrze wyostrzona.Rzekł do Goffreda: „Nie długo pokażę,Iako sobie twóy upominek ważę.“

Zatem uderzył czołem Aletowi:„Ieszcze dziś nocą wyiechać — pry — mogęKu Ieruzalem; ty ku EgyptowiIutro, skoro dzień, wyprawisz się w drogę.Wszak tam na ten czas nic po mnie królowi.Ty odnieś wszytko, ia tam nie pomogę.Potrzebnieyszym tu, gdzie słyszę o boiu,A ty się pręcey zeydziesz do pokoiu.“

Nieprzyiaciel się zaraz z posła staie;Lub źle, lub dobrze — nie słucha wywodów,Nie myśli, nie dba, ieśli w tem zwyczaie,Y prawo wszytkich urazi narodów.Spiesznie poiezdża, ciemney nocy łaie,Ierozolimskich kwapiąc się do grodów,Srodze mu przykre namnieysze mieszkanie,Ale y Alet iuż się skarży na nie.

Noc była cicha, wiatry ubłaganeNie ruszały się y odpoczywały;Zwierzęta wszytkie za dnia spracowane,W iamach y w lesiech sen odprawowały;Ptastwa złotemi pióry malowane,Po swoich gniazdach sobie wytychały,Y pod cichego milczenia zasłoną,Trzymały pamięć we śnie utopioną.

Ale y Goffred y mnieyszy wodzowie,A zgoła wszyscy prawie nic nie spali,A Ieruzalem tylko maiąc w głowie.Ranego świtu z ochotą czekali.A kto wymówi, a kto to wypowie,Iakoby radzi miasta doiechali?Coraz iutrzenki złotey wyglądaią,A leniwemu dniowi wszyscy łaią.

Iuż wiatrek cichy, wieiąc na świt rany,Znać dawał, że się iutrzenka ruszała,Która, tym czasem, w różą przeplatanyWieniec swą złotą głowę ubierała.Każdy ochotnie, we zbroię ubrany,Ruszał się, kiedy ogromna zabrzmiałaTrąba y w głośne bębny uderzano.Zaczem się woysku ruszyć roskazano.

Roztropny Hetman umie ich sprawować,Słodkie wędzidło ochocie obiera:Łatwiey szaloną Wisłę nakierować,Kiedy swe wszytkie wody w kupę zbiera;Łatwiey wiatr wstrącić, łatwiey go hamować,Gdy Krępak z lasów wysokich odziera.Kto za kim iść ma w drodze — ukazuie,Sam wszystkich w hufce dzieli y szykuie.

Tak spiesznie iadą, że się im tak zdało,Iakoby sobie skrzydła przyprawili;Iuż się też słońce do południa miało,W którey więc bywa naygorętszey chwili,Kiedy się Święte Miasto pokazało,Mało co daley, niźli w równey mili.Wszyscy wesołe krzyki wypuszczaią,A Ieruzalem pożądne witaią.

Tak pospolicie żeglarze bywali,Którzy czas długi, przez morskie bałwany,Pod cudzem niebem, tam y sam, pływaliPrzez różne wiatrów szalonych odmiany —Kiedy nakoniec, nędzni, oglądaliMiłą oyczyznę y dom pożądany,Wzaiem go sobie palcem ukazuią,Y przeszłych więcey niewczasów nie czuią.

Kiedy się tak w nich serdeczna krzewiłaRadość y szczęścia dalszego otucha,Po niey w nabożne myśli nastąpiła— Pełna pokory Bogu miłey — skrucha.A bez wątpienia sama to sprawiłaŁaska Świętego w twardych serca Ducha:Nie śmie wzrok śmiele patrzyć upłakany,Tam, kędy odniósł Bóg śmiertelne rany.

Ciche wzdychanie, słowa przerywane.Łzy a łykanie tylko słyszeć było;Iako więc czynią, którzy zfrasowaneSerca swe maią — y zaraz im miło.Taki dźwięk czynią lasy rozdymaneOd wolnych wiatrów y kiedy ruszyłoZ nienagła morze ciche wałów słonych,O skałę, albo o brzeg odtrąconych.

Pierwszy wodzowie idą nogą bosą,Co widząc drudzy, także też czynili;Y kit y pierza u czapek nie niosą,Iedwab y świetne stroie porzucili.O odpuszczenie grzechów Boga proszą,Serca y myśli górne poniżyli,A ieśli z płaczu które słowo gwałtemMógą przemówić — mówią takim kształtem:

„Tuś na tem mieyscu raczył, Wieczny Panie,Krew swą przelewać, tuś raczył omdlewać,A ia, o grzeszny, teraz patrząc na nieNiegodnem okiem, nie mam łez wylewać?O wielka złości, o zapamiętanie!Czegóż się więcey po tobie spodziewać,Kamienne serce, ieśli się nie ruszysz,Ieśli się teraz od żalu nie kruszysz?“

Na ten czas w mieście, co z naywyższey wieże,Co wszytkie strony z góry odkrywała,Ieden kurzawy z daleka postrzeże,Która się, iako chmura iaka, zdała;Właśnie tak, gdy się na deszcz wielki bierze,Błyskawica się po niey przebiegała.Lecz blask, który z zbróy świetnych wyskakował,Konie y ludzie potem ukazował.

Ten pocznie wołać: „O iaki z kurzawy,O iaki z prochu obłok widzę z góry!Iako naypręcey mieycie się do sprawy,Straży zawodźcie, opatruycie mury,Iuż teraz inszey nie trzeba zabawy;Podnoście wałów, zaprawuycie dziury,Patrzcie, iaki tam proch idzie do nieba,Nieprzyiaciel to, do zbróy się mieć trzeba!“

Niespodziewaną wszyscy zięci trwogą,Lękliwa biała płeć, ludzie podeszli,Bogom oddaiąc oyczyznę ubogą,Do swoich meszkit małe dzieci nieśli.A ci, co duży y co się bić mogą,Pod chorągiew się y do bębnów zeszli.Co żywo — do bram bieży, mosty wzwodzi,A król sam wszystkich z pilnością obchodzi.

To sporządziwszy, nic się tam nie bawił.Ale na wieżę szedł, którą uczonyTak budowniczy przy bramie postawił,Że z niey na wszytkie widać było strony.Po Erminią ztąd zaraz wyprawił,Którą był przyiął litością ruszonyDo siebie na dwór, kiedy iey dobytoAntyochiey y oyca zabito.

W tem iuż Klorynda była wyiechała,A za nią hufiec iazdy szedł nie mały,A żeby nazad łacny odwrót miała,Argant iey czekał w bramie między wały.Wszystkiem ochoty swoiem dodawała,Ukazuiąc twarz y swóy wzrok zuchwały.„Dziś się nam — prawi — trzeba dobrze stawić,Y na początku co dobrego sprawić.“

Ledwie te słowa do nich wymówiła,Kiedy się stroną rota ukazała,Co stado owiec y bydła pędziłaY do obozu nazad się wracała.Na rączem koniu zaraz poskoczyła,Y z rotmistrzem się — co w przód szedł — potkała:Gard był rotmistrzem, człowiek wielkiey siły,Lecz iego siły małe ku niey były.

Zbiła go z konia na pierwszem potkaniu,Co y poganie y naszy widzieli;Że się im w onem pierwszem harcowaniuZdarzyło dobrze — za szczęście to mieli.Tak mężnie naszych w onem uganianiuGromiła, że się oprzeć ani śmieli,Co raz to barziey z swemi nacierała,Y może tak rzec, że na nich iechała.

Tak nasi korzyść zdobytą stracili,Co im sromoty więcey przyczyniło.Toli na wzgórek sprawą ustąpili,Gdzie iakokolwiek mieysce ich broniło.Goffred w tym kinie: niechay ich posiliTankred — co iemu słyszeć było miło,Iako więc piorun wypada z obłoku,Tak na nich natarł y przyskoczył z boku.

Drzewo tak złożył y tak potem toczyłSwem dzielnem koniem Tankred pomieniony,Że król rozumiał, gdy go z wieże zoczył,Że to był rycerz iakiś doświadczony.Y Erminiey pytał — kiedy skoczył —Co z nim patrzała na utarczki ony:„Tyś chrześciany często widywała,Y podobnobyś y tego poznała.“

Nic Erminia nie odpowiedziałaNa to, o co iey na ten czas pytano,Ale westchnęła y tylko płakała,Miasto słów, których od niey wyglądano.Wprawdzie płacz w sobie potężnie trzymała,Lecz nie tak przedsię, aby nie doyźrzano,Kiedy niepełne westchnienie puściłaY bawełnicę łzami omoczyła.

Potem tak rzecze, skrytą pokrywaiącMiłość zmyśloney płaszczem nienawiści:„Miałabym go znać, kiedy podieżdżaiącPod mury — choć nań nacierali wszyscy —Mordował moich, w przykop przyganiaiąc,Więźnie y wielkie często brał korzyści.Ach iako bije! Iego rany zgołaNie zleczą czary, ani żadne zioła.

Tankred mu dzieją; gdzieżbym to tak byłaSzczęśliwa kiedy, żebym go dostała.Ale — żebym się nad nim napastwiła —Żywegobym go raczey rada miała.“Taką iey mowę obracało siłaInaczey, niźli ona rozumiała.Z płaczem zmieszała te ostatnie słowa,Srogiem zagrzana ogniem białagłowa.

A w tem Klorynda, widząc przeciw sobieWe wszytkim biegu rzeźwiego ionaka,Skoczyła także z drzewem w oney dobie,Chcąc go ugodzić w gębę nieboraka.Trafili się w łeb y skruszyli obieDrzewa; iey się sznur zerwał u szyszakaY spadł iey z głowy na ziemię, że potemBłysnęła twarzą y warkoczem złotem.

Oczy się, iako słońce, rozświeciłyWdzięczne, chocia się była rozgniwała:Cóż? kiedyby się do śmiechu skłoniły,Cóż? kiedyby w nich łaskę ukazała.Nie stóy Tankredzie: onci to wzrok miły,Ona twarz piękna, coć się podobała,Kiedyś ią znalazł z trafunku u zdroiu,Po zbyt gorącem upragniony znoiu.

Tankred — co przedtym nie był na to dbały,Iaką tarcz miała, w iakiey była zbroi —Poznawszy ią w twarz teraz, skamieniałyY iako martwy, w ziemię wryty stoi.Ona naciera, on — na inszych śmiały —Iey się obrazić, iey się ranić boi.Na inszych siecze, na nię żadnym kształtemNiechce, chocia go ona goni gwałtem.

Nie bije wzaiem rycerz uderzony,Y nie tak się iey ostrey szable chroni,Iako, śmiertelnym grotem przerażony,Iey piękney twarzy pilnuie w pogoni.Mówi sam z sobą: „Otom nie raniony,Chocia mam ciężkie razy od iey broni,Ale te cięcia, które wypadaiąZ iey piękney twarzy, w serce ugadzaią.“

Nakoniec na to skłonił myśl wątpliwą,Aby nie umarł miłośnik nieznany;Chce prosić, żeby nie była tak mściwąNad tym, co iey iest więzień y poddany.„Ty — prawi — któraś tak nielutościwą,Że mnie samemu tylko daiesz rany,Wyiedź kęs od swych, tam się skosztuiemy,Tam się — który z nas mężnieyszy — dowiemy.“

Skoro Klorynda tych słów wysłuchała,Na to podanie iego pozwoliła,A że bez hełmu była, nic niedbała.Y tak go z głową odkrytą goniła.Uciekał Tankred, ale go dognała,Y doganiaiąc trochę go raniła.„Stóy — rzecze do niey — pierwey zawrzeć mamyPewne umowy, niźli się potkamy.“

Stanęła zaraz na tę iego mowę,Iemu też miłość dodała śmiałości:„Tę — prawi — ze mną zachoway umowę,Nim dobrowolnie umrę od żałości:Wydrzy mi serce, albo utni głowę,Kiedy mieć nie chcesz nademną litości.Twoie to serce, a ieśli go żywoNie chcesz mieć — niechay umrze, kiedy krzywo.

To serce winno y te piersi krzywy,Przebiy ie mieczem, a toć ich nie bronię;Chceszli też z prętkiey strzelić w nie cięciwy?Y zbroię zdyimę y paisz odsłonię.“Chciał ieszcze daley Tankred nieszczęśliwySkarżyć się, od swych daleko, na stronie;Lecz onę skargę, ono narzekaniePrzerwali ludzie, co przypadli na nie.

Bo nieprzyiaciel od naszych pędzony,Lub chytrze, lubo do prawdy uchodził;Nasz ieden — widząc włos iey rozpleciony,Który po wietrze y tam y sam chodził —Skradł się y przypadł w tył, niepostrzeżony,Aby ią w głowę odkrytą ugodził.Krzyknie nań Tankred srodze wylękniony,Kiedy na nię miecz uyrzał wyniesiony.

Przedsię iey trochę drasnął w koniec głowy,Bo raz był słaby, iako to kwapiony;Iey warkocz złoty taki miał blask nowy,Kilką kropli krwie rumianey zmoczony,Iaki więc miewa kamień rubinowy,Misterną ręką w złoto oprawiony.Roziadł się Tankred y z dobytą broniąZa tym, który ią ranił, szedł w pogonią.

Tamten uciekał, ledwie więc z cięciwyPuszczona strzała tak prędko bieżała.Ta się zdumiała, widząc one dziwy.Lecz daley bieżeć za niemi nie chciała,Ale skoczywszy, swóy lud boiaźliwyY uchodzących nazad nawracała,Czasem naciera, tył podaie czasemY tym fortelem barziey szkodzi naszem:

Równie tak szczwany na puszczy zubr srogi,Kiedy ucieka, wszyscy go psi gonią,A ieśli stanie y obróci rogi,Nie nacieraią y daleko stronią.Dzielna Klorynda broni strzałom drogi,Tarczą za sobą trzymaiąc w pogonią:Od wyciśnionych tak się zasłaniaiąTrzcin Murzynowie, kiedy uciekaią.

Kiedy tak długo, oni uciekaiąc,A nasi goniąc, pod mur podieżdżali:Nieprzyiaciele, swe fortele maiąc,Nazad się zasię zprętka obracali.Y iako znowu, śmiele nacieraiącNa naszych z tyłu y z boku strzelali.A wtem też Argant — na co dawno godził —Naszem na czoło z swoiemi zachodził.

Daleko od swych Argant się wysadził,Chcąc się sam potkać naprzód przed wszystkiemi,Pierwszy, w którego kopiią zawadził,Został y z koniem obalon na ziemi.Nikt mu nie zdołał, żaden mu nie radził,Nikt nie porównał z nim między naszemi,A gdzie się z mieczem ogromnem zawinął,Kilka ich razem, rzadko ieden zginął.

Klorynda także mężnie się stawiła,Ardeliona rotmistrza staregoNa obie stronie sztychem przepędziła,Dwu tuż przy sobie synów maiącego;Barzo szkodliwie przez piersi raniłaAlkaliandra, syna co starszego.Polfernus młodszy ledwie uszedł zdrowy,Od ostrey szable mężney białeygłowy.

A kiedy nie mógł Tankred zapędzonyDognać owego, bo miał koń leniwszy:Że się daleko uniósł zagonionyLud iego — uyźrzał wzad się obróciwszy.A widząc, że był zewsząd okrążony,Biegł mu na pomoc konia rozpuściwszy.Za nim poskoczył pułk niezwyciężony,W naygorszych raziech zawsze doświadczony.

O pułku mówię sławnym Dudonowem,

Przed nim w przód Rynald szedł w kirysie nowem,A uroda go sama wydawała,Po białym orle w polu lazurowemErminia go zarazem poznała.Rzecze królowi, co nań patrzył pilnie:„O tem ci, co wiem, powiem nieomylnie“.

Z tem żaden w dziełach nie zrówna Marsowych,Choć mu szesnaście dopiero lat liczą;Kiedyby sześci Goffred miał takowych,Iużby Syrya była niewolniczą,Łatwieby przez miecz państw dostał wschodowych,Y królestw, które z południem graniczą,Sam Nil, choć głowę tak dalego kryie,Pewnieby musiał mieć łańcuch u szyie.

Rynald mu imię. Iego rozgniewaneyRęki się srodze nieprzyiaciel boi;Ten zasię drugi w zbroi smalcowaney,Co się po prostu y statecznie stroi,Dudo iest z Konse, który tey wybraneyRoty iest wodzem, co to za nim stoi:Rycerz to wielki, choć ma zeszłe lata,Siła ten widział, siła zwiedził świata.

To zasię drugi w czarnym złotogłowieGernand, rodzony króla norweyskiego;Ten taką pychę uprządł sobie w głowie.Że w świecie nie masz nadeń zacnieyszego.Z tych dwu zaś tamten, Odoard się zowie,Ta Gildylippa, z dzieła rycerskiegoSławni, lecz ieszcze sławnieyszy z miłości,Y z zobopólney ku sobie szczerości“.

Słuchaiąc król tey Erminiey mowy,Widział, że iego ludzie iuż przegrali,Bo mężny Rynald y Tankred surowyIuż ich z obustron byli rozerwali.Gdy zaś potem pułk natarł Dudonowy,Nikt się nie oparł, wszyscy uciekali.Sam od Rynalda koniem potrącony,Ledwie wstał z ziemie Argant obalony.

Y nie wstałby był po tem uderzeniu,By Rynaldowi koń był nie szwankował;Zaczem mu noga uwięzła w strzemieniuY zmieszkał trochę, niżli iey ratował.Nieprzyiaciel też po tem pogromieniu,Do miasta pod mur rączo ustępował.Sama Klorynda tylko w swey osobie,Z Argantem, wszystkich trzymała w złey dobie.

Y on y ona mężnie y statecznie,Postawaiąc wraz, tak naszych wspierali,Że iako tako mogli uść bespiecznieCi, co do miasta naprzód uciekali.Dudon zaś chciwy, chce szczęścia konieczniePierwszego zażyć, siecze, bije, wali,Raz tylko w łeb ciął mężnego Tygrana,A zdechł zarazem, taka była rana.

Nic nie pomogła zbroia Korbanowi,Ani Halemu szyszak znamienity:Obu od szyie tak ciął ku brzuchowi,Że dusza zaraz wypadła z ielity.Z zawoiem łeb zdiął Alimansorowi,Machomet poległ na wylot przebity.Nakoniec y sam Cyrkaszczyk się boi,Gdzie poyźrzy, widzi iako Dudon broi.

Zgrzyta zębami Argant rozgniewany,Zastanawiał się, lecz czasem uchodził;W tem iakoś przypadł mało spodziewany,Y pod zbroię go koncerzem ugodził;Utopił go w niem, a od oney ranyDudon iuż więcey po świecie nie chodził.Ległeś, niestetyż! rycerzu wybranyY uiął cię sen twardy, nieprzespany.

Trzykroć się wspierał y podnosił oczy,Chcąc co słonecznych zachwycić promieni,Trzykroć upadał; pierwszey zbywa mocy,Polega, blednie y wszystek się mieni.Nakoniec oczy, ciężkiey pełne nocy.Zawarł y poszedł do podziemnych cieni.A Argant, skoro tę robotę sprawił.Biegł wciąż y nic się nad trupem nie bawił.

A chocia zlekka do swych ustępował,Czasem się wracał y naszych wyzywał:„On to miecz, co mi Hetman wasz darował,Daycież mu sprawę, iakom go używał,Y odnieście mu, że go będę chowałY lada iako nie będę go zbywał;Mniemam, że mu to słyszeć będzie miło.Że mi się iem, tak szczęśliwie zdarzyło.

A powiedzcie mu, że y sam skosztuie.Iako iest dobry, iako doświadczony.Y że go prętko sam w boku poczuie,Kiedy w niem także będzie utopiony“.Słysząc to nasi, iako ich szkaluie.Skoczyli za niem śmiele przez zagony.Ale on iuż był ustąpił pod mury,Pod pewną basztę, z którey bito z góry.

Tem, którzy murów wysokich bronili.Drudzy kamienie gęste z dołu nieśliY naszych z łuków wiele poszkodzili,Co byli blisko pod mury podeśli.Tak, nie bez szkody, nazad się wrócili,A Saraceni do swych w miasto weśli;Iuż też y Rynald, próżen oney trwogi,Wstawszy, z pod konia dobył sobie nogi.

Biegł wielkiem pędem, chcąc na CyrkaszczykuZemścić się srogiey śmierci Dudonowey;Krzyknie na swoich, co po pułkownikuW oney przygodzie smętnie stali nowey:„Takli stać tylko darmo macie w szykuA nic nie czynić w żałości takowey?Czemu się wodza naszego nie mściemy?Czemu do murów zaraz nie bieżemy?

Niechay z żelaza, niechay będą z stali,Z basztami iako nawarownieyszemi,By wszyscy, co ich, na nich także stali —Nie będzie Argant bespieczny za niemi.Będą się y tam Saraceni bali;Ia wprzód do szturmu póydę przed wszystkiemi“.To rzekszy, skoczy ku wysokiei ścienie,Niedba na strzały, ognie y kamienie..

Ogromną głowę y oczy gniewliweY straszliwą twarz tam y sam obraca:W nieprzyiaciołach trwożą się lękliweSerca, mniemaią, że iuż mur wywraca.Kiedy tak Rynald swoie szturmu chciweProwadził pod mur, Sygier ie odwracaPrzez którego więc zawsze odprawował,Gdy co ważnego Goffred roskazował.

Ten pocznie wołać: „Barzoście to śmieli,Wrócić się nazad Goffred rozkazuie;Będziecie inszy czas do szturmu mieli,Którego teraz Hetman nie nayduie“.Skoro te iego słowa usłyszeli,Stanęli wszyscy, Rynald się hamuie,Lecz gniewu twarzą nie barzo pokrywa,Hetmana nazbyt ostrożnem nazywa.

Tak nasi nazad ustąpili cało,Bo Saraceni na nieh nie wypadli.Potem umarłe Dudonowe ciało,Cni towarzysze na ramiona kładli,Y do obozu — tak się wszystkiem zdało —Prowadzili ie smętni y pobladli;Temczasem Goffred oględował z góryMieyskie przykopy y wysokie mury.

Ierozolima na dwu górach leży,Które usiadły właśnie przeciw sobie:Iedna z nich wyższa, środkiem wielka bieżyDolina, która dzieli góry obie.Ze trzech stron — na czem niemało należy,Tak ku obronie, iako ku ozdobie —Zbyt przykry przystęp, ale bok północny.Kędy równina, ma mur barzo mocny.

W mieście y krynic y studzien iest wiele,Y lochów ziemnych na deszczowe wody;W polu wód niemasz, trawa, ani zieleNie roście, rzadko gdzie widać ogrody.Wszystko wygore, tak iako w popiele,Drzew niemasz w polu, które czynią chłody,Las tylko ieden widać na półtoryMile od miasta y gęsty y spory.

Na wschód, zkąd ranne wychadzaią zorze,Ma iordanowe wody przeźrzoczyste,Na zachód słońca Międzyziemne MorzeZdaleka widać y brzegi piaszczyste.Przeciw północy Samarya orzeY płodna Bethel, pola rozłożyste.Ku południowi Betleem zaległa,W którei Dziewica niezmazana zległa.

Kiedy tak Hetman mury oględował,Y syońskiego miasta położenie,A z ćwiczonemi ludźmi upatrował,Zkądby łatwieysze było oblężenie —Królowi, który na wieży pilnował,Erminia go, na pierwsze weyźrzeniePoznawszy, palcem ukazała potem:„Onoż się Goffred świeci w płaszczu złotem.

Ten do królestwa właśnie się urodził,Y roskazować y być umie panem;A iest — w co rzadko kto kiedy ugodziłDobrym żołnierzem y dobrym hetmanem.Nie wiem, ktoby go w tey kupie przechodziłY któryby z niem miał być porównanem:Tankred z Rynaldem równo się z nim kładzieW dzielności, ale Raymund tylko w radzie“.

Wtem król na piękną weyźrzał ErminiąY rzekł: „Pomnię go na francuzkim dworze,Kiedy w Paryżu goniwał z kopiją,A nie był ieszcze w słuszney swoiey porze.Iam w ten czas posłem nawiedził Francyą,Gdy król egipski słał mię tam przez morze:Młodzieńczykiem był, a iuż głos był taki,Że z niego miał być wielki człowiek iaki.

Prawdęć mówili! — To kto? co ozdobnyPłaszcz ma na sobie, złotem przetykany,Twarzą y wzrostem barzo mu podobny:Pewnie ktoś zacny między chrześciany?“Ta mu odpowie: „Y to rycerz godny,Baldowin własnem imieniem nazwany,Brat iego własny, co y twarz wydaie,Lecz barziey sprawy y cne obyczaie.

Ten zasię starzec, co to z siwą głową,A zda się, że coś na palcach rachuie,Mądry, ostrożny, Raymundem go zową,W sztukach woiennych nikt go nie celuie.Równego radą y słodką wymowęW woysku mu wszystkiem Hetman nie nayduieTo zaś iest, z kitą u hełmu złotego,Gwilhelm, syn młodszy króla angielskiego.

Gwelf podle niego stoi, urodzonyZ starożytney krwie włoskiego narodu,Z męstwa, z zacności daleko wsławiony,Znam go z postawy y z samego chodu.Ale na wszytkie pilnie patrząc strony,Nie mogę naleść skaźce mego rodu:O Boemundzie mówię okrutniku,Moiey królewskiey krwie prześladowniku“.

Tak Erminia z królem rozmawiała,Który się barzo iey powieścią trwożył:A widząc Goffred, że gdzie przykra skała,Trudnoby szturmem Ieruzalem pożył —W równinie, która północney sięgałaBramy, namioty y obóz położyłY aż do wieże narożney zaymował,Y kto gdzie miał mieć stanie, ukazował.

Trzecią część miasta ledwie obegnało,Y to nie spełna, woysko Goffredowe,Bo niepodobna, aby było miałoWszystko okrążyć koło obozowe.Ale na drogi, któremi czekałoPosiłków iakich, słał ludzie gotowe,Któremi wszystkie gościńce osadził,Gdzieby kto żywność albo lud prowadził.

W tem kazał, aby obóz umocniliWielkiem przykopem, aby tak beł cało,Ieśliby z miasta wycieczkę czynili,Albo też z pola chciał kto natrzeć śmiało.A skoro przykop przy nim wymierzyli,Iechał oglądać Dudonowe ciało,Gdzie zastał pierwszych towarzyszów czoło,Którzy płakali, stoiąc nad nim w koło.

Ci go na mary wysokie włożyli,Groffred, widząc go, żałość swą pokrywał:Twarz niewesołą — tem, co nań patrzyli —Y nie barzo też smętną ukazywał.Tak powiadali, co tam w ten czas byli,Że się nań patrząc długo zamyśliwał;Myśliwszy długo, potem podniósł głowę,Y taką nad niem uczynił przemowę:

„Coć po łzach, naszych? rycerzu wybrany!Ten iest nas wszystkich koniec ostateczny;Tuś umarł, tam wiek żyiesz nieprzetrwany,Z chytrego morza wszedszy w port bespieczny.Iakoś żył, takeś umarł bez przygany,Ty teraz w niebie odpoczynek wiecznyY za pobożność y za twoie cnoty.Za śmierć o wiarę, wieniec bierzesz złoty.

Tam żywiesz wiecznie, a my tu płaczemy,Nie twego, ale nieszczęścia naszego:Y samych siebie lepszą część niesiemyZa tobą, z ześcia żałośni twoiego.Ale ieśli nas ta, którą zowiemyŚmiercią, pozbawi ratunku ziemskiego:Na to mieysce nam, na płacz y frasunekUprosisz w niebie niebieski ratunek.

A iakoś, będąc w tem śmiertelnem ciele,Śmiertelney broni nam gwoli dobywałTak teraz będziesz na nieprzyiaciele,Nie ziemskiey, ale niebieskiey używał.Y iuż cię odtąd twóy będzie w kościeleLud o ratunek, w złych przygodach, wzywałY ślubyć odda, pełen nabożeństwa,Za zdarzone z twey przyczyny zwycięstwa“.

Tak mówił; zatem noc następowałaY iuż wszytek świat pod swe skrzydła kryła,A narzekanie y łzy hamowała,Y w niepamięci słodki żal topiła.Ale Hetmana troska nie puszczałaY snu mu mało, albo nic życzyła:Myśli, skąd tramów na tarany zdobyć,Któremiby mógł Ieruzalem dobyć.

Wstał równo ze dniem, chciał sam iść za ciałem,Które przednieysi wszyscy prowadzili,Gdzie mu z cyprysów przy pagórku małemGrób towarzysze iego postawiliTuż przy obozie; nad niem z okazałemLiściem gałęzie wielka palma chyli —Tam go włożyli, tem czasem śpiewaliKapłani zołtarz y Boga błagali.

Świetne chorągwie między gałęziamiPorozwiiali, dostane w Syryey,Z różnem rynsztunkiem, z różnemi łupami,Których szczęśliwie zdobywał w Persyey;We śrzodku zbroia y z nakolankami,Y z hełmem złotem tkwiała na kopiey,A napis taki na wierzch był włożony:„Tu wielki Dudon leży położony“.

A skoro Goffred pogrzeb ten odprawił,Radził, iakie miał porobić tarany:Cieśle woyskowe do lasa wyprawił,(Przydawszy im lud lekki y przebrany)Który — w dolinach skryty — był obiawiłNaszem Syryiczyk ieden poimany;A ci iechali drzewo wyprawować,Z którego mieli tarany budować.

Ieden drugiego wzaiem napomina,Aby robotę wskok odprawowali:Zaraz się walić głuchy las poczyna,Cedry, cyprysy, topole rąbali.Ten buki twarde y iesiony ścina,Ten wielkie sośnie y iedliny wali;Drudzy wysokie ciosali modrzewie,Drudzy gałęzie ścinali na drzewie.

Świerki y dęby ogromne spadały,Pod same prawie niebo wyniesione,Co się piorunom nie raz opierałyY nic nie dbały na wiatry szalone.Leśne Dryady w pole uciekały,Gwałtem z oyczyzny miłey wypędzone,Ptastwa powietrzne y zwierzęta samyPoopuszczały y gniazda y iamy.

Kiedy tak pilnie y tak ukwapliwieRobili cieśle do lasa posłani,Na chrześciany poyźrzał nieżyczliwieStraszliwy tyran piekielney odchłani.A widząc, że się im wiodło szczęśliwieY że od Boga byli miłowani —Z iadu się kąsał y iako byk ryknął,Tak mu ból serce przeiął y przeniknął.

Chce wszystką mocą trapić chrześciany,Według swoiego dawnego nałogu;Na to złych duchów zbór sobie poddanyZbiera do swego królewskiego progu.Mniema tak, sprosny głupiec opętany,Że to rzecz łatwa, przeciwić się BoguY nie chce pomnieć szaleniec przezdzięki,Iaki z gniewliwey piorun Iego ręki.

Ogromną trąbą Lucyper zuchwałyKupi do siebie mieszkance podziemne,Którey się straszne dźwięki rozlegały,Przechodząc piekła y przepaści ciemne.Nigdy tak nieba ogromnie nie grzmiały,Gdy miecą gromy na doliny ziemne,Nie tak ziemia drży y trzęsie się na dnie,Gdy wiatr chce wypaść, co się w nię zakradnie.

Zbiegli się zaraz piekielni duchowie,Na pałac, w którym mieszka Pluton srogi,W różnych postaciach: a kto ie wypowie?Strach y wspominać! Iedni kurze nogi,Drudzy wielbłądzie, trzeci maią krowie;Są y ci, którzy na łbie niosą rogi,Inszy zaś warkocz z wężów uplecionyY smocze niosą za sobą ogony.

Widziałbyś tam był Arpiie nieczyste.Centaury, Sphingi, wybladłe Gorgony,Y szczekaiące Scylle zawiesiste,Gwiżdżące Hydry, świszczące Pitony,Chimery sadze pluiące ogniste,Straszne Cyklopy, srogie GeryonyY wiele dziwów nigdy niewidzianych,Z różnych postaci w iedne pomieszanych.

Starsze po prawey posadzono stronie,Po lewey młodsze y nie tak wspaniałe,We śrzodku Pluton straszliwy, na łonieTrzyma żelazne sceptrum zardzewiałe;Tak był sam w sobie, tak wielki w ogonie,Że się y Alpy przy nim zdały małe,Y Atlas, chocia sięga pod obłoki,Nie iest tak wielki ani tak wysoki.

Oczy miał wściekłe, wzrok by u komety.Powagę mu twarz surową czyniła,Wszytek był czarny od głowy do pięty,Kosmate piersi gęsta broda kryła,Miąższy u gęby wąs wisiał pomięty,W czele miał ieden, we łbie rogów siła,A ukrwawiona gęba była taka,Iako głęboka straszna przepaść iaka.

Iako Mongibel zaraźliwe paryY smród wypuszcza, tak y iemu z gębyŚmierdziało właśnie, a z nosa bez miaryPuszczał, aż brzydko, plugawe otręby.Gdy począł mówić, umilkł Cerber stary,Hydra ścisnąła wylękniona zęby.Cofnął się Kocyt, Abissy zadrżały,Kiedy iego słów straszliwych słuchały:

„Zacne książęta, godnieyszy na niebieMieszkać nad słońcem, skąd ród prowadzicie,Których niesłusznie Bóg wypchnął od siebie,Z państw, do których z Nim równo należycie:Bał się nas pewnie, widział nas w potrzebieY miał nas z kaszel, co dobrze pomnicie;Teraz On nieby y gwiazdami rządzi,A nas za swoie przeciwniki sądzi.

Y miasto światła y dnia pogodnego,Zamknął nas w kluzie y w wieczney ciemności,Zayrząc nam nieba y słońca iasnegoY oney pierwszey naszey szczęśliwości.A co mię gryzie, co mi do dawnegoBólu przydaie męki y żałości:Woła do nieba człowieka lichego,Z błota y z podłey gliny zlepionego.

Mało miał na tem: Syna na śmierć srogą,Nam na złe, skazał y na świat wyprawił,Który, pomnicie, z iaką naszą trwogąPiekielne bramy wyparł y wystawił;Wydarł nam gwałtem korzyść naszą drogą,Dusze zdobyte z więzienia wybawił.Na żal nasz wytknął chorągwie rozwiteY tryumphuie, że piekło dobyte.

Ale puśćmy precz krzywdy starodawneY szkody, które nam wyrządzał z wieku;Te były zawsze y teraz są sławne.Iako przeciw nam pomagał człowieku;Lecz tylko świeże y weźmy niedawne,Iak nas chce w niwecz obrócić od wieku.Cóż? nie widzicie, na co teraz godzi?Wszystkie nam ludzie do siebie odwodzi.

A my co na to? czy tylko przez sparyPoglądać mamy? a On tak naciera!Widzicie, iako ten lud Iego wiaryTak się w Azyey barzo rospościera.Nam weźmie wszystkę chwałę y ofiary,Iuż w Palestynie kościoły otwiera.W ięzykach Iego uyźrzycie wnet nowych.W miedzi y w słupach Imię marmorowych.

A nasze będą bóżnice próżnować,Nasze bałwany pewney doydą zguby;Iemu Samemu będą ofiarowaćZłoto y mirrę, Iemu wieszać śluby;Do swych nam nie da kościołów wstępować,A z czegośmy swe dotąd mieli chluby:Iuż z dusz nie będą poddanych grzechowiTrybutu więcey płacić Plutonowi.

Oy! nie będzieć to. Będziem o się dbali,Ieszcze w nas dawne nie wygasło męstwo,Kiedyśmy ognie na niebo ciskaliY mieczem siekli na niebieskie księstwo;Myśmy tam przedsię sławę otrzymaliZ śmiałego serca, a oni zwycięstwo.Trudno tego przeć, że oni wygrali,Ale nam przedsię dzielność przyznawali.

Idźcież, a wzaiem siły swoie znościeNa ich zginienie, o rycerze mężni!Dokąd w Azyey nieznaiomi gościeNie będą mocni y barziey potężni.Gdzie ieden słaby, drudzy mu pomóżcie,Naprowadźcie mi co naywięcey więźni,Lub mocą, lubo dowcipem y radą,Szkodźcie im wszędzie y bądźcie zawadą.

Ten niech po świecie błądzi obłąkany,Ci niech w roskoszach — iako wieprze — tyią,Ten zaś w miłości sprosney opętanyNiechay gnuśnieie, tego niech zabiią;Niech się buntuią na swoie hetmany,Niechay się sami między sobą biią,Niech woysko ginie, niech mu się to stanie,Że go pamiątka żadna nie zostanie“.

Daley królowi dać mówić nie chcieli,Tak się gniewały piekielne pokusy,Ale na ten świat zaraz polecieliNieprzyiaciele wieczni ludzkiey duszy.A z takim szumem szli ciemni Anyeli.Iako gdy wicher zawieruchy ruszy,Świata nie widać, chmury czarne wstaią,Które y ziemię y morze mieszaią.

Wnet się po wszytkiem świecie rozprószyli,Na różne strony — pokusy przeklęte;Sidła na ludzie skryte poczyniliY rady chytre, nowe, niepoięte.Ale iako ich naprzód poszkodzili,Y z którey strony, wy! o Panny świętePowiedzcie — wy to wiecie; a człowiekaLedwie głos tych spraw dochodzi z daleka.

W Damaszku w ten czas bogatym panowałHidraot, sławny czarnoksiężnik stary,Który się w czarach z młodych lat uchowałY dyabłom zawżdy oddawał ofiary,Ale daremnie. Nie wypraktykował,Nie zgadły końca oney woyny czary:Omylili go y dyabli zaklęci,Y w charaktery poryte pieczęci.

Ten tak rozumiał [ale ludzkie zdanieNie raz błądziło y nie raz chybiało]Że mieli bitwę przegrać chrześcianie,Iako mu niebo przyobiecywało,Y że egypskie możne woysko na niePrzyść y na głowę porazić ich miało;Radby, z obietnic swego czarnoksięstwa,Był uczestnikiem onego zwycięstwa.

Lecz, iż o męstwie naszych trzymał siła,Bał się w swych ludziach iakiey wielkiey szkody,Chciałby, żeby się ich potężna siłaPrzez wnętrzne pierwey zmnieyszyła niezgody:Takby się potym snadniey obaliłaPrzez iego y przez egypskie narody.Tey myśli szatan postrzegł nieżyczliwyY barziey umysł podżegał złośliwy.

I ukazał mu iednę taiemnicę,Co nienagorzey do tego służyła:Miał z rodzonego brata synowicę,Która zbyt chytra y dowcipna była,Wielką y barzo sławną czarownicę;A tak się gładka była urodziła,Że w kraiach wschodnich gładszey nie widziano,Y udatnieyszey: tak to powiadano.

Do tey tak mówił: „O, która w postawieMdłey białogłowskiey z męskiem sercem chodzisz!Y iuż mię w trudnem czarnoksięstwem prawieY w czarowniczey nauce przechodzisz —Chciałbym cię użyć w iedney pilney sprawie;A ty iedno chciey, we wszystko ugodzisz,Przywiedź do skutku starca ostrożnegoTę radę, podług dowcipu zwykłego.

Idź do obozu, a swoią gładkościąSerc nieużytych y twardych dobyway.Gdzie czas ukaże, nie droż się z miłością,Wzdychania y słów łagodnych używay.Płacz kiedy trzeba, narabiay śmiałością,A śmiałość wstydem panieńskim pokryway,Wzaiem ich łzami y śmiechem zagrzeway,A kłamstwo płaszczem prawdy przyodzieway.

Ieśli bydź może, Hetmana samegoŁaskawym wzrokiem wpraw w napięte wniki,Niech sobie wzmierzi Marsa surowego,Niechay się imie biesiad y podwiki.Nie możeli być — więc kogo inszego,Co naprzednieysze zwłaszcza pułkowniki;Dla wiary wszytko uczynić się godzi,Y dla oyczyzny, bo to społem chodzi“.

Piękna Armida zaraz się gotuie,Pobrawszy z sobą zwykłe swoie stroie,Wieczór się w drogę cicho wyprawuieY zostawuie oyczyste podwoie.Tuszy, że piękną twarzą powoiuieWielkie rycerze, bez miecza, bez zbroie.Różnie zmyślaiąc, potym udawanoLudziom iey odiazd, gdy o nię pytano.

Mały czas wyszedł kiedy przyiechała,Gdzie chrześcianie rozbili namioty,A skoro swóy wzrok y twarz ukazała,Y chód y swoie cudowne przymioty,Iako gdy iaka kometa nastałaY na niebieskie weszła kołowroty —Bieży, co żywo; drudzy posyłaią,Zkąd cudzoziemka tak piękna? pytaią.

Bogini z morskich zrodzona powodziNie iest tak stroyna, nie tak urodziwa:Warkocz ma złoty, co czasem przechodziBlaskiem przez rąbek, czasem się odkrywa —Tak więc, kiedy się niebo wypogodziTo się z obłoku potrosze dobywa,To z niego — wszystko wyszedszy — możnieyszySłońce ma promień y dzień śle iaśnieyszy.

Włos z przyrodzenia ukędzierzawiony.Puszczony na wiatr, w pierścienie się wiie,Wzrok sam w swe oczy wszytek zgromadzony,Y skarb miłości y swóy własny kryie.Twarz miała, iako kiedy kto gładzonyRumianą różą słoniowy ząb zmyieUst — iako godne — nigdy nie pochwalem:Przechodzą piękne rubiny z koralem.

Śnieg biały z piersi y z szyie wynika,Gdzie ma swe gniazdo miłość przeraźliwa,Mnieysza część piersi na wierzch się wymyka,Większą część kryie szata zazdrościwa;Ale chocia ie przed okiem zamyka,Przechodzi rąbek y szatę myśl chciwa:Ta nie ma dosyć na zwierzchney piękności,Wdziera się gwałtem w taiemne skrytości.

Iako przez wody y iasne kryształyBez szkody promień słoneczny przechodzi,Tak y myśl, kiedy co widzi do chwały,Przeydzie na wylot, a szacie nie szkodziY swey rozkoszy owoc niedostały,Powoley sobie dopiero rozwodzi;Potem z nią żądzey y chciwego sięgaSerca, w którem swe płomienie zażega.

Wszyscy cudowną gładkość wychwalaią,A ona tego wrzekomo nie widzi,Baczy, że śmiele na sieć nacieraią,Śmieie się w sercu y cicho z nich szydzi.Chce do Goffreda, tych co zabiegaiąProsić o wodza: lecz się wrzekomo wstydzi.A w tem Eustacy przybiegł zapędzony,Zayźrzawszy iey kęs, GoffredowGoffredów rodzony.

Gdy tak Armida o wodzu się pyta.Idąc przez obóz w gładkość uzbroiona —Przystąpiwszy się, Eustacy ią wita,Ukłoni mu się, wrzkomo zawstydzona.Zachwycił zaraz ognia, iako chwytaPłomienia słoma blisko położona.Y rzecze do niey [śmiałem go czyniłaMłodość y miłość, która go paliła]

„Panno — ieślić to należy nazwisko,Boginią raczey zwaćbyśmy cię mieli —Nie pochlebuię y prawdy to blisko,Żeśmy tak gładkiey nigdy nie widzieli;Co cię zagnało w nasze stanowisko,Radzibyśmy się tego dowiedzieli:Ktoś iest y skądeś, niechay cię poznamy,Że będziem wiedzieć, iako cię czcić mamy“.

Armida na to: „Barzo mię chwalicie,Czegom wam nigdy nie zasługowała,Y nie tylko mię śmiertelną widzicie,Ale umarłą, a tylkom zostałaŻywą na żałość, iako usłyszycie:W nieszczęściu, w krzywdzie, która mię potkała,Do waszego się Hetmana uciekam,Od niego rady y ratunku czekam.

Przeto ieśli masz w sobie co litości,Ziednay mi przystęp coprędzey u niego“.— „Słuszna, o panno, że w twey doległości,Iego tu brata używasz do tego.Nie zawiedziesz się na iego ludzkości,Y ia pomogę, że buława iegoBędzieć pomocna y ta szabla moia,Czego uroda y twarz godna twoia“.

Tamże do niego przezeń wprowadzona,Do samey ziemie nisko się skłoniła,Potem na piękney twarzy zawstydzona,Stoiąc na mieyscu, słowa nie mówiła,Ale cieszona y ubespieczonaOd Eustacego, z boiaźni spuściła,Co iey dodawał serca y śmiałości;Zaczem tak swoie zaczęła chytrości:

„Wielki Hetmanie y niezwyciężony!O twey dzielności świadectwo dawaią,Dobyte miasta, dostane korony,A żeś ie posiadł, chluby ztąd szukaią:Y takeś twoią dobrocią wsławionyY męstwem, które wszyscy wychwalaią,Że o ratunek w swych potrzebach śmieleIdą do ciebie y nieprzyiaciele.

Pewnam — chociam się w pogaństwie rodziła,Które ty mieczem swoim chcesz okrócić —Że mię twa dobroć y twa można siłaMoże do miłey oyczyzny przywrócić.A coby drugi, co ma krewnych siła.Miał się o pomoc do swoich obrócić —Ia przeciwko krwi mey pomocy muszęU obcych szukać, ieśli kogo ruszę.

Ty mię sam tylko możesz poratować,Y posadzić mię w państwach utraconych,A iakoś hardych zwykł mieczem woiować.Tak masz być łaskaw na upokorzonychY tak ztąd sobie możesz obiecywaćTryumph, iako z woysk wielkich porażonych.Wielką masz sławę, wiele państw zdobywszy,Równo będziesz miał, moie mi wróciwszy.

Dla różney wiary — tak się domyśliwam —Nie będziesz ponno w moię krzywdę wglądał,Ale na dufność, z którąć się odkrywam,Słuszna żebyś się cokolwiek oglądał.Spólnego Boga na świadectwo wzywam,Że nikt od ciebie słusznieyszey nie żądał;Lecz żebyś wiedział co mi się dostałoOd moich krewnych: słuchay — proszę — mało.

Iam oyca króla Arbilana miała,Który był w równem szczęściu urodzony,Ale mu matka Karyklia dałaDamaszek, murem mocnym otoczony.Ta niemal pierwey z światem się rozstała,Niźlim ia, z każdey nieszczęśliwa strony,Wyszła nań: iedney iam się urodziłaGodziny, ona żywota położyła.

Ale podobno nikt tego nie rzeczeY nikt tak łatwie temu nie uwierzy,Iako są rzeczy odmienne człowiecze.Umarł mi ociec, w pięć lat po macierzy,Zostawiwszy mię stryiowi w opiece;Patrz, gdy się komu kto czego powierzy,Rzadko mu się to od niego oddaie,Zginęły z cnotą dobre obyczaie.

Ten mię w mym stanie zrazu pięknie chował,Moie królestwo dosyć dobrze rządziłY oycowską mi miłość pokazował.Każdy go dobrem opiekunem sądził.Lecz kto się dobrze rzeczom przypatrywał,Nie tak, iako gmin pospolity, błądził,Łatwie mógł widzieć chciwość iego onę,Kiedy mię chciał dać synowi za żonę.

Oboieśwa iuż beła w słusznem lecie,On był nikczemny, sprosny y plugawy,Nigdzie iako żyw, nie postał na świecie,Doma się chował, rycerskiey zabawyŻadney nie umiał; czasem prości kmiecieDo każdey będą sposobnieyszy sprawy.Co ieszcze więtsza, przy tey nikczemności.Był y łakomy y pełen hardości.

Za takiego mię chciał wydać szpetnikaDobry opiekun, chcąc, żebym go byłaWzięła za łoża mego uczestnikaY do królestwa mego przypuściła.Ruszał rozumu, używał ięzyka,Abym mu była na to pozwoliła,Alem mu nigdy nie obiecowała,Albom milczała, albom odmawiała.

Odszedł nakoniec z twarzą rozgniewanąO to, żem mu tak odmawiała śmiele,Żem historyą mogła napisanąMego nieszczęścia czytać mu na czele.Odtądem była zawżdy zfrasowaną,Snym miała dziwne, nie sypiałam wiele;A strach ustawny, który mię przeymował,Źle mi coś tuszył, źle mi obiecował.

Iednego mi się czasu ukazałaPostać nieboszki matki mey kochaney:Smętna, wybladła y barzo się zdałaDaleko różną od wymalowaney.Iam się wylękła, a ona wołała:„Strzeż się, o córko, śmierci zgotowaney,Uciekay rychło, uciekay z oyczyzny,Gotuyą na cię miecze y trucizny“.

Cóż to pomogło? choć mi przyszłe trwogi,Przyszłe nieszczęście serce przekładało —Bo przez wiek młody, w on frasunek srogi,Poradzić sobie ieszcze nie umiało:Wszystkiego odbiec y oyczyste progiZostawić wiecznie — ciężko się widziało,Żem raczey umrzeć nieboga wolała,A niżbym tego kiedy doczekała.

Śmiercim się bała, prawda; ale zasięPrzed niąm uciekać strapiona nie śmiała.Trudno powiedzieć swóy strach było na się,Z tem, żem się bała, kryćem się musiała:Tak w ustawicznych mękach w onem czasie,Żywotem przykrszy, a niźli śmierć miała,Iako złoczyńca na plac wywiedziony,Kiedy miecz na się widzi wyniesiony.

W tem — lub to był los iaki przyiaźliwy,Lub coś gorszego ma mię potkać ieszcze —Dawny oycowski sługa mnie życzliwy,Upatrzywszy czas pogodny y mieysce,Powiedział mi to, że tyran złośliwyŻywić mię dłużey żadną miarą nie chceY że mu przysiąc musiał na to wczora,Że mię onegoż miał otruć wieczora.

Dołożył tego: ponieważ nie byłaPodobna zdrowia inaczey zachować,Abym uciekła y dom opuściła,W czem mię obiecał z swey strony ratować.To słysząc, iam się prętko namyśliła,W drogęm się zaraz poczęła gotować,Chcąc z niem pospołu z złego stryia mocyUciec, zakryta płaszczem ciemney nocy.

Iuż noc swoiemi czarnemi skrzydłami,Wszystek świat y mnie razem nakrywała,Gdym sama, tylko ze dwiema pannami.Taiemnie z mego zamku wychadzała,A corazem się zalewaiąc łzami,Na móy Damaszek nazad oglądałaY żałość serce zbolałe kraiała,Kiedym się z miłą oyczyzną żegnała.

Przezdzięki prawie kray swoy ukochanyZostawowały y oczy y nogi,Tak zostawuie brzeg umiłowanyŁódź, gdy ma wyniść na iaki szturm srogi.Całą noc y dzień, niosąc skryte ranyW żałosnem sercu, mieliśmy tey drogi.Przyszliśmy potem do zamku iednego,Tuż przy granicy królestwa moiego.

A ten zamek był własny Arontowy,Co mię z okrutney ręki wyswobodził;A skoro tyran obaczył surowy,Że mię y przestrzegł y że mię uwodził,Potwarz y fałsz kładł na oboie nowy,Y na to chytrze niecnotliwy godził:Aby to, co sam chciał ze mną uczynić,Mógł na nas złożyć y w tem nas obwinić.

Tak to udawał, żem ia przenaięłaTego Aronta na taką robotę,Że go miał otruć; żebym na kieł wzięłaY udała się zatem na niecnotę,A sprosnego się wszeteczeństwa ięła,Nie maiąc względu na żadną sromotę.Ieśli to prawda, bodaybym umarła,Y ziemia żywo niechby mię pożarła.

Znośna to była y nie wielkie dziwy,Że krwie y moyey pragnął namiętnościąAle że szczypał żywot moy uczciwy,To była ciężka, to były żałości.Potem się boiąc, aby moy życzliwyLud się nie uiął o me doległości,Za nierządnicę mię do nich udawałY co mógł na mię zmyślał y dostawał.

Mało miał na tem, że na wierzch swey głowyWłożył koronę, co mnie należała;Mało, że takie mówił o mnie mowy,Na iakiem nigdy ia nie zarabiała;Teraz chce spalić zamek Arontowy,Gdzie, bym mu się z niem zaraz nie poddała.Nie tylko woyną, ale y mękami,Ale srogiemi grożąc nam śmierciami.

Y tę udawa y tę ukazuiePrzyczynę tego postępku swoiego,Że dobrey sławy wesprze y ratuie —Zelżoney przez mię — stanu królewskiego.Ale to plotki: strach to w nim sprawuie,Żeby nie pozbył państwa, do któregoOn przyść nie może, tylko przez zgładzenieWłasney dziedziczki y moie zginienie.

Niewątpliwa to, że ten swóy zawzięty,Zły zamysł łatwie nademną wykona,Bo, co ma na płacz tyran dbać przeklęty?Tem go nie zwalczę nędzna utrapiona,Ieśli ty ku mnie litością nie zdięty,Nie ratuiesz mię; proszę uciśniona,Nędzna sierota, niech darmo nie leięŁez, bo pewnie krew nie długo wyleię.

Przez tę twą rękę, przez buławę złotą.Którąś zwoiował swe nieprzyiacioły,Przez one, które z taką chcesz ochotą,Wyrwać z niewoley syońskie kościoły —Miey miłosierdzie nad lichą sierotą,Zkrzywdzoną, nędzną, umarłą napoły.A ieśli nie chcesz pomóc mi z litości,Więc y z słuszności y z sprawiedliwości.

O! którego Bóg obrał na hetmaństwo,Mężnego woyska y dzielnych rycerzów —Ia żywot, a ty możesz mieć me państwo,Twoie iuż będzie sprawą twych żołnierzów.Ratuy niewinney, wykorzeń tyraństwo,Day mi dziesiąci z przednieyszych harcerzów;Tuszę, że dziesięć temu wydołaią,Siła mam takich, co ze mną trzymaią.

Owszem, z nich ieden, co ma w swoyey mocyZamkową bramę y klucz od niey nosi,Otworzyć mi ią obiecuie w nocy,Sam upomina, sam mię o to prosi,Każe mi szukać u ciebie pomocy,Y tak daie znać: skoro się ogłosi.Że mi co ludzi chrześcianie dadzą,Bramy otworzą, tyranna wygładzą“.

To rzekłszy, zmilkła, a swóy wzrok wstydliwyNa dół ku ziemi, smętna, obracała,W Goffredzie umysł zostawa wątpliwy,Boi się, by go w czem nie oszukała,Wiadom, co umie poganin zdradliwy;Z drugiey go strony — że krzywdę cierpiała —Y dobroć iego rusza przyrodzona,W szlachetnych sercach zawsze wkorzeniona.

Widzi, że słuszna ratować niebogę,Lecz y to myślił swoią mądrą głową,Żeby w te państwa wstawił dobrze nogę:Kiedyby przezeń została królowąY otworzyłby sobie łatwie drogęDo rzeczy dalszych y na EgyptowąSiłę z Damaszku rynsztunki y złotoY ludzie mógł mieć, bo tam łatwie o to.

Gdy się tak Goffred długo namyśliwał,Pilnie na niego Armida patrzała:Lubo się ruszył, lubo co postawał,Twarzy y wzroku iego pilnowała.A że iey długo odprawy nie dawał,Frasowała się y często wzdychała;Nie chciał nakoniec przypaść na tę sprawę,Lecz iey dał przedsię łaskawą odprawę:

„Byśmy się byli nie ięli statecznieO Bożą krzywdę y nie obróciliSił naszych indziey — mogłabyś bespiecznieMieć z nich ratunek w teraźnieyszey chwili;Ale, iżeśmy lud Pański koniecznieZ ciężkiey niewoley wyrwać umyślili,Nie godzi się nam teraz sił rozrywaćY rozpoczętych rzeczy omieszkiwać.

Lecz zdarzyli Bóg, że wyswobodziemyLud nasz z niewoley y tych murów świętychZa łaską Iego wrychle dostaniemyY dokończemy rzeczy iuż rosczętych —Przyrzekamyć to y obiecuiemy,Że cię przywróciem do twych państw odiętych.Y twoię krzywdę mieć będziem na pieczy —Teraz mi woysko rozrywać nie grzeczy“.

Na tę odpowiedź krótką Goffredowę,Armida oczy ku ziemi trzymała,Potem podniosła ociężałą głowę,Y twarz gęstemi łzami polewała.A zdobywszy się zaledwie na mowę,Takiemi słowy smętna narzekała:„Nikomu, ach, złe, nigdy nieżyczliwszeNie były nieba y nieprzyiaźliwsze!

Próżno sobie mam co dobrego tuszyć,Wszystkie na móy płacz serca skamieniały:A iako złego tyranna mam ruszyć?Kiedyś ty sam nań został zatwardziały.Tyś nic nie winien, że cię moia wzruszyćKrzywda nie może, żeś na nię niedbały.Nieba mi winny, nieba to sprawiły,Nieba cię twardem ku mnie uczyniły.

Czemuż mię raczey źle nie zabiiecieWieczne wyroki? na co mię chowacie?(Na cię nie skarżę: wiadoma na świecieIest twoia dobroć) mało na tym macie:Że mię w dziecinnem pozbawiwszy lecieMiłych rodziców, wytchnąć mi nie dacie.Chcecie mię ieszcze z królestwa wyzutą,Albo zabitą, albo mieć otrutą.

A iż panieńskiey prawo uczciwościDłużey mi się tu nie dopuści bawić;Gdzież się mam podzieć? któż mię z okrutnościSrogiego stryia będzie śmiał wybawić?Żaden nademną nie chce mieć litości:Nikt się o krzywdy me nie chce zastawić.Widzę przed sobą śmierć y srogie męki:Niechayże umrę raczey od swey ręki“.

To powiedziawszy, więcey nie mówiła,Wspaniałem gniewem na twarzy zagrzana,Y dawała znać, że iuż odchodziłaSmętna, żałosna y ukłopotana.A ustawicznem płaczem twarz kropiła,Iaki ma żałość z gniewem pomieszana,A łzy iey były — kiedy ku słońcowi —Podobne perłom, albo kryształowi.

Iagody piękne, łzami pokropione,Które od twarzy na łono spadały,Zdały się kwiecie białe y czerwone,Które się z sobą wespół pomieszały,Kiedy swe głowy na dół pochyloneNiebieską rosą wdzięczną opłókały,A iutrzenka z nich, wydaiąc świt rany,Na głowę kłaść ma wieniec przeplatany.

A mokre perły, które na iagody,Iedna po drugiey kroplami spadaią,Tysiąc serc twardych — nie bez wielkiey szkody —Nieugaszonem ogniem zapalaią.O! iakie cuda: ogień idzie z wody,Ogniste z mokrych łez skry wylataią.Niech to nie będzie u was z podziwieniem,Ma miłość zawsze moc nad przyrodzeniem.

Ten płacz zmyślony prawdziwe wywodziłŁzy y kamienne serca się zmiękczały.Y o Goffredzie, co iey nie dogodził,Szły mowy różne, które go szczypały:„Aboć się — prawi — z tygrysa urodził,Albo ze lwice, albo z twardey skały,Że się takowey gładkości da psować.Y nie chce nędzney sieroty ratować“.

Tak ci szeptali; lecz Eustacy młody,Pełen ognistey płomienia miłości,Nie szeptał; ale — niż drudzy — swobodyZażywał więtszey, a więtszey śmiałości.„Wżdy się do spólney przychyl — prawi — zgody,A spuść co, panie, z tey twey surowości,Day też co woyska wszystkiego przyczynie,Day spólney prośbie, a pomóż chudzinie.

Nie mówię, aby pułkownicy, aniIść z nią rotmistrze co przednieyszy mieli:Nie iesteśmy tak w baczenie obrani,Abyśmyć kiedy na to radzić śmieli;Ale z tych, co są mniey obowiązaniY na swą szkodę na woynę iść chcieli,Dziesiąci obrać, albo y mniey, możesz,Tak sił nie zmnieyszysz y oney pomożesz.

Ten, co ratuie ukrzywdżoney panny.Niewinney panny, Bogu się nie bierze:Milsza iest Bogu ofiara, tyrannyNiebożne niszczyć, niż długie pacierze,Iam tą iey krzywdą do żywego rannyY swą powinność zachowam w tey mierze,Która należy cnemu rycerzowi:Pomagać tey płci y temu stanowi.

Przebóg, niechay tey niesławy nie mamyY tak zelżywey y tak sromotliwey,Że niebespieczeństw y pracey znikamy,Dla rzeczy słuszney y tak sprawiedliwey.Ach niegodniśmy, że na koń wsiadamy,Że broń nosiemy; ia iuż szable krzyweyNosić y zwać się nie będę rycerzem:Składam ten szyszak y zbroię z pancerzem“.

Tak tam Eustacy mówił zapalony,A wszyscy insi na toż przypadali —Że prośbą wszytkich Hetman przyciśnionyPozwolić musiał, tak go nalegali.„Niech — pry — tak będzie, a tom zwyciężony!Lecz chcę, abyście nie zapominali,Że na to nigdy wola ma nie była,Wasza to prośba uporna sprawiła.

Iednak wam daię rękę z tą przestrogą,Abyście żądze swoie hamowali“.Daley nie mówił y puścił swą drogąUpór; więcey też nie potrzebowali.Patrzaycież, co łzy białogłowskie mogą:Miękczeią na nie rycerze zuchwali,A złoty łańcuch z pięknych ust wychodzi,Co twarde serca, kędy zechce, wodzi.

Zatym Eustacy pobiegł ku Armidzie,Która na stronie narzekaiąc stała:„Nie trwóż się, panno, nasz lud z tobą idzie,Słuszna, abyś się iuż więcey nie bała“.Iako, gdy słońce z obłoku wynidzie,Tak się na ten czas, Armida rozśmiała,Że nieba do swey miłości wzbudzała,A zapłakane oczy ucierała.

Za tę ich łaskę y za one chęci,Wszystkiem przez krótkie dziękowała słowa,Y obiecała chować ie w pamięciY wdzięcznością ie płacić bydź gotowa.Tak wszyscy od niey zostali uięci;A czego nie mógł ięzyk, to wymowaNiema milczeniem lepiey wyrażałaY nikt nie postrzegł, że wszystko zmyślała.

A widząc, że iey one chytre sztukiNa początku się tak dobrze zdarzyły,Okiem y twarzą proste zwieść nieuki,Y czynić więcey chce, niźli czyniłyCyrce z Medeą, mocą swey nauki,Co ludzi w różne postaci mieniły —Y na kształt Syren, chce słodkiemi słowyWłożyć na zmysły człowiecze okowy.

A żeby ich w sieć naywięcey wprawiła,Różnych sposobów z niemi używała,Nie iednę wszystkiem postawę czyniła,Ale ią według czasu odmieniała:Czasem wstydliwie w ziemię oczy kryła,Czasem ie chciwie na nich obracała,Iako kto rączy, albo był leniwy,Wzrok iey niechętny, albo był życzliwy.

Bo ieśli widzi, że kto boiaźliwy,Nie dufa w sobie, albo osłabieie —Ukazuie mu swóy wzrok przyiażliwy,przyjaźliwy,Albo z niem mówi, albo się nań śmieie.Tak przychęcony y nie tak wątpliwy,Sam w sobie zimne ożywia nadzieieY przyszedszy iuż zatem do śmiałości,Otuchę sobie czyni w iey miłości.

Gdzie też postrzeże, że kto zapalony,Nazbyt bespiecznie chwyta się miłości —Y wzrok y ięzyk trzyma odwrócony,Y tak zostaie w swoiey poważnośei,Lecz nie tak przedsię, aby z iakiey stronyNie dawała znać po sobie litości,Że chocia wątpią — nie tracą nadzieie,Y im iest twardsza — tem ich więcey grzeie.

Czasem się sama na stronie uczyłaY w różną postać swą twarz ubierała:Płacz sobie, kiedy chciała uczyniła,Y kiedy chciała, wzad go hamowała.Tak nieostrożnych y prostych serc siłaDo prawdziwego płaczu przymuszała,Ogniem litości hartuiąc swe strzały,Z których śmiertelne szły w serca postrzały.

Czego niewieścia chytrość nie wymyśli?Nagle w wesele smutek odmieniała:Śmiała się z niemi, kiedy do niey przyśli,Y swe w pogodę czoło ubierała;A wzrokiem iasnym, z nagłey dobrey myśli,Na smutnych sercach chmury rozbiiała,Tak, że co się wprzód żalem zachmurzyły —Na niebieski się śmiech wypogodziły.

Śmiechem y mową wdzięczną smak dawałaZmysłom dwoiaką roskoszą opitem,Że, iakby serca z piersi wydzierała —Wprzód nieprzywykłe wdziękom tak obfitem.A miłość, iako zwykła, zabiiałaTak miodem, iako piołunem zakrytem,W którey śmiertelne równo, każdey doby,Tak są lekarstwa, iako i choroby.

Śmiechy wesołe, ze łzami smętnemi,Boiaźń, nadzieie, lód z ogniem złożyła:Rzeczy przeciwne — y tak sobie z niemiIgrzysko własne nędznemi czyniła.A ieśli iey kto, słowy przerwanemiŚmie miłość odkryć, która go paliła —Tak, iakoby w tem nigdy nie bywała,Że nie wiedziała — złośnica zmyślała.

Albo się nagle wrzkomo zawstydziłaY uraziła na bespieczne słowa,Że świeże śrzony różami nakryła,Na piękney twarzy gładka białogłowa.Taka więc, kiedy twarz urumieniła,Na świat wychodzi żona Tytonowa.A ta rumianość, którą w niey gniew rodzi,Z ową, którą wstyd — miesza się y schodzi.

Lecz, ieśli iey kto swoie zapalonyŻądze chce odkryć, w rzecz się z niem nie wdawa;A czasem sama nagle nalezionySposób mu do mów umyślnie podawaY zaś go bierze tak, że z każdey stronyPróżny nadzieie nakoniec zostawa.Iako myśliwiec, co cały ieżdżęcyDzień, samem zmierzkiem traci ślad zwierzęcy.

Teć były sztuki, te były chytrości,Któremi ona tysiąc serc pożyła,Y owszem, miecze cudowney gładkości,Któremi mężne rycerze gromiła.Cóż tedy za dziw, że uwiązł w miłościHerkules, Tezeus, inszych także siła,Ieśli się y ci iey nie wybiegali,Co dla Chrystusa miecze przypasali.

Gdy tak rycerzów wiele przychęconych.Swoią gładkością Armida łudziłaY nie tylko tych dziesięć pozwolonych,Lecz inszych siła mieć sobie tuszyła —Ktoby był wodzem tych, z nią wyprawionych?W Goffredzie ta rzecz wątpliwość czyniła;Tych, co z niem na swą szkodę szli, staranieWielkie — wielkie w niem czyni rozerwanie.

Tey ostrożności użył w onym czasie,Że kazał, aby iednego obrali,Coby na mieysce Dudonowe zasięWstąpił, którego wszyscyby słuchali.A ten ono wziął obieranie na się,Bo takby mu to wszyscy iuż przyznali,Że ich poważał y gdzieby się chcieliSkarzyć nań, iużby przyczyny nie mieli.

Przeto ich zwołał do siebie y mowyTey do nich użył: „Iużeście słyszeli,Żem ia ratować chciał tey białeygłowy,Kiedybyśmy wprzód miasto w ręku mieli.Tożem y teraz uczynić gotowy,Gdziebyście y wy przypaść na to chcieli.Ten iest na mylnem świecie bez wątpieniaStateczny, co myśl częstokroć odmienia.

Lecz mniemacieli, że się wam nie godziOdiąć tey pracey y nie iść w tę drogę,Y wielka chciwość sławy was uwodzi,Że porzucacie ostrożną przestogę,Com raz dał — mieycie: na mnie nic nie szkodzi.Nad wolą waszą wściągać was nie mogę,Wiem ia — co ponno przyznacie mi sami —Iako mam władzey używać nad wami.

Wolno iść, wolno niechodzić każdemu,Iuż to na waszey woley niechay będzie,Ale wprzód macie Dudonowi cnemuDać namiestnika, który po niem siędzie;Ten niech dziesiąci z was, którzy się iemuPodobać będą — wybierze w tym rzędzie;Bo się wam z tem w czas opowiedzieć wolę,Że mu dziesiąci — więcey nie pozwolę“.

Tak mówił Goffred; któremu dziękowaćWszyscy kazali Eustacyuszowi:„Iako z daleka rzeczy upatrować,Y bydź ostrożnem trzeba Hetmanowi —Tak zaś należy ręką dokazować,Y niestrwożonem sercem żołnierzowi;Insza iest twoia, insza nasza cnota,Tobie ostrożność, nam służy ochota.

A iż na wagę pożytek włożony,Niebespieczeństwo y szkodę przechodzi,Tak iako ty chcesz, dziesięć dla obronySieroty póydzie, dziesięć iey dogodzi“.Tak Gotyffredów na ten czas rodzonyMiłość taiemną chytrze pokryć godzi,Ale i drudzy także powiadaią,Że się dla sławy iść z nią napieraią.

A iż Eustacy nie rad widział synaBertoldowego, dla iego dzielnościY dla urody — ta była przyczyna,Że przeciw niemu zawżdy był w zazdrościY że go nie chciał [iak to nie nowina]Mieć w towarzystwie oney swey miłości;Przeto na stronie, kiedy wszyscy wyśli,Mówi z niem y tak oszukać go myśli:

„Z rodziców zacnych synu zawołany,Ale zacnieyszy wielkiemi dziełami;Co ty rozumiesz? kto będzie obrany,Po cnem Dudonie pułkownik nad nami?Ia, któremktórym tylko dla wieku poddanyBył Dudonowi — iako wiecie sami —Nie mam iuż teraz, komubym w tey dobieTego ustąpił, tak wiedz, tylko tobie.

Ciebie, co z każdem zrównasz urodzeniem,A mnie przechodzisz sławą y dzielnością,

Y przed Hetmanem masz umieiętnością —Chciałbym mieć starszem, z twoiem pozwoleniem,Ieślibyś niechciał w drogę iść z tą gościąBo to wiem, że ty ukradkiem nabytey,Y nocą sławy nie pragniesz nakrytey.

Będziesz tu miał czas y lepszą pogodęUkazać swoie serce nielękliwe,A ia w tem inszych do tego przywiodę,Że na cię dadzą swe głosy życzliweY upewniam cię, że tego dowiodę.A iż ia dotąd myśli mam wątpliwe,Niechay mi będzie — gdzie do tego przydzie —Wolno tu zostać, albo przy Armidzie“.

Ostatnich tych słów swoich domawiaiąc,Tak się zapłonął barzo w oney chwili,Że sobie insi z niego przeszydzaiąc,Łatwie się, o co mu szło, domyślili.Lecz, iż Rynalda — skórę tylko kraiąc —Miłość raniła y nie tak się siliW niem, iako w inszych ta żądza ognista,W drodze z Armidą mało co korzysta.

Dudonowey mu żal niewymówionyŚmierci ustawnie pamięć w sercu ryie,Y że do tego czasu niezemszczony,Ma za sromotę y że Argant żyie.Lecz Eustacego przedsię mowy onyPrzyimuie y swey radości nie kryie,Którą ma z chwały prawdziwey u ludziY chęć do sławy więtszą w sobie budzi.

Y rzekł: „Żem godzien tego mieysca, na temMam dosyć, ale sam na nie niegodzę;Y kiedym w sławę y cnotę bogatem.Niedbam nic, chociaż w koronie nie chodzę.Iednak się z niego nie wymawiam, za temStaraniem twoiem, gdzie się na nie zgodzę;Y tym mię samem do tego wzbudzacie,Że wszyscy o mnie tak dobrze trzymacie.

Między dziesiącią ty będziesz obrany,Ieśli się zdarzy, że starszem zostanę“.Zatem Eustacy obszedł pierwsze pany,Y sposabiał ie na przyszłą odmianę.Lecz na toż godził Gernand zawołanyY choć Armida zadała mu ranę,Więcey w nim chciwość wysokiego miesca,Niż ostre mogą miłości żeleśca.

Z królów norweyskich Gernand był zrodzony,Szerokiey władzey y wielkiey możnościOyca y dziadów, sceptra y koronyDo niezmierney go przywodzą hardości.Ten zaś z swey własney dzielności wsławiony,Swey — nie swych przodków trzyma — się zacności;Acz y przodkowie słynęli, tak w boiuOd piąciuset lat, iako y w pokoiu.

Ale Norweyczyk, co tylko wielkiemiTytuły zacność y państwy miarkuie,Y wszystkich kładzie przy sobie podłemi,W których królewskich ozdób nie nayduie —Nie może zcierpieć, że się z nierównemiSciera y że mu Rynald zastępuie;Y tak się iął tey swey nadętey dumy,Że wszystkie z głowy wypędził rozumy.

Postrzegł z Awernu ieden duch przeklęty,Co królewica hardego dolega;Wlazł mu w zanadrze y ogień zaiętyIeszcze tem barziey wzdyma y zażega;Nienawiść i gniew szerzy w niem zawziętyY serca prawie samego dosięgaY taki mu głos posyła do słuchu,Który mu dzwoni ustawicznie w uchu:

„Ściera się z tobą Rynald y tak śmieleSławi swe iakieś przodki znamienite;Chcećli bydź rówien, nie trzeba tu wiele,Niech ci ukaże narody podbite.Niech okrócone da nieprzyiaciele,Sceptra, korony, królestwa obfite.Patrz tego Włocha! radby równo chodziłZ królmi, a on się w niewoley urodził.

Wygra lub przegra — acz iuż do tey dobyWygrał, kiedy się z tobą śmiał pocierać —Co rzeką wszyscy ludzie? Ten to, cobyChciał się z Gernandem o to mieysce spierać.Mógł ci ten stopień przydać co ozdoby,Nie mniey ią też mógł od ciebie odbierać;Ale tem spodlał, y tem się znieważył,Że się ten o nie starać na się ważył.

Y ieśli prawda, że maią na pieczyUmarli żywych y cokolwiek czuią —Co mniemasz? iako na niebie te rzeczyDobrego starca Dudona frasuią.Ieśli to słuszna y ieśli to grzeczy,Że się takowi bez wstydu nayduiąI że ten młodzik, niedorosły ieszcze,Śmie po niem prosić o tak zacne mieysce.

A nie tylko śmie y nie tylko prosiY towarzystwo na się praktykuie,Ale pochwałę od ludzi odnosiY tem się chlubi, tem się popisuie.Lecz ieśli Goffred to zuchwalstwo znosi,Albo go y sam na to forytuie.Obaczyszli to, y z niego zrozumiesz:Pokaż mu, ktoś iest, co możesz, co umiesz“.

Iako pochodnie na wiatr wyniesione,Gniew się w Gernandzie żarzy zapalczywy;Znieść go nie może serce zaiątrzone,Śle go przez oczy y ięzyk dotkliwy.Potwarzy szczere rozsiewa zmyślone:Pysznem go czyni człowiek zazdrościwy,Męstwa nie zowie śmiałością y męstwem,Desperacyą raczey y szaleństwem.

Rycerską iego dzielność, obyczaie,Umysł wspaniały y insze przymiotyGani y opak do ludzi udaieY krzci nie swemi nazwiskami — cnotyY — choć to iuż wie Rynald — nie przestaieTych mów, wszystkie iuż pełne ich namioty:Y wszystko woysko, ani się hamuie,Lży go, gdzie może, y nań następuie.

Bo chytry szatan, co mu na ięzykuUsiadł y wszystkie tworzył iego mowy:Co raz w gniewliwem sposób NorweyczykuSłów uszczypliwych wynaydował nowy.Co wiedzieć? czego o swem przeciwnikuUraźliwemi nie powiadał słowy?Był plac nie mały, gdzie się więc zieżdżałoY do pierścienia rycerstwo ganiało.

Tam, w towarzystwa nie małej gromadzieŹle go wspominał Gernand popędliwyY nań w piekielnem omoczony iadzie,Wszystek obracał ięzyk uszczypliwy.Usłyszy Rynald, że nań potwarz kładzie,Nie może wytrwać, ale niecierpliwy,Dobywszy broni, głosem mu to zada:Że łże, iako pies, y że fałsz powiada.

Tak mieczem błysnął, iako więc błyskaiąPełne swych gromów y piorunów nieba;Zlękł się Norweyczyk, bo go doieżdżaią,Widzi, że doydzie koniecznie potrzeba.Jednak, iż wszyscy na to patrzyć maią,Stawił się przedsię mężnie, iako trzeba:Dobywszy broni, którą miał u boku,Nieprzyiaciela czekał, stoiąc w kroku.

Przez pięć tysięcy [podobnom rzekł mało]Dobytych szabel w ten czas widać było,Bo co raz ludzi więcey przybiegało,Y na tamten plac gwałtem się kupiło.Powietrze z głosów pomieszanych drżało,Krzyk się y wielkie wołanie szerzyło:Jako nad morzem, kiedy w niepogodySzum się spół miesza y z wiatru y z wody.

Ale nie niedba na straszliwe onyOkrzyki Rynald, ani się hamuie;Pnie się do niego gniewem zapalony,Ogień mu szczery z oczu wyskakuie;Na obie strony kręci miecz stalony,Y coraz to się bliżei przystępuie,Tak, że nakoniec przebił się do niego,Posiekszy sługi y żołnierze iego.

Y ręką dobrze, choć w gniewie, ćwiczoną,Podaie razy cięte y sztychowe:Raz nań tnie lewą, drugi prawą stroną,Raz w piersi mierzy, a drugi raz w głowęY ostrą bronią, okiem nie ścignioną,Na rany drogi wynayduie nowe:Y niespodzianą szablą razy mieczeY — kędy się mniey strzegą — kole, siecze.

Tak długo nań siekł mieczem w obie stronie,Że go przez piersi dwakroć przebił srodze:Upadł na ziemię Gernand obalonyY duszę ze krwią wylał przez dwie drodze.On też miecz w pochwy włożył ukrwawiony,A niechcąc więcey ludzi trzymać w trwodze,Złożył gniew, skoro zuchwalca okrócił,Y do swego się namiotu obrócił.

W tem Goffred, słysząc ono zamieszanieY zgiełk tak wielki w ludzie pospolitem,Przypadł na on plac y niespodziewanieUyźrzał Gernanda przez piersi przebitem.A przyiaciele płacz y narzekanieY słudzy smętni czynią nad zabitem;Zdziwi się, pyta, kto się tego ważył,Kto srogi zakaz woyskowy znieważył.

Arnald, zmarłego książęcia kochany,Przydawał wagi złemu uczynkowi:Y że go z lekkich przyczyn rozgniewanyNiewinnie zabił — skarżył Goffredowi.Y, dla Chrystusa tylko przypasany,Miecz przeciw Iego podniósł rycerzowi:Przeciwko władzey y hetmańskiey grozie,W głos obwołaney po wszystkiem obozie.

Y że trąbiono, że ktoby się zwadziłW woysku, śmierć srogą przez to zasługował —A on nie tylko niewinnego zgładził,Lecz y to mieysce tak nie uszanował;Bo ieśliby kto kiedy na to radził,Aby nikt za swóy grzech nie pokutował —Wszyscyby ludzie krzywd się swoich mścili,Niechcąc, aby ich sędziowie sądzili.

Y żeby zwady dla tego samegoUrosły, między różnemi stronami;Przypomniał potem służby umarłegoY budził w nim gniew płaczem y prośbami.Nie zniósł Arnalda Tankred skarżącegoY przed Hetmanem y przed rotmistrzamiBronił Rynalda. Lecz gdy dawał sprawę.Surową Goffred czynił mu postawę.

Dołożył Tankred: „O mądry Hetmanie,Wspomni na zacne iego urodzenie,Na rodowitość y na zawołanie,Na przednich domów spowinowacenie,Na stryia Gwelfa; nie iedno karanieWszystkim należy, miey na to baczenie,Że iedenże grzech, różny w różnych bywa,W iednem iest więtszy, w drugiem go ubywa“.

A Goffred na to: „Y wielcy y mali,Wszyscy iednako niech prawa słuchaią.Cóż będzie za rząd, ieśli źli, zuchwali,Grzeszyć bespiecznie bez karania maią?Nie na toście mi tę buławę dali,Niechay iey równo wszyscy podlegaią,Bo ieśli tylko małych karać chcecie,Wolę daleko, że mi ią weźmiecie.

Tak wiedz Tankredzie, nie trzebać w tem błądzić,Malowanem być niechcę na urzędzie,Ja tu Hetmanem, ia tu sam chcę rządzić,Rad uyźrzę, kto mi rozkazować będzie?!Umiem ia, iako, kiedy kogo sądzić,Możnem y chudszem iednoż prawo wszędzie“.Nie odpowiedział Tankred nic na onySłowa, powagą iego zwyciężony.

Raymund pochwalał te hetmańskie mowy,Przy starożytney stoiąc surowości:„Dobrze tak — prawi — na te harde głowy,Nie może być rząd bez sprawiedliwości.Iuż tam upadek prętki y gotowy,Gdzie grzeszyć wolno, gdzie nie karzą złości.Y namożnieysze państwa upadaią,Tem, że występki winnem odpuszczaią“.

Tak on tam mówił, a Tankred to sobieBrał w rozum, ani więcey tam się bawił,Koniowi włożył w bok ostrogi obie,Y do obozu ztamtąd się wyprawił.Rynald w namiecie siedział w oney dobie,Skoro Gernanda żywota pozbawił;Tamże mu Tankred wszystko wypowiedział,Co mówił Hetman, co Raymund powiedział.

Dołożył tego: „Acz to moie zdanie,Że twarz nie zawżdy umysłu odkrywaY częstokroć to bywa nad mniemanie,Że zwierzchnia postać ludzi oszukywa —Iednak, ile ia widzę po Hetmanie,Y z tych słów, których w tey sprawie używaMniemam, ieśli się nie mylę w mem zdaniu,Żeby cię ponno chciał mieć w zatrzymaniu“.

Rynald się rozśmiał na te iego mowy,Lecz z onem śmiechem gniew był pomieszany:„Na niewolnika niech kładą okowy,Iuż też to siła, Tankredzie, na pany.Wolnym był zawsze, umrzećem gotowyPierwey, niźlibych miał bydź poimany;Ieszcze te ręce mogą władać bronią,Pęta się pewnie y powrozów chronią.

Ale ieśli mam w nagrodę otrzymaćZa me zasługi takie obelżenieY chce mię ponno w łańcuchu dotrzymać,Iako hultaia, y dać na więzienie —Niechże mię przyidzie albo pośle imać,Ieszcze się Rynald tą szablą ożenieY doczeka go, iedno niech się śpieszy,Wszak dobrze uyźrzy, iako się ucieszy“.

To rzekłszy, zbroię na się kładł zarazem,A gniew mu pałał z twarzy y ze wzroku;Paisz na ramię przywiązał y razemSzablę śmiertelną przypasał do boku.Tak wszystek iasnem okryty żelazem,Stał bardzo straszny y ogromny w kroku:Marsowi rówien, gdy na srogie ranyIdzie, żelazem y strachem odziany.

Ale rostropny Tankred, w oney dobie,Błagał y miękczył serce zagniewane:„Wszyscy to — prawi — trzymaią o tobie,Że twoie męstwo iest nieporównane,Y takąś sławę wszędzie ziednał sobie,Że twoie siły niewypowiedziane;Lecz nie day Boże, abyś się miał z niemiTu popisować nad swemi własnemi.

Pytam cię, ieśli męstwa dokazowaćMasz nad swoią krwią y nad chrześciany,Y Zbawiciela znowu chcesz krzyżować,Do dawnych — nowe przydaiąc mu rany,Y świecką chwałę bardziey chcesz miłować,Doczesną, krótką y godną przygany,Niźli nagrody, które nas czekaią,W niebie, a wiecznie, nieodmiennie trwaią.

Boże cię takich myśli racz uchować,Zwycięż sam siebie, skróć wodze gniewowi;Nie boiaźni to będą przypisować,Lecz pobożnemu twemu postępkowi.A ieślim godzien, że mię naśladowaćY mieysce, memu chcesz dać przykładowi:Y iam miał krzywdę, alem sobie radzićUmiał y z swemi niechciałem się wadzić.

Gdym z Cylicyey pogaństwo wyrzuciłY rozwinąłem w niey chorągwie swoie:Nadszedł Baldowin, y na nię się rzuciłY wziął niesłusznie to, co było moie;Tak dla łakomstwa przyiaźń ze mną zrzucił,

Niechciałem ia z niem obyść się tym kształtem,Chociam mu to zaś mógł odebrać gwałtem.

Ale ieśli się swem uczciwem bronisz,Y koniecznie być nie chcesz zatrzymanem:Y iako ten, co na hańbę nie gonisz,Nie chcesz być więźniem, ani poimanem —U Boemunda, lepiey że się schroniszW Antyochiey, na czas przed Hetmanem,Bo tak bespiecznie być możesz na stronie,Aż w nim gorącość po woley opłonie.

Bo ieśli prawda — iako powiadaią —Że Egypt na nas woyska zbiera wszędzie,W ten czas dopiero męstwo twe poznaiąY twoię dzielność, kiedy cię nie będzie,Y że bez ciebie woysko, które maią,Iest, iako ciało, co ręki pozbędzie“.W tem Gwelf, przyszedszy — co Tankred powiadał —Chwalił y radził, aby zaraz wsiadał.

Na te wywody, które mu czynili,Na tak gorące y długie namowy.Przypadł na koniec — iako mu radzili —Ustąpić na czas młodzieniec surowy.W tem się do niego domowi kupili,Każdy z nim w drogę iachać był gotowy;Nikogo nie chce, a wszystkiem dziękuieY z parą się sług tylko wyprawuie.

Iedzie, a iadąc wielką niesie w sobieDo sławy chciwość, która się w nim nieci:Chce co wielkiego sprawić w oney dobie,Do tego wszystkie swe obraca chęci.O nowem iakiem zamyśla sposobie,Dostania sławy y wieczney pamięci,Chce y wzdłusz y wszerz Egypt wielki zwiedzić,Y skryte źrzódła nilowe nawiedzić.

A Gwelf, skoro go z Tankredem wyprawiłY widział, że iuż w swoię drogę iedzie —Na onem mieyscu więcey się nie bawił,Ale się iachał pytać o Goffredzie.Aby się zaraz obmówił y sprawił.Goffred widząc go, w stronę go odwiedzieY poważnemi y mądremi słowy,Cicho do niego użył takiey mowy:

„Niebliżu Arnald po obozie chodzi,Iuż dawno po cię odemnie posłany:Zaprawdę, Gwelfie, chwalić się nie godzi,Co twóy synowiec zbroił wyuzdany.Niechay, iako chce z tego się wywodzi,Winien y godzien, aby był karany.Rad będę widział, iako mi się sprawi,Bo wszystkiem Goffred iednako się stawi.

Y pokaże to każda iego sprawa,Że stoi zawsze przy sprawiedliwościY nie odstąpi słuszności y prawa,Dla żadnych względów y rodowitości.Ale ieśli zaś woyskowa ustawa,Z przyczyny cudzey, nie z iego winnościZgwałcona przezeń — iako powiadacie —Do sądu mego stawić mi go macie.

Niech będzie wolnem ślubem zawiązany,Tę łaskę niech ma y to pozwolenie;Ale, ieśli się nie stawi pozwany,Y wszystko w lekkie puści poważenie —Przydzie mi, widzę, do takiey odmiany,Że — com miał miękkie zawżdy przyrodzenie —Muszę, rad nie rad, przy sprawiedliwości,Nad niem, podług praw, użyć surowości“.

Gwelf odpowiedział na to Hetmanowi:„Człowiek w uczciwe swoie urażony,Nie mógł wycierpieć złemu ięzykowi,Co nań szczery fałsz rozsiewał zmyślony.Ieśli go zabił — iakoż kres gniewowiSprawiedliwemu ma bydź zamierzony?Któż w gniewie liczy, albo w zwadzie — razy?Kto w ten czas mierzy krzywdy y urazy?

A, iż mi każesz przed sobą go stawić,Żal mi, że tego uczynić nie mogę:Możesz się o tem i od inszych sprawić,Że zaraz iechał, nie wiem, dokąd w drogę.Gotowem tego i ręką poprawić,Ieśli się ozwie, każdemu pomogęY ieśli go kto udawa, że winien —Wszędzie swoyey czci bronić był powinien.

Słusznie hardego zuchwalca ukrócił.Norweyczykowi słusznie utarł rogi;Tego nie chwalę, że prawo wywróciłWoyskowe, że twóy zakaz wzgardził srogi“.A Hetman na to: „Boday się nie wróciłWięcey do woyska z tamtey swoyey drogi!Niechay gdzie indziey zwady takie sieie,Lepiey, że indziey — nie tu — wyszaleie“.

Tem czasem, chytra, pilnie popierałaPrzyobiecaney Armida pomocy:Około tego cały dzień biegała —Co dowcip y co gładkość miała mocy.A kiedy zorza w morze zapadała,Y mrok z czarnawey występował nocy —W namiot odległy z dwiema ochmistrzamiWchodziła, z dwiema staremi paniami.

Ale, choć się tak dobrze wyćwiczyła,Choć tak umiała użyć swey chytrości,Choć żadna takiey, na świecie nie byłaY potem ponno nie będzie — gładkości.Y chocia wielkiem rycerzom włożyłaPowróz na szyię, mocą swey miłości:Nie może słodkich roskoszy ponętą,Przywieść Goffreda pod swą sieć napiętą.

Darmo mu swoie chęci pokazuie,Darmo go piękną twarzą swą uwodzi:Iako ptak, gdy się nakarmionem czuie,Na wyrzuconą pszenicę nie godzi.Tak on, syt świata, świecką zostawuieRoskosz, a niebo tylko sobie słodzi;Wszystkie postrzały, które nań wychodząZ oczu y z twarzy, namniey mu nie szkodzą.

Y choć fortelów wszystkich używała,Nie mogła nigdy miłości weń włudzić:Coraz się, iako Proteus, odmieniała,Chcąc iakokolwiek do niey go pobudzić,Wszystkie swe skutki na to obracała,Że naospalszą mogłaby obudzićY nazimnyeyszą miłość swą gładkością,Lecz został cały Boską opatrznością.

Udatna dziewka, co sobie tuszyła,Dobyć nayczystszych serc samem weyźrzeniem,Siła z powagi y z pychy spuściła,Widząc, że Goffred stawił się kamieniem.Nakoniec słabszych w on czas umyśliłaY powolnieyszych sięgać swem płomieniem:Tak, niedobyte miasto zostawuieHetman, a indziey z woyskiem się gotuie.

Lecz niemniey mężne na one iey zdradyPokazało się serce Tankredowe,Bo dla dawnieyszey miłości zawadyNie miały mieysca w nim płomienie nowe.Iako ieden iad drugie psuie iady,Tak iedna miłość, kiedy wlezie w głowę,Nie puści drugiey; tych dwu nie pożyła,Lecz wszystkich inszych Armida paliła.

Barzo ią boli, że nic nie sprawiłaSwoią gładkością w Goffredzie, w Tankredzie;Po wielkiey części iednak się cieszyła,Że co przednieyszych z woyska z sobą wiedzie.Pierwey, niżby się zdrada iey odkryła,Myśli, iako ich w bespieczne uwiedzieMieysce, gdzie insze y różne powrozyOd teraźnieyszych, w rychle na nich włoży.

A kiedy iuż czas przyszedł zamierzony,Którego iey dać pomoc obiecano,Szła do Hetmana: „Dzień iuż naznaczonyMinął, którego odprawić mię miano.A ieśli tyran będzie przestrzeżony,Że mi część woyska na pomoc posłano —Będzie gotowszy y o to mi idzie,Że nie tak łatwo pożyć go zaś przydzie.

Przeto — nim mu to odniosą szpiegowie,Co na to wszędzie po stronach pilnuią —Niech obiecani od ciebie wodzowieTeraz się ze mną zaraz wyprawuią.Bo — ieśli krzywdy nie lubią bogowie,Ieśli niewinność y prawdę miłuią —Pewnam, że w rychle w oyczyźnie usiędę,Z którey ci trybut zawżdy płacić będę“.

Musiał to Hetman pozwolić stroskany,Coby bez niego była otrzymała;Widział to wprawdzie, że on miał te panyObierać, gdzieby prętko wyiechała.Ale cóż? każdy pragnął bydź obrany,Y bydź w dziesiątku, który poiąć miała.Wszyscy go wielkiem gwałtem nalegali,Prosząc go o to, aby z nią iachali.

Ona widząc to, że się w nieb odkrywaSerce tak łatwe — nowe sieci miecze:Bicza z zawisney boiaźni używa,Tem ich po bokach pogania y siecze.Wie, że bez tego miłość słabsza bywa,Wie, iako zawsze leniwo się wlecze:Tak zawodnika widziem leniwszego,Gdy wprzód — iednego, wzad nie ma drugiego.

Y tak, swoiego weyźrzenia każdemuY łagodnego śmiechu udzielała,Że ieden zayźrzał iey łaski drugiemu,Nadzieia się w nich z boiaźnią mieszała.Tak, nędzni, w on czas wzrokowi zdradnemu,

Dawszy się uwieść, biegli wyuzdani,Darmo ich Hetman strofuie y gani.

Choćby był równo wszystkiem rad dogodził,Bo iednakowo wszytkimwszystkiem był przychylny,[Acz go nieieden do gniewu przywodził,Pokazuiąc mu on upór, tak silny]Lecz widząc, że imiem darmo to rozwodził,Wolał to na los puścić nieomylny:„Spiszcie — pry — wasze imiona y na dnoWłóżcie w co, a los rozsądzi was snadno“.

Zatem przezwiska wszystkich popisanoY popisawszy, mieszać ie poczętoW pewnem naczyniu y po iednem brano;Grabię z Pembrozy napierwszego wziętoArtemidora, po grabi czytanoGerharda, po nim Wacława wyięto:Ten iuż miał lata y słynął z mądrości,A teraz się iął na starość miłości.

Iako się ci trzey z tego radowali,Y iako byli na on czas weseli —Trudno powiedzieć, bo tego dostaliWprzód przed inszemi, czego wszyscy chcieli.A ci, co ieszcze na spodku zostali,Niewymówioną boiaźń w sercu mieli:Każdy z niezmierną chciwością pilnuieTego, co kartki z naczynia wyimuie.

Gwaszek był czwarty. Rydolf po Gwaszkonie,Po Rydolfie zaś Henryk z Olderykiem,Więc Gwilelm książę na Roncylionie,Szedł z Eberardem, z rodu Bawarczykiem;Rambald wychodził na ostatniem zgonie,Co potem Bożem został przeciwnikiem,Poturczywszy się — o sromoto wieczna! —A czego miłość nie czyni bezecna?

Inszy, których los minął w obieraniu,Złą, nieżyczliwą fortunę winili,Łaiąc miłości, że w swem panowaniuDopuszczała iey sądzić w oney chwili.Ale iż ludzka żądza w zakazaniuZawżdy przeciwna y na to się sili,Czego iey bronią y każą zaniechać:Siła ich, szczęściu na złość, z nią chce iechać.

Chcą z nią bydź zawsze y we dnie y w nocyY żywot za nię położyć gotowi;Ona wesołe miecąc na nich oczy,Mową y słodkiem westchnieniem ich łowi.Ieśli gdzie kupę zacnych paniąt zoczy,Żegna ich, życząc, aby byli zdrowi.W tem się też ona dziesięć wybierałaY Gotyffreda w namiecie żegnała.

On im przestrogi dawał y nauki,Aby pogańskiey nie dufali wierze,Żeby fortelne znać umieli sztuki,Żeby, ostrożni, w pewney stali mierze.Lecz miłość nie dba na prośby, na fuki,Wiatr one iego słowa z sobą bierze;W tem ich odprawił. Ona też iechałaW nocy z obozu, ani dnia czekała.

Iadąc, onych swych dziesięć hołdowników —By na tryumfie więźnie — prowadziła!Co gorsza, drugich wiele miłośnikówNa wielką szkodę w woysku zostawiła,Że rzadko który uchybił iey wników.A skoro ziemię ciemna noc okryła,Potayemnie się z woyska wykradaliY za nią cicho w też tropy iachali.

Wprzód szedł Eustacy za nią zapędzonyY ledwie mroku doczekał ciemnego:Bieży, co koń ma mocy, prowadzonyPrzez ślepe cienie od boga ślepego.Całą noc prawie onę, obłądzony,Tam y sam ieździł do świtu samego;Skoro odniało, tam gdzie nocowałaPrzypadł, gdy się iuż z noclegu ruszała.

Po zwykłem zaraz poznawszy go znaku,Pocznie nań wołać Rambald iadowity:

„A ty tu po co? masz tu rok zawity?“Eustacy na to: „Wiem, że nie ma brakuArmida; chcę iey służyć iako y ty“.„Kto cię iey oddał? nie służą tu tacy“.„Miłość uprzeyma“ — odpowie Eustacy.

„Iam od miłości — tyś szczęściem obran.Któż się iey sługą słuszniey ma nazywać?“Odpowie Rambald srodze rozgniewany:„Nie możesz tego tytułu używaćY nie godzieneś być między dworzanyY z iey własnemi sługami przebywać;A co gorszego, chcesz ukradkiem ieszczeDostać tey służby y mieć takie mieysce“.

Nie mógł mu wytrwać Eustacy tey mowy,Ale do niego wielkim pędem skoczy;Nie złożył mu nic — y gorszemi słowyŁaiąc — śmiele mu Rambald poszedł w oczy.Wyciągnie rękę królewna, gotowyChcąc poiedynek rozwieść. [Patrzcie mocyGładkości] „Że mnie przybywa czeladzi,A towarzystwa tobie, coć — pry — wadzi?

Y ieśliś łaskaw co na moie zdrowie,Przecz mię ratunku zbawiasz potrzebnego?...— Wcześnieś mi przybył [drugiemu zaś powie]Obrońco sławy y zdrowia moiego.Nie da Bóg, abym zostać miała w słowieY nie być wdzięczna sługi tak zacnego“.Tak im mówiła, a co raz niemałoW drodze iey inszych z woyska przybywało.

Tego zdaleka, tego zbliska miała,A nic o sobie wszyscy nie wiedzieli;Ona każdego wdzięcznie przyimowałaY wzrok łaskawy między wszystkie dzieli.A skoro też noc dniowi mieysce dała,Goffred y inszy ich odiazd uyźrzeli:Któremu serce iuż prorokowało,Że ich co złego w rychle potkać miało.

Kiedy to sobie Hetman utrapionyRozbierał, smutek maiąc niepoięty,Uyźrzy: a ono ieden ukurzonyBieży do niego, żalem wielkiem zdięty:„Król — pry — z Egyptu iuż na wszystkie stronyZ możnemi pływa po morzu okręty.Gwilelm, admirał genueńskich łodziDo wiadomości wczas ci to przywodzi.

Do tego, kiedy ięczmiony y żytoOd morza woysku lądem prowadzono,Wszystkie wielbłądy y konie rozbito,Które żywnością beło naiuczono —Y na głowę ich wszystkich prawie zbito,Część ich w niewolą daleką wiedziono.Zasadzili się byli po krzewinieZbóycy arabscy na nie przy dolinie.

Którzy do takiey śmiałości iuż przyśliY takie czynią w tamtem kraiu trwogi,Że naostatek to łotrostwo myśliWszystkie zastąpić gościńce y drogi.Przeto potrzeba, aby ludzie wyśliZ woyska, ten rozbóy pohamować srogiY ubespieczyć drogi, z tey przyczyny,Co tu od morza idą Palestyny“.

Pełen był obóz y wszystkie namiotyNowin y wieści niepociesznych onych;Żołnierz — dla głodu — rozczętey robotyOdbiec y murów myśli odbieżonych.Hetman w nich zwykłey nie znaiąc ochotyY wszystkich barzo widząc potrwożonych,Twarzą wesołą y pięknemi słowy,Ciesząc ich, takiey użył do nich mowy:

„Wy! coście ze mną, przez różne przygody,Tak wiele świata bespiecznie przebyli;Wy, coście mieczem potężne narody,Pod Chrystusowe chorągwie podbili;Wy, coście wiatry, morza, niepogody,Głody, pragnienie, zimna zwyciężyli —Czego się teraz tak barzo boicie?Cóż? opatrzności Boskiey nie wierzycie?

Bóg, który w gorszem razie was ratowałY dotąd ieszcze cało was prowadzi —Iako was zawsze w swey opiece chował,Tak w tych trudnościach teraz o was radzi.Każdy z was w rychle będzie Mu dziękowałZa łaski, które czyni Swey czeladzi;Przeto cierpliwie znoście te niewczasy,A na szczęśliwsze chowaycie się czasy“.

Wiele inszych słów takowych używał,Ciesząc żołnierze swoie skłopotane,A wielkie twarzą wesołą pokrywałTroski y serce swoie zfrasowane.Myślił sam sobie y rady zdobywał,Iako miał woysko pożywić zebrane,Iako egipską armatę odwrócić,A iako zbóyce Araby okrócić.

Lecz z drugiey strony, w mieście oblężonychDaleko lepsza nadzieya cieszyła:Bo, krom dostatków dawno nawiezionych,Nocą żywności wprowadzili siła.Koło murów też słabych y zwątlonychWielka moc ludzi ustawnie robiła;Zbyt miąższe barzo y wysokie stoyą,I naytęższych się taranów nie boyą.

Król sam, skończywszy mury od pułnocy,Potem zaś baszty narożne warowałDla bespieczeństwa y dla więtszey mocy,Ziemią ye z gnoyem napoły — fasował.Płatnerzom zbroye y we dnie y w nocy,Z wielką pilnością robić rozkazował.Kiedy się tem król utroskany bawił,Argant się przedeń w oney dobie stawił.

„Długoż — pry — nas chcesz trzymać w tem więzieniuY między temi zawierać murami?Widzęć ia pilność w rynsztunków robieniu.Słyszę, że młoty brzmią z nakowalniami.Na cóż to? kiedy, nam ku obelżeniu,Nieprzyiaciel się wrywa przedmieściami.Nikt się iem oprzeć nie śmie z naszych ludzi,Y nasza trąba ze snu ich nie budzi.

Tak swe obiady y sny nieprzerwane,Właśnie, iako w swych domach — odprawuiąWieczerze u nich rzadko nie piiane,Wysypiaią się, wycieczek nie czuią.Y tak nas wrychle tu pozamykane,Głodem y samem niewczasem zwoiuiąY umrzeć musiem nikczemnie po chwili,Ieśli nas pomoc z Egyptu omyli.

Ia sie z mey strony, królu, opowiadam,Że końca nie chcę tak obelżywegoY tak sromotney śmierci; zaraz wsiadam,Ani tu dnia chce czekać iutrzeyszego.Wyrokówci ia niebieskich nie badam,Niech będzie, co chce, z przeyźrzenia wiecznego:To wiem, że umrę szablę w ręku maiąc,Sławy y śmierci poczciwey szukaiąc.

Ale ieśli co w sercach naszych żywięChęci do sławy nieoszacowaney —Nie tylko umrzeć mężnie i uczciwie,Alebym się też spodziewał wygraney.Wsiadaymy na koń, iedźmy nie leniwie,Sprobuymy szable dawno zapomnianey!W naygorszych raziech — tak to powiadaią —Nayśmielsze rady naylepsze bywaią.

A ieśliście też nie tak barzo śmieliY nie tak wiele siłom swym ufacie,Abyście z woyskiem wszystkiem wyniść mieli —Na dwu rycerzów, lepiey, że to dacie.Niech chrześcianie, ieśli będą chcieli,(Bo tego słusznie pozwolić iem macie)Broń obieraią, niech mieysce wydadząY te sposoby, które się iem zdadzą.

Bo nieprzyiaciel, ieśli iednę duszęY dwie ma tylko ręce, iako drugi —Ia nieomylnie swey wygraney tuszę,Ieśli mię do tey użyiesz posługi.Przeto cię proszę, niech kopiją kruszę,Tak się ten zaciąg — skończy prędzey — długi.Nie zawiodę cię, daiąc rękę na to,Y przyrzekam ci y ślubuięć za to“.

Król mu krótkiemi odpowiedział słowy:„Choć mnie tak widzisz starem y szedziwem,Nie takem słaby, nie tak niegotowy,Nie takem — iako mniemasz — boiaźliwem,Abych, tak barzo miał chronić tey głowyY chciał sposobem umrzeć obelżywem.Kiedybym się bał iakiey znaczney szkody,Albo przyść na mię miały iakie głody.

Lecz, żebyś wiedział, dla którey przyczynyMyślę się z woyskiem do czasu zawierać:Soliman [o czem pewne mam nowiny]Z Niceey do mnie począł się wybieraćY kazał aż od libiyskiey krainyHufce Arabów rozproszone zbierać,Na chrześciany chcąc uderzyć w nocy,Wprowadzić żywność y dać nam pomocy.

Że nieprzyiaciel trzyma zamki małeY drobne miasta w okoliczy szkodzi,By tylko było Ieruzalem całe.Y ta stolica — niech cię nie obchodzi.Przeto skróć na czas zamysły wspaniałe;Nie tak głęboko w rzeczy patrzą młodzi,Schoway swe na czas pogodnieyszy męstwoSobie na sławę, a mnie na zwycięstwo“.

Gniewał się ponno Argant w oney dobie,Nie barzo tam rad beł Solimanowi,Nieprzyiaciółmi zawżdy byli sobie;Zaperzywszy się, odpowie królowi:„Mnie milczeć o tem należy, a tobieUczynić, co chcesz — lecz to rozumowiPrzeciwna, aby ten, co państwa swegoNie mógł obronić, obronił cudzego.

Niech przydzie, iako wyprawiony z nieba,Wyswobodzić was z tego obleżenia;Niech wam wprowadzi żywności y chleba,Niechay was z tego wyzwoli więzienia.Mnie niczyiego ratunku nie trzeba,Iuż wy tu siedźcie, a ia pozwoleniaProszę: niech w połę iadę, nie od ciebieKruszyć kopiją, ale sam od siebie“.

A król mu na to: „Rycerzu cnotliwy,Wolałbym cię był na inszy czas chować,Ale, iżeś tak boiu barzo chciwy,Pozwalam na to, niechcę cię hamować“.Za temi słowy Argant ukwapliwy,Na poiedynek pocznie się gotowaćY przyzwanemu rzecze trębaczowi:„Iedź, a przy wszystkich powiedz Goffredowi:

Że ieden rycerz, którego to boli,Że go za temi trzymaią murami —W przestronem polu — a nie w mieście — woliPopisować się z swoiemi siłamiY że go uyźrzy, gdzie na to pozwoli,W równi, pod swemi zaraz obozami;A że wyzywa na rękę, któregoMa w swoiem woysku co namężnieyszego.

Y tak powiada, że tego dowiedzie:Nierzkąc się z iednem y dwiema probować,Niech po trzech, czwarty y piąty wyiedzie,A po iednemu maią następować.Tego, co przegra, niech zwyciężca wiedzie:Ieśli go też chce wolnością darować —Wolno mu będzie“. Tak mu roskazował,A trębacz się też zaraz wyprawował.

Przyiechawszy tam, kędy przy HetmanieCo nayprzednieysi siedzieli wodzowie:Beł prowadzony y począł: „O panie!Pytam, dacieli mieysce wolney mowie?“Odpowie Goffred: „Nic ci się nie stanie,Wszędzie bespieczni bywaią posłowie“ —„Więc powiem — prawi — cierpliwie słuchaycieA na pana się, nie na mię — gniewaycie“.

Potem poselstwo tak bardzie sprawowałY tak zuchwale, że ci co słuchali —By ich beł samże Hetman nie hamował —Podobnoby mu byli nie wytrwali.Goffred po sobie sam niepokazowałGniewu, rzekł tylko: „Barzoście zuchwali,Powiedz, że piąty pewnie się nie stawi —Kto wie? ieśli go pierwszy nie odprawi.

Niechże nie mieszka, a Goffred ślubuie,Że bez zasadek da mu wolne poleY iednego z swych stawić obiecuiePrzeciwko niemu, w rozmierzonem kole“ —Trębacz się zatem nazad wyprawuie,A ostrogami konia w boki kole;Wiechawszy w miasto, poszedł ukwapliwyTam, gdzie go czekał Argant boiu chciwy.

„Gotowi się bić — prawi — chrześcianie,Nie baw się więcey, a odziey się zbroią.Nie tylko ci, co blisko przy Hetmanie,Ale y mnieyszy, znać, że się nie boią.Zuchwałe iem się zdało twe wskazanie,Wszyscy się pychą urazili twoią;Wierzyć iem strony bespieczeństwa — możem,Plac między miastem, a między obozem“.

Wziął na się zbroię Argant nie mieszkaiąc,A pałasz przez się zawiesił na bindzie;Król, chrześcianom nie bardzo dufaiąc,Kazał go przedsię prowadzić Kloryndzie:„Dla bespieczeństwa, pilne oko maiąc,Niechay — pry — z tobą tysiąc iazdy wyńdzie,A kiedy mu się bić przydzie samemu,Zdaleka stanąć każ ludowi swemu“.

A w tem ci, co go z miasta prowadziliNa plac, który beł na to naznaczony,Wszyscy we zbroiach z bramy wychodzili,A wprzód szedł Argant świetno ustroiony.Plac ten od miasta w ćwierci leżał mili,Wszystek odkryty y nie zasłoniony,W równi, która się do tego tak zdała,Iakoby się też umyślnie szukała.

Na oczu woyska — sam ieden — wszytkiegoStanął tam Argant, Argant urodziwy,Z serca mężnego, z wzroku ogromnego,Z szerokich plecu, srogi y straszliwy;Do Encelada y philistyńskiegoMęża podobny, a wzrok niósł gniewliwy,Ale się z niem bić przedsię wszyscy chcieli,Bo iego siły ieszcze nie widzieli.

Ieszcze był w ten czas Goffred nie mianował,Kogo miał na to obrać między swemi —Tankreda iednak każdy upatrował,Przyznawaiąc mu męstwo przed inszemi,Y w rycerskiem mu dziele ustępował,Kładąc go między co nadzielnieyszemi;Y w głos iuż o tem y wielcy y mali,Po wszystkiem prawie obozie szemrali.

To beło wszystkich zdanie o Tankredzie,Poiedynki mu były nie nowina,Toż rozumienie beło y w Goffredzie.„Iedź — prawi — okróć tego poganina —Tankred wesoły zaraz w pole iedzie,Szczęścia mu dobra winszuie drużyna,Która go piękney pełnego ochotyWyprowadziła w pole za namioty.

Od tego placu daleko był ieszcze.Na którem z sobą w on czas czynić mieli —Gdy iuż pociechę swoię serce wieszczeCzuło, bo piękna bohatyrka w bieliNagle się na to podemknęła miesce;Nigdyście śniegów bielszych nie widzieli,Iako ta szata, co na zbroi miała,A z szyszaka twarz wszystkę ukazała.

Obaczywszy ią więcey nie pilnuie,Gdzie go na placu czeka Argant śmiały;Ale po mału za nią następnie,Aż się nakoniec stawa skamieniały.Mróz z wierzchu, wewnątrz srogi ogień czuie,Stoi na mieyscu podobien do skały,Wlepiwszy w nię wzrok i czyni postawę,Że z Cyrkaszczykiem niedba o rosprawę.

On też uyźrzawszy, że nikt przeciw niemuNie idzie w szranki y nie chce się ruszyć,Woła: „Cóż to iest? wżdy każcie któremuStawić się na plac y kopiją kruszyć!“Tankred nie słyszy y oku chciwemuWoli dać obrok y wnątrz serce suszyć;W tem Otton wodze wypuścił koniowiY skoczył na plac przeciw Argantowi.

Otton beł ieden, który się napierałCzynić z Argantem, z inszemi zacnemi;Z Tankredem potem o to się nie spierałY prowadził go z obozu z drugiemi.A teraz słysząc, że Argant wywierałY słowy nasze lżył uszczypliwemi,A że się Tankred zapomniał bez mała —Porwał pogodę, która się podała.

Nie tak lew młody, kiedy byka zoczył,Bieży do niego, głodem przemorzony —Iako na ten czas Otton rączo skoczył;Argant do niego także z drugiey strony.Dopiero Tankred nazad koniem toczył,Iako z twardego spania obudzony —Woła nań: „Postóy, mnie się bić należy!“Nie słyszy Otton y potkać się bieży.

Zastanowił się, a oczy mu obiePałały, bo był srodze rozgniewany:Że go uprzedził — za bańbę ma sobie;Widzi, że wielkiey nie uydzie przygany.Wtem Cyrkaszczyka Otton w oney dobieUderzył drzewem w szyszak hecowany,A on mu paiż wprzód, a zbroię potem,Za iednem razem ostrem przebił grotem.

Barzo się Otton nieborak omylił,Bo wypadł z siodła, nad mniemanie swoie;Ale poganin ani się nachylił,Bo był mocnieyszy pewnie tyle troie.Potem się z konia do Ottona schylił,Mówiąc mu hardzie: „Day się w ręce moye,Dosyć masz sławy y możesz się chlubić,Żeś się bił ze mną y żeś mię chciał ubić“.

„Nie tak się prętko naszy poddawaią,Iako rozumiesz — Otton mu odpowie —Niech mię z nieszczęścia drudzy wymawiaią,Ia się chcę pomścić, albo stracić zdrowie“.W Argancie oczy płomieniem pałaią —Roziadł się, iak pies — y słów kilka powie:„Poznayże — prawi — iaka moia siła,Kiedyć y dobroć y ludzkość nie miła“.

Ledwie się Otton na nogi postawił,On konia zwarwszy natrze na pieszego;Uskoczył Otton y zaś się poprawiłY bronią boku dosiągł mu lewego.Prawda to, że miecz dobrze w niem ukrwawił,Lecz bez pożytku y skutku żadnego;Bo nie osłabiał namniey z oney rany,Ale był duższy — Argant rozgniewany.

Zatrzymał konia y nazad go wróciłY na Ottona, iako ptak, przypadnie,Że się nie postrzegł, kiedy się obróciłY tak mu przyszło potrącić go snadnie.Tem potrąceniem zaraz go ukrócił:Drżą mu kolana, twarz mu wszystka bladnie,Leci do ziemie, zatem się powalił;Tak twardy był raz, który go obalił.

Sroży się Argant, piersi leżącemuPodeptał, zwarwszy konia ostrogami,„Tak będzie — woła — każdemu hardemu,Iak temu, co mi leży pod nogami“.Dopiero Tankred koniowi swoiemuNie da stać, ale popuści wodzami;Żal mu Ottona, widzi, że źle sprawił,Radby się po swem występku poprawił.

Z wielkiem ku niemu poskoczy okrzykiem,Na rączem koniu, głosem nań wołaiąc:„Ty, psie pogański, co się okrutnikiemCzynisz nad więźniem, w ręku go trzymaiąc.Znać to po tobie, żeś był rozbóynikiem,Nawykłeś tego z Araby zbiiaiąc;Nie godzieneś tey słoneczney światłości,Dla swoiey dzikiey, zwierzęcey srogości“.

Ostatek Tankred Marsowi poruczy,Cyrkaszczyk zgrzyta, ściska z gniewu zęby,Chce odpowiedzieć, ale tylko mruczy,Niezrozumiany dźwięk mu pada z gęby.Iako więc obłok w niepogodę huczy,Z którego piorun wypada trozęby —Tak każde słowo Argantowe było.Zdało się, że grzmi — kiedy wychodziło.

A kiedy oba z onego łaianiaWzaiemnego, gniew w sobie pobudzili,Tak ten, iako ów, rączo do potkaniaSzli y obadwa do siebie skoczyli.Wy mi, o Panny, daycie do śpiewaniaGłos tey woienney równy krotofili —Wy samy rymy prowadzcie niegodne,Niech będą z dzieły tak wielkiemi zgodne!

Wielkie w rzemiennem drzewa niosąc toku.Poszli do siebie oni dway rycerze;Takiego biegu, albo raczey skokuNie było nigdy w żadnym bohaterze:Bo, bez wątpienia, niedościgłe oku,Ledwie tak leci wystrzelone pierze;Drzewa się obie o zbroie złamały,Skry szły, a trzaski pod niebo leciały.

Dźwięki z tych razów po różney się stronieY po przyległych górach rozlegały,A samem głowy, ani pyszne skronie,Ani wyniosłe czoła nie zadrżały;A tak się oba uderzyły konie,Że, iako zdechłe, na pował leżały —Których skoro tak obadwa pozbyli,Od boków mieczów ogromnych dobyli.

Ostrożnie niosą rękę, oko, nogę,A wzaiem sobie obadwa nie wierzą;Co raz nayduią do ran nową drogę,To w łep, to w piersi, to do brzucha mierzą;A podawaiąc omylną przestrogę,Nie tam, gdzie mierzą, lecz indziey uderzą —To wprzód, to pozad kroków pomykaią,A czasem się, chcąc, sobie odkrywaią.

Ukazał Tankred bok tarczą odkryty,Znać beło, że był ćwiczonem szermierzem —Wyniósł się z mieczem Argant iadowity,W tem bok swóy lewy odsłonił puklerzem;Tankred miecz odbił tak, że raz odbitySzedł wniwecz — y wraz dosiągł go koncerzemY wskok się cofnął y stanął zaś w kroku.A temu pluszczy krew z rannego boku.

Poczuwszy Argant, że iuż beł raniony,Y namacawszy znaczną w boku dziurę,Zrże się sam w sobie y iako szalonyMiece się, czuiąc zdziurawioną skuręY wściekłem, iak pies, gniewem zapalony,Wyniózwszy y głos y miecz wielki wzgurę,Z obu rącz nań tnie; on w tem ranę nowąZadał mu w ramię, drugi raz sztychową.

Iako, na Tatrach, wieprz dziki poszczwany,Widząc na sobie zsiadłe ze krwie lepy,Krzywemi kłami — wielkie tocząc piany —Gwałtem się miece y drze na oszczepy,Tak Argant ranę odniózwszy do rany,W niebespieczeństwo idzie, iako ślepy;Y tak na pomstę biegł nieokrócony,Że swoiey własney zapomniał obrony.

Co iedno miał sił w sobie w oney dobie,Wszystkie gromadzi y w kupę ie ściska;A mieczem, który beł na ręce obie,Iako piorunem po powietrzu błyska.Drugi iuż wytchnąć nie ma iako sobie,Bo nań śmiertelne raz w raz razy ciska,Tak wielkiey mocy żadne strzymać sztuki,Żadne szermierskie nie mogą nauki.

Długo iuż czeka Tankred nademdlony,Aza się kiedy poganin zmorduie;Czasem się składa, czasem przez zagonyNa koło mu się rączo ustępuie.A widząc, że ów trwa nieprzełomionyY co raz barziey siekąc, następuie —Z obu rącz mieczem, także nie przestaiąc,Siekł, iako y on, nie odpoczywaiąc.

Iuż umieiętność za nic prawie stoi,Na siłach zgoła należało wiele,Za każdem cięciem blachy miecz ukroi:Albo w niey dziura, albo rana w ciele;Pot płynie z czoła, krew ciekąc po zbroiMiesza się w piasku y suchem popiele;Miecze się, iako pioruny błyskały,Zbroie od razów, iako nieba grzmiały.

Bohatyrowi swoyemu życzliwi,Patrzą z niezmierną boiaźnią poganie;Z niemnieyszem strachem y nie mniey wątpliwiCzekaią także końca chrześcianie.Y ci y owi, równo boiaźliwi,Nikt nie rozdziewi gęby, patrząc na nie,Żaden nie trunie, żaden się nie ruszy,Tylko, że się kęs rusza serce w duszy.

Iuż się obadwa byli zmordowaliY podobnoby koniec beli mieli,Ale noc zaszła, że ci co patrzali,Nic albo mało — choć zbliska — widzieli.W tem araldowie dway na plac wiechali,Którzy ie rozwieść y rozwadzić chcięli;Co z tamtey strony, Pindorem go zwano,Chrześciańskiemu Arydeus dziano.

Tych taka wolność, taka iest ustawa.Że laski swoie kładą miedzy miecze;Taki z zwyczaiu i dawnego prawa,Bóy nagorętszy rozwiedzie y zwlecze.„Równiście sobie, zła w pociemku sprawa,Przestańcie się bić — Pindor pierwszy rzecze —Widzicie, że mrok ciemny następuye,Niech odpoczynek swóy noc zachowuye:

Wszystkie zwierzęta pokóy w nocy maią,A dnia się do prac iasnego używa;Wspaniałe serca o dzieła nie dbaią,Które ciemnością swoią noc pokrywa“.Odpowie Argant: „Mnie y w nocy znaią,Niech kiedy kto chce sobie odpoczywa,Ia ztąd nie ziadę y bić się z niem będęTak długo, aż mu na gardle usiędę;

Chybaby przysiągł, że tu zaś przyiedzie“.A Tankred na to: „Ia też nie odiadę,Aż mi przysięże, że więźnia przywiedzie,A na rozczętą stawi się biesiadę“.Przysiągł Cyrkaszczyk zaraz po TankredzieTak araldowie odłożyli zwadę,A żeby one rany wyleczyli,Szósty do bitwy dzień im naznaczyli.

Tak straszny y tak poiedynek srogiZostał pamiętny u oboiey strony:Nie bez wielkiey go wspominaią trwogiY nie tak rychło będzie zapomniony;Pełne takich mów y domy y drogi,Iako ten y ów beł w boiu ćwiczony;Lecz komu więcey przyznawać się miało —Różnie pospólstwo sobie rozbierało.

Wszyscy czekali y o tem mówili,Co się za koniec naostatek stanie;Ieśli gniew wściekły y szaleństwo, czyliMęstwo y dzielność na placu zostanie.Ale naywięcey trapi w oney chwiliErminią to przyszłe ich potkanie;Bo samey siebie część lepszą widziała,Że tam na Marsie wątpliwem wisiała.

Kassana oyca Erminia miała,W Antyochiey co przedtem panował;Potem się w łupie zwyciężczy dostała,Kiedy królestwo ono opanował;Wszelaką ludzkość po Tankredzie znała,Wielką iey łaskę zawżdy pokazował:Pańskie — w upadku oyczystey stolice —Miała chowanie, a nie niewolnice.

Czcił ią, ważył ią, iako się godziłoWażyć w królewskiem stanie urodzoną;Perły y złoto y co skarbów było,Dał iey y wolność nawet utraconą;Co ią tem bardziey ieszcze pobudziło.Że wpadła w miłość dla niego szaloną —A taką miłość, że podobno więtszeyY nigdy w nikiem nie było gorętszey.

Tak, chocia ciało darował wolnością,Serce y dusza w niewoley została.Z gęstemi łzami, z okrutną żałośćią,Swoiego pana, nędzna, zostawiała.Ale choć taką pałała miłością;Na swe uczciwe tak się oglądała,Że matkę, w leciech podeszłą niebogę,Poiąwszy z sobą, puściła się w drogę.

Do Ieruzalem naprzód się trafiła,Gdzie ią król przyiął y chował przy sobie.Prętko iey potem matka ustąpiłaY po niey tamże chodziła w żałobie.Ale ani żal, że matki pozbyła,Ani wygnanie mogło w oney dobieOnę iey miłość z serca wykorzenić,Albo iey ulżyć, albo iey uplenić.

Gore nieboga, okrutnie miłuie,A żadney nie ma nadzieie w miłości;Coraz się więtszy ogień w niey zaymuie,Dosiągł iuż wszędzie wysuszonych kości;Ztąd, że go taić w sobie usiłuie.Barźiey się żarzy y szerzy w skrytości;Ale w niey martwe nadzieie ożyły,Gdy z woyskiem przyszedł pod miasto iey miły.

Gdy chrześciańska moc następowałaY szły chorągwie pod miasto rozwite,Wszystkich okrutna trwoga zdeymowała,Widząc narody obce rozmaite.Ona się sama tylko radowałaY z chciwem — między namioty rozbiteY między zbroyne hufce — okiem lazła,Tak długo, aż gdzie Tankreda nalazła.

Podle pałacu była królewskiegoWysoka wieża, tuż przy samem murze.Z którey mógł przeyżrzeć do chrześciańskiegoObozu prosto tak, iako po sznurze.Tam Erminia od świtu ranegoDo samey nocy siadała na gurze,Tam chciwe myśli y oczy karmiła,Tam sama z sobą rozmowy czyniła.

Tam się y w ten czas strapiona puściła,Kiedy miał bydź on poiedynek srogi;A od boiaźni, która ią trapiła,Lękliwe serce drżało u niebogiY Mars wątpliwy, na który patrzyła,Czynił, że mdlała z oney wielkiey trwogi:Zawsze, kiedy się Cyrkaszczyk zamierzył —Czuła, iakby ią miecz w serce uderzył.

Potem, kiedy się tego dowiedziała,Że mieli znowu wrócić się do boiu;Łzy bez przestanku smętna wylewała,Z frasunku, z strachu, z żalu, z niepokoiu.Nakoniec iuż łez tak wiele nie miała,Ale na zimnem wsparwszy się podwoiu,Wzdychała, mdlała, czasem z mdłości padła,A wszystka srodze wyschła y wybladła.

Ieśli też kiedy oczy wypłakaneZawarła, albo iaki kęs usnęła,Widziała przez sen larwy, że w zamianęRadaby bela śmierć za on sen wzięła.Czasem miłemu swoiemu zadaneRany uyźrzawszy, nagle się ocknęła,Co raz się przed nią ukrwawiony stawi —Tak nędzna płacze we śnie y na iawi.

Nie tylko serce y umysł niewieściPrzyszłego boiu kłół strach niewytrwany,Ale ią różne trwożyły powieściY Tankredowe niebespieczne rany.Po wszystkiem mieście beły takie wieści,Między chciwemu tych nowin pogany,Że niebespiecznie w onych ranach leżałY nie tuszyli, aby się wyleżał.

A iż od matki wzięła i wiedziałaIaką moc w sobie wszystkie zioła maiąY słowa pewne y rymy umiała,Które naiwiętsze bóle uśmierzaią —(Która nauka tam się więc chowałaW samych królewnach — iako powiadaią)Myśli, by iako pospołu bydź z choremY uleczyć go y bydź mu doktorem.

Zleczyćby sobie miłego życzyła,Y dać mu zdrowie, iako inszem wielem;A musząc leczyć Arganta, myśliłaOtruć go iakiem iadowitem zielem.Ale się ręka panieńska obroniłaZłych nauk, chocia nad nieprzyiacielem,Y chce z tey miary, aby nie ważyłyRymy — i zioła wszystkę moc straciły.

Nie bałaby się iść miedzy namiotyDo nieprzyiaciół, bo iuż nie raz woynyWidziała, niewczas i różne kłopotyCierpiała, żywot wiodła niespokoyny.Miała y serca i dosyć ochotyY umysł śmiały, tey płci nieprzystoyny,Nie wylękła się na strach ladaiakiY na przypadek zmężniała wszelaki.

Y tak iey w on czas dodawała tyleZła miłość — serca y męskiey śmiałości,Że afrykańskie między krokodylePoszłaby była okrom wątpliwości.O żywot namniey nic nie dbała, byleUczciwe całe miała przy czystości;Cnota y miłość, dway rycerze mężni,Spieraią się w niey, a oba potężni.

Ieden tak mówi: „O któraś me prawaPrzez ten czas wszystek y zakon chowała.Moia to praca y moia to sprawa,Żeś swe panieństwo wcale zachowała.Miałaś w niewoley dobrego przystawa,U nieprzyiaciół iam cię pilnowała —A ty ustrzegszy czystości w niewoley,Teraz ią stracić chcesz, będąc na woley?

Y tak rozumiesz, że to tytuł goły,Y cnotliwą być y dobrą rzeczoną;Chcesz między harde iść nieprzyiacioły,Lekkości szukać y bydź obelżoną.Potka cię tem kto: [a prawda na poły]Straciłaś cnotę pospołu z koroną,Ia nie dbam o cię; tak cię wypchnie z domuY da wzgardzoną zdobycz lada komu“.

Drugi tak mówi y wstyd ieszcze całyChce iey wyrazić słowy łagodnemi:„Nie z twardeieś się urodziła skały,Nie miedzyś źwierzmi urosła dzikiemi,Aby cię ruszyć miłości nie miałyY żebyś miała uciekać przed niemi —Chybabyś serce z żelaza ukowaćDać sobie chciała; co za grzech miłować?

Nie mieszkay a idź, gdzie cię chęć zawodzi,A nie wierz, aby miał bydź tak surowy;Coć to zawadzi albo coć zaszkodzi —Do zobopólney że z niem przyidziesz mowy?O sroga dziewko, takli się to godzi?Niechcesz koniecznie, aby mógł bydź zdrowy?Tylko nie skona ten, co go miłuiesz,A ty inszego leczysz y pilnuiesz!

Leczysz Arganta przedsię po staremu.Żeby go potem srodze zamordował;Takąż to masz dać wybawcy twoiemuNagrodę? co cię wolnością darował.Iakoć się służyć nie przykrzy tamtemu,A tego odbiec, coć się zasługował?Do któregobyś w lot ztąd bieżeć miała,Abyś go we złem zdrowiu ratowała.

Dobrzebyś była więtszey godna dzięki,Y prętkobyś się z tego ucieszyła,Kiedy byś mu ty sama z własney rękiLekarskiey, rany iego pogoiła,Y zbawiwszy go y bólu y męki —Do zdrowiabyś go pierwszego wróciła,A w twarzy byś się iego przeglądała,Y w tey piękności, którąbyś mu dała.

Do tego ieszcze miałabyś niemałąCzęść między iego wielkiemi dziełami.Y tak miłością zięci doskonałą.Zostalibyście sobie małżonkami.Y chodziłabyś, palcem ukazałąMiędzy pierwszemi wielkiemi paniamiWe włoskiei ziemi, kędy starożytniePrawdziwa wiara z piękną cnotą kwitnie“.

Tak długo iey zła miłość pochlebiała,Że na iey radzie nakoniec poległa;Ale w tem trudność wątpliwą widziała,Iakoby ztamtąd uszła y ubiegła.Straż się na koło wszędzie przechadzała,Która y murów y pałacu strzegłaY bramy wszystkie ustawnie zawarte,Bez wielkich przyczyn nie beły otwarte.

Pospolicie się z Kloryndą bawiła,Barzo się w sobie obiedwie kochałyY kiedy zorza z morza wychodziłaY kiedy gasła — pospołu bywały.Czasem, kiedy noc mrokiem świat okryła,Na iedney z sobą pościeli sypiały,Iedna się drugiey wszystkiego zwierzała,Okrom miłości, tę w sobie trzymała.

Tę Erminia tylko pokrywała,A maiąc często zapłakane oczy,Gdy o przyczynę Klorynda pytała,Wszystko na swóy stan składała sierocy.Z nią w towarzystwie ustawnie bywała.Wolno iey beło y we dnie y w nocyDo iey łożnice y do yey pokoiu,Lub z królem w radzie, lubo beła w boiu

Y przyszła tam raz y siedziała sobieChwilę, swe myśli sobie rozbieraiącY o swoiego skrytego sposobieWyszcia za miasto w pole — rozmyślaiąc.Kiedy tak długo stała w oney dobie,Umysł wątpliwy różnie obracaiąc,Z trafunku oczy rzuci na stół bliskiY uyźrzy zbroię swoiey towarzyszki.

Westchnąwszy, rzecze: „O błogosławionyStan cney dziewice w takiey szczęśliwości,Zayźrzeć iey muszę, nędzna z każdey strony,Nie płci panieńskiey chwały, nie gładkości —Ale, że iey nóg nie trudnią ogony.Gmach iey zawarty nie bierze wolności,Wychodzi, gdzie chce y chodzi we zbroi,A sromoty się żadney ztąd nie boi.

Czemu mię niebo, albo przyrodzenieTak nie stworzyło, iako tę dziewicę,Żebym te rąbki i miękkie odzienieMogła odmienić; w pancerz i przyłbicę,Pewniebym — maiąc na to pozwolenie —Wolała zbroię, niż tę iedwabnicę;W polubym zawsze pod niebem mieszkała,Znóy, deszcz, wiatr, zimno, wszytkobym wytrwała.

Pewnie, żebyś się pierwey był przedemnąNie bił z mem miłem, hardy Cyrkaszczyku!Pierweyby mu się przyszło potkać zemnąY podobnoby iuż był u mnie w łyku —Lekkąbyś beł miał, słodką y przyiemnąNiewolą u mnie, ty móy okrutniku;Y z twych powrozów y z twoiego węzła,Lżeyszyby beł móy, w któremem uwięzła.

Albobyś mię też w serce trafił grotemY umarłabym z tey rany zarazem,A dopierobym ozdrowiała potem,Zleczywszy miłość życzliwem żelazem;Y iużbym więcey nie myśliła o tem,Miałoby pokóy ciało z duszą razemY — a co wiedzieć — ieśliby mych kościNiepogrzebł, albo nie płakał z litości.

Lecz niepodobnych napieram się rzeczyY myśl, niestetysz, oszukiwam swoię,Iakosz to ma bydź y iako to grzeczy?Ladaczego się licha dziewka boię,A choć mi rozum pochlebia człowieczy,Mieczem nie władnę, nie udźwignę zbroie,Lękliwe serce, słaba moia siła...— Owszem udźwignę, by naycięższa była!

Gdzieby iey też me siły nie zdołały,Miłość ią na mię dźwignie y poniesie;Za iey zdarzeniem ieleń bywa śmiałyY mężnie rogiem w gęstem kole lesie.Iać się bić nie chcę, ale ieden małyFortel mi pono ta zbroia przyniesie:Chcę się Kloryndą udać y w postawieIey wyniść z miasta y pomóc tey sprawie.

Stróże y którzy bramy zamykaią,Puszczą ią zaraz — ile baczyć mogę —Wszystkie mię insze sposoby miiaią,Tę samę iednę widzę na to drogę;Miłość, fortuna, niech mi pomagaiąNiewinney zdrady y wiodą niebogę,Lecz to wykonać próżno przy Kloryndzie,Lepiey iść teraz, niż od króla wyńdzie“.

Naostatek iuż tak się namyśliła,

Y Kloryndzinę zbroię wynosiłaCicho do swego gmachu ukwapliwa;Łatwie się iey to zdarzyło: nie byłaZ nią tam na ten czas żadna dusza żywa.Noc też nadszedszy, dała pomoc snadną,Życzliwa tem, co miłuią y kradną.

A kiedy tylko małe światło daiąc,Gwiazdy świeciły, a noc pociemniała —W iedney się dawney słudze swey kochaiąc,Do pokoiu iey sobie zawołała;Z iednem lokaiem, któremu ufaiąc,Oboygu część swych myśli odkrywała:Że uciec musi — na to tylko składa,Ale dlaczego — tego nie powiada.

Lokay, kiedy się miała iuż wybierać,Wszystkie zgotował potrzeby ku drodze;Ona też zatem ięła się rozbieraćZ szaty, która szła do ziemie po nodze.Potem się w kawtan przeszyty ubieraćPoczęła, w którem przystało iey srodze;A tak się ubrać zarazem umiała,Że iey mało co sługa pomagała.

Piersi y szyię śniegowi podobnąOkryła w ten czas y swóy warkocz złoty,Nie szatą iaką miękką y ozdobną,Ale twardemi urobioną młoty;Rękę pieszczoną y przedtem swobodnąPrzyniewoliła do męskiey roboty:Dźwiga tarcz. Miłość śmieie się, na onoHerkulesowe wspomniawszy wrzeciono.

Ledwie nieboga zrazu stąpić mogła,Kiedy on ciężar tak wielki dźwigała,Ale iey panna służebna pomogła:Iakokolwiek się na niey podpierała.Potem, kiedy się spracowana zmogła,Miłość z nadzieią sił iey dodawała,Tak, że tam obie skwapliwie przypadły,Gdzie lokay czekał y na konie wsiadły.

Tak przebrawszy się zaraz poiechały,Naustronnieyszey trzymaiąc się drogi,Ale się z wielą przedsię potykały,A blask się w nocy z zbroie świecił srogi;Każdy zstępował, którego miiały,Nie bez boiaźni, nie bez wielkiey trwogi;Bo znak Kloryndzin straszny, chocia w cieniuY zbroyę znali przy białem odzieniu.

Acz się iey nie źle z początku powiodło.Przedsię się iakiey przeszkody boiała,Coś ią straszyło, coś ią w serce bodło,Że ią przygoda iaka potkać miała;Iednak do bramy śmiele szła y godłoDawszy, wrotnego łatwie oszukała:„Król mię śle w pole, co pręcey mię puszczay!Iam — pry — Klorynda, wzwód mi zaraz spuszczay“.

Głos białogłowski, podobny onemuGłosowi, którem Klorynda mówiła,Zdał się bydź własny Kloryndzin wrotnemu,Tak go udała y dobrze zmyśliła.Więc, ktoby beł rzekł, ktoby wierzył temu,Żeby ta mdła płeć we zbroi ieździła?!Tak wypuszczeni poiechali sami,Zakryci chrósty, albo dolinami.

A kiedy beli w dobrey ćwierci mili,Dopiero konia wodzą zawściągnęła.Mniemali, że iuż złe razy przebyliY że co więtsze zawady minęła;Ale dopiero myślić w oney chwili —Co iey wprzód na myśl nie przyszło — poczęła:Coraz to więtszą trudność naydowała,Którey, kwapiąc się, nie upatrowała.

Wielkie szaleństwo y głupstwo widziała,Tak po żołniersku iachać tam ubraną;To przedsięwzięcie y tę wolą miałaNieznacznie w obóz przyiechać nieznaną,A swemu tylko miłemu się chciałaDać znać, z czystością cało zachowaną;Przeto stanąwszy, lokaia przyzwała:Wrzkomo to iuż bydź ostroźnieyszą miała.

„Idź wprzód przedemną do chrześciańskiegoObozu, ale spiesz się y bież sporo,Tam się dopytay do TankredowegoNamiotu zaraz, kędy leży choro;Powiedz, że yedna dla niebespiecznegoZdrowia iego chce przybyć tu, a skoroOn będzie przez nię zdrowy, za nagrodęMa iey dać pokóy, wolność y swobodę;

A że mu dufa, że ią w mocy maiąc,Nie uczyni iey żadney zelżywości.Będzieli więcey chciał wiedzieć, pytąiąc —Mów, że ni o czem nie masz wiadomości;A ia tu sobie tak odpoczywaiąc,Będę cię czekać nie bez teskliwości“.Tak go uczyła, a on się nie bawił,Biegł, iakoby mu skrzydła kto przyprawił.

Do obozu go zarazem puszczono.Bo ten lokay beł sprawny y bywały;Tankredowe mu także ukazanoTo stanowisko, gdzie leżał zchorzały.Odniósł mu wszystko, co mu rozkazanoY wracał się wzad — gdzie obie czekały —Z tem, że ią wdzięcznie chciał przyiąć i miałaBydź zataioną inszem, iako chciała.

A w tem tak małey znieść nie mogła zwłoki,Frasowała się, że się długo bawił:Liczyła cudze sama w sobie kroki.„Iuż — prawi — doszedł, iuż poselstwo sprawił“.Potem na wzgórek wiechała wysoki.Tusząc, że idzie y że się odprawił;A kiedy go tak pilno wyglądała,Nieprzyiacielskie namioty uyźrzała.

Noc na się była rąbek z gwiazd włożyła,A niebo iasne świeciło pogodnie —Iuż y Cynthya pełna prowadziłaSwe złote wozy między mnieysze ognie;Erminia też swoie rozłożyłaPospołu z niebem, gorące pochodnie,Czyniąc ich świadkiem życzliwe milczenieY nieme pola y miesięczne cienie.

Patrzy na obóz, cieszy się nadzieiąY mówi z sobą: „O! piękne namioty,O! iako miłe wiatry od was wieiąY niezwykłey mi dodaią ochoty;Niechay mię wierzchy wasze przyodzieią,Niech ze mnie zdeymą te ciężkie kłopoty,Bo pewnie, ieśli pod niemi nie będę,Żywot położę y zdrowia pozbędę

Przyimcie mię! a niech doznam tey litości.Którą mi miłość po was obiecała,Y doświadczoney przedtem łaskawości,Którąm w niewoley po swem panie znała.Nie chcę straconey od was maiętnościY abym znowu królową została —Wielką mi łaskę, wielką pokażecie,Kiedy mi służyć u siebie każecie“.

Tak do nich mówi, a nie myśli o tem,Iako Fortunę miała iadowitą.Miesiąc pogodny swem promieniem złotemBił z nieba z góry w zbroyę niezakrytąY odtrącony zasię od niey potem,Światłość daleką posyłał odbitą;Więc po poświecie szata się bielała,A na szyszaku tygrys się błyszczała.

Iako zły los chciał, rotmistrze ćwiczeniStraży tam beli w tych mieyscach zawiedli;Polifern, Alkandr, bracia dwa rodzeniStarszemi beli y te ludzie wiedli;Pilnuiąc tego, aby SaraceniZ pola do miasta bydła nie nawiedli.Że lokay z strażą pominął się oną —Musiał daleko obbieżeć gdzie stroną.

Polifern młodszy, któremu zabiłaOyca Klorynda czasu niedawnego,Rozumiał, że to ona sama była,Zayrzawszy stroiu zwykłego białegoY ztąd, gdzie się straż była zasadziła,Konia w tą stronę obracał rączegoY krzycząc głosem, biegł na Erminią,Prętkiey chciw pomsty z złożoną kopiją.

Iako więc ieleń na puszczy pierzchliwy,Kiedy z pragnienia szuka swey ochłody,Tam, gdzie przy skale strumień widzi żywy,Znienagła idzie bespieczny do wody;A ieśli na psy wpadnie, gdy leniwyMiędzy leśnemi napić się chce chłody —Skoczy y nazad bieży wylęknionyY zapomina, że beł upragniony:

Tak y ta będąc srodze upragnionaZ skrytego ognia gorącey miłości,Y tusząc zgasić pragnienie — strapiona —W swego miłego przyszłey obecności;Teraz, nieboga, będąc omylonaY słysząc groźby niespodzianych gości —Siebie y pierwszey zapomina chęciY uciekaiąc, bieży bez pamięci.

Ucieka nędzna, a swoiego koleZe wszytkiey mocy konia ostrogami;Panna służebna tuż za nią przez pole,A Polifern ie goni z żołnierzami.W tem się skradaiąc niziną przy dole,Z późnemi lokay wracał nowinami;Widzi pogonią wielką za swą paniąY ucieka też, w różną stronę, za nią.

Alkander mędrszy, Polfernów rodzony,Za Kloryndę ią własną także maiąc,Nie chciał iey gonić, ale utaionyW chróście się na nię zasadził, czekaiąc;A z iego ludzi ieden wyprawiony,Biegł do obozu zarazem znać daiąc,Że stądstad do miasta żadnych nie pędzono,Ale Kloryndy samey postrzeżono

Y że tam sobie wszyscy tak mówili,Że ona maiąc hetmańską buławę,Nie darmo z miasta wyszła w oney chwiliY wzięła na się sama tę wyprawę;Przeto, niechayby ostrożnemi byli,A pilne oko na tę mieli sprawę,Iako to skoro do obozu doszło,Po wszystkiem woysku zaraz się rozniosło.

Tankred nowiną pierwszą przerażony,Kiedy do iego przyszła wiadomościŚwieża wieść ona, myślił utrapiony,Że się dla niego wdała w te trudnościY w pancerz tylko lekki obleczony,Troski y wielkiey pełen wątpliwości,Wsiadszy na swóy koń, wodze mu wypuściłY we wszystkiem się biegu za nią puścił.

W tem Erminia, nieboga, zmartwiała,Y bez pamięci biegła w onem czesie,Wodzę puściwszy, za łęk się trzymała,A koń ią, gdzie chce po krzewinie niesie.Y to tam, to sam, nędzna uciekałaPo różnych drogach i po gęstem lesie,Że naostatek z oczu ią straciliCi, co się za nią w pogonią puścili.

Iako po długiey pracey zmordowani,Charci się nazad do smyczy wracaią,Kiedy iem zbędzie z pola prętka łani,Którą ogonić w chróście trudno maią —Tak ci daremno oną spracowaniPogonią, w ten czas barzo się sromaią,A ona przedsię co nadaley stroni,Ani wzad weyźrzy, ieśli ią kto goni.

Całą noc y dzień cały uciekałaPo różnych ścieżkach y po różney stronieY nic, okrom swych wrzasków nie słyszała,W straszliwey lasu głuchego zasłonie;A kiedy ciemna noc ustępowałaY dzień wyprzągał z wozu swoie konie,Nad Iordanową wodą z konia zsiadłaY poszła na brzeg y tam się układła.

Ieść nie pomyśli, ale kłopotamiY swem nieszczęściem utrapiona żyie:Płaczem nieboga y gęstemi łzamiKarmi się tylko y łzy same piie;W tem ią sen swemi obłapił skrzydłami,Pod które troski y frasunki kryie,A miłość przedsię, iako y na iawiWe śnie ią trapi y we śnie ią bawi.

Nie ocknęła się, aż kiedy słyszałaDrobnego ptastwa wesołe śpiewanieY wody, która cicho się ruszała,Ku dniowi z wiatry lekkiemi igranie;Podniózwszy oczy, przy stronie uyźrzałaDomki, ubogich pasterzów mieszkanie,A między wodą y lasem się zdało,Że ią coś znowu do płaczu wołało.

Ale on iey płacz nieuhamowanyZastanowił się od dźwięku nowego,Który się zdał bydź z piszczałki zmieszanyY z pasterskiego śpiewania prostego;Postąpi daley do chróścianey ścianyY uyźrzy w cieniu pasterza starego:On plótł koszyki, stado pasąc swoie,A przed niem śpiewa chłopiąt małych troie.

Uyźrzawszy zbroię, poczęły przez płotyUciekać w gęstwę dzieci wylęknione;Erminia iem włos ukaże złotyZ hełmu y oczy do śmiechu skłonione.— „Nie przerywaycie — prawi — swey roboty,Skończcie śpiewanie y rymy uczone,Szczęśliwi ludzie! a wiedzcie, że moia —Woyny nie niesie waszey pieśni — zbroia.

Ale to u mnie, oycze, wielkie dziwy,Iako po wszytkiey kiedy Palestynie,Żołnierz tam y sam biega drapieżliwy —Ty tak bespiecznie mieszkasz w tey krainie“.Na to iey pasterz powiedział szedziwy:— „Minął mię dotąd y da Bóg, mię minieŻołnierz w tych lesiech, ani tu o woynieSłychać y dotąd mieszkam tu spokoynie.

Lubo to nieba sprawuią życzliwe,Że tu pasterza niewinnego bronią,Lubo — iako więc pioruny straszliweWysokie wieże pospolicie gonią —Tak y łakomych żołnierzów krwie chciweSzable przed nędzą y ubóstwem stronią,A na królewskie tylko ważą głowyY gdzie łup wiedzą bogaty gotowy.

Łatwiey się w swoiey chudobie ukryię,Skarbów y żadnych nie chcę maiętności —Wolno bez troski y kłopotu żyię,W sercu niezbędney nie noszę chciwości;Z przeźroczystego zdroiu wodę piię,To moie skarby, to me szczęśliwości!Z tego ogródka mam swe wyżywienieY z tego bydła moye dobre mienie.

Małą się rzeczą ludzkie przyrodzenieObeydzie zawżdy y człowiecze zdrowie;Czeladzi me mam, ci tylko przy żeniePilnuią bydła moyego — synowie;Mam swe uciechy: tu dzikie ielenie,Tu wyskakuią przedemną kozłowie,Ptacy bespieczni przedemną śpiewaią,Ryby bespieczne po wierzchu pływaią.

Beły te czasy, ieszcze w miodem lecie,Kiedy baczenia u człowieka mało,Żem też umyślił wędrować po świecie:Paść mi się bydła w oyczyźnie nie chciało;Chwilem żył w Memphim y w tamtem powiecieSłużyć mi się też królowi dostałoY chociam tylko ogroda pilnował,Wiem, co dwór umie, bom go też skosztował.

Długom był śmiałą nadzieią bogaty,O iakom wytrwał y wycierpiał siła!Ale z młodszemi iako skoro laty,Próżna nadzieia ze mnie ustąpiła;Płakałem długo, wspominaiąc na tyOyczyste mieysca y to moia byłaOstatnia wola, żem dwory opuścił,A na ten żywot spokoynym się puścił!“

Gdy Erminia oney słodkiey mowyY słów starego pasterza słuchała,Swoich trosk wielkich y kłopotów z głowyCzęść iakąkolwiek sobie wybiiałaY w swem nieszczęściu ratunek gotowyWziąć w onych skrytych lesiech zamyślała,Chcąc w nich tak długo mieć swoię zabawę,Ażby się szczęście wróciło łaskawe.

Y pocznie mówić onemu starcowi:— „Szczęśliwyś trzykroć y błogosławiony!Żeś poznał, co złe y twemu stanowiSpokoyneś mieysce obrał z każdey strony;Skłopotanemu memu żywotowiŻycz też pokoiu — proszę — y obrony:Prziym mię do siebie! niech tu miedzy lasyZłożę na chwilę troski y niewczasy.

Y ieśliby cię miała chęć uwodzićDo złota, pereł — mam ich część przy sobieY gotowamci zarazem nagrodzićTwą dobrą wolą przeciw mey osobie!“W tem iey łzy z smętnych poczęły uchodzić— Iedna po drugiey — oczu w oney dobie,Gdy powiadała swoie doległości,A on słuchaiąc, płakał iey z litości.

Cieszył ią długo starzec, ale onaPocichu sama w sobie narzekała;Potem ią zawiódł, kędy iego żona,Podeszła w leciech, krosien pilnowała.Tak z oney twardey zbroie zewleczona,W gzło się y w tkankę taśmianą przybrała,Lecz okiem, stanem, postawą ozdobnąNie bardzo beła, pasterce podobną.

Podły on ubiór pańskiey nie zakrywaPowagi, ale ma iey w sobie wiele:Ta potłumiona gwałtem się dobywa —Lub owce pasie, lubo ogród piele,Lub z lasu bydło do domu zwoływa,Lub krosien, albo pilnuie kądziele;Lubo z motowidł na kłębki prządzionaZwiia, lub krowom wyciska wymiona.

Częstokroć, kiedy owce w południoweGorąco, w cienie y w chłody wegnała,W bukowe albo w drzewo iaworoweKochane imię nożem wkarbowała.Y swe miłości y przypadki noweNa skórach różnych drzew powyrzynałaY czytaiąc zaś one obiecadła,Łzy wylewała, wzdychała y bladła.

Z drzewy zaś potem mówiła niememi:— „Chowaycie w sobie, drzewa przyiaźliwe,Nieszczęsną miłość z kłopotami memi,W które mię wdały nieba nieżyczliwe!Odpocznieli kto pod chłody waszemi,Ukażcie mu łzy moie nieszczęśliwe —Że rzecze, moie czytaiąc przygody:Ach, złe za miłość tak wierną nagrody!

Może być, ieśli bogowie łaskawiNiewinnych prośby maią na swey pieczy —Że się tu kiedy móy niewdzięcznik stawi

Y nad moiem się grobem co zabawi,W którem ten zewłok położę człowieczy —Y późnych nad niem łez wyleie kilko,Albo — ieśli to siła — westchnie tylko.

Tak, ieśli dusza nie była szczęśliwaŻyiąc, szczęśliwsza po śmierci zostanie!Y czegom będąc nie dostała żywa,Móy zimny popiół pod ziemią dostanie!“Tak z niemem drzewem rozmawia troskliwa,A płacz iey częste przerywa wzdychanie.Temczasem Tankred, długo obłądzony,Daleko od niey w różne ieździ strony.

Zaraz z obozu biegł do przyległegoLasu przez pole za nią prosto w tropy,Lecz od gałęzia y liścia gęstego.Żadney na ziemi nie znać było stopy;A gdy iuż śladu nie widział bitego,Ani chałupy, ani żadney szopy —Nakłada ucha, ieśli w oney ciszyDźwięk albo tentent iaki gdzie usłyszy;

Ieśli się kędy suche liście kruszy,Albo na dębie, albo na sośninie;Ieśli się także albo zaiąc ruszy,Albo ptak iaki po gęstey krzewinie.Bieży tam wzawód nadstawiaiąc uszy,Aż naostatek, tam koń rączy kinie,Gdzie dźwięk usłyszy iakiś, na to mieyscePrzybiegł, a iasny miesiąc świecił ieszcze.

Przybiegł tam, kędy w gęstem leśnem cieniuZ skały przeyźrzysta woda wypadałaY daley bieżąc po drobnem kamieniu,Między pięknemi brzegami spadała.Tam począł wołać, ale przy strumieniuEcho się tylko głosem ożywała,A w tem iutrzenka swoye złote włosyUkazowała, raney pełne rosy.

Wzdycha żałośnie a nieba winuie,Że tak z niem sobie czyniły igrzyskaY nad swą panią zemścić się ślubuie— Gdzieby tam przyszła — tego pośmiewiska;Naostatek się powrócić gotuie,By mógł wybłądzić wzad do stanowiska,Wspomniawszy na dzień blisko naznaczony,Bić się z rycerzem od przeciwney strony.

Iuż noc iasnemu uchodziła dniowi,Poiechał daley y poyźrzy po oku:Aż w górę z dołu ktoś, kuryerowiPodobny, bieży ze wszystkiego skoku;Bicz trzymał w ręku na dół ku koniowi,Trąbka na sznurze wisiała u boku.Zastanowi go Tankred y przywitaY o drogę go do obozu pyta.

„Tam — prawi — prosto iadę, wyprawionyOd Boemunda“ — Tak oba iachali,Bo mniemał Tankred, że go stryi w te stronyWysłał do woyska. Potem przyiechali,Kędy ieziorem wielkim otoczonyBył mocny zamek y tam się udaliO tey godzinie, kiedy się zmierzkałoY słońce iasne w morze zapadało.

Zatrąbił w trąbę kuryer przed mosty,Zaczem spuszczono na dół wzwód drzewiany.„Do obozu — pry — ztąd gościniec prosty,Dziś się tu prześpiem, aż świt przydzie rany.Grabia z Kosence, dzień dopiero szósty,Wziął tu ten zamek szturmem pod pogany“.Tankred się murom wysokiem dziwuieY obronie się wielkiey przypatruie.

Nie dufa przedsię y zdaleka stoi,Myśląc o iakiey zdradzie w oney dobie,Lecz, iako ten, co śmierci się nie boi.Namniey tego znać nie daie po sobie;Dufa swey ręce, dufa mocney zbroi.Która iuż nieraz wytrwała na próbie,O poiedynku iednak wiedząc bliskiem,Nie radby się bił w onem czasie z ni-skiem.

Tak, naprzeciwko onemu zamkowi,Z którego był most do łąki przytkniony,Zatrzymał się kęs, zdradnemu wodzowiNiedowierzaiąc — łagodnie wabiony.W tem czasie na most przeciw TankredowiW zupełną wszystek zbroię obleczonyWyszedł ktoś srogi, który iadowitąMową nań wołał, a broń miał dobytą:

„Lubo umyślnie, luboś tu trafunkiemPrzyszedł w Armidy zawołaney kraie,Iuż ztąd nie wyńdziesz: złóż zbroię z rynstunkiem,Każdy tu wolne w pęto ręce daie;Wnidź do iey zamku, ale z tem warunkiem,Abyś iey prawa chował y zwyczaye,Ani sobie tusz więcey widzieć świata,Ale tu musisz bydź na wieczne lata.

Chybabyś przysiągł, że będziesz woiowałKażdego, co się od Chrystusa zowie!“Tankred, gdy mu się pilnie przypatrował,Poznał go zaraz po herbie, po mowie:Gaskończyk to był, Rambald się mianował,Który z Armidą iechał, białeygłowieDawszy się uwieść, iey być dworzaninemChciał y iey gwoli został poganinem.

Święty Tankreda zdiął gniew w oney dobie:„Iam — prawi — Tankred, o zdrayco bezecny!Iam dla Chrystusa miecz przypasał sobie,Iegom iest rycerz i ten twóy wszetecznyIęzyk chcę skarać; pokażę ia tobie,Żeć dzień dzisieiszy będzie ostatecznyY że mię niebo na to naznaczyło,Aby się przez mię twych niecnot zemściło!“

Zbladł, słysząc imie sławne, wylęknionyRambald, lecz przedsię zdał się śmiały z mowy:„Po coś tu przyszedł, nędzniku w te strony?Dasz gardło wnetże y pozbędziesz głowy.Tem moiem mieczem będziesz okrócony;A rzeczą to chce pokazać, nie słowyY ten twóy poślę łeb ucięty w daryTwem towarzyszom Chrystusowey wiary!“

Tak mówił Rambald. — A iż iuż czarnemiSkrzydłami gęste noc siała ciemności —Lampy się z światły odkryły gęstemi,Że ledwie mógł bydź dzień więtszey iasności;Zamek się świecił, iak między nocnemiPompami scena. Nieznacznie, w skrytościNa wierzchu siedzi Armida ubrana.Gdzie wszystko widzi, sama niewidziana.

Tem czasem wielki rycerz się gotowałDo poiedynku y broni dobywał,Lecz iż poganin pieszo następowałY on, widząc to, konia nie używał;Pieszo szedł także, głowę obwarowałHełmem, a piersi paiżą zakrywał,Miecz goły trzymał w ręku. Tak z okrzykiemSkoczywszy, starł się śmiele z Gaskończykiem.

Gaskończyk kołem w wielkiem chodzi krokuY zmyślone nań razy wynayduie,Ten zaś, choć sobie nadpracował boku,Iako nabliżey podeń się szańcuie;Y ieśli ów wzad ustąpi — ten okuLedwie dościgły, rączo następuieY miecz nań wkoło ciska piorunowy,Nieustrzeżoney chcąc gdzie dosiąc głowy.

Gdzie przyrodzenie naywięcey zchowałoŻywota, tam się naybarziey napiera;A przy śmiertelnych razach — tak, że grzmiało,Ogromnem głosem, na niego naciera;Kręci się Rambald — nieborak — y ciałoPrędkością kradnie y tarczą zawiera,To mieczem, to mu puklerzem odbiia.Że go cięty raz y sztych ieszcze miia.

Lecz nie tak iest ten prętki do obrony,Iako ów drugi prętki do obrazy:Posiekł na niem tarcz y szyszak stalonyIuż podziurawił, nie bez wielkiey skazy;Iuż ten skrwawiony, a ów niedraśnionyAż dotąd wszystkie wytrzymywa razy;Trwoży się Rambald, razem go sromota,Gniew, miłość gryzie, zdrada y niecnota.

A zwątpiwszy iuż po części o sobie.Ostatniego z niem szczęścia chce skosztować:Porzucił paiż, miecz wziął w ręce obieY siekł nań, więcey nie chcąc ustępować,Y zwarł się cieśniey y miecz w oney dobieWyniózszy — ciął tak, że żadna hamowaćBlacha nie mogła razu tak tęgiego...Y żebra trochę dosiągł mu lewego.

Potem go w głowę kilkakroć wymierzył,Że dźwięk szedł taki, iaki daią dzwony,Hełmuć nie przeciął, ale tak uderzył.Że nieprzyiaciel przyklękł pochylony;Żadenby temu podobno nie wierzył,Iako beł potem Tankred zapalony:Oczy mu szczerem płomieniem pałaią,Gniewliwe zęby straszliwie zgrzytaią.

Tak srogi beł wzrok w ten czas Tankredowy,Że go znieść nie mógł Rambald wielozmienny;Słyszy, że mu miecz świszczy koło głowy,Mniema, że mu iuż brzuch przeciął bezdenny,Uskoczy w stronę, a miecz piorunowyUderzył w filar przy moście kamienny,Skry y kamienie poszły pod obłoki.A zdraycę zimny mróz uiął za boki.

Ucieka przez most, tak w niem trwoga tęga,Żeby go same nogi ratowały;Ów go za kołnierz tylko co nie sięgaI iuż od niego tylko przez krok mały;W tem wszystko światło obudwu odbiega:Lampy pogasły, gwiazdy pociemniały,Iasności nocy namniey nie zostało,Miesiąca wszystko światło odbieżało.

W cieniu od nocy y czarów sprawionemIuż go nie goni zwyciężca w mrok srogi,Ani go widzi — tylko w mieyscu onem,Omacnie stawia niebespieczne nogi;Y wszedł we wrota krokiem obłądzonem,A nie postrzegł się, że przestąpił progi,Lecz słyszał potem, że drzwi za niem trzasły,Kiedy za progi błędne nogi zaszły.

Równie tak ryba na wielkiem iezierze,W które swą słoną morze wchodzi wodą,Gdy się na pokóy y na ciszą wzbierzeY przed morską się chroni niepogodą —Zawrze się sama, wzad się darmo bierzeY z utraconą żegna się swobodą;Bo przyrodzenie te wrota — otwarteWeszciu, lecz wyszciu sprawiło zawarte.

Tak nieszczczęśliwy Tankred w one czasy,Wpadł w niewidomą ciemnicę bespiecznieY wszedł, zkąd nigdy — uwiązany pasyCiemnego mroku — nie mógł wyniść wiecznie;Wprawdzie drzwi ruszył y mocne zawiasySilił się urwać rękoma koniecznie,Lecz próżno, tylko głos słyszał: „Iuż w łykuWiecznie — Armidzin będziesz niewolniku!

Tuć naznaczone na wieki mieszkanie.Śmierci się nie bóy iednak z żadney strony!“Nie odpowiada nic na to wołanie,Lecz wzdycha tylko rycerz obłądzony;Nieszczęściu łaye y narzeka na nie,Głupstwo y miłość winuie strapiony:Czasem sam z sobą rozmawia w milczeniu:„Mnieysza — zbyć słońca, mnieysza — być w więzieniu;

Więtsza — zbyć słońca dobrze iaśnieyszego,Którego, ato, na wieki pozbędęY iuż z iey wzroku — nędzny — wesołego,Nigdy podobno cieszyć się nie będę“.Wtem na Arganta wspomni zuchwałego,Dopiero westchnie: „Gdzie — pry — kolwiek siędę,Gdzie się obrócę, wszyscy będą szydzićY tak, o hańbo, wiecznie się mam wstydzić!?“

Tak cześć y miłość niewidomie psuieY gryzie serce w wielkiem bohaterze;A gdy się ten tak nieborak frasuie,Arganta dawno miękkie mierzi pierze.Tak go chciwość krwie y sławy morduyeY gniew na pokóy y długie przymierze:Że choć ma ieszcze niezgoione rany,Pragnie, żeby niósł dzień szósty świt rany.

Nocy tey, która on dzień uprzedzała,Ledwie się trochę położył do spania,A wstał tak rano, że ieszcze bez małaPod kilka godzin było do śniadania;Mówi o zbroię, co w głowach leżała,A giermek mu ią dał bez omieszkania,Nie iego zwykłą, ale darowanąOd króla, wszystkę złotem nabiianą.

Weźmie ią zaraz y na się obleczeY bynaymniey ią nie beł obciążony,A miecz ogromny, co z obu stron siecze,Do boku sobie z lewey przypiął strony,Iako się świeci kometa, gdy mieceKrwawem ogonem promień rościągniony,Co państwa mieni y wiedzie choroby,A króle straszy y wielkie osoby —

Tak się on w ten czas świecił w lśniącey zbroi,A oczy krwią niósł y gniewem piiane;W twarzy surowey strach mu szczery stoiY śmierć w niey sroga gniazdo ma usłane;Śmiałe to serce, które się nie boi,Kiedy — gdzie oczy rzuci zagniewane —Macha ogromnem po powietrzu mieczem,A głosem woła więtszem, niż człowieczem:

„Niedługo zdraycy y rozbóynikowiChrześciańskiemu moc ukażę swoię;Oduczę się go równać Argantowi,Pozna wnet siłę, pozna rękę moię!Na więtszą wzgardę iego Chrystusowi,Utnę mu głowę y złupię mu zbroię,A potem takiem ozdobiony łupem,Nakarmię kruki y psy iego trupem“.

Tak w rozdrażnionem właśnie widziem byku,Którego miłość bodzie zazdrościwa,Ogromnie ryczy y z onego rykuNa więtszy się gniew i siłę zdobywaY gdy o bliskiem wie spółmiłośniku,Rogi o twarde dęby wyostrzywa,Piasek nogami miece niespokoiny,Z przeciwnikiem swem prędkiey chciwy woyny.

Taką wściekłością pobudzony, wkładaHarde poselstwo z gniewem trębaczowi:„Iedź do obozu, a skoroć się nada,Chrystusowemu powiedz rycerzowi,Żem ia iuż gotów!“ Za tem słowem wsiada.A iść przed sobą każe Ottonowi;Tak spiesznie z miasta wypuszczony iedzie,A więźnia swego przy strzemieniu wiedzie.

Wtem w róg zatrąbił, a na wszystkie stronyPrzez stanowiska dźwięk szedł niecierpliwe,Bo po obozie wszytkiem rozgłoszony,Uszy y serca uraził gniewliwe.Iuż też w naywiętszem senat zgromadzonyNamiecie — czekał, gdzie wszedszy dotkliweTrębacz poselstwo sprawił. Wprzód mianowałTankreda; inszych iednak nie wyimował.

Wątpliwą myślą y leniwem wzrokiem,Między swoiemi Goffred upatruie,Lecz długo myśląc, długo miecąc okiemGodnego w swoich na to nie nayduie:Przednieyszych nie masz, nie wie o niokiem,Coby z niem zrównał; Tankred gdzieś próżnuie,Do Boemunda daleko, RynaldaNie masz, co zabił hardego Gernanda.

Nad dziesięć, losem co byli wybrani,Iechało inszych — co mężnieyszych — siła,Które Damaszku bogatego paniSwoią chytrością z woyska wywabiła;A drudzy tylko milczą zasromani,U których słabsze y serce y siła:Każdy się sławy niebespieczney boi,Wstyd od boiaźni zwyciężony stoi.

Z milczenia Hetman y poznał z postawy,Że ich strach wielki wszystkich opanował —Wstał zaraz z mieysca y porwał się z ławy,[Co w niem żal y gniew pobożny sprawował].„Byłbych — pry — nie mąż, lecz niewieściuch prawy,Gdziebych żywota dziś nie odżałowałY gdziebym sławę memu narodowiZdeptać — dopuścić miał poganinowi.

Niechayby woysko y moi żołnierze,Na stronie na me potkanie patrzali;Daycie mi zbroię, przynieście pancerze!“Skoczyli słudzy y zaraz ie dali —Lecz ty Raymundzie, stary bohaterze,Któremu z męstwem rozum przyznawali,Nie dałeś takiey wolności wodzowiY takeś w ten czas mówił Goffredowi:

„Uchoway tego, o wszechmocny panie!Aby w twey głowie wszystko woysko miałoIść na szańc. Tyś wódz, nie żołnierz — Hetmanie!Wszystkiemby się nam przy tobie dostało,Ciebie na wiary świętey zachowanie,Na skazę niebo pogaństwa obrało;Ty rządź rozumem, ty władni buławą,Inszy niech dzieła pod twą czynią sprawą.

Ia, chociam się to skrzywił od starościY iużem zgrzybiał, iako mię widzicie —Będę się z niem bił, kiedy powinnościRycerzów dobrych wszyscy nie pomniecie.Gdzieżbych to teraz w takiey był młodości,W iakiey was widzę, co tylko stoicieY nie rusza was y gniew y sromota,Słuchaiąc, iako bluźni ten niecnota.

Iakim beł wtenczas, kiedy seymowałaZiemia niemiecka, kiedym ogromnegoZbił Leopolda, co wszystka widziałaRzesza na dworze Konrada Wtórego;A więtsza się to rzecz na on czas zdała,Pożyć rycerza tak doświadczonego,Niźli, kiedyby teraz ieden tylko,Tego motłochu gnał przed sobą kilko.

By mi się ona pierwsza krew wróciła,Iużby beł Argant nie żyw o tey dobie,Lecz y starość mi nie tak dokoczyła.Abym żywego serca nie czuł w sobie.Ieśli mi też śmierć Parka naznaczyła,Pozna poganin, że mam ręce obie;Ia wsiadam. Dzień ten moie przeszłe lataLepiey ozdobi u wszystkiego świata“.

Tak mówił starzec, a ta iego mowaStoi za dobre do męstwa ostrogi.Ci, co dopiero rzec nie śmieli słowa,Śmiałość y ostre pokazuią rogi;Każdemu teraz siła ArgantowaSłaba się widzi, każdy teraz srogi:Obce z niem Baldowin czynić, chce z RugieremGwelf, Gwidowie dwa, Stephan z Giernierem.

Y Pirrus, który dał naszem na zmowie

Antyochią — y dway Anglikowie:Eberard wielki zapaśnik z Rosmundem;Za niemi potem zaraz się ozowieRydolf Irlandczyk z Szotem Rotermundem,Gildyppa także z swoiem Odoardem —Chcą się probować z poganinem hardem.

Lecz nadewszystkie Raymund serce chciweY pokazował wzór piękney ochoty:Iuż, okrom głowy, członki nieleniweOblókł we zbroię zbyt piękney roboty.Goffred mu rzecze: „O zwierciadło żyweDawnego męstwa! niech na twoie cnotyNaród nasz patrzy, niechay za twem wzoremDzielności wyknie y idzie twem torem.

Kiedy bym dziesięć miał między młodemi,Którzyby beli tey, co ty dzielności —Iść pod Babilon z krzyżami złotemi,Miałbych zto serca, miałbych zto dufności;Teraz schoway się za prośbami memiDo przystoynieyszych spraw twoiey starości;W naczynie karty włóż który w tem rzędzie,A niechay sędzią szczęście y los będzie.

Owszem Bóg sędzią, nie te będą karty!Iemu są losy y szczęście poddane“.Lecz Reymund tak był twardy y uparty,Że chciał imię swe podać napisane.Wtem Goffred w szyszak nazwiska zawarty,Włożywszy, wtrząsnął społem pomieszane.Tam w pierwszey kartce, którą rozwiniono,Grabie z Tolozy imię naleziono.

Krzyknęli wszyscy wesoło, przyganyŻaden nie może przyczytać losowi;Sam w ochotnieyszą grabia twarz ubrany,Młodszem się widzi, podobny wężowi,Gdy nową skórą na wiosnę odziany,Połyskuie się przeciwko słońcowi.Hetman mu szczęścia wesoły winszuieY zwycięstwo mu pewne obiecuie.

W tem miecz od boku sobie odpasywałY podał mu go, mówiąc temi słowy:„To iest miecz własny, którego używałSaski odstępca swoiey zwierzchniey głowy;Tenem mu odiął, kiedym mu dobywałSerca z złośliwych piersi. A ty zdrowyBierz go ode mnie, a iako mnie służył,Day Boże, byś go tak szczęśliwie użył“.

A w tem tak długiey zwłoki niecierpliwyCyrkaszczyk woła, sromoci i łaye:„O iako mężny, iako urodziwy,Iako rycerski lud Europa daie!Niech wyńdzie Tankred, ieśli boiu chciwy,Ieśli mu serca y siły dostaie;Czy leżąc w pierzu podomno do nocy,Iako y pierwey, chce od niey pomocy?

Ieśli się boi, niech idą rotami,Iedna po drugiey, iezda y piechota,Kiedy nikt zemną czynić między wamiSam a sam nie chce — o iaka sromota!Grób swego Boga macie pod murami,Niech wżdy was ruszy do niego ochota!Prostą do niego tędy drogę macie,Na cóż więtszego miecze swe chowacie?“

Tak, iako biczem Saracen zuchwałySiecze po sercu naszych tem łaianiem,Ale naybarziey uraża się śmiałyGrabia z Tolozy y chce pomsty na niem;Dzielność się — iako żelazo od skały —Ostrzy sromotnem iego urąganiem,Wsiada na swego Aquilina, któryZ prętkiemi niemal równo biega pióry.

Ten się tam rodził, kędy nieprzebrnionaWoda Tagowa wiedzie swe strumienie;Gdzie woiennych stad matka przychęconaOgniem, który w niey budzi przyrodzenie.Przeciw wiatrowi gębą obrócona,Płodne od niego przyimuie nasienieY tak bez konia rodzi się — o dziwy! —Z ciepłego wiatru źrzebiec urodziwy.

Rzekłbyś y o tem, że Aquilin zgołaZ co nayprętszego wiatru urodzony.Kiedybyś widział, kiedy ciasne kołaTo na te czyni, to na owe strony;Albo, kiedy wciąż — podgrzawszy kęs czoła —Bieży, iako ptak prętki, przez zagony.Na takiem grabia w ten czas siedział koniuY tak się modlił, będąc iuż na błoniu:

„Ty, któryś pomógł przeciw olbrzymowiNa Terebincie ubogiey dziecinie,Że ten, co wszemu był IzraelowiStraszny, dał gardło małey chłopięcinie —Hardemu przepych skrusz poganinowi,A zdarz, o Panie! że tem mieczem zginie:Niech starzec pychę zetrze iuż przerdzały,Iako ią w on czas starł młodzieńczyk mały“.

Tak prosił Raymund, a prośby gorąceZ pewną ufnością do Boga posłane,Tak, iako ogień górolotny rące,Przeszły niebieskie sfery malowane;Przyiął ie Twórca y weyźrzawszy w lśniąceWoyska anyołów y ćmy nieprzebrane;Iednemu go z nich roskazał pilnowaćY w niebespiecznych złych raziech ratować.

Anyoł, który mu stróż beł naznaczony,Z wieczney niebieskiey Boskiey opatrzności,Od tego czasu iako urodzonyNa świat, słoneczney zachwycił iasności —Teraz słuchaiąc, że Bóg nieskończonyOkoło niego więtszey chce miłości,Szedł na wysoki zamek, kędy stałyNiebieskich broni pełne arsenały.

Tam oszczep, którem ogromnego smokuPrzebito, wisi u iedney komory,Tam strzały, które strzelaią z obłokuPłaczliwe woyny y śmiertelne mory;Tam y pioruny niewidome oku,Tam y chowaią tróząb wielki spory,Którem z samego gruntu ziemie macaY wielkie miasta Stworzyciel wywraca.

Między inszemi — puklerz — niebieskiemiRynsztunkami się lśniał dyamentowy,A był tak wielki, że zaiął na ziemiOd Kaukazu po wierzch Atlantowy,Oo świętych panów y z sprawiedliwemiMiasty pobożnych królów strzeże głowy;Ten niewidomy anyoł na się włożyY stanie blisko przy grabi z Tolozy.

Tem czasem ludzi, co się dziwowali,Wieże y mieyskie pełne beły mury —Iuż też z Kloryndą ludzie wyiezdżali,Nie przeiezdżali iednak wierzchu góry;Chrześcianie tezteż osobno czekali,Sprawieni w półki. W środku był plac, któryZostawał wolny y niezastąpionyMiędzy woyskami — gońcom naznaczony.

Hardy Cyrkaszczyk pyta o Tankredzie,Nowego kogoś, nowe widząc stroie;Przymknie się grabia y pudeń podiedzie:„Gdzieindziey — prawi iest na szczęście twoie.Nim się on wróci y niźli przyiedzie,Atom ia gotów odprawić te boieY bić się z tobą za niego, a ktemuWolno to ma bydź: iako to trzeciemu“.

Rozśmiał się Argant: „A Tankred co? żyieCzy umarł? gdzie iest? cóż się — pry — z niem dzieie?Dopiero groził, a teraz się kryieY w nogach tylko pokłada nadzieie;Ale niechay się y pod ziemię wryie,Niech naostatek dzwonem się odzieie —Namacam go ia!“. Iuż więcey nie czekałRaymund, ale rzekł: „Łżesz, by on uciekał!“

Zgrzytnął gniewliwy Cyrkaszczyk zębamiY surowemi odpowiedział słowy:„Więc się ty zań biy! A z bohateramiUkażęć, iakiey używaią mowy“.Skoczyli zatem rączo z kopijami,A oba sobie mierzyli do głowy,Grabia tak, iako wymierzył — nie zmylił,Ale cóż potem? ani go nachylił

Argant zaś chybił ponno z wielkiey chęci,Co wielka była u niego nowina;Albo też anyoł grabię na pamięciMiał y zepsował raz u poganina.Gniew się okrutny w Cyrkaszczyku nieci,Porzucił drzewo, na chrześcianinaChce inszey broni y pewnieyszey użyć,Kiedy mu pierwsza nie chciała posłużyć.

Na rączem koniu przeciw niemu w oczyBieży — iako ptak — a miecz ma dobyty,Ale mu Raymund w prawy bok uskoczyY zaś przypadszy, tnie go w łeb zakryty;Znowu nań zewrze, co ma w koniu mocy,Znowu on w lewo skoczywszy, w hełm lityTnie, ale darmo ciął, bo oba razyNie bał się żadney twardy szyszak skazy.

Chce się z niem Argant cieśniey związać zgoła,Żeby go iako na dół z konia zwalił,Lecz uskakuiąc grabia chroni czoła,Boiąc się, by go z koniem nie obalił;Y to tam, to sam, wielkie czyniąc koła,To natarł, to się od niego oddalił;Aquilin żartki, gdzie pan wodzą kinie,Wyprawuie się, to natrze, to minie.

Iako, gdy dzielny hetman mocney wieże,Albo wysokiey dobywa gdzie góry,Wszystkich przystępów kusi: tak odzieżeStalone siekąc y on szuka dziury;Ale, iż piersi mocna zbroia strzeże,Pilnuiąc dobrze powierzoney skóry —W blach godzi słabszy y gdzie cienkie nity,Chce gwałtem swóy miecz wrazić iadowity.

Iuż mu blach w kilku mieyscach podziurawił,Tak, że mu ciekła krew między żelazy,A sam nie tylko, że się nie u krwawił,Ale y w zbroi znaczney nie miał skazy;A Argant dotąd ieszcze nic nie sprawiłY na wiatr tylko próżne ciskał razy.Niespracowany, iednak pełen pychy,Siecze, a czasem srogie czyni sztychy.

Nakoniec z góry Saracen raz ciętyUczynił — bo się grabia beł nadstawił —Że, chocia tak beł swą żart kością wzięty,Aquilin by go iuż beł nie wybawił;Ale zdaleka uyźrzał anyoł świętyY z niewidomą pomocą się stawił,Wyciągnął rękę y dyamentowyPuklerz podstawił pod miecz Argantowy.

Miecz poszedł w sztuki, bo od rzemieślnikaBroń śmiertelnego z ziemie uczyniona,Nie mogła zdzierzećzdzierżeć tey, co od kuźnikaNieśmiertelnego była urobiona;Cud się to wielki zda u Cyrkaszczyka,Że mu zostawa ręka obnażona,Myśli zdumiały, widzi, że nie żarty,Że tarcz grabina ma tak twarde harty.

Bo mniemał Argant y tak mu się zdało,Że o tarcz iego on miecz beł stłuczony;Toż y w Raymundzie mniemanie zostało,Nie wiedząc, że beł z nieba zasłoniony.Nie wiedząc, że się żelazo spadałoY że beł z miecza Argant obnażony —Stał w mieyscu, niechcąc zwycięstwa podłego,Z nieprzyiaciela swego bezbronnego.

Chciał iuż rzec, aby miecza kędy dostał,Lecz zasię potem rozmyślał to sobie,Że gdzieby przegrał y na placu został,Wszystkoby woysko zelżył w swey osobie:Niechciał niegodnie wygrać, choćby sprostał,O pospolitey myśli też ozdobie...A w tem mu [patrzcie foremnego strzelca!]Puścił w twarz Argant ułomione ielca.

Y zaraz boyce dawsze w bok koniowi,Chce go w pas porwać. Wtem ielca z głowicąDosięgły twarzy y TolozanowiNadtłukły nosa dobrze pod przyłbicą;Nie zlękł się y w bok skoczył Argantowi,Niechcąc z niem sztuką czynić zapaśnicąY kiedy go chciał porwać w rękę prawą,Zadał mu iednę małą ranę krwawą.

Potem, iak piorun, niedościgły oku,To ztąd, to z owąd, rączy koń obracaY zawsze go tnie po piersiach, po boku,Kiedy odskoczy y kiedy się wraca;Co w sobie mocy, co w koniu ma skoku,Wszystkiego kusi y wszystkiego maca;Nayskrytszey siły na niego dosięga,A szczęście z sobą z niebem poprzysięga.

On w dobrą zbroię y sam w się ubrany.Odpiera przed się y nic się nie boiY iako okręt, co ma sztyr urwany,Stargany żagiel — ieszcze cało stoi,A choć iuż ieden bok ma zgruchotany,Y morze iuż go słoną wodą poi,Chocia się iuż weń ze wszystkich stron leie,Ieszcze ostatniey nie traci nadzieie.

Takieś na ten czas miał niebespieczeństwoArgancie, gdy cię Belzebub ratował!Ten, cień w zmyślone oblókł człowieczeństwoY z obłoku mu członki posprawował,A Kloryndzine wziąwszy podobieństwo,Iey mu postawę y mowę darował:Dał chód, dał mu głos, dał iey zwykłe stroie,Dał y zwykły blask od iey świetney zbroie.

Do Oradyna strzelca szła sławnegoMara y rzekła: „Sławny Oradynie!Ciebie słuchaią strzały y każdegoCelu — kiedy chcesz — żadna z nich nie minie;Iaka to będzie narodu naszegoSzkoda, ieśli ten wielki rycerz zginieY iaka hańba, ieśli do swych całyUydzie z zwycięstwem nieprzyiaciel śmiały!

Pokaż y teraz, co umiesz: a w cieleTego psa utop twóy belt iadowity,A my u króla, twoi przyiaciele,Ziednamyć łaskę y dar znamienity“.W tem się Oradyn nie rozmyślał wiele.Obietnicami onemi upity —Strzałę do prętkiey przyłożył cięciwyY wymierzywszy, łuk wyciągnął krzywy.

Świszczy y wiatry siecze rozerwaneStrzała prętkiemi przyprawiona pióryY trafi w pasy przęczką pospinaneY między nity uczyni kęs dziury;Ostre żeleśce, krwią zafarbowane,Zwierzchniey dosięgło trochę tylko skóry.Bo anyoł strzale odiął lotu siłaY uczynił tak, że się wysiliła.

Ciągnie raniony strzałę grabia staryY widzi, że mu krew po zbroi cieczeY z niestrzymaney poganina wiaryStrofuiąc, z oczu ogień szczyry miece.Hetman umowę spólną z oney miaryZgwałconą widzi, a że strzałę wleczeRaymund od niego zawsze pilnowany,Barzo się boi iakiey wielkiey rany.

Y swych do pomsty ręką y ięzykiemBudzi y chciwey dodawa ochoty,A ci za wielkiem swoiem woiownikiemDrzewa w tok kładą y składaią groty;Y tak obiedwie stronie szły z okrzykiemDo straszney Marsa wściekłego roboty.Iuż pola nie znać, a iako rozwlokłyDym, kurzawy się aż pod niebo wlokły.

Złamane drzewa trzeszczą, tu koń zdycha,Tu drugi bieży samopas, tu zbityRycerz od koni podeptany — wzdycha,Ten ręki nie ma, ten w poły przebity,Ten iuż umarły, a ten ieszcze dycha,Ten świeci srogą przez ranę ielity,A im się barziey y cieśniey mieszaią —Krew między sobą hoyniey rozlewaią.

Dostał buławy Argant zapędzonyY gdzie naywiętsza bitwa beła — skoczył,Tą sobie wszędzie czynił plac przestrony,Rozrywał hufce y we krwi ią moczył,A na Raymunda wszystek obróconyGniew niósł, pilnuiąc, żeby go gdzie zoczył:Właśnie iako wilk, który głodne zębyKrwią chce napoić — swey łakomey gęby.

Ale go wieley wtrącili mężowieY na sobie go trochę zabawili:Ormin, Grwid ieden y dway Gerardowie,Rugier y zacny grof na Balnawili;Lecz im go barziey cni bohaterowieŚciskali, tem beł sroższy w oney chwili,Tak, iako ogień, co gwałtem zamknionyWychodzi y mur niesie wywalony.

Zabił Ormina, w łeb ranił Gwidona,Z Rugiera się też dusza gotowała,W tem koło niego wielka zgromadzonaKupa zewsząd go oszczepy sięgała;Kiedy tak — iego siłą — bitwa onaZ oboiey strony w równey wadze trwała.Skoczywszy Hetman, rzekł Baldowinowi:„Następuy z rotą swą ku posiłkowi.

A z prawego się uderz o nie boku,Gdzie się naywięcey biią y mieszaią“.Ledwie to wyrzekł — ze wszystkiego skokuBieżą y z boku śmiele się potkaią.Za tem natarciem ustępuią krokuY wciąż poganie hurmem uciekaią;Iuż się szyk zmieszał, hufce rozerwane,Chorągwie zbite y w ziemię wdeptane.

Iuż prawe skrzydło także ustępuie,Iuż niewidomey wszędzie pełno trwogiY wszyscy zgoła [tak ich strach zdeymuie]Okrom Arganta, w prętkie pośli nogi;Ten tyłu tylko sam nie ukazuie,Ten twarz, ten y wzrok tylko trzyma srogi:Ktoby sto mieczów, sto rąk miał przy ciele.Nie uczyniłby — iako on — tak wiele.

Trzyma na sobie miecze, groty, konie,A przedsię za tak wielkiem nacieraniem,Czasem to tego, to owego żonieY pełno trupów y przed niem y za niem;Iuż zbroię, iuż ma potłuczone skronie,Iuż krwią ściekł, a wżdy nie znać tego na niem,Ale nakoniec gęsty w onem czesieLud go obraca y z sobą go niesie.

Musiał tył podać za onemi wały,Które go wielkiem gwałtem zabieraią,Lecz iego kroki nie owych się zdałyY serce także — którzy uciekaią:Z oczu mu szczyre skry wyskakowałyY postaremu zwykły gniew chowaią;Zaiezdża swoich, żeby się wracali,Nic nie pomogło — wszyscy uciekali.

Chciałby przenamniey ono uciekanieRządne mieć, żeby sprawą uchodzili,Ale strach nie dba na żadne łaianie,Darmo się groźba y proźba nań sili.A widząc Hetman, że słabsi poganieY że ich iego ludzie przełomili,Idąc zwycięstwa szczęśliwego cugiem —Ieden posiłek posyła za drugiem.

Y iedno, że to nie beł naznaczonyDzień, co od Boga z wieku beł przeyźrzany —Iużby beł zastęp on niezwyciężonyMiał oney woyny koniec pożądany.Lecz widząc szatan, żeby beł zniesionyZa tem zwycięstwem rząd iego z bałwany —Za dopuszczeniem Pańskiem w mgnieniu oka,Chmury y wiatry wypuścił z obłoka.

Dzień się y słońce przed chmurami ściska,Które wychodzą z piekielney ciemnice;Świata nie widać, ze wszech stron się błyska,Z gromów straszliwe idą trzaskawice,Niebo pioruny bez przestanku ciska;Grad ścina trawy y piękne pszenice,Pola zalewa; wicher z gruntu macaY góry trzęsie i dęby wywraca.

W iednem czasie deszcz, grad, wiatr, zimna wodaLękliwe biią chrześciany w oczyY ona sroga zbytnia niepogodaStanowi roty — równa czarney nocy;Chorągwi nie znać, w ludziach wielka szkoda,Którzy sobie dać nie mogą pomocy,Bo tey Klorynda pogody zażyłaY koniowi w bok ostrogi włożyła.

Wołała na swych: „Za nami życzliweNiebo pomaga y za nas woiuie!Patrzcie, iako nam samem przyiaźliweTwarzy y ręce wolne zostawuie,A ich y w oczy y w czoła lękliweBiie y gniew swóy na nich ukazuie,Światło im bierze, a nam drogę ściele —ścieleDziś do zwycięstwa, następuymy śmiele“.

To rzekłszy, z ludźmi swoiemi natarła,Tył niepogodzie tylko podawaiąc,Y z chrześciany tak się mężnie zwarła,Że poszła przez nie, mało wstrętu maiąc;A co dopiero mało nie dał garłaArgant — bił naszych, srodze nacieraiąc;Zaczem iuż wszyscy gwałtem uciekali,A tyły mieczom y dżdżom podawali.

Gniew nieśmiertelnych y śmiertelnych mieczeUciekaiące grzbiety prześladuią,Krew strumieniami wytoczona ciecze,Którą się wody y drogi farbuią.Tu trupy końskie, tu leżą człowiecze,Pyrrus y Rudolph iuż więcey nie czuią:Tamtemu Argant srogi ściął wierzch głowy,Ten legł od szable mężney białeygłowy.

Tak uciekali bici chrześcianie,A piekielnie ie goniły pokusy;Hetman sam tylko na grad, na łyskanieNie dba, grom go nic y piorun nie ruszy;Na swych surowe groźby y łaianieObraca, a iż iuż przegraney tuszy,Na koniu stoiąc, w obóz otworzonyPrzed bramą zbiera lud swóy rozprószony.

Dwa razy konia na on czas rozpuścił,Chcąc swych ratować przeciw Argantowi,Dwakroć się okrył y nic nie opuścił,Co należało cnemu Hetmanowi;Potem z inszemi ustąpił y puściłWolny zwyciężcy plac poganinowi.Zatem się oni do miasta wracali,A ci strapieni w obozie zostali.

Ale przed wielką y tam niepogodąY wściekłem wiatrem pokoiu nie maią.Ognie pogasły, obóz spłynął wodą,Powrozy się rwą, koły się padaiąY — ze wszystkiego woyska wielką szkodą —Szalone wichry namioty targaią;Gromy, dżdże, wiatry społem się mieszałyZ ludzkiemi głosy y świat ogłuszały.

Iuż beły wiatry ucichły szaloneY niepogoda iuż się spokoiła,Iuż y na ziemię y na morze słone,Złote iutrzenka świty prowadziła;Lecz podziemna ćma, która wichry oneWzbudziła, przedsię sztuki swe robiła;Astragor chytry tusząc, że co zyszce,Tak Alekcie, swey mówi towarzyszce:

„Patrzay Alekto, że się tu iuż stawiłY do Goffreda idzie ten, któregoSam Bóg bez chyby nam na złość wybawiłŻywo od miecza Solimanowego;Ten chrześcianom będzie wszystko prawiłO królewicza porażce szwedzkiego,Odkryie wszystko, zaczem ponno oniSłać po Rynalda muszą w tak złey toni.

Początkom trzeba zabiegać, bo z trochySkry skrytey często ognie wielkie były,Idź do chrześcian, zmieszay ich — niech płochyŻołnierz sam na się użyie swey siły:Między Angliki, Szwaycary y WłochyWrzuć ogień, a iad puść im w krew y w żyły,Niechay się wściekłe gniewy w nie wprowadzą,Niechay się sami między sobą wadzą.

Godna ta sprawa rąk y twey roboty,Masz plac panu się naszemu przysłużyć!“Tak rzekł Astragor, a ona ochotyPełna, chce zaraz w oney sprawie służyć;W tem w obóz, między ozdobne namiotyWiechał on rycerz, myśląc kogo użyć,Aby mu przystęp ziednał u Hetmana,Chcąc mu oznaymić śmierć swoiego pana.

Kiedy się pilnie o Hetmanie pytał.Każdy mu namiot iego ukazował;Tam wprowadzony, z ukłonem go witałY, rękę iego uczciwie całował,Potem tak począł: „Kto twe dzieła czytałY wie, iakoś te kraie powoiował —Zdziwi się, bo twa sława, iako trzeba,Od oceana sięga aż do nieba.

Radbym ci beł niósł weselsze nowiny,

„Sweno, szwedzkiego króla syn iedyny,

Chciał być ieden z tych, co do PalestynySzli, dla Chrystusa przypasawszy miecze;Niebezpieczeństwa y ociec ubogi,Iuż zeszły — nie mógł rozwieść mu tey drogi.

Chciał spraw pod tobą nawyknąć marsowych,Tak dobrem mistrzem — y z wielkiey chciwości,Gniewał się na się, że dotąd w domowychSchowany państwach, gnuśniał w nikczemności;Słyszał o wielkich dziełach RynaldowychY sławie ieszcze w niedoszłey młodości;Ta go chęć święta do tey drogi wiodła.Lecz miłość Boża naybarziey go bodła.

Przeto, iako się iedno nagotował,Z przebranem ludem z domu wyszedł w poleY na Tracyą drogę swą kierowałY szedł na wielkie Konstantynopole.Tam cesarz grecki hoynie go częstował,Tam mu poseł twóy powiadał przy stole,Antyochiiey iakoście dostaliY iakoście iey potem dotrzymali.

Iako was beli obiegli Persowie,W mieście z swoiemi woyski tak wielkiemi,Że się tak zdało, że wszystko pogłowieWyszło y ledwie został który w ziemi.Ciebie też w swoiey nie zapomniał mowieY inszych kilku, ale przed inszemiRynalda, iako wykradł się rodzinie,Co potem zrobił y iako dziś słynie.

Powiedział y to, żeście iuż myśliliSzturmem się kusić o syońskie grody,Radząc, abyśmy z niem nie opuściliTey do zwycięstwa tak piękney pogody.Taką zagrzany mową w oney chwiliTak posła twego beł królewic młody,Że sobie z serca przybydź na czas życzyłY nie tylko dni, lecz godziny liczył.

Tak mu się zdało, że mu wymawianoIego nikczemność w cudzem zalecaniu,Y kiedy mu się zatrzymać kazano,Niechciał przestawać na niczyiem zdaniu.Niebespieczeństwo, które przekładano,Za nic sobie ma; a to na świtaniu,To utęskniony w nocy zawsze myśli,Abyśmy na czas do potrzeby przyśli.

Sam się na swą śmierć ukwapliwy bierzeY w nieszczęście nas wielkiem gwałtem ciągnie,Noc mu się zdała bydź nie w swoiey mierze,Nad zwyczay dłuższa y ledwie go wściągnie.Co krótszą drogę sam sobie obierzeY tak skoro się lud do kupy ściągnie,Ruszy się z mieysca, myśląc złe przechodyY niebespieczne przebyć bez swey szkody.

Siłaśmy nędze na drodze użyli.Ale y głody y zasadzki skryte,Y niewczasyśmy wszystkie zwyciężyli,Pogaństwo uszło, albo beło bite.Iużeśmy nazbyt bespiecznemi byliDla szczęścia, które beło znamienite —Kiedyśmy gęste pospinali wozy,— Przy palestyńskiey granicy — w obozy.

Tam ci, co naprzód chodzili — przybiegli,Daiąc znać, że zbróy srogi chrzęst słyszeli,Y że chorągwi nie mało postrzegliY ztąd — że lud beł wielki — rozumieli.Wiele ich beło, co srodze pobledliNa te nowiny y uciekać chcieli;Postaremu się królewic rumieniY ani twarzy, ani głosu mieni.

„Dwie — prawi — mamy przed sobą koronie,Iednę zwycięstwa, drugą męczennictwa:W tamtey nie wątpię, tę włożyć na skroniePragnę, z świętemi pewien uczesnictwa;Y tu nas późny wiek niezapomionie —Y tam dostąpiem wiecznego dziedzictwa.Tu na tem polu świat nasze ozdobyY nasze będzie ukazował groby“.

W tem straży zawiódł y obóz obbieżał.Dzieląc urzędy z pracą między swoieY kazał, aby każdy zbroyno leżał,Sam także z siebie nie zdeymował zbroie.Nocy był ten czas, gdy naybarziey bieżałSen na troskliwe ludzkie niepokoie —Kiedy pogańskie okrzyki i głosyWstały, które szły pod same niebiosy.

Uderzą w larmę; on zaraz wesołoW przód przed inszemi w świetney stanie zbroiY z pięknem okiem okazałe czołoW barwę śmiałości pospolitą stroi.Wnet nas pogaństwo otoczy. Iuż kołoObozu woysko niezliczone stoi,Las gęstych kopiy przeciwko nam stanie,Chmurę strzał na nas wypuszczą, poganie.

W nierówney bitwie — bo przeciw iednemu,Ieśli nie więcey, do dwudziestu było —Siła ich legło, siła po nocnemuCieniu z okrutnych ran z świata schodziło.Oko zakryte pobitych żadnemuUyrzeć nie dało y nie dopuściło,Bo razem szkody y nasze dzielnościNoc okrywała płaszczem swey ciemności.

Iednak królewic tak się ukazował,Że go znać było dobrze, chocia w nocy,Ieśli mu się kto z bliska przypatrowałY iego siłom y sercu y mocy.Gdzie iedno bystry swóy koń nakierował,Gdzie mieczem kinie y gdziekolwiek skoczy —Krew wielka płynie wszędzie w onem czesie,Strach srogi w oczu, a śmierć w ręku niesie.

Aż dotąd, kiedy na świat wychodziłaZłota iutrzenka — ona bitwa trwała;Ale skoro noc dniowi ustąpiła,Która strach gęstych śmierci zakrywałaDopiero światłość niebieska odkryłaY oku woysko zbite ukazała:Po polu gęsty trup leży y małoRycerstwa co iuż naszego zostało.

Sto nas zostało ode dwu tysięcy.Kiedy królewic uyrzał zbite szyki.Ia niewiem, ieśli strwożył się widzęcyPobite pierwsze swoie woiowniki —Nie dał tego znać, tak do swych mówięcy:„Mamy, o bracia, dobre przewodnikiY my za niemi w niebo ich przykłademIdźmy, krwią od nich naznaczonem śladem“.

Y wesół z śmierci, że iuż beła bliska,Niósł piersi pełne niebieskiey ochoty;Nieprzyiaciel nań zewsząd gęste ciskaMiecze, kopiie, strzały, ostre groty.Że nie tylko ta z stali zbroia śliska,Lecz Wulkanowey podobno robotyNie wytrwałaby — tak że iego ciałoSkłóte, iedną się tylko raną zdało.

Nie żywot trzyma, ale niepożytyWęzeł dzielności członki iuż zemdlałe:Kole — sam skłóty y biie — sam zbityY w skłótem ciele serce ieszcze śmiałe.W tem wzrostem wielki, wzrokiem iadowityMąż, maiąc oczy groźne i zuchwałe,Siekł nań tak długo z drugiemi swoiemi,Że naostatek Sweno beł na ziemi.

Poległ, niestetysz! kwiat piękney młodościY nie beł żaden, ktoby go ratował.Wami, droga krwi y szlachetne kości!Świadczę, iakom się na ten czas sprawował:Wzgardziłem żywot y z wielkiey żałościSzedłem na miecze, piersim nadstawowałY by to beło wiecznych losów zdanie,Żem śmierć miał podiąć — zarabiałem na nię.

Iam tylko ieden sam między trupamiŻyw leżał y to tylko też co żywy,Y niewiem, co się potem działo z nami,Tak mi był odiął zmysł mrok nieżyczliwy.Lecz skorom mdłemi przeyrzał kęs oczami,Które był zaćmił cień niepamiętliwy —Noc mi się zdała y że w onem mrokuPłomień się błyszczał zemdlonemu oku.

Nie miał wzrok w ten czas w sobie takiey mocy,Aby beł rzeczy rozeznał widziane;Lecz beł, iak gdy kto raz otworzy oczy,Raz zawrze — w poły czułe, w pół ospane.Osurowiałe rany w zimney nocy,Dopiero bóle czuły niesłychane:Bólu to ieszcze więcey przydawało,Że się na wietrze pod niebem leżało.

W tem, gdy się ona światłość przemykała,Usłyszę iakąś cichą dwu rozmowęY przymknąwszy się podle mnie została,Iam podniósł z strachu ociężałą głowę;Aż w szacie, która do ziemie sięgała,Uyźrzę dwu z ogniem y usłyszę mowę:„Dufay, o synu, Boskiey opatrzności,Ten cię ratuie w twoiey doległości“.

Potem przystąpił y tknąwszy mi głowy,Żegnał mię, w wielką pokorę ubranyY patrząc w niebo, nabożnemi słowyMówił nademną rym niezrozumiany.Y rzekł: „Wstań!“ A ia wstawam zaraz zdrowy,Bólu nie czuię, ani żadney rany,Owszemem się zdał sam w sobie czerstwieyszyY [o cud wielki!] dobrze ochotnieyszy.

Zadziwiłem się y myśli lękliweWierzyć nie chciały onemu cudowi,Aż mi ieden z nich: „Czemu — pry — wątpliweMałowiernemu zmysły rozumowiPoddawasz? Uwierz, my ciało prawdziweNosiem y słudzy sąśmy Iezusowi,Którzyśmy światem wzgardzili obłudnemY tu na mieyscu mieszkamy bezludnem.

Mnie Twórca świata, Miłośnik człowieczyKazał o tobie pilne mieć staranie,Któremu nie dziw wielkie czynić rzeczyPrzez podłe środki, nad ludzkie mniemanie.Ten y to ciało ma na swoiey pieczy,W którem cna dusza miała swe mieszkanieY chce, żeby z nią w iasność obleczoneY w nieśmiertelność beło ziednoczone.

Y żeby mu był grób taki sprawiony,Iaki należy ciału tak zacnemu;Który u świata będzie poważonyY oznaymiony wiekowi późnemu.Poyrzy po gwiazdach, a patrz z prawey stronyNa iednę, słońcu podobną iasnemu:Tać przewodnikiem będzie y pobieżyŻywem promieniem, tam gdzie twóy pan leży“.

W temem obaczył z wielkiem podziwieniem,Że z oney gwiazdy światłość wychodziłaY rościągnionem do ziemie promieniem,Gdzie ciało beło — prosto wymierzyła.Y królewica swem iasnem płomieniemY wszystkie iego rany oświeciła,A potem nagle ode mnie bieżałaY tak, iako krew, wszystka szczerwieniała.

Nie na nos leżał; ale iako żywyMiewał do nieba umysł obrócony:Tak y na on czas — choć martwy — wzrok chciwyDo gwiazd obrócił, na wznak położony;Miecz w iedney pięści ściskaiąc pierzchliwy— Iakoby chciał bić — trzymał wyniesiony,Drugą do piersi nabożnie przykładał,Tak iakoby się za grzechy spowiadał.

Kiedym tak łzami święte kropił rany,Nie bez żałości, nie bez wielkiey męki —Królewicowi miecz mocno trzymany.Z pięści pustelnik wyimował przez dziękiY rzekł mi zatem: „Ten miecz krwią rumiany,Którem dopiero wyiął z mężney ręki,Iest tak hartowny y tak doskonały,Że dawne wieki takiego nie miały.

Bóg w dyamencie wyrok ten wykował:Ponieważ pana utracił pierwszego,Aby w tey stronie darmo nie próżnował,Lecz aby prędko poszedł do drugiego,Któryby w równey sile niem woiował,Ale szczęśliwiey i czasu dłuższegoY niem się pomścił: iego to robota,Nad tem, co Swena pozbawił żywota.

Soliman Swena zabił, w SolimanieTen miecz ma zostać y być utopiony.Przeto zanieś go tam, gdzie chrześcianiePod miastem maią obóz zatoczony.Nie bóy się, abyć w drodze wstręt poganieMieli uczynić z iakieykolwiek strony;Ten, który cię śle, tak cię poprowadzi,Żeć nic przygoda żadna nie zawadzi.

Ten każe, aby od ciebie wiedzieli,Iakoście mężnie z pogany czynili,Iakoście pana pobożnego mieli,Iako dzielnego, iakoście go zbyli —Aby drudzy bydź ochotnieysi chcieliY chętniey zbroye krzyżami znaczyli,A wielkie serca tem ogniem zagrzane,Mnożyły wiarę y krzyże rumiane.

A żebyś wiedział, kto mieczowi temuMa tak dobremu własnem zostać panem:Ten iest Bertoldow mężny syn, któremuNikt nie może bydź w męstwie porównanem.Temu go odday a mów mu, że iemuPomsta należy y że iest obranemOd Boga na to“. Za onemi słowyDo siebie mię zaś obrócił cud nowy.

Tam, kędy beło Swenowowe ciało,Uyrzałem wielki grób wybudowany,Które weń weszło. Iako się to stało —Y oko y zmysł nie wie obłąkany.Ktoś tylko na niem [iako mi się zdało]Z iego wielkich dzieł rym pisał zebrany,A iam wzrok chciwy obrócił do góry,Patrząc na napis y gładkie marmury.

„Tu — mówi starzec — między przyiaciołyMa twego pana ciało odpoczywać,A iego drogi — na niebie z anyołyWiecznego dobra — duch będzie zażywać.Ale ty przestań płakać y wesołyChciey się na lepszą teraz myśl zdobywać,A zostań zemną dzisia w tey gościnie,Dokąd z gwiazdami ciemna noc nie minie“.

Tu starzec zmilknie y potem mię wiedziePo przykrych górach, co mię spracowały;Ażeśmy weśli po zwierzęcem śledzieW straszną iaskinią iedney ostrey skały,Gdzie srodzy wilcy y dzicy niedźwiedzieY lwice z swemi szczenięty mieszkały.Tu z uczniem mieszkał: święta go broniłaNiewinność lepiey, niźli mieczów siła.

Iabłkami tylko, które z lasu bierze,A twardem łożem starzec mię częstował.W tem świt rumiany we złotem ubierzeOgniem pleciony warkocz ukazował.Pustelnicy też wstali na pacierze,amIam też modlitwy swoie odprawował;A potemem ich pożegnał y w drogęPowróciłem tu ukwapliwą nogę“.

Skoro Szwed skończył, Goffred zasmuconyTak mu na iego odpowiedział mowę:„Y ia y wszystek żołnierz — utrapionyMusi być na tę żałosną ponowę:Ponieważ lud wasz mężny i ćwiczonyOd nieprzyiaciół pobity na głowęY wasz pan, iako błyskawica, razemY kazał się y poległ żelazem.

Ale szczęśliwsza to śmierć, niż dostaneWielkie królestwa y bogate księstwaY dawnych wieków dzieie opisane,Większego nad to nie ukażą męstwa.Iuż oni w złote wieńce opasaneUbrali głowy dla swego męczeństwa;Ia wierzę, że tam każdy ukazuieSwe drogie rany y z nich tryumphuie.

A ty, którego Bóg na tey dolinieNędznego świata ieszcze chciał zostawić,Miałbyś oddawszy troski złey godzinie —Lepszey się myśli y weselszey stawić.A co się pytasz o Bertolda synie —Błąka się, ale gdzieby się miał bawić,Niewiem — a ty się strzeż drogi wątpliwey,Aż o niem rzeczy dowiesz się prawdziwey“.

Gdy taka była o Rynaldzie mowa,Wszyscy go barzo w on czas żałowaliY ozwał się ktoś, który rzekł te słowa:„Ato go z woyska niewinnie wygnali“.Wszyscy, iakoby na to beła zmowa,Szwedowi iego dzieła powiadali:Iaki mąż z niego, iako się sprawowałW różnych potrzebach — a Szwed się dziwował.

Gdy tak na ono wszyscy wspominanieMiłość ku memu w sobie pobudzili —Ci, którzy byli szli na picowanie,Do obozu się z pól nazad wrócili;Pędzili woły y stada baranieY różną żywność z sobą prowadzili,Słomy y owsy y bydła dostatek,Tamto dla koni, a to zaś dla iatek.

Ci tę nowinę nieśli nieszczęśliwą,Którą za pewną wszystkim udawali,Że Rynaldowy puklerz y cierpliwąZbroię, krwią świeżą spluskaną — poznali.Zewsząd [bo ktoby rzecz tak żałościwąMógł zakryć] ludzie do nich się zbiegali;Co żywo, o śmierć pyta RynaldowęY zbroyę widzieć chce bobaterowę.

Poznali blachę y u miąższey zbroieZnak zwykły y herb na iego puklerzu,Na którem beł ptak ten, co dzieci swoieDoświadcza słońcem y nie wierzy pierzu.Ten, ilekowiek znaczne były boie,Zawsze widali na wielkiem rycerzu.A teraz z żalem, z gniewem pomieszanem,Widzą go bydź krwią srodze popluskanem.

Kiedy tak różnie po woysku szemranoY tę rzecz sobie rozbierali sami,Roskazał Goffred, aby zawołanoAlpranda, co był nad picownikami.Człek to był dobry — iako powiadano —Prosty, prawdziwy między rotmistrzami.Ten od Hetmana o zbroię pytany,Tak odpowiedział, cnotą zawiązany:

„Ztąd mil dwunastu, przy gościńcu, któryIdzie do Gazy, tuż blisko granice,Równina mała leży, wszedszy w góry,Które obeszły tamte okolice.Srzodkiem nie wielka rzeczka spada z góry.Stoki w niey gęste y żywe krynice,Mieyscami gęstwa y drzewa ozdobne,Zakrytem barzo zasadkom sposobne.

Myśmy tam stada szukali iakiego,Zwłaszcza, że kray beł w pastwiska obfity.A w tem uyrzemy kogoś umarłego,Który tam leżał przy wodzie zabity.Biegli tam wszyscy, bo z herbu zwykłegoZbroię poznali, trup sam beł nakryty;Gdym go chciał odkryć, kiedy go podięto,Tułów beł tylko, a głowę ucięto.

Ręki nie beło prawey, ran miał wiele,Na obie stronie wszystek przebodziony;Przy niem hełm próżny — co orła na czele;Białego niesie — leżał położony.Radbym beł komu, coby o tem cieleSprawę dać umiał. A w tem z iedney stronyObaczę chłopa niedaleko, któryZayrzawszy nas, chciał spiesznie uciec w góry.

Lecz dościgniony y od naszych wziętyTę samę tylko powiadał nowinę,Że wczora, kiedy pasł bydło z chłopięty.Zayrzawszy konnych, skrył się w rakicinę.rokicinę.Ieden z nich trzymał w ręce łep ucięty;A kiedy pilnie patrzał przez krzewinę,Tak mu się zdało, że to był ktoś młodyY nie zarosły y ieszcze bez brody.

Y że go w torbę zaraz potem włożył,Którą do łęku sobie przywięzywał.przywięzował.A naostatku y tego dołożył,Że stróy — że nasi beli — ukazował.Iam zatem zbroię onę z niego złożyłY serdeczniem go, Bóg widzi, żałował.Zbroię tę z sobą przywiozłem, a onoCiało — kazałem, aby pogrzebiono.

Lecz, ieśli to iest Rynaldowe ciało,Inszego pewnie godne było grobu“.A iż Aliprand nadto wiedział mało,Odszedł zarazem z hetmańskiego progu.Goffredowi się przedsię iednak zdałoPytać się pilniey. Ma nadzieię w Bogu,Że się z pewnego znaku o tem sprawiY mężobóyca wrychle się obiawi.

A w tem ciemna noc pod płaszcz rościągnionyŚwiat, iako wielki, wszytek zasłoniła,A zmysł człowieczy słodkiem opoionySnem, odpoczywał y troska się kryła.Ty, Argillanie, ostrą przerażonyStrzałą, sam nie spisz, ale myślisz siła,Oczyć przezdzięki snu nie przypuszczaią,Złośliwe myśli pokoiu nie maią.

Ten zły, zuchwały, nieuhamowanyPrętki, porywczy ręką y ięzykiem,Na brzegu Trentu zrodzony, zchowanyW zwadach, beł nocnem domów naieźnikiem,Potem banitem y z ziemie wygnany,Łupił po drogach y beł rozbóynikiemDotąd, aż woyna w Azyey urosła,Która mu sławę iuż lepszą przyniosła.

Kęs tylko usnął dopiero ku dniowiY to w niem nie beł przyiemnny y miły.Ale podobny sen — paraliżowi,Bo mu iad lała brzydka iędza w żyłyY wnętrznemu coś czyniła zmysłowi,Że mu się myśli snem niespokoiłyY sama mu się wnet potem stawiłaW straszliwey larwie, która go straszyła.

Tułów mu wielki y straszny stawiłaY w oczy kładła — wrzkomo Rynaldowy,W lewey ucięty łep ręce trzymała,Straszny, wybladły, krwawy y surowyMowę mu od krwie ochrapiałą dała,A takie słowa wychodziły z głowy:„Uciekay — prawi — iuż dzień, Argillanie,Cóż? nie widzisz zdrad w niezbożnem Hetmanie?

Mnie zabił — ale choć na to niedbacie —Strzeżcie, abyście do tegoż nie przyśli.Zazdrość go gryzie a wy mu ufacie,Wiedzcie, że y was pozabiiać myśli;Lecz — ieśli chęci co do sławy macieY mężną rękę przy wysokiey myśli —Zostańcie raczey y nie uciekaycie,A krwią tyrańską duszę mą błagaycie.

Ia z tobą będę y we dnie y w nocy,Siłyć y serca będę dodawała“.Tą mową więtszey dodała mu mocyY gniew mu srogiem iadem hartowała.Sen wylękniony iadowite oczyOpuścił, z których wściekłość wynikała;Zbroię oblókszy zaraz się prowadziY Włochy naprzód do kupy gromadzi.

Prowadzi ich tam, kędy beł ogromnySzyszak Rynaldów z zbroią zawieszony —Y w przedsięwzięciu onem nie przełomny,Gniew y głos przedtem wymiata myślony:„Takli nam ten zły naród wiarołomny,Łakomy, pyszny, pychą wyniesiony,Zawsze kłaść będzie — by na niewolniki —Iarzmo na karki, munsztuk na ięzyki?

Takeśmy siedm lat wycierpieli wieleWzgardy, która nas od nieb potykała,Że przez tysiąc lat będzie [rzekę śmiele]Gniewać się o co włoska ziemia miała.A to y Tankred zbił nieprzyiacieleY ziemia mu się cylicka dostała,A Francuzowie pod niem iey dostaliY cudzą zdobycz zdradą otrzymali.

A kiedy się bić, kiedy wyciągaiąCzasy przewagę albo męstwo iakie —Nami naygorszą dziurę zatykaiąY na złe razy idziemy wszelakie;Kiedy zaś zdobycz y łup dzielić maią.Myśmy na stronie y niegodni. TakieNasze korzyści: krew tylko y szkody,A ich tryumphy, sława y nagrody.

Był czas, kiedy nas od nieb potykałyNieznośne krzywdy y lekkości siła,Ale — chocia się barzo wielkie zdały —Teraźnieysza ie małe uczyniła:Zabity Rynald, zgwałcone zostałyPrawa, sława się włoska znieważyła,A przedsię niebo piorunem nie biie?Ziemia ich nie źrze y pod się nie kryie?!

Rynald, obrońca zabit świętey wiary,A dotąd ieszcze został nie zemszczony;Na gołey ziemi — takie iego mary! —Leży zrąbany y niepogrzebiony.Kto sprawcą takiey niezbożney ofiary?A iako ma być [proszę] zataiony?Z włoskiey dzielności urosła przyczyna,Która Goffreda trapi y Baldwina.

Dziwną wam powiem, a powiem prawdziwą,Przysięgam na to żywemu Bogowi:Widziałem iego duszę nieszczęśliwą,Kiedy iuż było ku samemu dniowi.Ach! iaką radę hetmańską zdradliwąPrzeciw naszemu odkrył narodowi!Nie sen powiadam albo iaką marę...Y teraz go mam w oczach — na mą wiarę!

A my co? Czy być pod iego buławąY miłey przedsię zbyć chcemy swobody?Czy przed ręką, krwią niewinną plugawą,Uydziem do piękney Eufratowey wody?Gdziebyśmy rządem dobrem, dobrą sprawąWygnali tamte nikczemne narodyY w kraiach beli obfitych panami,Nie mieszaiąc się więcey z Francuzami.

Idźmyż, niechby krew bez pomsty została,[Ieśli tak chcecie] tak wielkiey osoby;Acz — gdzieby dzielność napierwsze wspomniałaSprawy swey ręki y dawne ozdoby —Nie długoby się ta złość pokarałaY nie trudnoby o takie sposoby,Że krwie niewinney rozlewca — przykłademBełby śmiercią swą tyranom szkaradem.

Ieśli tak będą wasze siły śmiałe,Iako potężne, iako wiele mogą.Ia mu sam wrażę miecz w serce zuchwałe;Wiem, że mi tego y drudzy pomogą“.To skoro wyrzekł, zaraz pułki całeZa Argillanem iedną idą drogą:Wściekła młódź bieży, wszyscy się mieszaią,Do mieczów wszyscy y do zbróy wołaią.

Miecz między niemi — wzgórę wyniesionąRęką — Alekto trzyma, którem siecze;A gniewy wściekłe y nienasyconąKrwie chciwość między gęste roty miecze.Coraz pomyka chmurę niewściągnionąIędza y ostre wszędzie ciska miecze;Z włoskich stanowisk do Szwaycarów poszłaY do Anglików potem się przeniosła.

Insze narody, nie tylko wzbudzonePospolitą się szkodą urażaią,Ale y dawne gniewy umorzoneTeraz się znowu w sercach odnawiaią.Francuzy: harde y niepowściągnione.Chełpliwe, pyszne, chciwe — nazywaią;Nienawiść, która przedtem beła skryta,Teraz wychodzi na wierzch, iadowita.

Tak bywa w garcu, kiedy woda wrzącaWewnątrz bełkoce u zawartey dziuryY nie mogąc się w sobie zmieścić, rącaWylewa na brzeg y drze się do góry.Nie da się tłuszcza zawściągnąć gorąca,Ieśli ią baczny chce hamować który;Tankred z Kamillem y Gwilelm nie byliY insi starsi, co niemi rządzili.

W kupy zmieszane pospólstwa odmienneBieżą y wszyscy na larmę wołaią,Trąby y bębny y insze woienneMuzyki — na krew serca pobudzaią.Gotyfredowi nie barzo przyiemneNowiny to ten, to ów — posyłaią;Baldowin pierwszy przybieży we zbroiY podle niego niestrwożony stoi.

On słysząc na się szczyrą potwarz onę,Do nieba umysł obraca troskliwy:„Ty mię sam, Panie, weźmi w swą obronę,Wiesz, żem na swych krew nie beł nigdy chciwyZdyim iem z błędnego rozumu zasłonęY uśmierz sam w nich gniew tak popędliwy,A iakoś świadom moiey niewinności,Tak ią iem odkryi z twey dobrotliwości“.

Poczuł, że go duch niebieskiey robotyNiezwykły zagrzał y wnątrz go przeymował;Pełen nadzieie y piękney ochotySwą twarz wesołą śmiałością farbował.Na ostre miecze, na wytknione grotyNiewylękniony śmiele następowałY chocia słyszy przegróżki zuchwałe,Idzie y czoło niesie okazałe.

Zbroię zupełną y płaszcz miał na sobieDrogiem iedwabiem wszystek przeszywany,Twarz miał odkrytą y tak szedł w ozdobieNiebieskiey, w straszną powagę ubrany.Kinie buławą y tą w oney dobieTuszy uśmierzyć woysko zagniewane —Tak do nich wyszedł y te mówił słowa,Lecz nie człowiecza zda się iego mowa:

„Zkąd się wziął ten zgiełk? kto go śmie prowadzić?W takiememli to u was poważeniu,Że się na płonnych plotkach chcecie sadzić,Po częstem y tak długiem doświadczeniu?Udawa snadź ktoś, że Goffred chce zdradzićY są ci, so mię maią w podeyrzeniu.Czekacie ponno, abym się sprawował,Albo dowody iakie ukazował?!

Nie da Bóg, aby od takiey sprosnościMiało być imię moie pomazane:Z przeszłem mem życiem broni niewinnościSumienie czyste y niezasromane.A teraz — miasto słuszney surowości —Miłosierdzie wam będzie pokazane,Dla przeszłych zasług, odpuszczam błędowiY waszemu was daię Rynaldowi.

Argillanową krwią będzie omytyGrzech spólny: on sam będzie pokutował,Że was w kupę zwiódł y lud pospolityPrzeciw zwierzchności swoiey pobuntował“.Kiedy to mówił, piorun mu zakrytyStraszney powagi z oczu wyskakował,Tak, że Argillan wylękniony stoiY gniewliwey się iedney twarzy boi.

A drudzy, którzy dopiero zuchwaliWstydu y względu żadnego nie mieli,Ale grozili y srodze łaiali,A miecze we krwi ostre topić chcieli —Teraz słów groźnych z pokorą słuchaliY podnieść oczu ku górze nie śmieli;A Argillana — zaraz po tey mowie —Woyskowi od nich wiedli profosowie.

Taki lew bywa, kiedy naieżonąGrzywą potrząsa y kiedy się sroży;Ieśli ten przydzie, co mu przyrodzonąSrogość okrócił — ogon pod się włożyY pod mistrzową ręką wyniesionąCierpi karanie y surowe grozy;Iuż y paznokci y straszliwey gębyZ wyostrzonemi zapomina zęby.

Tak powiadaią, że w ten czas widzianyBeł przy Goffredzie bohater skrzydlaty,Co przedeń puklerz wystawiał, miedziany(Cud przed dawnemi niesłychany laty!)W ręce miecz goły krwią trzymał spluskany,Która kroplami ściekała na szaty:Podobno to krew z miast y królestw ciekła,Które gniewliwa ręka iego siekła.

Skoro zgiełk ucichł, wszyscy kładli mieczeY z mieczmi zaraz zmiękczone niechęci.Goffred odszedszy, to tam, to sam — mieczeMyśli wątpliwe y pilnie się kręciKilku dni więcey szturmu nie odwleczeY potrzeby ma wszystkie na pamięci;Czasem sam idzie, czasem kogo ześleTam, gdzie tarany gotowali cieśle.

A kiedy brzydka iędza obaczyła,Że on zgiełk srogi beł uspokoionyY że nie mógł być — iakoby życzyła —Przedwieczney Myśli wyrok odmieniony:Leciała ztamtąd, a gdzie przechodziła,Słońce się ćmiło, rodne schły zagony;A ukwapliwa do nowey roboty,Prętkiemi biegła po powietrzu loty.

Od towarzyszów swoich to wiedziała,Że Rynald w woysku nie beł w onem czesie,To o Tankredzie y inszych słyszałaCo namężnieyszych, że gdzieś beli w lesie.„Y długoż — rzecze — będę próżnowała?Niechay Soliman woynę zaraz niesie,Pewnam, że woysko poraziem zmnieyszone.Łostyrkow pełne y źle ziednoczone“.

To rzekszy — poszła, gdzie między błędnemiRotami mieszkał Soliman zuchwały,Po wszystkiey prawie nad którego ziemiSroższego wieki tamteczne nie miałyY ledwie między olbrzymy dawnemiNalazł się który tak wściekły, tak śmiały,W Turczech królował, mieszkać się był złożyłW Niceey, w którey stolicę założył.

Miał po brzeg, który trzymaią Grekowie,Od meandrowey do sangrowey wody,Gdzie przedtem dawni mieszkali Mizowie,Lidowie, pontskie, bytińskie narody;Lecz chrześciańscy iak skoro panowieNa woynę poszli azyiską w zawody,Państwa mu iego y miasta pobraliY bitwę na niem dwa razy wygrali.

Próbował nie raz szczęścia y odmiany,Lecz o tem inszy wyrok beł na niebieY do Egiptu udał się wygnany,Gdzie mu król beł rad y wziął go do siebie.Ważył go równo z przednieyszemi pany,Aby go potem w swey użył potrzebie,Myśląc się nie dać więcey rozpościeraćY chrześciany w Palestynie wspierać.

Lecz pierwey, niż im woyną odpowiedziałY niż się ruszyć miał do Palestyny,Za iego wolą służbę przypowiedziałSoliman zbóycom arabskiey krainy.A w tem kiedy król w swem Egipcie siedziałY lud azyiski y zbierał Murzyny —Soliman łatwie uiął chciwe żądzeŁakomych zbóyców, za iego pieniądze.

Tak będąc wodzem u nich, tyran srogiPo ziemi iudzskiey wielkie czynił szkodyY wszystkie w koło opanował drogi,Które z obozu szły do morskiey wody.A maiąc w sercu boyce y ostrogio pomsty: pamięć swoiey świeżey szkody —Więtsze iuż rzeczy myśli na czas przyszły,Ale ieszcze ma wątpliwe zamysły.

A w tem Alekto przedeń się stawiłaW zawoiu, w męża starego osobie,Twarz chudą y skroń zmarskami okryła,Do kostek miała delią na sobie.Wąsa nic, tylko brodę ogoliła,Z wypustów ręce ukazała obie;U boku saydak z krzywą szablą miała,A w prawey ręce łuk cięgły trzymała.

„My — prawi — tylko przebiegać będziemyTe suche piaski y pola niepłodne,Gdzie sławy żadney dostać nie możemy,Ani zdobyczy, coby chwały godne.A Goffred miasto tłucze — iako wiemy —Dziurę iuż wybił, czasy ma pogodne;Wrychle o szturmie mieć będziem nowinyY ztąd uyrzemy ognie y perzyny.

Takli zwycięstwa są Solimanowe:Wsi popalone, zaięte barany?Wspomni na swoie dawne krzywdy owe,Wspomni na państwo, z któregoś wygnany.Odważ się, a zbiy woysko Goffredowe,Uderz na obóz w nocy niespodziany,Wierz Araspowi, któregoś spróbowałY w tem wygnaniu y kiedyś królował.

On teraz o tem nie nie myśli, abyLudzie tak nadzy y tak boiaźliwiMieli się o to kusić; zna Araby,Że tylko na łup y na zdobycz chciwi.Teraz masz nań czas, obóz bardzo słabyY twoi póydą z tobą nie leniwi“.To mówiąc iad mu w zanadrze miotała,Potem się sama między wiatr wmieszała.

Woła Soliman, pochutnywa sobie,„Ty, co mi grzeiesz oziębione żyły,Nie człowiekiemeś, ale cię w osobieCzłowieczey widząc, oczy pobłądziły.Prowadź, gdzie raczysz — ia idę przy tobieY na krew wszystkę ofiaruię siły;Ty mi bądź tylko życzliwa, a oczyY szablę moię sprawuy w ciemney nocy!“

To rzekszy, wszystkie roty w kupę zwodziY pięknemi w nich serca budzi słowy;Ochoty pełen kwiat arabskiey młodzi,Grzeie się z głosu swoiey starszey głowy.Alekto naprzód przed woyskami chodzi,Sama proporzec wielki niesie nowy,A woysko idzie tak spiesznie, że wieściY wszystkie ludzkie uprzedza powieści.

Potem precz bieży y twarz swoię kryieW owego postać, co niesie nowinęY w Ieruzalem wchodzi, kiedy biiePo zeszciu słońca ostatnią godzinę.Idzie, a wszyscy wyciągaią szyie,Ona królowi nocnego przyczynęNaścia na obóz, więc y czas powiada,Znaki y hasła arabskie wykłada.

Iuż noc czarnawe rozwiiała włosy,Czerwieniało się niebo niełaskawe,A ziemia smętna, miasto chłodney rosy,Puszczała pary straszliwe y krwawe;Z szumem y z wichrem poszły na niebiosyPodziemne dziwy y larwy plugawe,Wypuścił Pluton wszystkie ćmy y małoDuchów piekielnych w Abissach zostało.

Przez tak straszną noc, srogiey pełną grozy,Arabowie swe woysko prowadzili,A gdy w pół biegu noc swe lotne wozyTam postawiła, skąd się nadół chyli —Pod chrześciańskie podeszli obozy,Mniey ieszcze ponno, niźli w ćwierci mili,Gdzie pokarmiwszy, zwycięstwa bespieczny,Tak do nich mówił Soliman waleczny:

„Widzicie woysko zbóyców niecnotliwe,Które złodzieyskie tak wiele państw zdarłoY iako morze łakome y chciwe.Wszystkie Azyey bogactwa pożarło;A teraz oto szczęście wam życzliweNa rzeź ie wszystko w ten obóz zawarło;W złoto ubrane y zbroye y konieWam będą na łup, nie im ku obronie.

Więc nie ci to są, którzy zwyciężyliPersy y Turki, co byli tak mężni,Po różnych woynach; dawno tych stracili,Sami zostawszy słabi, niedołężni.Ale, choćby też spełna wszyscy byliTak śpią — iako drwa — nadzy, niepotężni,Łatwie bezzbroyne y pobić ospałe,Od snu do śmierci przeszcie barzo małe.

Puśćcie to na mię, moie to staranie.Że przez przekopy wszyscy przeydziem snadnie,A wy przy wodzu i swoiem hetmanieBiycie psi naród, co te kraie kradnie!Dzisia Azya swobody dostanie.Dziś Chrystusowe królestwo upadnie!“Tak ich zagrzewał, tak im tyran tuszył,Potem się daley z woyskiem cicho ruszył

A w tem się w cieniu ludzie ukazali,Ci, którzy byli wyszli na posłuchy,Zkąd łatwie poznał, że nie wszyscy spaliTak, iako o tem miał swoie otuchy.Oni wołaiąc, wzad ustępowali,Wołaniem wielkiem budząc obóz głuchy,Tak, że pierwsza straż rozruch usłyszałaY do sprawy się y do broni miała.

Wraz Arabowie we wszystkie muzykiUderzą: trąby, surmy głośnie graią,Ogromne końskie y człowiecze krzyki,Idą pod niebo y wiatry mieszaią.Ryczą przepaści y góry, lecz rykiStraszliwsze dobrze — piekła wypuszczaią;A z Flegetontu pochodnią trzymałaAlekto, którą znak miastu dawała.

Soliman pędem na straży przypadnie,Ieszcze do końca nie dobrze sprawione:Nigdy tak rączo wicher nie wypadnieZ ziemie — y wiatry nie tak są szalone;Grom, kiedy z ogniem y z piorunem spadnie;Rzeka, co niesie domy wywalone —Na iego wściekłość y na serce śmiałe,Tylko iest iakieś podobieństwo małe.

Nigdy się darmo mieczem nie zamierzy,Ledwie go spuści, wielkie widać rany,A kogo zaymie y kogo uderzy —Leci od dusze zaraz odbieżany;A sam nie czuie, choć weń każdy mierzy,Każdy nań siecze, choć hełm porąbanyBrzmi tak, iako dzwon, choć skry wylatuiąOd częstych razów, które mu doymuią.

A kiedy wszyscy przed niem uciekaliY pierwsze roty rozgromione gonił —Arabowie też w obozy wpadaliY przez przykopy przeszcia nikt nie bronił.Iuż się zwyciężcy z temi pomieszaliCo uciekali; iuż się każdy chronił;Inż nieprzyiaciel wpadał y w namiotyY krwią płócienne pofarbowal ploty.

Soliman niesie skrzydlatego smokuZ ogromną szyią — na hełmie stalonem —Który się wspina wzgórę, a po bokuBiie z obu stron dwoistem ogonem,Pianę ma w gębie, a iad brzydki w oku,Świszczy ięzykiem wielkiem roztroionem,A z panem równo okrutnie się burzyY dymem z gęby y płomieniem kurzy.

Tak się straszliwy zdał między woyskamiNa Solimanie wielki smok ognisty,Iako więc w ciemną noc z błyskawicamiZda się żeglarzom ocean pienisty.Iedni się biią, a drudzy kupamiWciąż uciekaią, a mrok nieprzeyrzystyY noc w rozruchu wszystko pomieszałaY kryiąc trwogę — trwogi przyczyniała.

W tem z iedney roty, która nastąpiła,Skoczył Włoch ieden przy Tybrze zrodzony,Którego siły ani okróciłaPraca, ani wiek laty nachylony.Piąci miał synów, któremi — gdzie byłaNaysroższa bitwa — chodził otoczony,A z młodu ieszcze wyknęli do zbroie,Wczas się na przyszłe zaprawuiąc boie.

Za oycowskiemi y teraz przykłady,Ostrzyli na krew y serca y broni:„Pospieszmy dzieci, tam kędy szkaradyPastwi się tyran y lud płochy goni!Żaden się nie trwóż, żaden nie bądź blady,Że naszych biią, że są we złey toni;Mała to sława — moia droga młodzi —Która bez żadney przewagi przychodzi“.

Tak lwica sroga libiyskiey pustynieyDzieci — u których ieszcze zęby małe,Małe paznokcie — wywodzi z iaskinieyY wprawnie ie w zwierze okazałe.A one matki posłuszne mistrzyniey,W co urodziwszych tylko zęby śmiałe— Biorąc z macierze przykład — utapiaią,A zwierz co mnieyszy mimoimo się puszczaią.

Szedł za młodemi dobry ociec synyY Solimana wszystka sześć opadli,Chcąc go wraz wszyscy wziąć na rohatyny.Które mu w boki z obie stronie kładli;Ale syn starszy uprzedził rodzinyY kiedy bracia z oycem na niem padli,On rzucił oszczep y z tasakiem spodniem,Skoczywszy podeń, chciał konia skłóć pod niem.

Lecz, iako kamień niepożytey skały— Co do pół boków w morzu wielkiem stoi,Odpiera deszcze, wiatry, gromy, wałyY Iowiszowych gniewów się nie boi:Tak na oszczepy, na miecze niedbały.Bespieczny stoi poganin w swey zbroiY temu, co chciał dosiąc sztychem brzuchaIego koniowi — przeciął łep do ucha.

Aramant widząc, że brat iego miłyIuż beł na ziemi tak srodze raniony,Chciał go wznieść, ale próżne prace były,Bo y sam na niem poległ obalony:Podciął mu wszystkie u ramienia żyłyY tak upadał koniem potrącony;Ieden na drugiem obadwa konaią,Oba krew y dech ostatni mięszaią.

Przeciął we środku oszczep u Sabina,Którem go sięgał z daleka po oku,Lecz y ten ranę wziął od poganina,Cięty w słabiznę u lewego boku.Długo się męczył y nie chciał chudzinaWielkiem oporem do wiecznego mroku;Dusza przez dzięki ciała odbiegałaY przez gwałt prawie świat zostawowała.

Lorenc z Bonfinem, ci beli zostali;Oba bliźnięta, a tak iednakowi,Że się rodzicy sami omylaliY często swemu śmiali się błędowi.Ale się teraz barzo różni stali,Bo łep do czysta uciął Lorencowi —Tobie [o twarda różnico] Bonifinie,Z piersi rościętych krew strumieniem płynie!

Ociec — nie więcey ociec — [o żałości!]Straciwszy wszystkie syny, nieszczęśliwy,Patrzy nu trupy, a żal mu przez kościPrzeymuie serce wielki, przeraźliwy.Żaden tak mocney nie widział starości:Że żywy został — u mnie wielkie dziwy!Y bił się przedsię, ponno z tey przyczyny,Że konaiące nie patrzył na syny.

Więc y życzliwe ciemności tak chciały,Że mu część żalu zakryły onego;Nie chce w niem umysł zwycięstwa wspaniały,Gdzieby nie zgubił sam siebie samego.Żywotem wzgardził, o swą krew niedbały,Nieprzyiaciela krwie pragnie swoiegoY nie rozeznać, co chce y co woli:Umrzeć, czy zabić — tak go serca boli.

Zawoła potem: „Takli to wzgardzonaTa moia ręka y takiey słabości,Że wszystką siłą na cię usadzona,Nie może na mię wzbudzić twey srogości?!“W tem ią wyniesie, ona — wyniesiona,Spadaiąc z góry, przecięła do kościLewego boku — tak, że mu krew z ciałaPolerowaną zbroię popluskała.

Za oną raną, za onem wołaniem,Obróci się nań tyran iadowity:Przeciął mu zbroię, przeciął puklerz na niem,Choć siedmioraką skórą beł okryty;Y w brzuchu mu miecz utopił, że za niemWypadła dusza pospołu z ielity:Mdleye nieborak, a krew na przemianyTo z gęby leie, to z otfartey rany.

Iako na Tatrach dąb nieprzełomiony,Na gniew Iowiszów długi wiek niedbały,Gdy go nąkoniec wściekłe AquilonyWywrócą — wali za sobą las mały:Tak y ten poległ; a z oboiey stronyKupami trupy na koło leżały.Z taką cny rycerz umierał ozdobą,Ciągnąc na on świat tak wielu za sobą.

Kiedy tak serca przykładem y krzykiemDodawał swoiem Sułtan niebłagany —Arabowie też za swem przewodnikiemUciekaiące bili chrześciany.Henryk Angielczyk z Witem BawarczykiemLegli od srogiey Dragutowey rany,Tenże Gilberta y AryodenaY Frąca zabił — wszystkich trzech od Rhena.

Mechinet — Ernesta, Albadzar — OttonaZabił: ten mieczem, ów pierzystą trzciną;Murat na wylot przebił AndraponaPod lewą pachę perską rohatyną.Ale kto może pamiętać imionaTych, co ginęli oną mieszaniną?Goffred w tem bieżał, krzykiem obudzony,Zbieraiąc w kupę swóy lud rosproszony.

Skoro naypierwsze usłyszał rozruchy,Których w obozie co raz przybywało —Tak się domyślał y tey beł otuchy —Że to arabskie łotrostwo być miało.Bo często o niem przychodziły słuchy,Że go po drodze siła rozbiiało;Lecz mniemał, że tak być nie mogli śmieli,Aby uderzyć na obozy mieli.

Bieżąc na on zgiełk, słyszy z drugiey strony,Że w larmę, w larmę biią y wołaią,A krzyk ogromny w górę wyniesionyY gęste głosy — obłoki mieszaią.Z Kloryndą to szedł z miasta wyprawionyArgant; ci także srodze nacieraią.Trochę się tylko Hetman zastanowiY tak mężnemu mowi Guelfonowi:

„Słyszysz ten okrzyk y tę nową trwogę,Która od miasta y gór następuie?Idź przeciwko niem y zaydzi im drogę,Niech nieprzyiaciel wstręt tam iaki czuie;A ia tem czasem lud arabski mogęTrzymać na sobie, że się zahamuie.Ci z tobą póydą, a idź spiesznie z niemi,Ia w inszą stronę, nastąpię z moiemi“.

Iednakie szczęście, iednaki los wiedzieObydwu w on czas, różnemi drogami:Guelf przeciw górom y ku miastu iedzie,Hetman się idzie potkać z Arabami.Ale ten co krok, co dziesięć uiedzie,Ludzi mu zewsząd przybywa kupami,Tak, że iuż możny y dosyć potężnySzedł tam, kędy krew lał Soliman mężny.

Tak gdy z oyczystych gór wody wywodziGłęboka Wisła — nie zakrywa brzegu,Ale im daley swych źrzódeł odchodzi,Tem hardsza bieży z gwałtownego biegu;Wsi, pola, lasy, bystre rwą powodzi,Mosty łamią kry z umarzłego śniegu,A sama morze kilką rogów bodzieY woynę — nie dań — śle baltyckiey wodzie.

Goffred, tam gdzie się nabarziey mieszaią,Bieży y daley uchodzić swem broniY zawraca tych, którzy uciekaią:„Wiedzcie przynamniey kto was — prawi — goni!Ci rany tylko w tył biorą y dayą,A w samey tylko ufaią pogoni,Ale skoro im twarzy ukażecie,Zaraz ucieką y bić ie będziecie“.

Tam się obraca y tam ostrogamiRączego konia w oba boki kole,Kędy Soliman z swemi ArabamiGnał płoche roty przez szerokie pole.Między gęstemi mieczmi y śmierciamiBieży przez mokre y krwią ściekłe role,Rwie mocne hufce, a gdzie wodze skłoni —Z obu stron lecą Arabowie z koni.

Przez kupy trupów czasem przeskakuie,Tak iako piorun ciśniony z obłoka;Soliman — wielki następ na się czuie,Lecz się nie trwoży y nie mruży oka —Y owszem, blisko podeń się szańcuieY miecz wynosi chcąc go ciąć z wysoka;O iako wielcy dway bohaterowie,Zeszli się czynić o krew y o zdrowie!

Stanęła wściekłość przeciwko dzielności,O państwo wielkie bić się w placu małem.Ten poiedynek, okrom wątpliwości,Musiał być wielkiem y srogiem y śmiałem,Lecz, iż go nocne zakryły ciemności —Y ia go piórem minę zapomniałem;Był iednak godzien, aby iasne słońceOdkryło było światu takie gońce.

Iuż wziąwszy serce ludzie Chrystusowi,Nieprzyiaciołom mężnie odpierali,Przy swoiem wodzu y SolimanowiCo natarciwszy w koło dogrzewali.Nie wiecey tamci mogli, niźli owi,Nie więcey tamci, niż ci — przemagali;Iako na wadze strony się równaią:Tak zabiiaią, iako umieraią.

Iako, gdy Auster na powietrznem dworzeZ gniewliwem stoi Aquilonem w zwadzie,Nie złożą sobie, a niebo y morze,Obłok na obłok y wał na wał kładzie —Tak y tam żadna strona w oney porzeNie przemagała w Marsowem zakładzie:Miecze na miecze y konie na konie,Obiedwie równo zastawuią stronie.

Lecz nie mnieysza się bitwa zaczynałaY niemniey krwawa daley, w drugiey stronie:Ćma niezliczona w chmurach się wieszałaDuchów piekielnych, swoiem ku obronie.Ta serc pogaństwu y sił dodawała.Które iuż beło w obozowey bronie;Ale kto ogniem swem Arganta sięga,Choć iego własny dosyć go użega.

On, iako wściekły, srogi y surowy,Na straży poszedł y przez przykop skoczyłY drugiem przezeń przeyazd dał gotowyY gęstemi go trupami natłoczył.Szańce poznosił, powypełniał rowyY krwią swych panów namioty pomoczył;Klorynda z niem wraz, albo trochę za niemSzła, urażona onem uprzedzaniem.

Iuż chrześcianie wszędzie uciekali,Kiedy Gwelf przypadł z posiłki świeżemi,Za iego przyściem twarzy obracali,Y mężnie znowu potkali się z niemi.A kiedy się tak z sobą pomięszali,A krew z obu stron płynęła po ziemi —Stworzyciel świata święte oczy swoieObrócił w on czas na surowe boie.

Płaszczem odziany chwały y wieczności,Maiąc wszystkie swe stworzenia na pieczy,Siedział na tronie swoiey wielmożności,Kędy zmysł nigdy nie doydzie człowieczy.Trzy światła w iedney świeciły światłości,O niepoięte rozumowi rzeczy!Natura, Wróg, Czas beli pod nogamiY wieczne Rucho z inszemi sługami.

Pod Maiestatem bogini siedziała,Która bogactwo y złoto ma w mocyY świecką chwałę; a iako kazałaWieczna Myśl, tak swem kołowrotem toczy.Taka Go chwała y iasność odziała,Że y godnieyszych blaskiem się ćmią oczy;Ćmy nieśmiertelne okryte iasnościąNierównie — równą cieszą się radością.

Muzyka wdzięczna świętych pieśni brzmiała,Którą mistrz y dźwięk niepoięty stroi.Ztamtąd Świętego zawołał Michała,Który stał przed Niem w płomienistey zbroi.„Nie widzisz — prawi — co to podziałałaY co y teraz ćma piekielna broi;Móy lud wybrany trapi y swe siłyWszystkie nań prawie piekła obróciły.

Idźże, a mów iey, że nie iey należyWoyny prowadzić, od tego hetmani,Niechże mi więcey na świecie nie leży,Niech tu nie rządzi, niech tu nie hetmani;Niech nie zaraża powietrza, niech bieżyDo swych Abissów, do swoich otchłaniNa wieczne męki y wieczne karanie —Tak chcę y to iest moie rozkazanie!“

Skłonił się nisko Anyoł y ochotyPełen, tak rączo niósł pióra pierzchliwe,Że myśli ludzkiey niedościgłe lotyZ niem porównane, zwać może leniwe.Wprzód empireyski przeszedł pałac złoty,Tam, kędy dusze mieszkaią szczęśliwe;Więc kryształowe, więc, gdzie iasne koło,Gwiazdami wite, obraca się w koło.

Potem przechodził spherami różnemiWprzód Suturnową, potem Iowiszową,Które Anyeli rękami własnemiSprawuią, choć ie ludzie — błędne zowąZtamtąd się puścił pólmi przestronemi.Gdzie się grom rodzi y śnieg z wodą dżdżową,Gdzie świat sam siebie żywi y pożeraY w swey się zwadzie rodzi y umiera.

Odganiał Anyoł złotemi skrzydłamiPlugawe chmury y czarne ciemności,A noc swóy warkocz pleciony gwiazdamiIuż odkrywała, z anyelskiey światłości.W takiey więc słońce między obłokamiPo niepogodzie wychodzi iasności,Tak piękna gwiazda po długiem ogonieUpada wielkiey macierzy na łonie.

A kiedy przyszedł, gdzie piekielne onyLarwy, z pogaństwem mieszały lud Boży —Na wyciągnionych skrzydłach zawieszony,Taką ie mową y oszczepem trwoży:„To wiecie dobrze, iakie NieskończonyPan gromy ciska, iakie Iego grozy,O! źli, uporni — chocia w męce wieczney,O! hardzi — chocia w nędzy ostateczney.

To wyrok Iego, że krzyż święty stanieW Ierozolimie z Iego możney ręki!Cóż po tych burzach? w kiem macie ufanie,Że mu się chcecie przeciwić przezdzięki?Idźcie — przeklęci — na wieczne karanie.Na wieczny ogień y na wieczne męki;Tam w Acheroncie swych woien pilnuycieY iako chcecie, tam z nich tryumphuycie;

Tam się wy srożcie y tam swoich — wściekli —Sił dokazuycie, pod ognistem sklepem;Tam złe będziecie dusze biczmi siekli;Tam ogień palić w swem więzieniu ślepem!“Mało co dbaiąc, leniwo się wlekli,Aż na nie Anyoł uderzył oszczepem.Dopiero pędem wielkiem uciekałyPiekielne larwy y świat opuszczały.

Y do Abissów prosto polecieliNieprzyiaciele wieczni ludzkiey duszy;W takiey gromadzie nigdy nie lecieli.Ptacy za morze, iako te pokusy;Nigdyście liścia tyle nie widzieli,Kiedy ie iesień y pierwszy mróz ruszy.A skoro poszły one szpetne larwy.Świat się wyiaśnił y beł piękney barwy.

Ale nie przeto Cyrkaszczyk słabieie.Albo mnieyszego serca być poczyna,Choć go pochodnią Alekto nie grzeie.Choć go piekielnem biczem nie zacina.W naygęstsze hufce wpada y krew leie,Kto się nawinie — siecze, wali, ścina;Chude pachołki z bogatemi panyPorównywaiąc — tyran niebłagany.

Lecz y Klorynda w ten czas ArgantowiMęstwem y sercem na przód nic nie dała:Trafiła mieczem BerlingierowiWłaśnie w puł serca, gdzie dusza mieszkała;A tak go pchnęła, że nieborakowiKoniec broń wściekła tyłem ukazała.Albin przez szyszak uderzony w kręgi,Spadł z konia, tak raz od niey bywał tęgi.

Ciągnął łuk Rykard y chciał ią oślepić.Lecz mu ucięła rękę; ta na ziemiWpół żywa, chce się nieboga pokrzepićY trzyma przedsię łuk palcy drżącemi.Tak więc wąż ogon ucięty chce zlepić —— Ale daremnie — z członkami inszemi;Nie czyniła nic więcey Rykardowi,Ale skoczyła ku Gernierowi.

Tego zaś w szyię miecz nielitościwy,Miecz nieuchronny Kloryndzin ugodził,Spadł mu łeb — z krtaniem przeciętem — nieżywyY w piasku ze krwią pomieszanem brodził,A tułów martwy długo, [iakie dziwy!]Siodła się trzymał y koń pod niem chodziłY nierychło go z siebie zbył wierzganiem,Czuiąc, że słaby ieździec siedział na niem.

Kiedy tak mężna bohaterka biłaSwem ostrem mieczem płoche chrześciany,Nie mniey po długiem obozie gromiłaCna Gildylippa y siekła pogany;Iednaż płeć w obu, iednaż była siła,Iednakie serce y małey odmiany,Lecz się nie zeszły z sobą w tey potrzebie,Inaczey o nich przeyrzano na niebie.

Ta z tey, a owa z drugiey także stronyGwałtem przełomie hufiec gęsty chciała;A w tem Gwelf przypadł, gdzie iuż nachylonyMężna Klorynda lud przed sobą gnałaY z góry na nię ciął niepostrzeżonyY kęs z pięknego krwi wytoczył ciała;Ale mu sztychem oddała zarazem,Między żebrami pod świetnem żelazem.

Wyniósł się znowu, lecz niespodziewanąPrzygodą podpadł Ośmid z PalestynyY tak nie sobie należącą ranąZabity, z gęby plwał zkrwawione śliny.A w tem do Gwelfa gromadą zebranąIego lud bieżał z oney mieszaniny —Kloryndzie także ludzie przybywali,Zaczem się z sobą znowu pomieszali.

Iuż na świat niosła iutrzenka świt ranyY noc iasnemu dniowi uchodziła,Kiedy Argillan wyszedł, rozwiązanyZ woley hetmańskiey, która na to była;Y z prętka w zbroię niepewną ubrany,Lub złą, lub dobrą — iaka się trafiła,Bieżał zelżony żywot na szańc stawićY błędów przeszłych przewagą poprawić.

Iako koń, w pańskiey stayniey urodziwy.Którego tylko do woyny chowaią —Kiedy się urwie, bieży niewściągliwyNa łąki, albo gdzie stada pasaią,Wyniosłem karkiem trzęsie, a u grzywyPlecione kosy z wiatrami igraią,Piasek kopyty w prętkiem biegu ciskaY rże ogromnie y nozdrzami pryska —

Tak szedł Argillan, tak miecz ostry toczył,A twarz mu gniewem y oczy pałały,A tak biegł rączo, że stopy nie tłoczyłY piaski śladu żadnego nie miały.Między naygęstszy huf arabski skoczył,Wołaiąc głosem — odważony, śmiały:„O! rozbóynicy, skąd wam tey dostaieTeraz śmiałości y kto ią wam daie?

Nie wasze dzieło, ubierać we zbroieZupełne — ciała, bo ich nie wytrwacie;Wy nadzy, marni, wiatrom tylko swoieStrzały, a żywot nogom polecacie.Nie są po waszem piecu dzienne boie,Bo wy tylko w noc y w cienie ufacie;Ale, iakoto teraz świat odkryły,Trzeba zdolnieyszey y zbroie y siły“.

To mówiąc ieszcze, dał AlgadzelowiTaki ciężki raz y ranę takową,Że w ten czas właśnie, gdy ArgillanowiChciał odpowiedzieć — uciął mu krtań z mową.Zaraz wieczny mróz wpadł ArabinowiW serce — y w piersi biie martwą głowąY czołem w ziemię, a u zbladłey gęby,Kąsaią piasek potrętwiałe zęby.

Po Algadzelu zabił Saladyna,Muleaszowi zadał ranę srogą,Ściął Agrykalta y AryadynaWyprawił iednąż za inszemi drogą.Kiedy rannego obalił Gradyna,Przeganiał z niego y deptał go nogą.Podniesie Gradyn oczu y mdłey głowy,Do Argillana mówiąc temi słowy:

„Y ty nie długo z śmierci y mey mękiCieszyć się będziesz y tobie przeyźrzałyNieba śmierć prętką od mężnieyszey ręki.Coś to teraz tak dufny y zuchwały“.On zaś: „Ty umrzy tem czasem przezdzięki,Co to wiesz, co mi nieba obiecałyY karm swem ścierwem głodne psy y kruki!“W tem weń miecz wraził za one nauki.

Między strzelcami Solimanowemi,Iego kochany był piękney urodyIeden młodzieńczyk; a ieszcze ostremiWłosami gładkiey nie okrywał brodyY ledwie kwiaty dopiero pierwszemi,Y mchem mu beły porosły iagody,Włos zaniedbany przydawał wdzięcznościY twarz przy męskiey piękna surowości.

Koń miał pod sobą podobny do śniegu,Który dopiero spadł na dół z obłoku.A tak bel żartki, że takiego bieguWiatry nie miały y takiego skoku;Trzcinę wpół trzymał złocistą po brzegu.Szablę oprawną zawiesił u boku,Z cienkiey bawełny zawóy miał na głowie,Sam beł — w miesiące tkanem złotogłowie.

Gdy tak młodzieńczyk sławą uwiedziony,W srogiego Marsa dzieło się wprawowałY gęste roty y lud potrwożonyMieszał y śmiele wszędzie następował —Chytry Argillan zachodząc go z strony,Nieostrożnego iakoś upilnował:Konia pod niem skłół, że ledwie na nogiWstał, a on iuź miecz nad niem trzymał srogi.

W samey miał tylko nadzieię litości,Ręce do niego złożone obrócił,Lecz w okrutniku kwiat piękney młodości,Zatwardziałego serca nie okrócił.Ciął nań, ale miecz więtszey był ludzkościY żałuiąc go — płazą się wywrócił;Cóż potem? znowu zadał mu sztych srogiY miecz przęzdzięki musiał iść w swe drogi.

Soliman, z którem pobliżu straszliwyOn poiedynek Goffred odprawował,Widząc, że iego Lezbin nieszczęśliwyBeł we złem razie — on plac zostawowałY z wielkiem pędem bieżał zapalczywy,Lecz tylko pomstę — nie pomoc — gotował,Bo iuż na ziemi, iako kwiat rozwity,Podcięty pługiem, Lezbin beł zabity.

Oczy zemdlone znienagła konały,Szyia się na grzbiet wywrócona kładła,Ale choć w śmierci wdzięczność wydawałyY twarz mu piękną iakąś barwą bladła.Piersi kamienne w Sułtanie zmiękczały,Nie iedna mu łza w puł gniewu wypadła.Ty, Solimanie, płaczesz? coś swoiegoPaństwa nie płakał, wszcząt zepsowanego!

A widząc, że krwią świeżą LezbinowąNieprzyiacielskie żelazo kurzyło,Płacz ścisnął w piersiach; a serce surowąWygnawszy żałość, gniewem się burzyło.Ciął Argillana tak barzo, że z głowąŻelazo, szyszak y tarcz przepędziło:On tak wielki raz y tak wielka rana,Mężnego beła godna Solimana.

Mało miał na tem, ale między kościPcha nieżywego mieczem pomsty chciwem,Iako pies wściekły od nieznanych gościCiśniony kamień — kłem kąsa gniewliwem.O! niepotrzebna pociecho w żałości,Mścić się nad ziemią y trupem nieżywem!Ale tem czasem Goffred nie próżnowałY na Araby śmiele następował.

Pod tysiąc Turków beło z paiżami,Wszyscy we zbroiach y wszyscy ćwiczeni:Serdeczni, mężni, różnemi woynami.W różnych potrzebach nie raz doświadczeni.Między staremi beli żołnierzami,U Solimana z dawnych lat liczeniY za niem w iego nieszczęściu szli wszędy,W arabskie pola y w cierpliwe błędy.

Ci się rozerwać swoiemu nie daliHufcowi, pewni nie ustąpić kroku;Wpadł Goffred na nie y wprzód KorkutowiPo ielca w lewem miecz utopił boku.W łeb Rossanowi — ale SelimowiZadał raz cięty tuż przy samem oku;Zabił Murata, który iem hetmanił,Inszych moc zabił y srodze poranił.

Kiedy tak długo mieszanina onaMiędzy pogany y naszemi trwałaY ieszcze namniey saraceńska stronaNienachylona mocno się trzymała —Zdaleka chmura z gęstego złożonaProchu, nagle się stroną ukazała;Potem z niey zbroye y miecze błysnęłyY serca Turkom dopiero odięły.

Pięćdziesiąt mężnych, wielkich naieźnikówZ chorągwią białą z krzyżem złotem biegło.Chociabym sto gąb y sto miał ięzyków,By się sto głosów do nich także zbiegło —Niewyliczyłbych — od tych woiownikówPobitych pogan: tak ich wiele legło:Zbity Arabin y niezwyciężonyTurczyn po części iuż był przełomiony“.

Strach, smętek, boiaźń, trwoga żałościwa,Co raz to więtsza wszędzie się szerzyła,A śmierć okrótna y nielutościwaWe krwi śmiertelną kosę swą moczyła.Król też czuiąc iuż, że się ukwapliwaOna wycieczka niedobrze zdarzyła —Z ludem przed miasto wyszedł y pod muryNa wątpliwy bóy z swemi patrzał z gury.

A skoro uyrzał, że się ArabowiePospołu z Turki bardzo nachylili,Gęste słał posły, aby lud wodzowieArgant z Kloryndą zaraz uwodzili.Ale choć do nich wskazował surowie —Krwią opoieni długo się bawili,Acz naostatek ustąpić musieliY ludzie sprawą swe uwodzić chcieli.

Ale kto prawa na boiaźń stanowi?Kto strach przywiedzie do dobrego końca?Tarcze y zbroie miecą, chcąc być zdrowi;Miecz teraz wadzi, co wprzód był obrońca.Pod miastem wielka przeciw południowiDolina leży od zachodu słońca:Przez tę pogaństwo na zad uciekało,A proch przed sobą gęstą chmurą gnało.

Kiedy pochyło na dół uciekali,Srodze ie nasi siekli y pędzili,Lecz kiedy z dołu w gurę się udali,Gdzie świeży ludzie na posiłku byli —Nie chciał Gwelf, aby w górę nacieraliY kazał, aby daley nie gonili.Tak swe stanowił hufce zagonione,A król też swoie zbierał rozproszone.

Tem czasem Sułtan czynił, co człowieczeY co te ziemskie czynić mogły siły;Więcey nie może, pot z krwią z niego ciecze,Bokami robi y tchnie w oney chwili;Iuż ręką słabo y leniwo siecze,Tarczy mu dźwignąć mdłe nie mogą żyły,Miecz nie tnie, ale tłucze — iako stępy,Tak ostrze stracił y tak został tępy.

A widząc iuż swą przegraną, na obieStronie rozbierał swóy umysł wątpliwy:Ieśli swą ręką śmierć miał zadać sobie,Żeby go ięzyk nie szczypał dotkliwy?Czyli — straciwszy woysko w oney dobie —Zachować cało żywot nieszczęśliwy?Nakoniec rzecze: „Niech nieba wygraią,Niech swe tryumphy z mey sromoty maią.

Niechay móy widzą tył nieprzyiaciele.Niech znowu patrzą na moie wygnanie,Byle widzieli, kiedy znowu śmieleBędę ich słabe mieszał panowanie;Nie ustąpię iem póki dusza w ciele,Pamięć moich krzywd wiecznie nie ustanieY nieprzyiaciel sroższy się iem wrócę,Chocia się w popiół y w ziemię obrócę“.

To mówiąc ieszcze, blisko siebie zoczył,Że koń ku niemu bieżał obłąkany;Poimawszy go, zarazem nań wskoczył,Chocia y ranny y beł spracowany.Hełm na niem pierzem ogromnem nie toczyłY kity pozbeł, wszystek porąbany,Zwierzchnią dołomę, którą miał na zbroi,Pokłóto na niem, że za nic nie stoi.

Iako uchodzi szczwany od oboryY kryie się wilk z okrzykiem pędzony,A choć w brzuch głodny włożył obrok sporyY choć się ledwie wlecze obkarmiony,Przedsię na gębie znać dawne przemory:Ssie krew y ięzyk trzyma wywieszony —Tak y on w ten czas szedł po onem boiu,Od głodów krwawych nie maiąc pokoiu.

Przez gęste hufce, przez nieprzyiacieleSzczęście go iego bespiecznie uwodzi:Leci strzał, mieczów y grotów tak wiele,On przedsię zdrowy na koniec przechodzi.Y tak nieznany w drogę idzie śmiele,Gościniec miia, ścieszkami uchodzi;A rozbieraiąc swe przygody sobie,Różny brał przed się rozmysł w oney dobie.

Y namyślił się potem ku końcowi,Do Egiptu się udać bogategoY przyszłey woyny pomagać królowiY znowu skusić Marsa surowego.Tak umyśliwszy, prosto ku NilowiPuścił się, wodza nie maiąc żadnego;Wiadom dróg y sam trafi do piaszczystychPól starodawney Gazy nieprzeyrzystych.

A choć się w bitwie bardzo beł zmordował,Chocia go rany okrutnie bolały —Zbroye y hełmu z siebie nie zdeymował,Ale w niey iechał wszystek on dzień cały.A kiedy Phebus iasny ustępowałY chmury nocne światło wyganiały —Rany powiązał y potem po kęsieOwocu z palmy ręką chorą trzęsie.

Tam nakarmiony daktyły onemi,Radby się przespał, radby się położyłY tak na trawie y na gołey ziemiUkładł się, a tarcz w głowy sobie włożył;Lecz za ranami osurowiałemiBól mu doymował, ból się barzo srożyłDo tego wnętrzni gryźli go sępowie:Żal y gniew w sercu y w strapioney głowie.

A gdy iuż beło cicho z każdey stronyY noc się beła dobrze nachyliła,Przykre kłopoty — trudem zwyciężony —Y troskę uśpił, która go trapiła.Mdły iednak beł sen, którego zasłonyY oko y myśl błędna przechodziła,Atoli usnął y usnąwszy — nowyDźwięk mu taki brzmiał głośny koło głowy:

„Śpisz Solimanie twardo y nie czuiesz!Naspisz się czasu inszego do woley,O tem nie myślisz, ani się frasuiesz,Że twoia dotąd oyczyzna w niewoley —Y bez pogrzebu swego zostawuieszCiała rycerstwa, leżące po roleyY czekasz tu dnia, gdzie tak gęste szlakiY tak świeże są twey sromoty znaki“.

Ocknął się ze snu Soliman słabegoY przebudzony mdłe otworzył oczyY uyźrzał kogoś przed sobą starego,Który o lasce, nie o swey stał mocy.Y z gniewem rzecze do starca onego:„A tyś kto? czemu ludzie budzisz w nocy,Skąd to, że mię masz na tak pilney pieczy?Coć do sromoty y do moich rzeczy?!“

Odpowie starzec na ono łaianie:„Mnie twoie myśli dały wiedzieć nieba,A iż o tobie dawno mam staranie —Twa mię tu własna zagnała potrzeba.A nie gnieway się na mię o to, panie,Żem ci przy mówił: czasem tego trzeba,Bo się tem często w sercach wielkich ludziChciwość do męstwa y do sławy budzi.

A wiedząc, że chcesz do Egiptu iechać —Miey nieomylną przestrogę ode mnie,Żeć lepiey teraz drogi tey zaniechać,Bobyś się tylko zatłukł tam daremnie:Bo król egipski wrychle chce wyiechać,Albo iuż w drodze — a tybyś nikczemnieCzas strawił y nam twoieby się siłyPrzy niem pod ten czas mało przygodziły.

Ale ieśli chcesz, ia temu poradzę,Że cię w dzień biały bez wszelkiey trudności,Do Ieruzalem bespiecznie wprowadzę,Na więtszą sławę, okrom wątpliwości.Na którem mieyscu skoro cię posadzę,Iuż miasto będzie w twoiey opatrznościObrony pewne, dokąd naszych rzeczyKróla Egiptu nie wesprą odsieczy“.

Kiedy tak oney pilnie słuchał mowyHardy Soliman, barzo się dziwowałY zaraz z twarzy złożył gniew surowy,A starcowi się pilnie przypatrował.Potem mu tak rzekł: „Iam oycze gotowy!Wiedź, gdzie chcesz; ia cię będę naśladował.Mnie się ta rada zawżdy uda pręcey,Gdzie niebespieczeństw y trudów iest więcey“.

Chwali go starzec, a iż naziębioneZ wiatru — ból wielki rany mu czyniły,Wódką od niego pewną zakropione,Skórą zakryte, zaraz się goiły.Iuż też Apollo swe wozy złoconeNa świat gotował y zorze schodziły.„Czas — prawi — iechać, iuż drogi odkrywaSłońce y ludzi do zwykłych prac wzywa“.

Y na wóz, który czekał go przy stronie,Wziął podle siebie Solimana potemY długie lece trzymaiąc na łonie,Poganiał biczem zawodniki złotem.Tak rączo biegły nieścignione konie,Że mogły zrównać z prętkich orłów lotem;Tchnęły od biegu y dymem kurzyły,A posrebrzone wędzidła pieniły.

Słuchaycież cudu: wiatr lekki, skupionyObłokiem stanął, z wieikiem podziwieniemY wóz z oboiey okrył w koło strony,Że go nie mogło oko prześć promieniemI tak beł mocno y gęsto ściśniony,Żeby go z proce nie przebił kamieniem,Tylko sami dway obłok — iako trzeba —Widzieli w koło y pogodne nieba.

Skrzywi brwi Sułtan y namarszczy czołaY wozowi się pilnie przypatruie;Że po powietrzu nieścignione kołaLecą w obłoku — barzo się dziwuie.Starzec uyrzawszy, że Soliman zgołaZ onego dziwu ledwie się co czuie —Trącił go y słów kilka mu powiedział,Wezdrgnął się Sułtan y tak odpowiedział:

„O który, gdzie chcesz, przyrodzenie wodziszY cuda czynisz nieznane od wieka —Y iako widzę, w skrytych się przechodziszGmachach taiemnych myśli u człowieka,Proszę cię [ieśli rozumem dochodziszY przyszłe rzeczy przeglądasz zdaleka]Powiedz, co nieba Azyey przeyrzały?Iaki te woyny koniec będą miały?

Ale, niech pierwey wiem, iako cię zowąY iako cuda czynisz tak foremnie,Bo iako się mam sprawić twoią mową,Ieśli nie wyńdzie ta zstrętwiałość zemnie?“Rozśmiał się starzec y zatrzasnął głową:„Iedney wszak rzeczy dowiesz się odemnie:Iam Izmen, magiem swoiem mię ięzykiemSyrowie zowią, wy — czarnoksiężnikiem.

Ale, żebym miał odkryć to, co będzieY tak rozumiesz, że to wiedzieć snadnie —Nie chciey być w takiem Solimanie błędzie,Bo tego człowiek śmiertelny nie zgadnie;Żaden tem swoich kłopotów nie zbędzie.Ratuy się każdy, ieśli co przypadnie,Bo często człowiek swego na tey próbieSzczęścia iest mistrzem y robi ie sobie.

A ty na ognie y miecze prawicęNiezwyciężoną teraz chciey zachować,Którey nie tylko obronić stolicę,

Ale nietrudno, przeszedszy granicę,Trząsnąć Europą y onę zwoyować;Ia dobrze tuszę, ty śmiey; a ia co wiemY co, iakoby przez mgłę widzę — powiem.

Nim stokroć koły rok zbieży lotnemi,Będzie mąż ieden w Azyey panował,Który ią dzieły ozdobi wielkiemiY w płodnem będzie Egipcie królowałY w pokoiu rząd uczyni w swey ziemi,Kiedy się zdarzy, że będzie próżnowałY kiedy wytchnie od woienney chwile;Ten chrześeiańskiey cięszki będzie sile.

Y źle nabyte państwo y kradzionyŁup gwałtem wydrze mocą swoiey broniTak, że ostatków — wodą otoczonyWysep y morze ledwie mu obroni.Ten ze krwie twoiey ma być urodzony!“Soliman na to wzrok wesoły skłoni:„Szczęśliwy — prawi — że mu to gotuieNiebo!“ Część zayrzy, a część się raduie.

Dołożył tego: „Niech się szczęście stawi,Lub źle, lub dobrze, na mnie nie utyie!Moie mię serce y ta ręka sprawiNiezwyciężonem, póki dusza żyie.Pierwey swóy zwykły miesiąc bieg zostawi,Pierwey go chybi, niźli mię pożyie!“To mówiąc, wszystek aż do samych kości,Płomieniem spłonął ognistey śmiałości.

Tak rozmawiaiąc, przyśli lotnem wozemNad chrześciańskie prawie stanowiska,Gdzie pełne trupów pod samem obozemPola widzieli y poboiowiska.Zmartwiał od żalu, ciężkiem tleniony mrozem,Na gęste trupy Sułtan patrząc z bliskaY na leżące swoie między niemi,Przedtem — tak straszne — chorągwie po ziemi.

A twarz y piersi zwycięzcę deptali,Iego rycerzów, którzy w bitwie legliY nieszczęśliwe trupy odzierali,A różni na łup zewsząd ludzie biegli;Drudzy znaiomych przyiaciół chowaliY ciała miłych towarzyszów grzebli;Drudzy na kupy Araby włóczyliI iednem ogniem z Turki ie palili.

Westchnął Soliman y miecz, iak szalony,Porwał y z wozu skoczyć się gotował,Ale nań krzyknął czarownik uczony,Y wielkiem gwałtem ledwie go hamował.A skoro usiadł, wóz niedoścignionyIzmen do góry, co wyżey, kierował;Y tak szli chwilę kołami lotnemi,Aż chrześciański obóz beł za niemi.

Potem wysiedli oba z wozu, który— Nie wiedzieć iako — zniknął ich wzrokowi;Okryci płaszczem niewidomey chmury,Szli ku wielkiemu pieszo Syonowi;A kiedy przyszli do schodzistey gury,Tam gdzie obraca tył ku zachodowi —Iuż nie szedł więcey czarnoksiężnik, aleZastanowił się przy niewstępney skale.

Tam miał iaskinią wielką, kamień żywy,Którą wykował król ieden bogaty,Weszcie w nie gęste zakryły pokrzywy,Bo tam dawnemi nie chodzono laty.Odrzuci zielsko Izmen ukwapliwyY ukasaney zatknie za pas szatyY iedną ręką maca, gdzie co wadzi,A drugą — króla mężnego prowadzi.

Rzecze mu Sułtan: „A to co za drogi?Kraść mię gdzieś wiedziesz tem podziemnem piecem?Byś beł dopuścił — inszą bez tey trwogi,Mogłem ią sobie uczynić tem mieczem“.On na to: „Godna ta droga twey nogi,Z dawnych lat śladem nie bita człowieczem,Którą król Herod chodził z swemi pany,On król tak wielki y tak zawołany.

Ten ią wykował, gdy mu wszystkie zgołaWierzgnęły beły co przednieysze domyY aż od wieże — którą od sokoła,Sokolą zwano — przez ten dół kryiomyDo zbyt dawnego iednego kościoła,Często, kiedy chciał, chodził niewidomy;Tędy lud zbroyny do miasta przywodził,Tędy sam z niego za mury wychodził.

Ale na świecie żaden człowiek żywyNiewie tey drogi, okrom mnie samego;Tędy doydziemy tam, kędy wątpliwyKról rady zbiera do pałacu swego.Który, niż trzeba, więcey boiaźliwy,Trwoży się barzo z nieszczęścia przeszłego.Tyś na czas przyszedł, ale wytrway małoY milcz, aż kiedy mnie się będzie zdało“.

Skoro to wyrzekł, pierwszy zamysł niemiY w ciemną iamę wielki Sułtan wchodzi;On go omacnie, mrokiem gęstych cieni.Wziąwszy za rękę po świadomu wodzi.Pierwey zgarbieni i szli pochyleni,Ale iaskinia co raz się rozwodzi,Że potem łatwie doszli połowice— Y wolno idąc — podziemney ciemnice.

W tem drzwi uchylił odiąwszy zaporyY wiódł go Izmen po niezwykłem wschodzie,Gdzie świecił promień mały y niespory,Spadaiąc z góry sparą w cienkiem schodzie.Tam z końca iamy wyszedł Sułtan skoryY z przewodnikiem na wysokiem grodzieStanął na sali, gdzie na świetnem tronieSiedział król w złotem płaszczu y w koronie.

Z obłoku patrzą oni dway mężowie,A ich [iaki cud] wszyscy nie widzieli,Oni zaś wszystko — y słowo po słowieTak iako trzeba, obadwa słyszeli.Król naprzód począł: „Zaprawdę, synowie.Dzienieśmy wczora nieszczęśliwy mieli,Ten nam powątlił y pomieszał rzeczy,Sama nadzieia w egipskiey odsieczy.

Ale widzicie, co się z nami dzieieW tak niebespiecznem y w tak krótkiem czesie,Egipskie barzo daleko nadzieie,Przeto niech każdy radę na to niesie“.W tem szmer cichy wstał, iako kiedy wieieWolny wiatr y szum w gęstem czyni lesie,Ale szmer ucichł, kiedy wstawszy z ławyCyrkaszczyk począł mówić do tey sprawy:

„Zawżdy, o królu, są odmienne niebaY szczęcie różnie koło swe prowadzi,Lecz o to pytasz, na co nie potrzebaNaszego zdania: żaden tu nie radzi.W samych nam sobie mieć nadzieię trzeba,Bo się na sobie samo męstwo sadzi;W to się ubierzmy, zdrowia odżałuymyY nie więcey ie, niż trzeba, miłuymy.

Nie mówię, aby wątpliwa bydź miałaPomoc z Egiptu w czasy teraźnieysze,Bo obietnica, która się wam dałaY te posiłki będą napewnieysze;Alebym zaś rad, żeby się obrałaW niektórych y myśl y serce mężnieysze,Żeby z ręku swych zwycięstwa czekali,A na cudzą się pomoc nie spuszczali“.

Więcey nie mówił Argant pomieniony,Iako ten, który pewny beł wygraney —Po niem poważny Orkan z drugiey stronyWstał, urodzony ze krwie zawołaney.Mąż to beł wielki, ale zniewolonyMiłością dzieci y żony kochaney:Znikczemniał barzo, barzo się odmienił,Iakoby nie on — skoro się ożenił“.

Ten tak wotował: „Tey gorącey mowy,O wielki królu, ia nie mogę ganić,Bo śmiałe serce śmiałemi się słowyZnać dawa y z swych występuie granic.A iż — iako zwykł — zagrzał się surowyY niebespieczeństw Argant nie ma za nic,To iemu wolno, bo iako wotuie,Tak rzeczą samą śmiałość ukazuie.

Lecz ty, któremu dawny wiek przynosiWiadomość rzeczy, masz to upatrować,Że ieśli się gdzie Cyrkaszczyk unosi,Trzeba go mądrem rozumem hamowaćY te pomocy, które Egipt głosi,Z niebespieczeństwem równać y zrachować:Ieśli twe — królu — mury wydołaiąTem siłom, które chrześcianie maią.

Mówią [bo na to trzeba odpowiedzieć]Że miasto dobrze opatrzone mamy;Ale zaś u nich, musi to powiedzieć,Gotowość wielka y szturmu czekamy.Tego, co ma bydź — nikt nie może wiedzieć,Ale się słusznie wątpliwych lękamyMarsowych sądów y bać się potrzeba,Że nam nie stanie naostatek chleba.

Wczora, kiedy się nasi w polu bili,Z wielką trudnością — iako się widziało —Bydłaśmy trochę w miasto wprowadziliY za wielkie się to zdarzenie miało;Ale ieśliby dłużey nas trapili,Na tak wielki głód barzoby to mało,A nie odstąpią pewnie, choć posłanyPosiłek przydzie na dzień obiecany.

Cóż — kiedy chybi? ale niech się dzieie.Tak iako sobie wy obiecuiecie,Niech obietnice y staną nadzieie,Niechay odsieczy przyidą, iako chcecie.Kto was w zwycięstwie upewnia — szaleie;Z tem się Hetmanem — Królu — bić będziecieY z temże woyskiem, które pogromiłoTurki, Araby y Persy pobiło.

Sameś, o mężny Argancie, spróbował,Iako są bitni, iako natarczywiY nie raześ iem tył swóy ukazowałY ci z Kloryndą rycerze cnotliwiY ia sam — acz ia nie będę winowałNikogo, bo w tem nie iesteście krzywiY mężnieście się z niemi zawżdy biliY coście mogli, wszystkoście czynili.

A choć mi Argant krzywem grozi okiem,Iam winien zawżdy prawdę mówić wszędzie:Widzę, że lud ten za Boskiem wyrokiemW bogatey panem Palestynie będzie —Y ani woyskiem, ani tem wysokiemWstrąciem go murem, aż miasto osiędzie;To mówię — Bóg wie — z samey powinnościY ku oyczyźnie y panu miłości.

Lepiey trypolski król postąpił sobie,Uprosił pokóy y nie ma tey trwogi,A hardy Sułtan albo dotąd w grobie,Albo mu pęto włożono na nogi,Albo ucieka y błądzi w tey dobie,Wszędzie się kryiąc — wygnaniec ubogi!A mógł część puścić, część cale zachowaćY za trybutem spokoynie panować“.

Tak tam na on czas wątpliwemi słowyNieznacznie Orkan swoię rzecz prowadził,Bo iawnie trybut postąpić gotowyY słać o pokóy — dla strachu nie radził.Nie mógł znieść dłużey Soliman tey mowyY chciał się porwać, iedno obłok wadził —Kiedy rzekł Izmen: „Każesz iuż mgłę spuścić?Czy mu chcesz dłużey wotować dopuścić?“

On na to: „Iam tu gwałtem otoczonyOd twoiey chmury, która mię okryła!“Skoro to wyrzekł, zniknęły zasłonyY mgła się w poły zaraz rozstąpiłaY wyszedł na dzień iasny y przestrony.Kędy się była rada zgromadziła;Tam w straszney twarzy stanął rozgniewanyNa wielkiey sali, nic niespodziewany.

„Iam — pry — iest Sułtan, a kto mu to zadał,Żeby uciekał, ma się tego sprawićY łże, iako pies, ten kto to powiadał!A gotów tego y ręką poprawić:Góry w równinie z gęstych trupów składał,Ze krwie wylaney mógł rzeki zastawić!W nieprzyiacielskiem obozie się biie,Tak to ucieka? y tak się to kryie?

Ieśli się taki naydzie między wamiZdrayca oyczyzny y z tem się odkryie,Że chce odkupić pokóy trybutami —[Odpuść, o królu] wnet pozbędzie szyie!Pierwey się wilcy pogodzą z owcamiY z gołębiami w iednem gniaździe źmiie,Niż chrześciańskie przemierzłe narodyDo iakiey kiedy z nami przydą zgody“.

Kiedy to mówił — trzymał się za krzywąSzablę, a groził iadowitem wzrokiem.Wszyscy umilkli na mowę straszliwąY z wylęknionem na dół pośli okiem.Potem z łaskawszą y nie tak gniewliwąTwarzą — do króla kwapionem szedł krokiem:„Nie trwóż — pry — więcey, wielki królu, sobą,Wielki posiłek, gdy Soliman z tobą“.

Aladyn na to powstawszy ku niemu:„O iakom ci rad, przyiacielu miły!Iuż teraz lepiey [ufam męstwu twemu]Póydą me rzeczy, choć się nachyliły;Ty swe z niewoley — a nie długo temu —Państwo wyzwolisz y stolec pochyłyMóy, da Bóg, wesprzesz“. Zatem się pokwapiłY obiema go rękami obłapił.

Po przywitaniu, między gęstem gminemKról na swóy stołek Sułtana prowadziłY dał mu mieysce pod swem baldekinem,A podle siebie Izmena posadził.A skoro chwilę posiedział z TurczynemY Izmen cicho z niemi się naradził —Klorynda go wprzód witała, więc drudzyPanowie, więc dwór y królewscy słudzy.

Między inszemi witał go też panyOrmus arabski zacny rotmistrz, który —Kiedy się drudzy bili z chrześciany —On przyodziany płaszczem nocney chmury,Niezwykłą drogą lud lekki przebranyZdrowo wprowadził między mieyskie muryY głodne miasto posilił żywnością,Za swą przewagą y za swą dzielnością.

Sam go nie witał Argant y gniewliwyStał nienawiścią dawną przerażony:Iako lew kiedy leży, a straszliwyWzrok miece na te y na owe strony;Orkan też nie śmiał weyrzeć nań lękliwy,Ale wzrok w ziemię wlepił zamyślony.Tak tam na on czas obadwa królowieY oni w radzie zostali panowie.

Goffred tem czasem kończył swe zwycięstwo,Goniąc pogaństwo, które uciekało;To odprawiwszy, swoie grzebł żołnierstwo,Które na placu pobite zostało.Potem obwołał, aby się rycerstwoDo iutrzeyszego szturmu gotowało.O mury swoie boią się poganie,Widząc przyprawy, które czynią na nie.

A iż znał rotę onę niezwalczoną,Co go na on czas w bitwie ratowała,Z miłych przyiaciół swoich zgromadzoną,Które mu była Armida pobrała;Gdzie był y Tankred, którego za bronąMocnego zamku w więzieniu chowała —Sam z pustelnikiem y co z bacznieyszemiZostawszy tylko, tak rozmawiał z niemi:

„Radbym, żebyście teraz powiedzieli,Od tego czasu, iakoście ztąd wyszli,O waszych błędach; iakoście wiedzieliO bitwie, żeście prawie na czas przyszli“.Bespiecznie w oczy poyrzeć mu nie śmieliY wstyd przenikał niewidome myśli,Ale nakoniec angielski powiedziałKrólewic wszystko, gdzie był y co wiedział:

„My wszyscy, cośmy na on czas losamiNie byli w drogę z Armidą obrani,Miłością gładkiey [bo tego przed wamiPróżno przeć mamy] twarzy uwiązani;Szliśmy — niezgodni między sobą sami —Tam gdzie nas chytra prowadziła pani,Miłość y gniewy mnożył w nas niezgodneIey wzrok łaskawy y słowa łagodne.

Przyszliśmy daley, pozbywszy swobody.Tam kędy ognie z nieba spadły żywe,Które sodomskie karały narodyZa wszeteczeństwa y grzechy brzydliwe.Przedtem kray piękny, teraz ciepłe wody,Kliiowatemi błoty zaraźliwe:Ryba w nich żadna — tak mówią — nie żyie,Śmierdzą z niey pary y siarczyste kliie.

Tam iest iezioro, w którem w gęstey wodzieKamień, żelazo y ołów nie tonie,A co dziwnieysza, bez promu, bez łodzie,Znosi po wierzchu y ludzie y konieW środku iest zamek, na który po wzwodzieWchodzą, kiedy kto przydzie ku tey stronie:Tam nas nieszczęsnych z sobą prowadziła,Gdzie beła ogród pyszny uczyniła.

Tam zawżdy nieba świeciły pogodne,Przez cały się rok łąki zieleniały,Między mirtami wesołemi chłodne— Gdzieśkolwiek stąpił — wiatry powiewały.Szum z drzew pachnących sny czynił łagodne,Fontany wody przeyrzyste strzelały,Ptastwo śpiewało, a we śrzodku nowyStał dziwnie piękny pałac marmurowy.

Tu w chłodzie między ziołami wonnemi,Przy ciekącem nas zdroiu posadziła,Gdzie z potrawami wielki stół drogiemiY służbę złotą beła postawiła.Co się nayduie w morzu, co na ziemi,Co na powietrzu y co wymyśliłaUczona kuchnia — to wszystka tam było,A sto nam panien do stołu służyło.

Sama przysmaków do swych dodawałaPotraw, to śmiechem, to mową łaskawą.A niepamięcią długą napawałaBłędne rozmowy, za każdą potrawą.Potem się wrócić obiecawszy, wstałaY wnet zaś przyszła z gniewliwą postawąY w iedney rózgę, w drugiey ręce księgiMaiąc, czytała klątwy y przysięgi.

Czytała; mnie w tem nowa myśl napadła:Na inszy żywot dziwnie się zdobywam,Twarz mi y postać człowieczą ukradła,Wskoczę do rzeki y po wodzie pływam,Oboia ręka y noga w mię wpadła;Niewiedzieć iako — łuską grzbiet okrywam,Daley też więcey nie pamiętam — chyba,Że bywszy człowiek, beła ze mnie ryba.

Y insze także w ryby obróciłaY także ze mną pływali po stawie;Po małey chwili zaś nas postawiłaW człowieczem ciele y w pierwszey postawie.Ale z boiaźni, która w sercu byłaY z dziwu w oney niepodobney sprawie —Y iednogośmy słowa nie mówili,Aż sama do nas rzekła w oney chwili:

„Mniemam, że iuż moc podobno czuiecieMoię nad sobą y nad przyrodzeniem —Y ieśli zechcę, na wieki będziecieW niewoley, wiecznem trapieni więzieniem.Słońca żaden z was nie uyrzy na świecie,Ten będzie drzewem, ten będzie kamieniem,Ten koniem, ten psem, temu przydam skrzydła,A tych zaś w nieme poobracam bydła.

Ci iednak uydą moiemu gniewowi,Którzy mą wiarę y moie obrzędyPrzyimą — y stanąć przeciw GoffredowiY chrześcianom będą winni wszędy“.Każdy się wezdrgnął, tylko RambaldowiPoszło to w posłuch, który na iey błędyPrzystał; ale nas zamknęła w ciemnicySkrytey — na żywot wieczny... niewolnicy!

Wrychle zaś potem Tankreda dostała,Co beł z trafunku przyszedł w tamte strony,Ale nas krótko w więzieniu trzymała— Bo ieślim dobrze o tem beł sprawiony —Króla z Damaszku posłowi nas dała.Który beł po to do niey wyprawiony;Ten nas królowi w pętach y bez broniWiódł egipskiemu w dary, we stu koni.

A iako Bóg chciał, na tey drodze z namiBohater Rynald potkał się z przygody;Który wielkiemi nowemi dziełamiMiędzy różnemi wsławił się narodyY bił się mężnie z naszemi stróżami,Aż ie pogromił. Takeśmy swobodyMiłey — za i ego dzielnością — dostali.A w zbroieśmy się ich poubierali.

Y ia sam y ci wszyscy go widzieli:Znać go po samem złożeniu kopiey,Plotki to, co tu o niem powiedzieli!W tey mierze mowie nie wierzcie niczyiey.Zdrów dobrze y szedł — iakośmy słyszeli —Trzeci dzień temu do AntyochieyY swoię tu gdzieś zbroię ukrwawioną,Od nieprzyiaciół zrzucił posieczoną“.

Tak mówił, a w tem w niebo oczy obiePodniósł pustelnik nabożeństwem tkniony,Nie iednę barwę y twarz miał na sobie:Ieden raz blady, drugi beł czerwony.O, iako się zdał poważny w osobie,Gdy pełny Boga umysł zachwyconyMiędzy Anyoły niósł, gdzie przyszłe rzeczyY wiek potomny poymował człowieczy!

Y głośnieyszemi nad swóy zwyczay słowyPoczął odkrywać przyszłe taiemnice;Wszyscy weń patrzą, uważaiąc nowyGłos y niezwykłe mowy pustelnice:„Żyw — prawi — Rynald! Niewieściey to głowyY Bogu zmierzłey wymysł czarownice;Żywię y niebo iego młode lataChowa dla sławy dostalszey u świata.

Dziecinne to są dopiero roboty,Którym się teraz Azya dziwnie:Widzę go, a on rwie się przez namiotyY niezbożnego cesarza woiuie —Y pod swe skrzydła orzeł iego złotyRzym z Apostolską stolicą przyimuie,Na którą srogi zwierz wyostrzył głodneZęby... A syny ma mieć sobie godne.

Syny po syniech y po wnukach wnuki,Ci bronić będą od cesarzów chciwychPasterzów świętych — z przodków swych nauki,Ratuiąc zawżdy krzywdą obciążliwych.Pomoc niewinnem — te ich będą sztuki,A hardych niszczyć y niesprawiedliwych!Takie maią być ze krwie zacney dzieci,Tak w słońce orzeł esteński wyleci.

Y ieśli wieczne — tak iako potrzeba —Światło Piotrowi otworzyło oczy,Gdzie o Chrystusa bić się będzie trzeba,Tam tryumfalne pióra swe roztoczy;Bo mu to za dar ieden dały niebaY stanie mu zto y serca y mocy...Y Bóg tak chce mieć, aby poń posłano,Y na tak sławną woynę go wezwano“.

Tu zmilkł prorockiem duchem obciążonyMąż święty, ale serce z swych wnętrzności— Choć iuż beł ięzyk niemy y zemdlony —Kładło mu na twarz esteńskie dzielności.Iuż też noc zaszła y płaszcz rościągnionyRozwiła na świat — uszyty z ciemności:Wszyscy spać na swe odchodzili wczasy,Ale pustelnik nie śpi w one czasy.

Iuż chrześciański Hetman w oney dobieDo szturmu się miał wszystkiemi siłamiY o woiennych taranów sposobieCiągnienia pod mur — rozmawiał z mistrzami,Kiedy pustelnik odwiódszy go sobieMówił mu, gdzie dway tylko beli sami:„Iuż masz Hetmanie wszystko, co potrzeba,Lecz nie poczynasz, skąd poczynać trzeba.

Od Boga poczni: pierwey obwołaneWczas pospolite modlitwy być maią;Niech do niebieskich zastępów zebraneRothy, o prośbę za sobą wołaią.Wprzód Duchowieństwo niech idzie ubrane,Niech processye nabożnie śpiewaią,A wy za niemi wodzowie przednieyszy,Żeby z was przykład drudzy brali mnieyszy“.

Ruszył Hetmana pustelnik surowy,Skrucha weń zaraz poczęła wstępować:„O sługo Boży, święte twoie mowy,Chcę — prawi — twoyey rady naśladować.Iuż ia obmyślę porządek woyskowy,A ty się też każ biskupom gotować:Niech kto zarazem do Guilelma bieżyY Ademara, onem to: należy“.

Nazaiutrz wszyscy księża y plebaniDo biskupów się poranu zebraliW przestrony namiot, w którem kapellaniHetmańscy święte msze odprawowali.W białe się mnieyszy ubiory kapłani,W złotogłowowe biskupi ubraliSpięte na piersiach na białe koszule,A głowy nieśli w poważnei infule.

Wprzód sam Piotr idzie y wielki rozwiiaKrzyż na chorągwi, złotem malowaniem,A duchowieństwa długa processyaDwiema rzędami postępuie za niem.Y zlekka rothy y namioty miia,A na przemiany dzieli się śpiewaniem.Guilm z Ademarem, co beli biskupy.Szli naostatku wzdłuż puszczoney kupy.

Potem sam tylko wielki Hetman w tropy,Bez towarzysza szedł za biskupami,A zaś panowie radni w iego stopy,Y pułkownicy pierwszy szli parami.Tak idąc daley wyśli za okopy,A dla obrony woysko szło stronami.Trąby nie słychać, ani ogromnegoBębnu, tylko dźwięk głosu nabożnego.

Ciebie, o Twórco wszelakiego czyna,Ciebie o Synu z Duchem Świętem,Ciebie Czysta Dziewico, Matko Boga SynaProszą o łaskę y pomoc w potrzebie;Y was wodzowie skrzydlatego gmina,Z lotnemi woyski na wysokiem niebie;Y z tem, z którego ręki przeźroczysteWody omyły człowieczeństwo czyste.

Proszą y twardey równego opoce,Która się gruntem Kościołowi staie,Gdzie iego godny Namiestnik — owoceŁaski niebieskiey y teraz rozdaie;Y was, którzyście roznieśli szeroceZiawioną Prawdę na świat w różne kraie;Y tych, którzy ią śmiercią oświadczyli.Y zdrowie dla niey chętnie położyli.

Więc którzy z Pisma Świętego kryniceBłąd potępili piórem i kazaniem;Y Chrystusowey miłey służebnice,Wsławioney części — co lepszey — obraniem;Y was, o Panny, y OblubieniceWiecznego Króla, któreście szły za Niem;Y tych co na miecz, na ogień niedbały,Y srogie męki dla Niego wytrwały.

Tak Świętych wzywał lud nabożny, któryMaiąc za sobą swoie stanowiska,Do Oliwetu prosto ciągnął góry,Co od oliwy dostała przezwiska:Góry na świecie sławney, co na muryMieyskie od wschodu słońca patrzy z bliska,A między nią się a miastem przestronaDolina ciągnie, Jozaphat rzeczona.

Tam szły na on czas y tam kierowałyWoyska śpiewaiąc, a za raney rosyGóry się z lasy zewsząd odzywały,A Echo gęste dawała odgłosy.Y tak się zdało, że się przeciwiałyInszego chóru insze w lesie głosy.Raz Chrystusowe imię, raz MaryeyRozlegało się w głośney armoniey.

Pogaństwo z murów wysokich patrzałoNa niewidane porządki y szyki,Y cicho zrazu z pilnością słuchałoNowey y uszom niezwykłey muzyki.Ale kiedy się dziwować przestało,W niebo straszliwe wypuściło krzykiPełne brzydliwych bluźnierstw, a głębokieDoły się trzęsły y góry wysokie.

Ale bezpiecznie przedsię swe śpiewanieY litanie zaczęte kończyli,Y na pogańskie niedbaiąc wołanie,Ani się nawet ku niem obrócili;Strzały też, które z murów lecą na nie,Nic iem nie szkodzą, bo w puł ćwierci mili,Y tak daleko szły od muru roty,Że mogły kończyć bez wstrętu swe noty.

Potem na wzgórku wielki postawionyDla świętych Ofiar ołtarz ubierali,A białe na niem z tey y z owey stronyW złotych lichtarzach świece zapalali.Wtem Guilm z pierwszego ubioru zwleczony,Inszy wziął na się, który mu podali.Tam chwilę myśląc, rozmyślał y zasięGłosem dziękował y skarżył sam na się.

Dalszy patrzali tylko, ale dźwiękiBliższych kapłańskiey dochodziły mowy;A skoro skończył y odprawił dziękiŚwiętey Ofiary, temi mówił słowy:„Idźcie!“ A wtem kładł z wyciągnioney rękiBłogosławieństwo na schylone głowy.Tak nabożeństwo skoro odprawili,Pierwszą się nazad drogą obrócili.

W obóz wiechawszy, półki się wracałyDo swych stanowisk. Hetman też do swegoNamiotu iechał; którego niemałyHufiec prowadził do progu samego.Insze się zatem rothy roziezdżały;Przednieyszych tylko i grabie staregoZ Tolozy z sobą do stołu prowadził,Tego naywyższey po sobie posadził.

A skoro ieno beło po obiedzieY urzędnicy odeśli stołowi.Goffred przednieyszych na stronę odwiedzie:„Iutrzeyszym — pry — dzień naznaczył szturmowi;Każdy do swego namiotu niech iedzie,A swego czasu będziecie gotowi.Dziś lud obwieśćcie, dziś odpoczywaycie,A iutro w sprawie skoro dzień — czekaycie“.

Odeszli zaraz, a trębacze potemPo wszystkiem woysku tam y sam trąbili,Aby — skoro świat swem iutrzenka złotemOświeci ogniem — po gotowiu byli.Tak onego dnia, częścią myśląc o temCzęść się gotuiąc — ostatek strawili.Aż noc nadeszła y ziemię okryła,Y pokóy na czas z troską uczyniła.

Jeszcze wątpliwe do ludzkiey posługiIutrzenka światło y dzień słała małyY malowane ptastwa swóy sen długiKończyły ieszcze y odpoczywały;Ieszcze zagonów nie orały pługi,Ieszcze się stada do łąk nie wracały —Kiedy na larmę trąby uderzyły,Trzęsły się nieba i larmę głosiły.

Na larmę wszystko woysko w iedney mierzeZgodliwe głosy wypuszczało swoie;Wstanie wtem Goffred, y na się nie bierzeSwoiey zwyczayney na zchwał mocney zbroie,Ale w co lżeyszem woiennem ubierze,Iako się pieszy ubieraią w boie;Gotowy między swoie szedł obozy,A wtem do niego przyszedł grof z Tolozy.

Ten widząc on stróy na Hetmanie nowy,Zrozumiał iego umysł w oney dobieY przystąpiwszy rzekł mu temi słowy:„Przecz zbroie nie masz zwyczayney na sobie?Czemu w hełm zwykły nie ubierzesz głowy?Tę nieopatrzność muszę ganić w tobie,Że tak odkryty do szturmu wychodzisz;Znać, że na sławę barzo podłą godzisz.

Chcesz podobno leść na mur, iako tuszę.Nie chcemy takiey śmiałości od ciebie:Prości żołnierze, mniey potrzebne dusze,Powinni w takiey odważać potrzebie.Ty iżeś Hetman [prawdę mówić muszę]Szanuy się dla nas, ieśli nie dla siebie;Twem zdrowiem prawie wszystko woysko stoi,Przeto mu odpuść, że się o nie boi“.

On na to: „Gdy mi miecz Namiestnik PańskiNa iasney Gurze — Urban przypasował.Żebym niem kraie y naród pogańskiStawszy się Bożem rycerzem — woiował:W tenczasem Bogu nie tylko hetmańskiUrząd sprawować taiemnie ślubował,Ale y ręki tey na woynie użyć,Y ieśli trzeba krwią Mu w szturmie służyć.

Przeto kiedy iuż wszystko rozporządzęY lud do szturmu — iako ma iść — sprawię,Nie wiele ieszcze [moiem zdaniem] zbłądzę,Że się podemknę y pod mury stawię.Bo się sumieniemsumnieniem sam w tey mierze sądzę,Na którem Bogu długu nie zostawię;Uiszczę się rad y ślub obiecanyBędzie Mu przez mię cale zachowany“.

To rzekł, a zaraz dway BulionowieY inszy drudzy przykład z niego brali;Niektórzy także przednieyszy panowie,Tak iako pieszy — lekko się ubrali.Wtem się na murze pogańscy wodzowie,Czuiąc o bliskim szturmie — ukazali,Gdzie się na zachód od pułnocy chyli,Skąd z pola przystęp łatwieyszy baczyli;

Bo miasto na szturm z każdey inszey stronyMało co dbało y beło bespieczne.Tam beł nietyłko żołnierz obróconyY co mężnieysze pospólstwo tameczne,Ale y starych z dziećmi do obronyOstatniey słało szczęście ostateczne.Przy których duższem słabszy y podeśliSiarki przyprawne y kamienie nieśli.

Mur od równiny różnemi broniamiObwarowany dobrze, mniey się boi.Tu z ogromnemi Sułtana piersiamiPo pas z daleka w świetney widać zbroi;Tu Argant między mocnemi basztami,Wielkiemu równy olbrzymowi, stoi —Tam co naywyższey w temże mieyscu wieżeNarożney, mężna bohatyrka strzeże.

Saydak z niey wisi, a na bok cierpliwyZłotem oprawną szablę przypasałaY widać beło — kiedy swóy łuk krzywyZdaleka dziewczą ręką wyciągałaY przyłożywszy strzałę do cięciwy,Nieprzyiacielskich wodzów pilnowała.Tak więc swe strzały niedościgłe okuKrólewna z Delu posyła z obłoku.

Sam król pod mury — laty obciążony —Pieszo od bramy do bramy przebiegaY śle rynsztunki na mur osadzonyY świeżych coraz obrońców dosięgaY lud — miłością miłey przerażonyOyczyzny — słowy tem więcey podżega.A utrapione do kościelnych progówMatki szły wzywać swych omylnych bogów:

„Ty sam, o Panie. Panie sprawiedliwySkrusz francuskiego oszczep rozbóynika.Skłoń ku ludowi Twemu wzrok życzliwy,Obal pod mury Twego przeciwnika“.Tak się modliły, lecz w piekle fałszywyBóg tego nie chciał rozumieć ięzyka.Gdy się tak miało miasto do obrony,Goffred też z drugiey następował strony.

Z wielkiem porządkiem szykował, przebraneW przestronem polu woysko przed namioty,A we dwa rzędy iuż uszykowanePrzeciw murowi obrócił piechoty;We śrzodku kusze y pobudowaneStraszne woienne postawił roboty,Z których kamienie ogromne ciskaią,Y wież y murów oszczepy sięgaią.

Za piechotą iuż ieznych postawiono,Żeby ią we złem razie posilali;Potem w krzykliwe trąby uderzono,A strzelcy zatem wraz następowali.Z woiennych także strzelby wież puszczono,A z muru gęsto poganie spadali:Ten zdechł, ten ranny na dół leci z gury,Coraz mniey maią swych obrońców mury.

W przód Francuzowie pod mury skoczyliZ wielką ochotą z swemi chorągwiami;Y tarcze wszystkie do kupy złożyliY tak ie sobie nieśli nad głowami.Drudzy, aby się kamieniom bronili,Za dębowemi idąc zasłonami,Pod przekopy się coraz podmykali,Aby ie równo z ziemią wyrównali.

Przekopy mieyskie wód w sobie nie miałyY — iako trzeba — suche beły na dnie,A choć się zbytnie głębokie bydź zdały,Ziemia, chrust, kamień wyrównał ie snadnie.Napierwszy głowę odkrył Adrast śmiałyY pod mur z długą drabiną przypadnie,Po którey z wielką przewagą wstępował,Ani go srogi, twardy grad hamował.

Iuż niemal większą szwaycar odważonyPołowicę swey drabiny przechodził,Y choć nań zewsząd bito — niestrwożony,Oślep zaczętey odwagi dowodził;Aż iednem razem w łeb go obalonyZbyt cięszki kamień przez szyszak ugodził.Który go na dół z drabiną obalił:Ten kamień Argant swą ręką nań zwalił.

Nie beł śmiertelny on iego raz cale,Lecz cięszki, k’temu z wysoka spadł z góry;Argant wtem począł wykrzykać zuchwale:„Iuż ieden zleciał, kto polezie wtóry?Nie kryicie się tak za tarcice, aleWyleźcie na świat, wychylcie się z dziury.Przecz z tych drzewianych iam nie wychodzicie?Bo y tam pewnie się nie wysiedzicie!“

Tak wołał Argant, ale na te mowyNamniey nakryci rycerze nie dbaliY pod skupione tarcze kryiąc głowy,Strzały y cięszkie kamienie trzymali.Y wielkie tramy z tarany przez rowyIuż wypełnione — bliżey pomykali,Które na mury, nie bez wielkiey trwogi,Niosą żelazem okowane nogi.

Poganie na te zgromadzone siłyDrzewa z kamieniem cięszkiem powiązanePuścili na dół, które przywaliłyTarczami kryte piechoty przebrane.Te wielką w ludziach szkodę poczyniły,Bo tarcze w trzaski poszły zgruchotane,Y nieiednemu przepadły przez czoło;Ziemia krwią, mózgiem skropiła się w koło.

Iuż Chrześcianie za swemi twierdzamiWięcey nie stali, ani iem dufali,Ale wypadszy śmiele gromadami,W przestrzeni męstwo swe ukazowali.Iedni do gury pośli drabinami,Drudzy ze spodu mury wywracali,Który iuż y wierzch stłuczony wysokiY powątlone ukazował boki.

Y upadłby beł, bo rozkołysanyTram wielki raz mu zadawał śmiertelny,Ale go mężnie lud niespracowanyBronił, miłości swey oyczyzny pełny.Y gdzie go biły rogate tarany,W tem mieyscu z wierzchu miękkie spuszczał wełny,Które gwałtowne bicie przyimowałyY ustępuiąc — razy hamowały.

Gdy się tak na mur lud piął natarczywyY tamta strona mężnie się broniła —Siedmkroć Klorynda wyciągnęła krzywyŁuk swóy i siedmkroć także go spuściła.A ile swych strzał wypchnęła z cięciwy,Tyle ich we krwi w on czas omoczyłaPrzednieyszych wodzów, nie gminu podłego,Strzegąc się — harda — celu niegodnego.

Tyś, o angielski młodszy królewice,Pierwszy beł, któryś dostał od niei rany;Iednoś co głowy z dębowey tarciceWychylił trochę, którąś beł odziany.Przez pancerzowey nity rękawicePrzebił ci rękę prawą bełt pierzany,Tak, żeś ustąpić z placu musiał pręcey,Mniey bólu czuiąc, ale gniewu więcey.

Klotareusa, gdy lazł po drabinie,Pod murem — grabię trafiła z Ambozy;Obiema z piersi przebitych krew płynie,Obu umarłych niesiono w obozy.Kiedy wielkiego tarana na linieRupert wyciągał y spuszczał powrozy —Odniósł w ramieniu strzałę, którey z ciałaCzęść wyrwał, a część z żeleścem została.

Ademarowi, który na te dziłaZ daleka patrzał, trefna się rzecz stała:Właśnie go w czoło z łuku wymierzyła,Y twarz mu hoyną krwią zafarbowałaY rękę, co bełt z rany wywłóczyła,Nowem postrzałem przytknęła do ciała;Tak zacny biskup na woynie z poganyŻywot położył od niewieściey rany.

Palamed nazbyt do sławy się kwapiłY szedł po szczeblach z odwagą na mury,Y iuż wierzch muru rękami obłapiłY nogi dźwignął za sobą do gury;Lecz właśnie wtenczas, gdy się go ułapił,W oko mu siódmy bełt wpadł prętkopióryY tyłem wyszedł. Tak nieborak leży,Przy poimaney umieraiąc wieży.

Tak ta strzelała. Ale inszą stronąZ nowemi czyny Goffred następował,Y co naywyższy przed wysoką bronąIeden postawił y z niego szturmował.Wieża to beła, którą — z drzew złożonąCo namocnieyszych — tak był pobudował,Że szła na kołach y zbroyne dźwigałaY wierzchem z murem wysokiem równała.

Co raz to bliżey, niosąc lud w się wzięty,Woienna wieża pomykała kołaY chciała — iako okręty z okrętyNa morskiey woynie — spiąć się z murem zgoła.Lecz obleżeńcy różne czyniąc wstręty,Sięgaiąc boków y twardego czoła —Oszczepami ią nazad odpychaią,Y koła tłuką y na wierzch ciskaią.

Strzały z obu stron tak gęste leciały,Że nieba beło nie widać przed niemiY trafiało się, że się zaś wracały— Wzad odtrącone — drogami pierwszemi.Iako gdy owoc biie niedordzałyGrad niepogodny — pełno go na ziemi:Tak gęsto w ten czas z muru SaraceniSpadali od strzał, oszczepów, kamieni.

Barziey tam naszy pogany szkodzili,Bo rzadko który u nich w dobrey zbroi;Iuż niemal wszyscy mury opuścili,Każdy się oney srogiey wieże boi.Sam tylko mężny Sułtan w oney chwiliNa murze z kilką co mężnieyszych stoi,Do których Argant z wielkiem tramem bieżyOdpierać gwałtem przystawioney wieży.

Y tak daleko, iako beł tram długi.Trzymał od muru wieżę ludzi pełną;Iuż się Klorynda do teyże posługiZbiegała, w zbroię ubrana zupełną.Wtem lud nasz świeży następuiąc drugi.Ścinał powrozy, co wisiały z wełną,Aby tak mury nagie i odkryteŁatwiey mogły bydź taranami bite.

Wielka ie wieża srodze biła z góry,A odespodku rogate tarany,Że naostatek poczynały muryPrzeyrzyste w sobie ukazować rany.Hetman też iuż beł niedaleko dziuryY następował do stłuczoney ściany,A wszystek wielką tarczą się nakrywał,Którey więc rzadko w inszy czas używał.

Y widział dziurą, kiedy dla obronySoliman złaził y na dół zstępował,Gdzie niebezpieczną — tramy rozwalony —Mur Chrześcianom drogę ukazował.Y że na górze Argant zostawiony,Z Kloryndą przeszcia bronić się gotował.To widząc poczuł serce mężne w sobie,Skacząc z radości wielkiey w oney dobie.

Y do Sygiera mowę obracaiąc,Co za niem inszą tarcz niósł na rzemieniu:„Poday mi — prawi — puklerz, nie mieszkaiąc,Lżeyszy y memu znośnieyszy ramieniu.Chciałbym wpaść pierwszy — ciężko nie dźwigaiąc —Po rozwalonem do miasta kamieniu;Czas iuż, żeby wżdy kiedy co wielkiegoŚwiat widział po mnie y co przeważnego“.

Ledwie to wyrzekł, strzała przyleciałaY nad kolanem nogę mu przebiłaY ostrem żyły żeleźcem porwała.Gdzie ból nawiętszy, y krwią się poiła.Żeś mu, Kloryndo, ranę tę zadała —Tak ich powiada, tak ich twierdzi siła;Y ieśli w ten dzień miasto się nie wzięło,Twoia to sprawa y twoie to dzieło.

Ale iakoby nie czuł oney rany.Nie chce zaniechać rozpoczętey drogiY po kamieniu do dziurawey ścianyBieży y chromey nie szanuie nogi.Lecz prętko potem poczuł, zmordowany,Że nie mógł stąpić y ból cierpiał srogi,Tak że rad nierad musiał ku końcowiPrzedsięwziętemu dać pokóy szturmowi.

Zaczem Guelfowi w on czas rozkazował.[Który do oney także dziury godził],Aby na iego mieysce następował,Aby hetmanił y ludzie przywodził.A sam się zaraz wrócić obiecował,Y że na krótki tylko czas odchodził.Tak na koń lekki odiezdżał wsadzony,Lecz nie tak, aby nie beł obaczony.

Skoro ustąpił Hetman pod namioty,Zarazem woysko znacznie osłabiało;Ale pogaństwu serca y ochotyY siły coraz więcey przybywało.Sam Mars y Szczęście odmiennemi wrotyDo przeciwney wóz strony kierowało:Iuż chrześciańskie miecze iakoś mdleią,Nakoniec dźwięki trąb samych słabieią.

Zgraia pogańska dopiero spędzona,Znowu ochotnie na mury bieżała.Płeć białogłowska — przykładem wzbudzonaCney bohatyrki, na który patrzała —Z ukasanego gęsty kamień łona.Na chrześciańskie rycerze ciskała.Y śmiele ostrey — gołych piersi — broniDla lubych murów oyczystych nie chroni.

A czem się nasi nabarziey strwożyli.A serce wziął lud w mieście oblężony:Y z tey y z tamtey strony obaczyli,Kiedy na ziemię Gwelf padł uderzony.Między tysiącem inszych w oney chwiliNalazł go kamień z muru wyciśniony.W tenże czas właśnie trafiony pociskiemPadł Rynald y beł śmierci barzo bliskiem.

Y Eustacemu także się dostało:Mięso mu w nodze od kości odbitoY takie szczęście woysko w ten czas miało,Że kiedy z muru kamieniami bito,Żadne ciśnienie darmo nie leciało,Lubo raniono, lub kogo zabito.Argant srożeie y szczęściem piianyNa uchodzące woła Chrześciany:

„Ieruzalem to, nie Antyochiia!Nie noc na wasze złodzieystwa łaskawa.Słońce tu teraz iasny dzień rozwiia;Insza tu woyna, insza teraz sprawa.Tak was to prętko chęć do sławy miia?Czynicie sobie do państw cudzych prawa,A terazeście tak rychło ustali.Niewieściuchowie na sławę niedbali!“

Tak mówił y tak gniewem zapalonyGrzał się sam w sobie Cyrkaszczyk zuchwały,Że mu się zdało, że plac otoczonyMurami, iego śmiałości beł mały.Y uczyniwszy z góry krok szalony,[Gdzie obalone — przeszcia pozwalałyMury] wypadał y tak wypadaiąc,Solimanowi przymawiał, wołaiąc:

„Y czas y mieysce Solimanie mamy,Skutkiem — nie słowy — męstwa dokazowaćSam wynidź na mur,za mur, sam się sądzić damy,Komu z nas dzielność będą przypisować“.Tak rzekł y zaraz niedaleko bramyWypadszy dziurą, ięli następować:Ow gniewem, a ten sromotą wzbudzonyY od Arganta w uczciwe ruszony.

Niespodziewanie na nieprzyiacieleWypadszy, oba mężnie się stawili:Tarczy, szyszaków, taranów tak wiele,Drabin nasiekli y ludzi nabili,Że w onem mieyscu [może tak rzec śmiele]Z trupów, zbróy, z drzewa górę uczynili,Którą wysoko podnieśli u dziury,Czyniąc bezpieczne — powątlone mury.

A Chrześcianie, co się ubiegaliPrzez gwałt do piękney murowey korony,Teraz nietylko, żeby o nię dbali,Ale y do swey słabieią obrony.Iuż y woiennych czynów odbiegali,A nieprzyiaciel na lud potrwożonyŚmiele naciera y tłucze tarany,Że się nie zeydą drugi raz do ściany.

Kiedy tak nasi uciekali sprośnie,Y poganie ie przez pole pędzili.Sułtan z Argantem na mieszczany głośnieO prętki ogień wołał w oney chwili.Oba potem dwie zapalone sośnieNieśli do wieże, aby ią palili:Tak więc piekielne siostry z pochodniamiNa świat wychodzą y trzęsą wężami.

Tem czasem Tankred, który z swemi WłochyZdaleka mieyskich wycieczek pilnował,Widząc dwie wielkie zapalone sochy,Y że poganin wieżę opanował —Zawracał nazad na czoło lud płochy,Y z swoiem pułkiem śmiele następowałY tak się potkał, że ci co wygrali,Podawszy tyły znowu uciekali.

Tak Mars odmienne czyniąc dotąd próby,Kierował dyszel u lotnego wozu.Iuż też beł ranny Hetman do tey dobyPrzyprowadzony do swego obozu.Sygier, Baldowin y insze osobyPrzednieysze stały na koło przy łożu.On sam sobie chcąc — imo wszystkich zdanie:Strzałę wyciągnąć — przyłomił ią w ranie.

Ból wielki cierpiał y rozkazał, żebyOkoło strzały radę uczynili.Aby głęboko y według potrzeby,Wyrżnąwszy mięso, ranę otworzyli.„Wróćcie mię — prawi — rychło do potrzeby,Co mayą czynić niechayby czynili“.To mówiąc, nogę wystawił zarazemY kazał ią rżnąć barwierzom żelazem.

Erotym stary który się gdzie brodyErydan swoie prowadzi — uchowałY wszystkie źródła y ciepliczne wodyZnał y rozumiał; ten go opatrował.Beł pisorymem wielkiem będąc młody,Lecz potem tylko Galena pilnowałY porzuciwszy zabawę z Muzami,Leczył choroby śmiertelne z ranami.

Między wszystkiemi płacz beł wielki pany,Którzy widzieli ból i iego męki;On się nie trwoży, a wtem ukasanyDoktor doświadcza swey uczoney ręki.Ale uporney strzały koniec z ranyNie chce się na wierzch ukazać przezdzięki.Czasem kleszczami maca, czasem ziołaKładzie, ale nic nie pomogą zgoła.

Nie zna w swey pracey szczęścia mistrz uczonyY umieiętność iakoś mu nie idzie;Wszyscy on iego ból nieuśmierzonyWidząc, mniemaią, że mu umrzeć przydzie;Ale Stróż Anyoł żalem poruszonyUrwał dyptamu na wysokiey Idzie,Ziela z czerwonem kwiatem dziwney mocy,Y napewnieyszey na rany pomocy.

Przyrodzenie to samo tak sprawiło,Że iest znaiome każdey dzikiey kozie,Kiedy którey w bok żeleźce trafiłoOd rozbóynika strzelca w gęstey łozie.Z tem — chocia sto mil y coś więcey było —We mgnieniu oka Anyoł beł w obozieY wyciśniony sok wlał niewidzianyW kubek z lekarską wodą zgotowany.

Y kęs oleyku z lidyiskiego stokuY wmieszał wonney panaceey ziele;A skoro w ranę starzec wkropił soku,Z swey dobrey woley — co widziało wiele —Wyszło żelazo, że wolnego krokuMógł użyć, bólu nic nie czuiąc w ciele.Krzyknie Erotym, y głosem tak powie:„Nie od mey ręki Hetmanie masz zdrowie!“

„Nie te cię proste uzdrowiły zioła.Cud ia tu iawnie widzę niewątpliwyY wierzę, że Bóg zesłał tu Anyoła,Któryć dał zdrowie y sprawił te dziwy.Wróć się do szturmu“. Goffred strętwiał zgoła,Ale czuiąc się czerstwem — boiu chciwy,Szyszak na głowę, tarcz na ramię włożył,Którą raniony niedawno beł złożył.

Przypadł z obozu pod wysokie mury,Pod tysiąc koni iazdy z niem iechało;Ziemia się trzęsie, a od wielkiey chmury,Wielkiey kurzawy, nieba widać mało.Co raz to lepiey widzieć było z gury,Kiedy się świeże woysko przybliżało.Z strachu lękliwi pobiegli poganie,On wielkiem głosem trzykroć krzyknie na nie.

Swego — po wielkiey części nachyleni —Głos Chrześcianie Hetmana poznaliY wziąwszy serce, znowu poprawieni,Daleko płoche pogaństwo pognali.Sułtan y Argant tylko niestrwożeni.Jeden drugiego lepiey odpieraliY od Tankreda strzegli pilnie dziury,Który szedł gwałtem między zbite mury.

O tych się naprzód cny Hetman uderzył,Wszystek we zbroię złocistą ubranyY wielkiem drzewem Arganta wymierzył,Który stał, broniąc rozwaloney ścieny.ściany.Żadenby temu podobno nie wierzył,Jako był tęgi raz niewytrzymany:Brzmi wielki oszczep, Argant się nie boi.Y śmiele tarczą zasłoniony stoi.

Tarcz się na on gwałt wielki otworzyła,Ale y zbroia razu nie strzymała,Bo rohatyna obiedwie przebiłaY krew łakomie z Cyrkaszczyka ssała.Nie czuie Argant (tak w niem wielka siła)Y ukrwawiony wyrwie oszczep z ciałaY uderzył niem znowu na Hetmana:„Niech się — pry — wróci do swoiego pana“.

Oszczep się z pomstą wzad wracał zarazemY przez powietrze szedł wiadomą drogą,Lecz chybił celu, bo przed onem razemUmknął się Goffred y krok stąpił nogą.A miasto niego, krwie chciwem żelazemRanę dał w gardło Sygierowi srogą.On — że umiera — namniey nie żałuie,Kiedy swoiego pana zastępuie.

Sułtan kamieniem dał w łeb Normandowi,Właśnie na ten czas, kiedy Sygier zginął;Nie mógł wytrzymać tęgiemu razowi.Zatoczywszy się, na ziemię się zwinął.Już też przycięższem beło Goffredowi,Rzadko go który z góry kamień minął,Atoli przedsię, choć z niemałem trudem,Na rozwalinach iuż beł z swoiem ludem

Y zrobiłby beł pewnie co wielkiegoY krwieby beło rozlało się siła,Ale noc z progu wyszła podziemnegoY świat czarnemi skrzydłami okryła.Y na śmiertelne narodu ludzkiegoGniewy, swych cieniów wędzidło włożyła.Tak, że odstąpić musiał od tei sprawy:Taki miał w on czas koniec on dzień krwawy.

Lecz niż odstąpił [co wielka w hetmanie]Kazał nieść nazad w szturmie obrażonych.A potem pilne uczynił staranieKoło woiennych czynów potłuczonych:Wieżę — którey się naibardziey poganieBali, od mistrzów zrobioną uczonych —Nazad prowadzi, chocia naruszonąY w wielu mieyscach barzo powątloną.

Ze złego razu zaraz ią uwodziW bezpieczne mieysce okrom żadney zwłoki;Ale iako łódź na morskiey powodzi,Co pełnem żaglem nurt siecze głęboki,Kiedy bezpieczna do portu przychodzi,O skałę łamie roztrącone boki;Abo więc iako zawodnik ćwiczonyPrzed samem kresem padnie powalony:

Tak właśnie w on czas wieża szwankowała,Gęstem kamieniem barzo potłuczonaY obie zadnie koła połamała,Y iść nie mogła daley — powalona.Ale piechota pod nię stęplowałaTramy, na których legła zawieszona,Aż nauczeni mistrzowie przybyli.Którzy koło niey z pilnością robili.

Surowie cieślom Goffred rozkazował,Aby przededniem koła zgotowali;Potem po drogach straży zostawowałY ludzie, którzy wieże pilnowali.Tem czasem król mur zbity oprawował,Y słyszeć beło, iako się mieszali,Bo w mieście tysiąc pochodni świeciło,Od których niemal wszystko widzieć było.

Noc beła, ale ludzie zmordowaniZ oboiey strony, do tych dob nie spali:Tu od Hetmana żołnierze przebraniOkoło wieże straż odprawowali;Tam zaś poganie swe — niespracowani —Zwątlone mury pilnie oprawiali;A gdzie beł który ranny albo chory,Słano barwierze y mądre doktory.

Iuż beło chorem opatrzono rany,Iuż się y dziura była zaprawiła,Iuż y co słabszey poprawiono ściany,A noc głęboka na spanie radziła.Ale Klorynda na sen pożądanyPozwolić nie chce y wielkie myśliłaDzieła — gdy wszyscy poszli na swe wczasyY tak do siebie mówi w one czasy:

„Ey toć się wżdy dziś dobrze popisaliZ mężnem Sułtanem, Argant natarczywy.Kiedy oni dway tylko wypadaliNa wszystko woysko y robili dziwy.A o mnie co też będą powiadali?Użyła — prawi — z daleka cięciwyDosyć szczęśliwie. To te będą mowy,Cóż, czy nie mogą więcey białogłowy?

Toć beło lepiey gdzie między lasamiStrzelać ielenie abo dzikie świnie,Niźli się mieszać między rycerzamiWielkiemi, mdłey płci y lichey dziewczynie.Białogłowskiemi nie gardzę szatami,Słusznie ich godna ta, która tak słynie“.To mówiąc, na rzecz wielką się udałaY Argantowi o niey powiadała:

„Serce mię na coś wielkiego podwodzi;Że to Bóg czyni, tak sobie rachuię,Lub też za własną człowiek wolą chodzi.Coś niezwykłego sobie obiecuię.Widzisz tę wieżę, co tak miastu szkodzi,Na tę się z ogniem y mieczem gotuię.Tak myślę, tak chcę y tego potrzeba,Niech o ostatku pieczępieczą maią nieba!

Abo ią spalę, abo ią posiekę,A ieśli się też nazad nie ukażę,Tobie swe panny oddaię w opiekęZ starcem, którego iako oyca ważę.Pomni to, proszę, coć dopiero rzekę,Że do Egyptu odesłać ie każę.Ta płeć y ten wiek nie ma żadney mocy,Y godzien wszelkiey, Argancie, pomocy“.

Zdziwił się Argant przeważney dziewicy,Y poczuł w sercu chęć na wielkie czyny:„Ty sama póydziesz, a my nikczemnicyMiędzy podłemi mamy zostać gminy?!Y tak ma Argant tylko na ulicyPatrzeć na dymy y twoie perzyny?!Nic z tego. Iako beł z tobą w potrzebie,Tak go weź na śmierć y sławę do siebie.

Y ia frymarczę za sławę żywotem.Y dla niey zdrowie rad położę wszędzie“.Ona zaś: „Świadczy twa dzisieysza o temWycieczka, która wiecznie słynąć będzie,Iam białogłowa, y zginę-li potem,Mną mało miastu, albo nic ubędzie.Ale gdziębyś ty miał polec [strzeż Boże]Kto murów zbroni? Kto miastu pomoże?“

Argant iey na to krótko odpowiedział:„Nie może to być, próżne twoie mowy,Y bez ciebie tam drogę będę wiedział,Chceszli mię też wziąć z sobą — iam gotowy“.Wtem zgodnie poszli, gdzie król w radzie siedział,Gdzie z niem radziły starsze, mądre głowyKlorynda pocznie: „Słuchay co myślemyY przyimi z łaską, królu, coć powiemy.

Argant tę wieżę spalić chce y na temMieyscu czyni-ć tę obietnicę głośną.Ia przy niem będę; czeka tylko zatem,Że się pokładą y że ludzie posną“.Król płakał — długiem obciążony latem,Y mowę do nich uczynił żałosną:„Ieszcze chcesz Boże sług swoich ratować,Ieszcze to w cale królestwo zachować!

Y potrwa pewnie, kiedy ludzie takie,Takiego serca y takiey mam ręki.A ty, o zacna paro ludzi, iakieMasz mieć odemnie nagrody y dzięki?Będą te wasze dzielności iednakiePodawać światu wieczney sławy dźwięki.To samo wielka nagroda na świecie,Lecz y odemnie część państwa weźmiecie“.

To mówiąc starzec zalewał się łzami,Y z płaczem w głowę oboie całował;Ale Soliman, co siedział z radami,Wielką z tey sprawy zazdrość pokazował:„Y ia nie darmo miecz noszę y z wamiPóydę y tu też nie będę próżnował“.Klorynda na to: „O Królu, o Panie,Póydziemli wszyscy, kto z tobą zostanie?“

Iuż się chciał ozwać Argant niecierpliwy,Że nie chciał z niem bydź na tę drogę zgodny,Ale uprzedził y wzrok Król sędziwyszedziwyDo Solimana obrócił łagodny:„Na każdem mieyscu, rycerzu cnotliwyPokazowałeś, żeś sobie podobnyY na naygorsze razy zawsze śmieleSzedłeś y biłeś swe nieprzyiaciele.

Y wiem, żebyś mógł co godnego sprawićTey wielkiey sławy, którą masz na świecie,Ale wżdyć kogo muszę z was zostawićPrzy sobie, którzy dzielnością słyniecie.Nakoniec y tych nie chciałbych wyprawić,Bo wiem, iako wy krwie nie szanuiecie;Kiedyby się kto inszy tego ważyćY na tak wielki chciał się czyn odważyć.

Więc iż po wszystkich stronach, iako wiemy,Gęsta straż w koło wielkiey wieże chodziY trochą ludzi nic nie uczyniemy,Woysko też wszystko wywieść się nie godzi;Ta para, co się — iako to słyszemy,Tego chce podiąć, niech na to wychodzi,Która takich dzieł nieraz dowodziła,Y którą może kłaść za inszych siła.

A ty tak iako królowi należy,W bramie — proszę cię — bądź gotów z inszemi,Że kiedy ci w zad póydą y na wieżyUyrzymy ognie z dymami gęstemi,Gdzie nieprzyiaciel w pogonią pobieży,Ty ich zratuiesz z rotami świeżemi“.Tak się królowi koniecznie to zdało,Ale Sułtana przedsię to bolało.

Przymówił się też Izmen do tey sprawy:„Lepiey — powiada — że późniey wyńdziecie,A ia wtem siarki y insze przyprawyZgotnię, które z sobą poniesiecie;Przeto czekaycie odemnie odprawy,Y straży śpiące pręcey tak naydziecie“.Podobało się Izmenowe zdanie,Y rozeszli się, pozwoliwszy na nie.

Klorynda zatem zwyczayny złożyłaSzyszak y zbroię srebrem nabiianą,A inszą na się niezwykłą włożyła,[Co iuż beł zły znak] czarno smalcowaną,Żeby się na niey w nocy nie świeciła,Tusząc tak łatwiey udać się nieznaną.Był przy niey Arset, który ią wychował,Y prawie z pieluch dotąd iey pilnował.

Ten kędykolwiek iedno się udała,Wszędzie szedł za nią laty obciążony,A widząc, że się niezwykło ubrała,Postrzegł, że w pole wyniść chciała z brony.Y przez życzliwość, którą po niem znała.Y przez siwy włos na niey wysłużonyProsił, aby się na to rozmyśliła,Ale daremna iego prośba była.

Potem rzekł: „Iż cię prośby nie obeszłyY takeś na złe swoie zatwardziała,Żeś ty na te łzy y na wiek móy zeszłyY na tę radę życzliwą niedbała —Powiem ci teraz twóy stan y wiek przeszły,Od tego czasu kiedyś beła małaWszystko prawdziwie, wszystko nieomylnie“.Zatem tak pocznie, a ta słucha pilnie:

„Synap bogaty szczęśliwie sprawowałEthyopią z inszemi kraiami,Który obrzędy y wiarę zachowałMaryey Syna — z swemi nurzynami,murzynami,Gdziem poganinem będąc, posługowałKrólowey między białemi głowamiZa niewolnika, która czarna była,Ale gładkości czarność nie wadziła.

Król ią miłował, ale się z miłościąTak w niem zawisna boiaźń pomieszała,Że choć słynęła cnotą y czystością,Zupełney wiary u niego nie miała.Tem niedowiarstwem, tą zięty zazdrością,Chciał, żeby zawsze w zamknieniu mieszkała.Ona to wszystko, co król chciał — czyniła,Y z gmachu piędzią nigdziey nie chodziła.

Tam obrazami między nabożnemi,Biała dziewica beła malowana,Która okrutnie powrozy mocnemiU twardey skały beła uwiązana.Smok do niey bieżał y kiedy ostremiKłami od niego miała być szarpana —Ostrem go rycerz przepędził żelazem.Przed tem się często madlała obrazem.

Wtem dziećmi zaszła y bywszy brzemienną,Ciebie dziecinę białą urodziła,A widząc barwę w dziecięciu odmienną,Niezwykłemu się cudowi zdziwiła.Y potem troską strapiona codzienną,Płód ten przed królem taić umyśliła.Obawiaiąc się, aby z twey białościZłe nie rozumiał o iey stateczności.

Y na twe mieysce inszego szukała— Boiąc się króla — dziecięcia czarnego.A iż tam żywa dusza nie mieszkała,Okrom białychgłów, okrom mnie samego,Mnie cię na ten czas beze krztu oddała,[Świadoma moiey wierności] któregoTak prętko dzieciom nigdy tam nie daią:Różny w tem zwyczay w tamtych kraiach maią.

Oddała mi cię z płaczem y zleciłaDaleko cię gdzie zanieść na chowanie.A kto wymówi, iako się trapiła!Iakie ostatnie beło iey żegnanie!Całowała cię, łzami twarz moczyła,Powtarzaiąc swe smętne narzekanie.Nakoniec w niebo weyrzawszy tak rzecze:„O Ty, co skryte myśli wiesz człowiecze —

Ieślim chowaiąc niezmazane łoże,Przeciw małżeńskiey nie zgrzeszyła wierze —[O się nie mówię: wiem na się, móy Boże,Insze swe grzechy, ale nie w tey mierze].Za niewiniątkiemniewinniątkiem proszę, co nie możeOd swoiey własney mleka mieć macierze. —Niech żyie matce podobne czystością,Za twoią łaską y dobrotliwością.

Y ty rycerzu święty, coś na srogąŚmierć nie dał dziewki niewinney smokowi,Ieśli co z lichem nabożeństwem mogąStawiane świece twemu obrazowi —Weź w swą opiekę dziecinę ubogą,Bądź niewinnemu obrońcą wiekowi“.To rzekszy zmilkła y mowę zawarłaY od żałości ledwie nie umarła.

Ia przyiąwszy cię, niosłem cię z kłopotemW małey nakrytey skrzynce w one czasy,Y takem umiał potrafić, że o temNic nie wiedzieli y obcy y naszy.Szedłem nieznany polmi, ale potem,Kiedym wszedł z tobą między gęste lasy,Uyrzę, że lwica prosto do mnie bieży,Gębę rozdziewia, a grzbiet ostry ieży.

Iam uciekł na dąb, a tyś porzuconaOdemnie, w trawie pod drzewem leżała;Ona przypadnie y zastanowionaStraszliwą głowę nad tobą trzymała.Potem postawszy mało, coś zmiękczona,Iuż okiem na cię łaskawem patrzała.Y chropawem cię lizała ięzykiem...Ktoby rzekł, że iest litość w zwierzu dzikiem?

Tyś iey małemi straszney ręczynamiSięgała gęby y na nięś się śmiała;W temci się swemi zniżyła piersiami,Ssałaś ią zatym, gdy nad tobą stała.A ia zakryty między gałęziamiStrętwiałem, widząc iaka się rzecz działa.A skoro cię swem mlekiem nakarmiłaPoszła y gąstemgęstem lasem się zakryła.

Wziąwszy cię potem, szedłem daley w drogęY do miasteczka trafiłem iednego,Gdziem mamki dostał, która cię niebogęKarmiła — godną chowania inszego.Tamem rok cały, ile pomnieć mogę,Y połowicę wymieszkał drugiego;Tyś iuż niektóre słowa wymawiałaY postępować iużeś poczynała

Ale kiedy mi dobrze nachylonyRadził na pokóy wiek w podeszłem lecie —Złotem od matki twoiey obciążonyTak, żem mógł nędze nie cierpieć na świecie,Porzucić żywot błędny, uprzykrzonyY żyć w oyczystem myśliłem powiecieY z przyiacioły zażyć lepszych czasów,Wetuiąc przeszłych trudów y niewczasów.

Tak do Egyptu do swoiey rodzinyZ tobąm się zaraz puścił w oney chwili.Ale nad rzeką — wypadszy z krzewiny,Ze wszystkich mię stron zbóyce zaskoczyli.Cóż było czynić? porzucić dziecinyNie chcę; mnieby też iuż beli zabili.Puściłem się w pław, iedną cię trzymaiąc,A drugą ręką, iakom mógł — pływaiąc.

Ze dżdża y długiey rzeka niepogodyWezbrała beła y bystro bieżała;A kiedym przyszedł, gdzie naigłębsze wody,Zakręciwszy mię, na dół mię porwała.Próżno iuż było uść widomey szkody:Upuściłem cię, ale cię trzymałaY wyniosła cię woda na brzeg niski,Iam też wypłynął, bywszy śmierci bliski.

Noc zatem przyszła, iam się też położył,A kiedy beło o pułnocy prawie,We śnie ogromny rycerz na mię złożyłDrzewo, w surowey y groźney postawie.„Czemuś krzest dotąd dziecięciu odłożył?Iakoć zleciła matka na odprawie.Okrzcisz ią — prawi — Bóg tak chce koniecznie,Y ia iey mam być opiekunem wiecznie:

Iam y dzikiemu litość dał zwierzowi,Y bystrey wodzie, y bronię iey wszędzie.A ty — gdzie temu nie uwierzysz snowi,Któryć Bóg zsyła — obaczysz, coć będzie“.Wtem wstawszy, ztamtąd wyszedłem ku dniowi,O krzcie nie myśląc, bom został w tem błędzie,Żem we śnie tylko iakąś widział maręY swąm rozumiał bydź prawdziwą wiarę.

Taiłem tego; tyś się uchowałaPoganką zatem y tąś dotąd była,Y śmiałąś potem y mężną została,Y przyrodzenieś y płeć zwyciężyła.Sławyś y państwa dzielnością dostała,Y sama pomnisz iakoś potem żyła —Y żem na wszystkich woynach w każdey dobie,Był iako ociec y sługa przy tobie.

Ale zaś wczora, kiedy miał świt ranyWychodzić na świat swem promieniem złotem —We śnie on pierwszy rycerz rozgniewany.Stanął przedemną y tak mówił potem:„Iuż czas nadchodzi niezahamowany,Że się Klorynda rozstać ma z żywotem,A chociaś nie chciał, gwałtem przedsię onaPóydzie do nieba y będzie zbawiona“.

Wtem zniknął. A ty uważ to u siebie,Żeć coś strasznego: te sny obiecuią;Y nie wiem, iak to tem póydzie na niebie,Co swych rodziców wiarę prześladuią.Przeto — ieśli co łaski mam u ciebie —Zostań y te łzy niechay cię hamuią“.Wtem umilkł; z strachem Klorynda słuchała,Bo taki drugi niedawno sen miała.

Potem tak rzekła: „Tę wiarę chcę chować,Którą rozumiem bydź dotąd prawdziwą,Y w któreyeś mię ty sam chciał uchować,A teraz ią chcesz udać za wątpliwą.Więc dla boiaźni nie chcę odstępowaćRzeczy zaczętych — nie takem lękliwą,Abym się na strach iaki oglądała,Choćbym też dobrze umrzeć zaraz miała“.

Potem go mową łagodną cieszyła,A iż iuż ich czas przychodził wyprawy,Z Cyrkaszczykiem się, odszedszy — złączyła,Co towarzyszem miał być do tey sprawy.Dzielność [co przez się sama się kwapiła]Izmen zagrzewa y dawa przyprawyDo zapalenia z siarki uczynioneY świece skryte y w miedzi zamknione.

Wychodzą spiesznie przez nocne ciemnościZ miasta pospołu one dwie osobieY pełni dotąd szczęśliwey śmiałości,Iuż blisko wieże beli w oney dobieSerce w nich skacze od wielkiey radościY nie może się zmieścić samo w sobie,Na krew ich chciwość podwodzi niesyta;Wtem straż postrzeże y o hasło pyta.

Ci przedsię w ciemnem idą cicho mroku —Straż w larmę biie, hasła iuż nie bada;Ale cna para cicho więcey krokuNie niesie y iuż więcey się nie skrada,Iako więc piorun Iowiszów z obłokuRazem się błyska y grzmi y wypada,Tak y ci razem do strażey skoczyli,Razem natarli, razem się przebili.

Przez tysiąc mieczów ostrych prześć musieli,Y to, na co się udali — sprawili:Do przypraw, które od Izmena mieli,Nagotowane knoty przyłożyli.Zaiął się ogień, y tak iako chcieli,Ogromną wieżę iemi zapalili.Płomień się szerzy, gęste dymy wstaiąY iasne twarzy gwiazdom zasłaniaią.

Widać: a ono, okrutne płomienieIdąc ku niebu z dymem się mieszaią,A z którey strony wiatr na wieżę wienie —Błędne się ognie do kupy zbieraią.Światła niezwykłe — nocne pędzą cienie,Y Chrześciany blaskiem urażaią;Gdzie poyrzysz wszędzie strach między namioty:Giną w godzinę tak długie roboty.

Tem czasem rączo prosto ku ogniowiHufiec z obozu bieżał wyprawiony;Cyrkaszczyk woła y grozi ludowi:„Ten ogień waszą krwią będzie zgaszony“.Ale nie mogąc wytrzymać gwałtowi,Zlekka uchodził z Kloryndą ściśniony.Iako po deszczu wielkiem potok zbiera,Tak na nich co raz więtszy lud naciera.

W otwartey bramie z ludźmi przebranemiCzekał Soliman na nich w oney chwili:Przed pogoniami nieprzyiacielskiemiUwieść ich w miasto, gdzieby się wrócili.Iuż beli za próg uszli, lecz za niemiWpadli ci w bramę, którzy ie gonili,Ale ich wyparł Sułtan y wzwód spuściłY samey tylko Kloryndy nie puścił.

Tak wszyscy twierdzą iednostainie o tem,Że właśnie kiedy wzwód beł podniesionyZagoniła się za Ardeliotem,Który iey zadał raz niepostrzeżony.Y Argant tego nie widział, że potemWróciła się wzad y wypadła z brony;Bo y noc beła y w oney pogonieyY mieszaninie, nie mógł wiedzieć o niey.

A skoro swóy gniew y serce zażarteW chrześcijańskiey krwi w on czas zaprawiłaWidząc, że bramy y miasto zawarte,Po wielkiey części o sobie zwątpiła.Ale nadzieią płochą myśli wspartePrętko na nowy fortel obróciła:Za iednego się z ich woyska udałaY między nie się nieznana wmięszała.

Potem iako wilk, co stado rozbiie,Dopadszy lasu prętko z oczu ginie —Idzie ukradkiem y łatwie się kryieW nocy y w oney wielkiey mieszaninie.Lecz Tankredowi przecie się nie skryie;Ten widział, kiedy w oneyże godzinieArdeliota przed bramą zabiłaY pilnował iey, gdzie się obróciła.

Mniema, że to mąż iaki doświadczony,Nie myśląc, aby białą płcią bydź miała.Chce się z nią spatrzyć, a ta z iedney stronyObiegszyObbiegszy miasto, drugą bramą chciałaY niż iey Tankred dognał zapędzony,Na chrzęst się iego zbroie obeyrzała:„Co — prawi — niesiesz?“ On iey na to powie:„Y śmierć y woynę“. Ona zaś odpowie:

„Jeśli chcesz śmierci y ta cię nacieszy,Dam ci ią wnetże“. W tem stanęła w kroku.On widząc, że beł nieprzyiaciel pieszy,Zarazem z siodła w prętkim wypadł skoku.Tak zbywszy konia, do niey się pospieszyY oboie szli po miecze do boku:Y tak się zwarli iako srodzy bycyPrzy swey się lubey bodą iałowicy.

Iasnego słońca godne to czynienieWasze tam beło, o rycerze wzięci;A ty, o nocy, coś na nie swe cienieY płaszcz z zawisney kładła niepamięci,Dopuść mi — proszę — y day pozwolenie,Aby mem piórem beli z niey wyięci.Niechay trwa wiecznie sława ich dzielnościY niech się święciświeci pamięć twey ciemności.

Nie dybią na się, ani się składaią,Nic iem szermierskie — sztuki nie pomogą;Pełneli razy, skąpeli bydź maią —W cieniu y w gniewie rozeznać nie mogą.Słyszeć, że miecze straszny dźwięk dawaią,A żaden kroku nie ustąpi nogą:Ta stoi w mieyscu, a ręką pracuie,Co raz nowy sztych y cięcie znayduie.

Obelżenie gniew do pomsty podwodzi,Pomsta przydawa potem obelżenia;Ztądże iem zawżdy do nowych przychodziPrzyczyn do cięcia, boyców do kwapienia.Mięsza się bitwa, coraz cieśniey chodzi;Iuż iem nie służą miecze do czynienia:Biią się srodze wzaiem głowicami,Tłuką się hełmy, tłuką się tarczami.

Trzykroć ią ścisnął, trzykroć także onaWydarła mu się z węzła tak mocnego,Którem nie była z miłości ściśniona,Lecz z nieprzyiaźni y z gniewu wielkiego.Znowu do mięczów poszli. Iuż ranionaY ona, y on, iuż y tchu samegoLedwie iem staie. Potem się cofnęli,Aby po wielkiey pracey odpoczęli.

Tak na mieczowei wsparszy się głowicy.Patrzali na się — ta z tey, ów z tey strony,Kiedy Apollo swoiemu woźnicyNieść kazał na świat dzień światłem pleciony.Widzi krwie siła Tankred na dziewicy,Cieszy się hardy, że mniey obrażony.O ludzkie myśli, głupie to czynicie,Że się za lada szczęściem unosicie!

Z czego się cieszysz, o Tankredzie? czemuChełpisz się szczęściem omylnem piiany;Wrychle zwycięstwu nierad będziesz swemuY będziesz płakał tey krwie y tey rany...Chwilę się milcząc — on iey, ona iemuPrzypatrowali sobie na przemiany,Nakoniec Tankred ozwał się z swą mową,Pytaiąc, kto beł y iako go zową:

„Spólne to — prawi — nieszczęście sprawuie,Że naszą dzielność pokrywa milczeniem,A iż nam zły los sławę odeymuieSłusznie nabytą, tak mężnem czynieniem;Proszę cię [ieśli gniew prośbę przyimuie]Powiedz mi twóy stan, z twem własnem imieniem.Niech wiem lub przegram, lub wezmę zwycięstwoKto śmierć ozdobi, albo moie męstwo“.

Ona mu ną to: „Imienia moiegoNie będziesz wiedział, iuż cię to omyli;Dosyć masz na tem, że widzisz iednegoZ tych dwu, co wielką wieżę zapalili“.Harda odpowiedź rycerza zacnegoTak uraziła barzo w oney chwili,Że do niey znowu wielkiem pędem skoczył.Aby się zemścił y miecz w niey umoczył.

Wraca się iem gniew w serca zajątrzone,Choć się każdy z nich barzo słabem czuie;Nauka za nic, siły iuż zemdlone,A na ich mieysce wściekłość następuie.O iako wielkie y niewymówioneRany miecz czyni, gdzie iedno zaymuie:W zbroi y w ciele — a że żywot ieszczeNie wyszedł, gniew mu w sercu czyni mieysce.

Iako ocean, choć wiatry ustały,Które go z gruntu dopiero wzburzyły,Długo nadęte trzyma swoie wały,Niźli swóy straszny gniew uspokoiły —Tak y ci, choć iuż wszytkie osłabiały,Choć w nich upadły spracowane siły,Swą popędliwość pierwszą zachowuiąY wielkiem gwałtem na się następuią.

Ale iuż przedzęprzędzę Parka nieużytąKloryndzinego żywota zwiiała:Pchnął ią w zanadrze Tankred y obfitąMiecz utopiony krew wytoczył z ciałaY zmoczył złotem koszulę wyszytą,Którą panieńskie piersi sznurowała.Czuie, że ią iuż noga ledwie wspieraY że iuż mdleie y że iuż umiera.

Idzie za szczęściem zwycięzca surowyY sztych śmiertelny pędzi między kości;Ona konaiąc, rzekła temi słowy,Zwykłey na twarzy nie tracąc śmiałości,Którą znać, że w niey duch sprawował nowy,Duch skruchy, wiary i świętey dufności —Że choć poganką za żywota była,Umieraiąc się ato nawróciła:

„Odpuść ci Boże, ato masz wygraną,A ty też, proszę, odpuść moiey duszy,Proś Boga za nię y grzechem spluskanąOczyść krztem świętem y zbroń od pokusy“.Tą żałościwą, tą niespodziewanąProśbą iey Tankred zarazem się ruszy:Y wewnątrz żalem okrutnem dotkniony,Umarza gniewy y płacze zmiękczony.

Do przezroczystey pobieżał krynice,Która z przyległey góry wynikałaY w hełm porwawszy wody, do dziewiceWracał się, która iuż dokonywała.Kiedy iey dotąd niepoznane liceOdkrył z szyszaka, ręka mu zadrżała:Pozna ią zaraz y iako słup stanie...O, nieszczęśliwe y przykre poznanie!

Nie umarł zaraz, bo wszystkie swe mocyZebrane, serca pilnować wyprawiłY dusząc w sobie żal, koło pomocyŚwiętey się wszytek na on czas zabawił.Śmiech wdzięczny piękne wydawały oczy,Skoro krzest święty cny rycerz odprawił;Y tak się zdało iakoby mówiła:„Niebom osięgła, niebam dostąpiła“.

Mało co pierwszey straciwszy piękności,Iako lilia białą barwą bladła,Na iasne niebo zda się, że z litości,Gdy w nię patrzało — czarna chmura padła.A nie mogąc iuż mówić, życzliwościZnak: zimną rękę na rycerza kładła.Tak piękna dziewka w on czas umierała.Że kto nie wiedział, rozumiał, że spała.

On widząc ią iuź umarłą, strapionySiły niedawno zebrane rozpuścił,Z których tak nagle będąc obnażony,Władzey nad sobą żalowi dopuścił;Ten w żywot w małem mieyscu utaionyY w twarz y w zmysły śmierć zarazem puścił.Mdleie, trupowi rówien każdą sprawą:Barwą, milczeniem y krwią y postawą.

Y pewnieby beł żywot rozgniewanyGwałtem się wydarł z śmiertelnego ciałaY w towarzystwie szedł nieutrzymanyZ szlachetną duszą, co go uprzedzała;Ale z trafunku tam beł nadiechanyOd iedney roty, co wody szukała.Ta wzięła dziewkę i rycerza cnegoW niey umarłego, w sobie źle żywego.

Rothmistrz z daleka, gdy się rozedniało,Poznał po zbroi książę Chrześciiańskie:Uyrzał też przy tem martwey dziewki ciało,Okrutną raną przebite tyrańskie.Y nie chciał, aby na pokarm zostałoWilkom, choć mniemał, że belo pogańskie,Ale kazał wziąć sługom ciała obieY do obozu zanieść ie na sobie.

Bohatyr ranny, pomału niesionyNie czuie co się koło niego dzieie,Ale iż żywot beł w niem zataiony,Znać po stękaniu, iże ieszcze zieie.Ta zaś — iako słup leżąc z drugiey strony,Żadney żywota nie dawa nadzieie.Tak ie na on czas pospołu niesiono,Ale ie w różnych namieciech złożono.

Gromada zatem iego sług życzliwa,Do różnych posług zarazem się miała;Iuż też y mdły wzrok y myśl obłędliwaLekarskie ręki znać w niem poczynała,Iednak rozeznać nie mogła — wątpliwaDługo, ieśli się wróciła do ciała.Patrzy po stronach, nakoniec poznawaY czas, y mieysce, y słyszeć się dawa:

„Y żyię ieszcze? y światłość słoneczna,Y ten mię ieszcze widzi nieszczęśliwyDzień, co świadectwo [o sromoto wieczna]Wydawa na móy żywot niecnotliwy.A ty, o ręko sroga i bezecna,Któraś uczynek zrobiła brzydliwy —Weź mi co pręcey za grzech popełnionyŻywot, y Bogu y ludziom wzmierziony.

Miecz śmiertelnemi napuszczony iadyWraź mi nagłębiey w serce między kości!Czy za pobożność masz to z iakiey rady:Niechcieć mi skończyć śmiercią tey żałości?Y tak żyć muszę? y między przykładyByć pamiętnemi nieszczęsney miłości?Za grzech tak wielki na plugawą duszę,To tylko iest kaźń godna, że żyć muszę.

Żyć muszę zawżdy w ustawicznem błędzie,Troski y wieczne cierpiąc niepokoie;Cień mię nakoniec własny straszyć będzie,Wymawiaiąc mi zawżdy grzechy moie.W słońce bespiecznie nie poyrzę y wszędzieSumienieSumnienie będzie męki miało swoie;Bać się sam siebie y przed swą osobąZawżdy się kryiąc, zawżdy będę z sobą.

Ale niestetysz, gdziesz się wżdy podziałoIey czyste ciało? czyli — co zdrowegoOd moiey wściekłey ręki w niey zostało —Rozszarpano iest od zwierzu dzikiego?Droga potrawa, nieszczęśliwe ciało,Z ciebie się stała, z szaleństwa moiego,Na które mię noc [o żałosne czasy!]Naprzód, a potem zwierz podwiodły lasy.podwiódł y lasy.

Iednak ieśliś iest gdziekolwiek na ziemi,Że cię gdzie naydę — iestem tey otuchy;Ale ieśli swe członkami twoiemiŻwierzowie głodni obkarmili brzuchy,Abym tylko mógł pospołu być z niemi,Niechay mię pożrą y w las niosą głuchy!Szczęśliwy u mnie grób bedzie, co obieCiała w się przyimie y schowa ie w sobie“.

Tak sam narzekał z sobą, utrapiony;Słudzy wtem rzekli, że to ciało mieli.Za temi słowy wzrok wypogodzonyY odmieniony wszyscy w niem widzieli.Y choć tak chory y tak był zemdlony,Wstał o swey mocy znienagła z pościeliY ledwie mogąc przestąpić przez progi,Pomału chore wlókł za sobą nogi.

A skoro — ręki niepobożney sprawę,W piersiach uyrzały srogą ranę oczyY pogodnemu iey bladą postawę,Podobną niebu, chocia w ciemney nocy —Zadrżał y lecąc do ziemie, poprawęWziął, uchwycony od bliskiey pomocy:„O wdzięczna twarzy śmierć mi — prawi — sprawiszSłodką, lecz żalu nigdy mię nie zbawisz!

O piękna ręko, którąś mi podała,O wdzięczne chęci ostateczne y znaki!Iakoś się teraz dobrze różną stała,Stąd mękę, stad żal, stąd ból cierpię taki.Widzę, ach w członkach niewinnego ciałaMoiey wściekłości nieszczęśliwe szlaki;Równo się z ręką — o oczy — srożycie:Ta ie zraniła, wy w rany patrzycie.

Ani płaczecie. Niechayże w zamianyKrew idzie ze mnie, bo łzy iść nie chcecie“.Tu uciął słowa y niehamowanyNie chcąc żyć więcey y zostać, na świecie,Podrapał sobie zawinione ranyTak, że krwie beło pełno po namiecie;Y zabiłby się sam beł w oney dobie,Ale żal czynił, że nie beł przy sobie.

Y tak przezdzięki dusza żałościwaNad iego wolą przy ciele została,Ale po wszytkiem woysku świegotliwaWieść o przypadku iego powiadała.Goffred, y inszych przyiaciół życzliwaKupa, cieszyć go co raz przybywała.Lecz wybić troski żadną miarą z głowyNie mogły słodkie y poważne mowy.

Iako kiedy kto tknie rany w pieszczonemCzłonku, ból roście y tem sroższy bywa,Tak przyiacielskism — w sercu utrapionemWięcey żałości cieszeniem przebywa.przybywa.Lecz go pustelnik nie chce mieć straconem,Na różne się nań dowody zdobywaY iego upór poważnemi słowyStrofuie, y tey używa nań mowy:

„O różny teraz daleko od siebieTankredzie, y od początku twoiego;Ktoć wżdy odiął słuch? pytam cię — y ciebieUczynił teraz tak nagle ślepego?Twe utrapienie Bóg wieczny na niebieSam na cię posłał, Ten cię do pierwszegoGościńca, któryś opuścił, kieruieY palcem ci go prawie ukazuie.

Y do dobrego rycerza cię wiedzieChrystusowego pierwszey powinności,Którąś opuścił, o głupi Tankredzie,Kwoli niewierney poganki miłości.Y teraz na cię z lekką pomstą iedzie,Z lekkiem karaniem za twe nieprawościY uleczyć cię chce przez cię samego,A ty nie widzisz daru tak zacnego?

Y Bogu się chcesz przeciwić samemu,Któryć łaskawey dodawa pomocy,Obacz się proszę, a żalowi temuTakiey nad sobą nie dopuszczay mocy.Iuż ato iawnie na dół ku wiecznemuZginieniu lecisz, ieno otwórz oczy!Przebóg, hamuy się w tey żałości swoiey,Co cię do śmierci prowadzi oboiey.

Strach iedney śmierci, który mu przekładał,Chciwość mu drugiey z nienagła wyimowałY uważaiąc pilnie — co powiadał,Nieutulony płacz w sobie hamował.Ale nie tak żal przedsię z serca składał,Aby nie wzdychał y nie lamentował.Czasem sam w sobie skrycie narzekaiąc,Czasem z umarłą głosem rozmawiaiąc.

Lubo wieczorne, lubo wstaią raneZorze, iey woła, iey płacze, iey prosi;Tak iako słowik, co mu nieodzianePióry dzieciny myśliwiec unosi,Y dni y nocy prowadząc niespane,Napełnia pola y swe żale głosi.Nakoniec kiedy świtać poczynało,Między łzy w oczy wpadło mu snu mało.

Wtem mu się w szacie gwiazdami natknioneyKochana iego przez sen ukazała:Dobrze pięknieysza i w iasności oneyNiebieskiey będąc, poznać mu się dała.Y zdało się, że w postawie skłonioneyDo śmiechu, łzy mu z oczu ucierała:„Przypatrz się — prawi — teraz mey pięknościY mey ozdobie, a skróć swey żałości.

Toś mi ty wszystko z łaski swoiey sprawił,Z świata mię tego omyłką zgładziwszyY u Bogaś mię na łonie postawił,Godną mię nieba przez krzest uczyniwszy.Tyś mię wiecznego żywota nabawił,Lecz y ty — ciało śmiertelne złożywszy,Masz tu mieć mieysce, gdzie wieczneyw wiecznej światłościCieszyć się będziesz z twey y z mey piękności.

Y ieśli nieba nie zayrzysz sam sobieY zmysł cię z drogi prawdziwey nie zwodzi —Zostań żyw, a wiedz, że się kocham w tobie,Iako się kochać nam w stworzeniu godzi“.Tak mówi, a wtem chęci w oney dobieOgień życzliwy z oczu nań wywodzi,Potem się w swoie promienie zamknęłaY wlawszy weń tę pociechę, zniknęła.

Ocknął się zatem y wstał pocieszonyY lekarzom się iuż dał opatrowaćY martwe ciało tem czasem — strapiony,Po chrześcijańsku rozkazał pochować.A chocia nie beł mistrz iaki uczony,Co miał grób z drogich marmurów ukować —Przedsię, ile czas znosił, beł obranyKamień, z którego grób beł wykowany.

Do którego ią z lanemi świecamiW wielkiey gromadzie w pole prowadzili.Potem iey zbroię między gałęziamiRospiętą, wielkiey sośnie zawiesili.A sam iak skoro zwątlony ranamiWzmógł y podniósł się z łoża w oney chwili.Zarazem wnętrzney pełen pobożności,Poszedł nawiedzić pogrzebione kości.

Gdy przyszedł nad grób, gdzie iego żywemuSercu więzienie złe nieba przeyrzały —Zimny, wybladły, rówien umarłemu,Wlepił wzrok w kamień y sam skamieniały;A nie mogąc się płaczowi silnemuOdiąć, do głuchey ledwie przerzekł skały:„Wdzięczny kamieniu y kochany grobie,Co płomień masz wnątrz, zwierzchu móy płacz w sobie!

Nie martwy w tobie popiół, ale żywy,Pełen miłości, ma swoie mieszkanieY czuie z ciebie zwykły przeraźliwyPłomień, lecz przykrszy sercu nad mniemanie.Przyimi, ach proszę, ten płacz żałościwyY pokropione łzami całowanie,A poday ie zaś w swey skrytey zasłonieLubem zewłokom, które masz w swem łonie.

Bo ieśli dusza do swoiego ciałaWraca się kiedy y do swoich kości.Nie będzie za złe bez wątpienia miałaTwey pobożności y moiey śmiałości...Y odpuści mi. W tę tylko zostałaNadzieię dusza w tey tu śmiertelności,Ręka zła tylko popełniła winę,Iam żył miłuiąc, miłuiąc ią zginę.

Wżdyć kiedy przyidzie y moiey potrzebieDogodzi ten dzień szczęśliwy y święty,Że co to teraz błądzę koło ciebie.W ten czas iuż będę w łono twe przyięty —Niech zgodne dusze spół mieszkaią w niebie,Niech oboy proch trwa wiecznie nierozięty,A czego żywot mieć nie mógł stroskany,Śmierć będzie miała. O dniu pożądany!“

Tem czasem o iey przygodzie powieściY ciche w mieście szemrania powstały;Potem iuż pewne y głośnieysze wieściMiędzy lękliwem ludem wciąż latały.Wszędzie lamenty, wszędzie krzyk niewieści,Iakoby mury y wysokie wałyIuż nieprzyiaciel wszystkie opanowałY iuż bogate kościoły plundrował.

Ale naywięcey oczy ludzkie zeszłyNa się obrócił, Arset żałościwy:Y iako inszem łzy mu z oczu nie szły,Bo od żałości ledwie się stał żywy,Ale od gminu gęstego obeszłyStękał, nakrywszy prochem włos szedziwy.Wtem gdy się wielki tłum do niego zbierał,Argant we śrzodku stoiąc, tak wywierał:

„Chciałem ia zaraz — że krótko wspomionę —Postrzegszy pierwszy, że w polu została,Wypadszy z bramy iść iey na obronę,Żebyśwa była spólny los cierpiała.Wołałem, aby otworzono bronę,Aby się beła iako ratowała,Ale daremne beło me wołanie,Bo król surowe czynił zakazanie.

Y bym beł wypadł — iakom chciał bespiecznie,Y zdrowobym ią nazad beł wprowadził,Abobym beł chciał lec przy niey koniecznie,Y niktby mi beł tego nie rozradził.Cóż beło czynić? Iam się iey statecznieStawił, ale Bóg inaczey uradził;A to iuż ona umarła gdzieś leży,A ia też pomnię to co mi należy.

Niech Ieruzalem y nieba słuchaiąTego, co teraz Argant obiecuie,A gdzie nie strzyma, niechay nań spadaiąWszystkie pioruny, co się ich naydaie:naiduie:Przysięga ato — niech to pamiętaią —Pomścić się iey krwie y iawnie ślubuie,Że miecza tego od boku nie zbędzie,Aż Tankredowi na garle usiędzie“.

Tak rzekł, a głosy życzliwe z pobudkiPospolitego ludu powstawałyY z obiecaney przyszłey pomsty smutkiW żałosnych sercach znienagła niszczały.Próżne przysięgi, bo przeciwne skutkiLudzkie nadzieie w krótkim czasie miały.Y w rychle potem ten legł od tamtego,Którego dziś ma za zwyciężonego.

Ale zaledwie w popiół y w perzynyPłomienie wieżę posłały straszliwą;Iako zły Izmen oneyże godzinyRadę w swey głowie naydował złośliwą:Myśląc przekazić, aby leśne czynyDo woyska nie szły — rzecz barzo szkodliwą —Y aby inszey wieże nie robiono,Z któreyby znowu wątły mur tłuczono.

Blisko obozu beł między pustemiLas dolinami, nie przeyrzany okiem,Gęsty, zarosły drzewami wielkiemi,Cień wszędzie czyniąc liściem swem szerokiem.W niem kiedy słońce promieńmi swoiemiNaiaśniey świeci na niebie wysokiem —Iest takie światło, iako iest, gdy wstawaNoc po dniu, lub dzień po nocy nastawa.

A kiedy słońce pod ziemię uchodzi,Mgła w niem ustawna y mrok nieprzeyrzany,Iaki się w piekle ledwie tylko rodzi,Który strach sercu czyni niewytrwany.Tu pasterz swego na paszą nie wodziStada, tu pielgrzym — chyba obłąkany —Dla miłych cieniów nigdy nie wstępuie,Ale go zdala palcem ukazuie.

W niem się z odległych kraiów czarowniceSchodzą, z nocnemi swemi miłośniki,Co obracaią swą postać na nice:Z tego smok, z tego wieprz się stanie dziki,Z tego zaś kozieł — y w pewne księżyce,Przy dźwięku nocney, piekielney muzykiSwe odprawuią przeklęte biesiadyY niepobożne tańce y obiady.

Tak o tem wszyscy mieszkańcy trzymaliY rózgi żadney uciąć w niem nie śmieli,Lecz Chrześcijanie pierwszy w niem rąbali,Y drzewo z niego na tarany mieli.Tu gdy naytwardziey wszyscy ludzie spali,Tak, że y swoi o niem nie wiedzieli;Izmen się stawił y uczynił kołoY skreślił dziwne charaktery wkoło.

Y boso w koło skreślone wstąpiwszy,Szemrał sam z sobą słowa wielkiey mocy;Potem się trzykroć na wschód obróciwszy,Trzykroć na zachód zasię wracał oczyY trzykroć także laską uderzywszy,Którą umarłe z grobów budzi w nocy —Trzy razy ziemię deptał, będąc bosy,Potem wypuścił te straszliwe głosy:

„Wszyscy duchowie, którzy tu mieszkacie,Strąceni z nieba gromy ognistemi,Y co mieszkanie na powietrzu macie,Y niepogody wzbudzacie na ziemiY wy, którzy się piekły opiekacie,Trapiąc złe dusze ogniami wiecznemi —Słuchaycie, y ty co im rozkazuiesz,Y w Acheroncie podziemnym panuiesz!

Wam Izmen ten las wiecznie odkazuie,Wam go oddaie ze wszystkiemi drzewy;Iako duch w ciało wchodzi y wstępuie,Tak y wy wnidźcie w wysokie modrzewy;Niech Chrześcijanin, co się w niem gotuieRąbać — ucieka przed waszemi gniewy“.Tak rzekł y przydał swe bluźnierstwa sprośne,Pobożnem sercom y uszom nieznośne.

Na iego słowa pełne wielkiey trwogi,Noc swe pogodne światło utraciłaY Phebe, iasne zasłoniwszy rogi,Piękną twarz swoię w chmurze utopiła.On znowu woła y głos puszcza srogi;Tak długa zwłoka barzo mu nie miła:„Czego tak długo — powiada — mieszkacie?Czy więtszych klątew odemnie czekacie?

Ieszcze ia na was naydę inszą drogęY potężnieyszych przybiorę pomocy,Nad to wymówić y umiem y mogęImie straszliwe, imie wielkiey mocy,Na które piekła drżą y czuie trwogęZ swoiem Abissem sam Król wieczney nocy“...Chciał daley mówić czarnoksiężnik stary,Lecz poznał, że iuż skutek brały czary.

Ćmami duchowie przyszli niezliczeni:Część tych, którzy się pod ziemią chowaią,Część tych — nie mnieysza, którzy na przestrzeni,Na nieobiętem powietrzu mieszkaią.A szli znienagła y barzo strwożeniZ dekretu, który groźny z nieba maią:Nie być w tey woynie, acz iem w onem czesieNie zakazano w liściu być y w lesie.

Maiąc tak Izmen rzeczy sporządzone.Poszedł do króla z wesołą postawą:„Miey — prawi — królu serce niestrwożone,Masz teraz na się Fortunę łaskawą:Nie mogą iuż być więcey odnowioneNieprzyiacielskie wieże — moią sprawą“.Potem mu wszystko porządkiem powiadałY czarnoksięskie skutki mu wykładał.

Dołożył tego: „Y to wiem, że będzieNie mnieysza pewnie pociecha u ciebie:Wiedz, że Mars z Słońcem nie długo usiędzieY społem we Lwie złączy się na niebie.Zaczem gorąca wielkie będą wszędzie,Rosa ani deszcz ku ludzkiey potrzebieNie spadnie; ale iako gwiazdy tuszą,Niewymówione gorąca bydź muszą.

Gorąca, iakie ledwie przypaleniNazamonowie z Garamanty maią;Te nasi w mieście — kędy chłodnych cieniY wód dostatek — łatwie wytrzymaią;Ale ich w suchem polu położeniNieprzyiaciele słabi nie wytrwaią.Y tak od nieba pierwey okróceni,Od woysk egipskich będą porażeni.

Tak siedząc wygrasz: według moiey rady,Wątpliwych boiów nie trzeba próbować,Ale ieśli cię — iako zwykł — do zwadyBędzie wiódł Argant, chcąc szczęścia kosztować,Ty się nie przeciw, ale iego iadyY wściekłą śmiałość pamiętay hamować.Tak uczyniwszy prętko syte boiuNieprzyiacioły — dostąpisz pokoiu“.

Takiemi słowy czarownik uczonyW królu lepszą myśl i otuchę sprawił,Który po części iuż beł powątlonyMur — taranami wielkiemi — oprawił;Nad to y nowy, z gruntu wywiedzionyNa inszych mieiscach, mniey bespiecznych stawił:Wrzała robota y od niewolnikówY od gęstych rąk mieyskich robotników.

Ale ostrożny Hetman o sposobieDobycia miasta myśląc to naydował,Żeby darmo tłukł mnry,mury, gdzieby sobieWoiennyck wielkich wież nie nabudowałY swe woyskowe cieśle w oney dobiePo drzewo na czyn w lasy wyprawował;Którzy zarówno z świtem wyiechali,Ale dla strachu wzad się powracali.

Iako więc dziecię małe, kiedy w nocyWidzi niezwykłe larwy y maszkary,Ucieka zaraz y zakrywa oczy,Mniemaiąc, że to iakie nocne mary —Tak się ci boią, a z czyieyby mocyBeł na nie on strach [rzecz trudna do wiary]Nie wiedzą, tylko wiedzą, że się boią,A Sfingi w głowie i Chimery stroią.

Lękliwi mistrze w ciesielskiem rzemieśleWróciwszy się, rzecz y słowa mięszali;Ale cokolwiek powiadali cieśle,Śmiali się wszyscy y niedowierzali.Wtem Goffred inszych żołnierzów tam ześle,Którzy się w woysku mężnieyszemi zdali,Którzy ie w lasy zaprowadzić mieli,Ponieważ sami rąbać w niem nie śmieli.

Ci poiechali, kędy źli duchowieStolicę swoię beli założyli,Ale zaledwie przy gęstey dąbrowieStanęli, tak się zaraz potrwożyli.Przedsię szli daley cni bohatyrowie,A swoie strachy śmiałą twarzą kryli,A pomknęli się w gęstwę daley ieszcze,Tam kędy beło zczarowane mieysce.

A wtem powstanie z lasu niesłychanySzum y straszny pisk iadowitey żmiie,Tu słychać, że lew ryczy rozgniewany,Tu niedźwiedź mruczy, tu wilk srogi wyie,Tu morze huczy gęstemi bałwany,Tu woda skały niepożyte biie,Tu trąby słychać, tu straszliwe gromy:Tak wiele dźwięków — dźwięk czynił kryiomy.

Dopiero wszystkiem pobladły iagody,Tak ich strach wewnątrz zmacał wielkooki.Mieysca w nich żadne nie miały wywody,Aby lękliwe daley nieśli kroki.Nakoniec wszyscy uciekli w zawody,A strach ie gonił y chwytał za boki.Potem ieden z nich do Hetmana mowęTaką uczynił y taką obmowę:

„Niech żaden [wszyscy powiedzą to naszy]Tamtego mieysca doiść sobie nie tuszy:Iam gotów przysiąc, że wszystkie w te lasyHurmem się z piekła przeniosły pokusy.Będzie zbyt śmiały, który się ostraszyY kogo boiaźń — idąc w nie — nie ruszy;Chyba nie człowiek będzie mógł tych krzykówY pisków słuchać y gromów y ryków“.

Gdy ten tak mówił, Alkast nielękliwyTrafił się tam beł, mąż nieokrocony:Wściekły, szalony, na śmierć natarczywyY na naygorsze razy odważony:Nie dałby się beł, by naywiętsze dziwyWidział przed sobą, tak beł niestrwożony;Szedłby beł na grom y na ziemie drżenie,Y ieśli ma strach więtszy przyrodzenie.

Śmiał się, trząsł głową: „Ia — prawi — przyrzekęWniść tam bespiecznie, gdzie oni nie śmieią.Y lasu według potrzeby nasiekę,Chcę ia spróbować, co czary umieią.Niech będzie, co chce — pewnie nie uciekę;Niechay się dziwy by naywiętsze dzieią:Niech niedźwiedź mruczy, lew ryczy, wilk wyie,Y w piekło póydę, ieśli się odkryie“.

Tak się tam chlubił y wziął pozwolenieOd Gotyfreda y puścił się w drogę,A skoro weyrzał w one gęste cienie,Usłyszał zwykły szum y zwykłą trwogę,Ale nie przeto iakie wylęknienieCzuie, abo wzad wraca śmiałą nogę.Owszem się z zwykłą śmiałością zapuścił,Ale go ogień wściągnął y nie puścił.

Ogień, z którego — iako iakie mury —Płomienie stoiąc dymami kurzyły,Y nie maiąc wrót, ani żadney dziury,W koło obeszły y lasu broniły.Co więtsze ognie, wyniosłe do gury,Tak iako wielkie wieże wychodziły.W około strzelby y kule ognisteMiały na sobie baszty płomieniste.

O iako wiele dziwów z straszliwemiTwarzami wszędzie na wierzchu wież stoi:Ci krzywo patrzą, ci mieczmi ostremiMachaią w koło w płomienistey zbroi.On ustępuie, iako przed gęstemiLew pogoniami y o się się boi...Y strach go przeiął y w sercu mu został,Który w niem przedtem — iako żyw — nie postał.

Nie postrzegł zaraz, że beł wylękniony,Aż kiedy iuż beł daleko porębyY dziwował się w sobie zamyślony,Z gniewu zgrzytaiąc y ściskaiąc zęby.Potem na stronę odszedł zawstydzony,Ani rozdziewił zasromaney gęby,Ani na ludzie — on przedtem tak hardyWzrok — śmiał bespiecznie podnieść rycerz twardy.

Kilkakroć Hetman po niego wyprawił,Ale nie chcąc przyść na lada co składał;Nakoniec przyszedł, ale nie zabawił,Bo albo milczał, albo sny powiadał.Zrozumiał Hetman, że nie wiele sprawił,Zaczem na on czas więcey go nie badał,Tylko się zdumiał: „Cóż to wżdy za cuda?Czy sen? czy mara? czy iaka obłuda?

Ale ieśli chęć którego uwodzi,Y ieśli który ma z was serce śmiałe.Niech z dobrey woley — ieśli chce — wychodzi,Żebym nowiny mógł mieć doskonałe“.Skoro to wyrzekł, szli rycerze młodziY kusili się o las trzy dni całe,Ale choć wrzkomo co sławnieyszy byli,Wszyscy uciekli y wzad się wrócili.

Tem czasem Tankred iuż beł wstał z chorobyY chował ciało swey miłey zabitey,A choć do końca nie wzmógł oney doby,Y ciężkiey zbroi y przyłbicy kryteyTrudno miał zdołać — iednak dla ozdobySwey y potrzeby iść chce pospolitey,Bo choć beł blady, serce żywe w ciałoY w członki wszystkie czerstwość rozlewało.

Sam tylko milczkiem idzie nieznaiomy,Ani się boi, choć wiatr wielki dmucha,Chocia ziemia drży, choć trzaskaią gromy,Chocia strasznego lwiego ryku słucha.Darmo się w weń wkraść chce strach niewidomyTylko że się w niem serce trochę rucha,Przechodzi iednak y obaczy w lesieOgniste miasto nagle w onem czesie.

Zastanowił się poniekąd wątpliwy,Mówiąc sam z sobą: „Miecz tu nic nie sprawi.Niechże mię pożrą te straszliwe dziwy,Niechże mię ogień żywota pozbawi!Kiedy iest mieysce albo plac uczciwy,Niech każdy zdrowie dla spólnego stawiDobra y niechay frymarczy żywotem,A zażby indziey lepiey go dał potem.

Ale co o mnie każdy mówić będzie,Ieśli się darmo wrócę nazad z drogi?Więc gdzie się Hetman na drzewo zdobędzie,W które tu ten kray wszystek iest ubogi?Y bydź to może, żeśmy wszyscy w błędzie,Y zmyślone to tylko iakieś trwogi“.To mówiąc, w ogień skoczył zapędzony[O wielka śmiałość!], rycerz odważony.

Nie beły namniey ognie te szkodliweY pod zbroią ich nie czuł Tankred śmiały.Lecz ieśli beły płomienie prawdziwe,Trudno tak prętko zmysły poznać miały.Bo nagle ognie zniknęły straszliwe,A na ich mieysce gęste chmury wstały,Które ciemną noc y śniegi przyniosły,Ale y te precz w pułgodziny poszły.

Zdumiały barzo, ale niestrwożonyWielki bohatyr został w one czasyY iuż bespiecznie niezastanowionyKwapione kroki w gęste niesie lasy.Wiatr, pisk, szum morski, ogień nadstawionyY ryk zwierzęcy więcey go nie straszy;Przeszkody żadney daley nie nayduie.Tylko że gęstwa wzrok y chód tamuie.

Nakoniec uyrzał amphiteatrowiPodobny wielki plac w głębokiey ciszy;W niem nachylone stało ku wschodowiDrzewo, co poszło na wonne cyprysy.Tam się bohatyr trochę zastanowi,Widząc w niem znaki y dziwne napisyTakie, iakich więc przed laty używałEgipt, kiedy co taił y zakrywał.

Między znakami niezrozumianemiSyryiskie pismo beło w niem wyryte:„O bohatyrze, któryś sam na ziemiOtworzył śmierci wrota niedobyte —Nie trap nas, prosiem, nie walcz z umarłemi,Odpuść nam, a złóż serce nieużyte.Nie sroż się na tych, którzyć nic nie krzywi:Nie walczą nigdy z umarłemi żywi“.

Taki beł napis. Zaraz Tankred tuszył,Że krótkie słowa skryte miały rzeczy.A wtem wiatr wolny suche liście kruszył,On słucha pilnie, a ma się na pieczy.Potem się z gęstwy głos żałosny ruszył,Y płacz z wzdychaniem iakoby człowieczyY zmieszanego coś z strachu, z żałościWkropił mu w serce y z wnętrzney litości.

Przedsię dobywszy miecza swego chutnie,Uderzy w drzewo co ieno ma mocy;Ale gdzie ieno gałąź którą utnie,Zaraz z uciętey rózgi krew wyskoczy.Znowu się z mieczem wyniesie okrutnie,Znowu tnie, znowu krwie ze pnia utoczy;Patrzy co będzie y hamuie sztychy,A wtem usłyszy z stękaniem głos cichy:

„Nazbyteś na mię — o Tankredzie — srogi,Miey dosyć na tem, [ieśli cię co ruszę]Żeś mię żywota pozbawił — niebogi,Żeś z ciała wygnał nieszczęśliwą duszę.Czemuż wżdy teraz pień sieczesz ubogi,W którem ia nędzna wiecznie mieszkać muszę?Takli za męstwo poczytasz to sobie,Nieprzyiaciołom nie dać pokóy w grobie?!

Iam iest Klorynda y tu mam schowanie.Nie sama tylko, ale inszych wiele,Którzy pod miastem legli — Chrześcijanie;Poganie także [uwierz temu śmiele],Tu w różnych drzewach maią swe mieszkanie,Nie wiem, iako rzec, czy w grobie, czy w ciele:Żywią w gałęziach, a ty iuż poczynaszByć mężobóycą, kiedy ie ucinasz“.

Iako więc chory, kiedy przez sen smokuAbo Chimery obaczy straszliwe,Choć się domyśla, że to w ciemnem mrokuZdadzą się tylko widzenia fałszywe —Boi się przedsię y nie dufa okuY radby nogi powrócił lękliwe:Tak y ten chocia do końca nie wierzy,PrzedcięPrzedsię się boi y okiem wzad mierzy.

Czasem oziębły drży, czasem przezdzięki,Wielki się rycerz zbyt zagrzany znoi,Niewiedzieć iako miecz upuszcza z ręki;Ale namnieysza to w niem, że się boi:Odszedł od siebie, zda mu siąsię, że mękiSłyszy swey miłey y że przed niem stoi;Na wytoczoną krew patrzyć nie może;Zda się, że w sercu ostre nosi noże.

Tak ono serce, które z swey śmiałościY na śmierć samę nigdy nie spuściło,Teraz dla dawney gorącey miłości,Fałszywem larwom zwieść się dopuściło.Potem broń, którą upuścił z litościCoś z oney gęstwy w pole wyrzuciło,Tak, że się musiał wrócić zwyciężonyY w drodze zaś miecz nalazł utracony.

Nie wrócił się wzad, ani w czarowanemLesie chciał więcey mieć dalszą zabawę,Ale się stawił zaraz przed Hetmanem,Uspokoiwszy y myśl y postawę.Y tak przy tłumie powiadał zebranem:„Ia dam o wszystkiem nieomylną sprawę;Prawda to wszystko, co ci powiadaią,Że tam lwi ryczą, że gromy trzaskaią.

Wprzód mi się ognie wielkie ukazały,Które się samy beze drew siliłyY iako mury wysokie się zdały,A pokusy ich straszliwe broniły.Alem ie przeszedł bez urazu całyY nie czułem nic, żeby mię paliły;Po ogniu zima y noc nastąpiłaY zaś się ze dniem pogoda wróciła.

Ale to więtsza, to cud niesłychany:We wszystkich drzewach ludzkie dusze żyią,Głos wydawaią dobrze zrozumiany,Płaczą, wzdychaią, pod skurę się kryią.Za każdem razem krew wychodzi z rany,Ilekroć drzewo sieką, albo biią.Próżno to: serca ia zto nie mam, abyRózgę tam uciąć y znam się, żem słaby“.

Tak mówił Tankred, a Hetman swe myśliRóżnie obracał, co beło lepszego:Czy sam ma iechać, iako sobie myśli,Pokusić lasu oczarowanego?Czy żeby w różne ludzie strony wyśliSzukać y drzewa y czynu inszego?Kiedy tak długo rozmyślał wątpliwy,Przyszedł do niego pustelnik życzliwy.

„Day — prawi — pokoy temu zamysłowi,Będzie kto inszy, co ten las zwoiuie:Iuż niewściągniony okręt ku brzegowiIdzie, iuż złote żagle swe zdyimuie;Iuż wielki rycerz nazad ku domowi,Porwawszy pęta niegodne — kieruie;Y nie daleko iuż czas pożądany,Że z Ieruzalem wyrzucisz pogany“.

Tak Piotr prorockiem duchem obciążonyW poważney mowie rzeczy przyszłe głosił,Co Hetman słysząc — w sercu uniżony,Zdarzenia nieba swem zamysłom prosił.Ale iuż był Rak przyiął upalonySłońce y srogie gorąca przynosił,Które mu cele y woysko psowały,Y żadney pracypracey znieść nie dopuszczały.

Zgasły na niebie gwiazdy dobrotliwe,A same tylko złośliwe panuią,Od których skutki w powietrze szkodliwe,Pełne zarazy śmiertelney wstępuią.Co raz to więtszą pożogi straszliweMoc biorąc, palą y ziemi doymuią.Po dniu złem — zła noc na ludzie przychodzi,Po gorszey nocy — gorszy dzień wychodzi.

Gdy z morza słońce wychodzi, ma kołoOkoło siebie z gęstey pary krwaweY ukazuiąc krwią spluskane czoło,Iawnie daie znać, że iest niełaskawe.Zachodząc, także ma wewnątrz y wkołoCzerwone kropie, straszne y plugawe,Y przykre czyniąc gorąco wytrwaneGrozi, że z więtszem iutro przyidzie rane.

A gdy naywyższey pomknie swego wozu,Schną wielkiem ogniem lasy z swemi drzewy.Rzek nie znać, nigdziey nie trzeba przewozu,Ziemia się pada, zboża idą w plewy;Pola w popioły około obozuSrogie niebieskie obracaią gniewy.Obłoki suche, różnie rozproszoneW płomienie idą y w ognie czerwone.

Niebo podobne czarnemu piecowi,Oko, pozbywszy swoich pociech, mdleie,Zephir przyiemny głęboko ku dnowiPod ziemią się gdzieś kryie i nie wieie;Wiatr tylko dmucha, który południowiPodległy, piaski maurytańskie grzeie,Cięszki, gorący, a co raz skrzydłamiBiie y wolny dech dusi parami.

Ale y słońcem wielkiem zarażonaNoc swoie cienie nie weselsze miałaY swem płomieniem także upalona,Z ognistych mioteł płaszcz sobie utkała.Y ciebie, ziemi nędzna, upragniona,Łakoma Phebe napoić nie chciałaSwą wdzięczną rosą, y darmo iey ziołaProsiły o nię, na pochyłe czoła.

Od niespokoyney sen ucieka nocyY upalone zostawuie cienie.Nie mogą ludzie włudzić go na oczy;Ale naybarziey trapi ich pragnienie,Bo chrześciańskiey boiąc się król mocy.Struł wszytkie wody y żywe strumienieY w koło zdroie pomącił przeirzyste,Wmieszawszy soki y iady nieczyste.

Syloe mały, który ChrześcijanyPrzedtem hoynemi wodami napawał,Teraz ledwie dno zakrył, rozerwanyY tu y owdzie, a zgoła ustawał.Zdało się, że sam Erydan wezbranyNa ich pragnienie małyby zostawałY Nyl, gdy nie chcąc w siedmiu stać odnogach,Zalewa Egipt y bieży po drogach.

Ieśli kto widział przeźroczyste strugi,Między lasami pięknemi płynące,Albo strumienie wolne między smugi,Albo z zapędem z Tatrów spadaiące —Opisuie ie swey żądzey czas długiY wody sobie wymyśla ciekące,Podaiąc pokarm swemu utrapieniuY swoiey męce y swemu pragnieniu.

Członki rycerzów wielkich niezmożoneAni daleką y zbyt przykrą drogą,Ani żelazem ciężkiem obciążone,Ani na większą okrócone trwogą —Teraz tak mdleią słońcem upalone.Że samych siebie udźwignąć, nie mogą —A w ciele ogień niewidomy żyie,Który spiekłą krew w suchych żyłach piie.

One tak dzielne y tak rzeźwe koniePokarmem gardzą, o paszę nie dbaią;Karki wyniosłe y wesołe skronieNa dół schylone — ku ziemi zwieszaią.Na przeszłą sławę żaden nie wspomionie,W pierwszey chciwości do boiu ustaią.Kosztownych rzędów, w których się pyszniły,Nie chcą, drogiemi bończuky wzgardziły.

Pies wierny cierpi ustawiczne tchnienie,O pana nie dba, wszystko mu niemiłoY rozciągniony, na wnętrzne płomienieChwyta wiatr, żeby nie tak go paliło.Y ieśli oddech dało przyrodzenie,Aby się serce gorące chłodziło —Teraz ochłody nie ma, albo mało,Tak barzo ciepłe powietrze zgęstwiało.

Tak ziemia mdlała y tak upaleniLudzie się srogiem gorącem trapiliY iuż z nadzieie ostatniey zrażeni,Do końca beli o sobie zwątpili.Co zdrowszy w kupę często zgromadzeniTak narzekali y głosem mówili:„Na co trwa więcey? czy chce woysko zgubić?Zaprawdę, Groffred ma się z czego chlubić!

Iakiemi mur chce zwyciężyć siłamiNieprzyiacielski? skąd drzewa dostanie?Iawnemi to Bóg znać daie znakami,Że przeciw Niemu nasze tu mieszkanie.On się sam temi nie rusza cudamiY po chwilić nas do szczętu nie zstanieW takie gorąca, iakie tu panuią,Że Murzynowie goręczszych nie czuią.

Nie dba on, że my ludzie zaniedbani,Nikczemne dusze y liche y małe —Pomrzemy marni y odżałowani.Byle on tylko miał swe rządy całe.Takli ta ślepa niestateczna paniOdmienia ludzie y czyni zuchwałe,Że nic nie dbaią, by tylko rządzili,Choćby się w niwecz wszyscy obrócili.

Więc wysławiaią iego cnoty owe:Dobroć, opatrzność, chwalą go z ludzkości,A on o dobro nie dba nic woyskoweY wszystko czyni dla swoiey wielkości.Nam zdroie wyschły; iemu IordanoweWody prowadzą przez dalekie włości,Które z kilką swych zauszników piie,Mieszaiąc w świeże wody małmazyie“.

Tak Francuzowie mówili z inszemi,Ale wódz grecki woienny, któremuPrzykrzył się niewczas: „Tak ia ze wszystkiemiSwemi mam zginąć, nie wiem gwoli czemu?!Niech z Francuzami uporu swoiemiGoffred przypłaca — iuż to wolno iemu!Mnie co do tego?“ Y tak nie żegnaiąc,Wybrał się nocą, cicho uiezdżaiąc.

Skoro odniało y skoro uyrzeli,Że Grek uiechał, drudzy toż myślili:Klotareusa pierwsi uciec chcieli,Y co z Admarem biskupem służyliY inszych siła, co wodzów nie mieli,

Iuż się uiechać ukradkiem zmawiaiąY niektórzy z nich nocą uciekaią.

Widział to Hetman y mógłby był snadnieSkarać ich ostro, okrom wątpliwości,Ale nikt tego tak łatwie nie zgadnie,Iako daleki beł od surowości.Skruszony wewnątrz na kolana padnie,Pełen zupełney wiary y dufności,Ręce y oczy do nieba podnosiY tak gorąco modli się y prosi:

„O Panie, któryś Twoiemu ludowiNa głuchey puszczy słodkie rosy spuściłY dałeś tę moc w on czas Moyżeszowi,Że z twardey skały żywą rzekę puścił —Niechay się y w nas taż łaska odnowi,A ieśliś nas tak dla grzechów opuścił,Do miłosierdzia Twego się bierzemy,Wiesz, że się Twemi rycerzmi zowiemy“.

Gorące modły nie beły leniwe,Ale w lot siekły powietrze y chmury,Y poszły w niebo, tak iako pierzchliweStrzały lekkiemi przyprawione pióry.Przyiął ie wieczny Ociec y życzliweNa swe zastępy puścił oko z guryY rzekł żałuiąc tak wielkiego truduY tak nieznośnych prac swoiego ludu:

„Niebespieczeństwa tak długo cierpianeMoich rycerzów, niech iuż koniec maią;Niech świat y piekła przeciw niem zebraneDotąd iem tylko trudność zadawaią —Niech odtąd wierne rycerstwa wybraneSzczęśliwie wszystkie rzeczy rozczynaią,Niech deszcz, niech wielki ich bohatyr idzie.Niech Egipt rychło ku ich sławie przydzie“.

To rzekszy dał znak, a zatem wysokiNiebieski pałac y gwiazdy zadrżały,Zadrżała ziemia y Abis głębokiY wylękłego oceanu wały;Grzmiały po stronach pełne wód obłokiY nieścigłemi ogniami błyskały.Ludzie wesołe głosy wypuszczaią,Y pożądane nadzieie witaią.

Wtem chmury wstały, nie te, które słońceZ ziemie wyciąga, ale które daiąŁaskawe nieba, kiedy oba końceWielkiego łona pełne wody maią.Noc nagła ciemne rozciąga opońceY cienie wiedzie, co dzień wyganiaią.Deszcz zatem leie, rzeka w pełnem bieguBierze posiłki y wychodzi z brzegu.

Iako gdy lecie deszcz w czasy gorąceSpadnie na zboża y na wyschłe sady —Na brzegu wodne ptactwo świegocąceCzeka y kaczek pierzchliwych gromady,Y rozciągaiąc na dżdże spadaiąceSkrzydła, skubią się, wdzięczney rosie radyY po dolinach, gdzie się wody zbiorą,Ponurzaiąc się, suche pióra piorą:

Tak y ci w ten czas wesołemi głosyDżdże pożądane z radością witali:Wszyscyby radzi, żeby sobie włosy,Nietylko zwierzchnie szaty pomaczali;To ze śkła pili, to niebieskie rosyW przyłbicach nieśli, to się umywali,To pryskaiąc się — czynili igranie,To w cebry brali na dalsze chowanie.

Ale nietylko ludzkie się narodyZ niebieskich darów w on czas weseliły,Ale y ziemia chora bez ochłody,Która iuż beła wszystkiey zbyła siły,W rozpadłe ciało wdzięczne lała wodyY we wnętrzne ie rozsyłała żyły,Y wilgotnością, którey udzielała,Zboża y martwe zioła ożywiała.

Y iako chory lekarskiemi chłodziPierwey trunkami zagrzane wnętrznościY wprzód przyczynę choroby wywodzi,Która suszyła y ciało y kości —Potem nabywa siły y przychodziDo pierwszey krasy y pierwszey młodości,Tak, że iuż przeszłey zapomina stratyY bierze wieniec y zielone szaty.

Wtem deszcz ustaie, słońce występnie,Ale łaskawe wydaie promienieY — iako kiedy kwiecień ustępuie,A may nastaie — cieszy przyrodzenie.Patrzcież! Kto Bogu dobrze usługuie,Mokre z obłoków wywodzi strumienie,Odmienia czasy — iako kiedy trzeba,Zwycięża gwiazdy y gniewliwe nieba.

Iuż też czarnawa noc z miękkiego łonaWielkiey macierze na świat wychodziłaY od lekkiego wiatru prowadzonaNieprzepłaconą rosę przynosiła.Y z wilgotnego rąbku winne grona,Zboża y zioła y trawy kropiła,A wolne wiatry cicho powiewałyY spracowanych ludzi sny głaskały.

Słodka niepamięć pogrążała w sobieIch wszystkie troski y dzienne kłopoty;Ale w przedwieczney chwale w oney dobie,Między lotnemi czuiąc kołowroty,Siedział Stworzyciel y swe oczy obieŻyczliwe skłonił w rozbite namioty,Chcąc do Goffreda wdzięczny sen wyprawić,Który mu iego wyrok miał obiawić.

Przy złotey bramie, którą słońce chodzi,Są wrota wielkie, z kryształu zrobione;Te zawżdy pierwey niźli dzień wychodziPo obu stronach stoią otworzone:Przez te każdy sen niebieski przechodziNa myśli czyste y ochędożone.Y teraz y ten przez też wrota ciągnąłY nad Hetmanem skrzydła swe wyciągnął.

Żadne widzenie podobno nie miałoFigur tak pięknych y tak znamienitych.Tako to teraz, co mu odkrywałoSkrytość wyroków w planetach wyrytych,Iak we źwierciedle — tak mu ukazałoMoc wielką w gwiazdach taiemnic zakrytychTak mu się zdało, że beł przeniesionyW pałac niebieski, gwiazdami natkniony.

Gdy się tak długo niebu tak iasnemuY harmoniomarmoniom y biegom dziwował.Obaczył potem, że przeciwko niemuMąż otoczony ogniem postępowałY głosem wdzięcznem [przeciwko któremuNaysłodszy ziemski każdyby znotował]Mówił mu: „Czemu nie gadasz z UgonemSwem przyiacielem dawno doświadczonem?“

On na to: „Światłość przy takiey ozdobie,Co tak iasnemi promieniami świeci.Zaćmiła zmysły, że ledwie ku sobieY ku swey dawney przychodzą pamięci“.Wtem nań trzy razy ręce ściągnął obie.Chcąc go obłapić mile z wielkiey chęci;Trzy razy postać uciekła kryioma,Iako sen lekki y mara znikoma.

On z śmiechem na to: „Złe w tobie mniemanie,Żem iest w śmiertelne ciało obleczony:Duch tylko widzisz, który za mieszkanieMa ten tak pięknie pałac ozdobiony.Tu iest rycerzów bożych przebywanie,Gdzie y ty będziesz między nie wniesiony“.„Kiedysz to ma być? Niech mię — pry — zostawiCiało co prędzey, ieśli mię tu bawi“.

Ugon zaś rzecze: „Y ty w tem pokoiuY w teyże chwale będziesz tryumfował,Ale — krew wylać przy trudzie, przy znoiu —Potrzeba, abyś pierwey się gotowałY żebyś pierwey surowego boiuZ pogany zażył y one zwoiował,Y chrześcijańską stolicę fundował,Na któreyby brat po tobie panował.

Ale żebyś swe do tey tu wiecznościSerce zapalił y swe wszystkie mocy —Przypatrz się niebom i planet prętkości,Które wieczna Myśl bez przestanku toczy;Słuchay y dźwięku tak słodkiey wdzięcznościNiebieskiey liry, potem obróć oczy

Na to, co okrąg ostatni ma w sobie:

Iako rzecz podła, dla którey wy takiKłopot y taki trud podeymuiecie!W tak małem kole — że go ledwie znaki —Zawarta pycha, którey pilnuiecie;Morze ią krąży iako wysep iaki.A co ocean niezmiernem zowiecie,Nie ma nic temu nazwisku równegoY do stawu iest podobny małego“.

Goffred wtem na dół poyrzał z iasney zorze.Y uśmiechnął się sam w sobie zdumiały.Widząc, że góry, rzeki, ziemia, morzeRozdarte w części, tylko iest punkt mały.Y że wszystko dym [o głupi uporze!]W czem się tak ludzkie serca zakochały.Szukaiąc ziemie więcey niźli trzeba,A mało dbaiąc o Boga y nieba.

Y rzecze daley: „Iż mię wyswobodzićBóg ieszcze nie chce z tey śmiertelney trwogi —Naucz mię, iako nie dać się uwodzićBłędnemu światu, móy Ugonie drogi“.On na to: „Chodź tak, iakoś począł chodzić,Prawdziwe to są y zbawienne drogi.Toć tylko radzę, abyś wygnanegoSyna zaś przyzwał tu Bertoldowego.

Bo ieśli ciebie między ChrześcijanyBóg na naywyższem posadził urzędzie,Wiedz to, że y on na to iest obrany,Że wykonywać twoie rady będzie.Tyś głową, on iest ręką poczytanyWszystkiego woyska y nic nie ubędzieTem urzędowi y twemu hetmaństwu;Ma on swą własną część przeciw pogaństwu.

Iemu samemu od czartów strzeżoneLasy — zwyciężyć nieba pozwoliły.Y twoie woysko zeszłe y zmnieyszone.[Któremu się tak trudy uprzykrzyły.Że chce porzucić miasto oblężone] —Przezeń dostanie y serca y siłyY wrychle mury odnowione skazi,Y wschodnie woyska potężnie porazi“.

Tu milknie Ugon. Goffred mu zaś rzecze:„Nicby mi nad to nie beło milszego,Gdzieby się wrócił. Wy, którzy człowieczeMyśli widzicie, świadomiście tego.Ale ta troska gryzie mię y piecze:Iako go wezwać y gdzie słać po niego?Y mam go prosić y szukać, gdzie chodzi?Zaprawdę — niewiem, ieśli się to godzi“.

On na to: „Bóg ten, który cię piastuieNa swoich ręku od pierwszey młodości,Chce, aby każdy, który się nayduiePod twoią władzą — miał cię w uczciwości.Przeto go nie proś; sama rzecz skazuie,Żeby to beło z uymą twey zwierzchności.Ale proszony, odpuść iego winy,Na przednich ludzi wniesione przyczyny.

Gwelfa Bóg natchnie y w serce mu wleie.Że za niem pilne uczyni staranie,Żebyś mu ten błąd, za który boleie.Y zasłużone odpuścił karanie.Y choć on teraz daleko gnuśnieieY wpadszy w miłość, lubi próżnowanie —Bądź pewien, że się prawie na czas stawi,Y zaniedbaney sławy swey poprawi.

Bo Piotr pustelnik, któremu życzliweSwe taiemnice nieba odkrywaią,Powie y posły nauczy skwapliwe,Tak, że się o niem prętko dopytaią.Y da sposoby pewne y prawdziwe,Iako go do was przyprowadzić maią:Tak, że iuż wszyscy twoi rozproszeniPod złote krzyże będą zgromadzeni.

Więcey nie rzekę, tylkoć powiem o tem:Niech wczas twe serce przyszłych pociech wyknie.Twa krew z iego krwią zmiesza się, skąd potemRód zawołany y wielki wyniknie“.To rzekszy, iako rzadki — nagłem lotem —Dym na powietrzu, mgła na słońcu, zniknie.Zatem się ocknął y sen go zostawił,Który go dziwu z pociechą nabawił.

Iuż się beł na świat iasny dzień wyprawił,On też mdłe oczy znienagła otwierałY odpoczynki y wczasy zostawił,A w swą się zbroię zwyczainą ubierał.Po chwili, skoro pacierze odprawił,Senat woienny do niego się zbierałW przestrony namiot, gdzie więc zawieraiąTo, co gdzieindziey wykonywać maią.

Tam też z inszemi przyszedł Gwelf, któremuDuch nową natchnął myśl z niebieskiey sprawy,Y taką mowę uczynił ku niemu:„Odpuść winnemu, Hetmanie łaskawy!Znam się, że łaski grzechowi świeżemuProszę u ciebie y prętkiey przeprawy;Y sam podobno mniemasz, że za winyTak świeże — złe są skwapliwe przyczyny.

Lecz uważaiąc, że Goffreda proszę.Którego znaią, iako dobrotliwy;Y że te prośby i a do ciebie niosę,Któremuś ty zwykł zawsze być chętliwy;Więc, że przyczyny za Rynaldem wnoszę;Więc, że od wszystkich; iestem niewątpliwy,Że na to słuszne będziesz chciał mieć względy,Y dopuścisz mu, krwią zmyć przeszłe błędy.

Kto okrom niego z dziwy straszliwemiBędzie śmiał walczyć abo rąbać w lesie?Kto na śmierć póydzie z piersiami mężnemi,W naygorszem razie y w naygorszem czesie?Uyrzysz go, kiedy póydzie przed wszyskiemi,Y odważone zdrowie swe poniesieLub pieszo na mur, lubo w polu koniem;Ach, wróć go woysku, co tak tęskni po niem!

Wróć tak mężnego synowca stryiowi,Sobie rycerza y woysku wszystkiemu.Wróć teskliwemu pociechę ludowi,A przytem sławę wróć iemu samemu!Niechay swe zwykłe dzielności odnowi,Niech ma od ciebie plac męstwu swoiemu,Niech iawnie czyni dzieła godne siebie,Niech się woiennych spraw uczy od ciebie“.

Skoro dokończył, skoro się ukłonił —Świadek życzliwych chęci: wstał szmer potem.Goffred, iakoby dopiero się skłonił.Iakoby pierwey nic nie myślił o tem —Tak odpowiedział: „A któżby się zbroniłY naleganiom y prośbom oto-tem?Niechay ustąpi ostrość, iako chcecie;Niech prawo będzie, co wszyscy każecie.

Niechay się wróci, niechay będzie z wami,Ale niechay gniew y bystrość hamuie;Niech odpowiada nadzieiom sprawami.Niech się tak, iako przystoi — sprawuie.Tobie należy swemi sposobami.Gwelfie — pytać się, kędy się nayduieY twe posłance po niego wyprawić.Aby tem pręcey w woysku się mógł stawić“.

Ozwał się rycerz szwedzki z drugiey strony„Ia się — pry — będę w tę drogę gotował,W dalekie kraie póydę odważony,Abym mu mego pana miecz darował.Mąż to beł wielki, mężny, niestrwożony!“Gwelf barzo beł rad, że się ofiarowałSam na tę drogę, ale mu swoiegoPrzydał Ubalda, męża ostrożnego.

Ubald w młodości różne widział kraie,Różne zwyczaie y różne narodyY pielgrzymował: y tam, gdzie lód taieZbytniem gorącem, y gdzie marzną wody;Umiał ięzyki, wiedział obyczaie,Wytrwał niewczasy y różne przygody.Potem kiedy wiek miał dobrze nachyły,Przystał do Gwelfa y beł mu zbyt miły.

Ci dway na on czas pracą na się brali:Naleść Rynalda; a Gwelf tak iem radził.Aby do tego miasta poiechali,W którem Boemund stolicę zasadził.Ten beł głos ludzki, tak wszyscy trzymali,Że się tam bawił, że się tam wprowadził.Ale Piotr — widząc, że się w tem mylili.Szedł do nich y tak mówił w oney chwili:

„Wy, co w dalekie wychodzicie strony.Za pospolitem nie idźcie mniemaniem:Wódz to niepewny, w błędy zawiedziony,Y pewnie, że się omylicie na niem.Iedźcie do morza blisko Askalony,Gdzie rzeka z cichem wpada w nie szemraniem,Tam towarzysza moiego potkacie,A co wam powie, temu wierzyć macie.

Dawno sam przez się dostał wiadomości,Y wie odemnie o wyieździe waszem;Nie zydzie wam nic na iego ludzkościY opatrzy was iakiem takiem wczasem“.Dalszych niebieskich u niego skrytościBadać nie chcieli; ale onem czasemŚwiętego męża obadwa żegnaliY pożegnawszy, w drogę się wybrali.

Z ochotą idąc, barzo się spieszyli,Y czyniąc coraz to sporsze noclegi.Do Askalony prosto obróciliSwe niewściągnione y skwapliwe biegi,Ieszcze od morza w dobrey beli mili.Kędy się łamie o wysokie brzegi —Kiedy ie rzeka iedna zatrzymała.Co beła ze dżdża dopiero wezbrała

Biegła tak, iako puszczona z cięciwyPrętkiemi pióry przyprawiona strzała;Y iuż na pola y posiane niwyWychodząc z brzegów — bystre wody lała.Myślą co czynić, a wtem mąż szedziwy,Któremu wielka pobożność przystała.Szedł przeciwko niem niezwyczayną drogąY mokre wody suchą deptał nogą.

Iako tam, kędy północne narody.Zimnem Tryonom podległe mieszkaią —Gdy rzeki uymą kryształowe lody.Dzieci się po nich bespiecznie ślizaią:Tak on przez miękkie śmiele idzie wody.Iako po ledzie — które go trzymaią;Y gdzie ci stali patrząc na cud nowy,Przeszedszy — takiej do nich użył mowy:

„W trudną y przykrą drogę się puszczacie,O przyiaciele — y wodza wam trzeba.Daleko iest ten, którego szukacie,Od tego kraiu y od tego nieba.O iako wiele ieszcze zwiedzie macieMorza y ziemie! iak wiele potrzebaNiewczasu wytrwać, trudu y tęskniceY iść za świata naszego granice!

Ale po takiem pracowitem chodziePódźcie do mego skrytego mieszkania.A tam przestrogi o przyszłey pogodzieY potrzebne wam dam napominania“.Wtem iem rozkazał mieysce czynić wodzieA ta, słuchaiąc iego rozkazania,Po obu stronach wspiętrzona wisiałaY suchą drogę środkiem ukazała.

Wtem ie pod ziemię wiódł w głębokie onePodziemne lochy staruszek pochyłyPrzez skąpe światło, iakie śle w zieloneLasy niepełna Phebe słabey siły.Widzieli iednak iaskinie przestronePełne wód, skąd tu wszystkie idą żyły,Z których to zdroie, to rzeki głębokie,To wynikaią ieziora szerokie.

Y rzek przednieyszych płodne widzą roie,Skąd Ganges, Hidasp, Eufrates wychodzi;Y insze mnieysze: więc skąd skryte swoieNil siedmiorogi początki wywodzi.Niżey beły z wód srebrnych żywe zdroie,Z których się kruszec rozmaity rodzi:Iako się skoro słońcem wyczyściły,Y miękkie wody w złote skrzepły bryły.

Nad bogatemi z obu stron rzekamiBrzegi są w drogie ubrane kamienie,Które tak iako natknione świecami,Noc y czarnawe wyganiaią cienie:Tu hyiacynty świecą z saphirami,Tu karbunkuły wydaią płomienie,Tu dyamenty ogniami ciskaią,Smarag się śmieie, rubiny błyskaią.

Barzo się oni rycerze zdumieliY w dziwach wielkich myśli utopili,Y oba słowa przemówić nie śmieli,Tylko — iak niemi — na wodza patrzyli.Ale się Ubald nakoniec ośmieli:„Ktoś — pry — o oycze? gdzieśmy teraz? czyliDaley nas wiedziesz? y dokąd? niech wiemy,Czy to sen, czy rzecz prawdziwą widziemy?“

„Iesteście — prawi — teraz w wielkim łonieY wszystkorodney ziemie głębokości;Kiedyby nie ia [że się to wspomionie]Musielibyście błądzić w iey wnętrzności.Uyrzycie wnetże móy pałac przy stronie,Pełen niebieskiey y dziwney iasności.Z rodzicówem się pogańskśch urodził,Alem się przez chrzestkrzest — Bóg tak chciał — odrodził.

A nie mniemaycie, aby takie sprawyY takie rzeczy działy się przez czary;Tego mię Ociec uchował łaskawy,Abym miał czartom oddawać ofiary.To ustawiczne moie są zabawy:Badać, iaką moc zioła, iakie daryWody y insze rzeczy skryte maiąY iakiem biegiem planety biegaią.

Ani ia zawsze daleko od niebaGłęboko w ziemi mam swoie mieszkanie.Y na Karmelu górze, kiedy trzebaY na Libanie moie obcowanie.Tam ia Iowisza — tak iako potrzeba —Tam Marsa widzę, y tam patrzę na nie,Iako się która z biegiem swem odprawi,Łaskawieli się, groźnoli postawi.

To me pociechy, to moie rozkoszy!Widzę obłoki wielkie pod nogami.Iako się wiatry rodzą pod niebiosy.Iako się tęcze maluią farbami,Iako deszcz y śnieg, iako nocne rosy.Iako pioruny, wichry z kometami.Ale zaś — żem tak wielkie rzeczy umiał,Więcey niż trzeba o sobie rozumiał:

Takem beł zhardział y do takiey chlubyPrzyszedłem potem z oney mey godności.Żem się śmiał [o błąd, o móy rozum gruby!]Tylko nie równać Boskiey wszechmocności.Ale skoro mię wasz Piotr wieczney zgubyZbawił y duszę omył z nieczystości,Obrócił potem w górę moie oczyY dał tępemu wzrokowi pomocy.

Zatemem poznał pierwsze swoie błędyY że nasz rozum — cień ku prawdzie wieczneyY śmiałem się sam z oney moiey wzrzędyY z oney pychy głupiey y bezecney.Iednak pilnuię [acz różnemi względy]Pierwszey zabawy, ale iuż bespieczny,Bom się iuż teraz daleko zinaczył:Bogam za pierwszy cel sobie naznaczył.

On mię sam [za co niech Mu będą dzięki]Uczy, prowadzi, On mi rozkazuie;Y często dzieła godne swoiey rękiPrzez nas niegodne sługi swe sprawuie.Y teraz zdarzy, że wielki przezdziękiRycerz się wróci y swoich zratuie.On mi to ziawił y iuż całe lato,Wyglądaiąc was, oczekiwani na to“.

Tak mówiąc z niemi, wiódł ie do wielkiegoSwego pałacu, gdzie więc odpoczywa;Na kształt iaskiniey y lochu iakiego,W niem pełno gmachów y sal, iako bywa.Cokolwiek w sobie ziemia ma drogiego.Co kosztownego w łonie swem zakrywa,Wszystko tam beło, a nie urobiony,Ale się raczey zdał być urodzony.

Na sali beło sto sług — kędy iedli,Którzy porządnie do stołu służyli;Sztuk kryształowych — tam gdzie goście siedli —Y złotych wielką liczbę rozłożyli.A skoro się dway rycerze naiedliY przyrodzone żądze umorzyli:„Czas — prawi starzec — abym wam przyprawyInsze dał na stół y insze potrawy.

Wiecie to dobrze, iż to głos nie nowy,Co zła Armida w obozie broiła:Iako przednieysze rycerze y głowyPonamawiała y pouwodziła,Więc iako na nie włożyła okowy,Iako ie długo w więzieniu trapiła,Iako ie potem posłała do Gazy,Iakie wtem zasię nalazła przekazy.

Słuchaycież daley, iaka się rzecz stała:Iako się gryzła y iako się piekła,Kiedy onych swych więźniów postradała;Z wielkiego gniewu dobrze się nie wściekła,Ręce od iadu sobie pokąsałaY wielkiem gniewem zapalona rzekła:„Oy nie będzieć to, aby się tak śmieleChlubił, że mi tak więźniów odbił wiele.

Niechże sam za nich niewolnik zostanie,Niech cierpi to, co oni cierpieć mieli.Ale to ieszcze małeby karanie,Chcę, żeby wszyscy za niego cierpieli!“To rzekszy, nową zdradę myśli na nie,Któreyeście wy dotąd nie słyszeli:Przyszła tam, kędy od Rynalda zbiciIey ludzie beli, a waszy odbici.

Tam on złożywszy z siebie blach zwyczayny,W inszą pogańską zbroię beł ubrany;Podobno aby snadniey tak uść taynyMógł w ladaiakiey zbroi niepoznany.Ona zaś w iego on blach iednostaynyTrupa bez głowy włożyła w zamianyY przy rzece go porzucić kazała,Wiedząc, że tam iść rota wasza miała.

Mogła to wiedzieć, bo szpiegi chowała,Co ustawicznie tam y sam biegali;Coraz od siebie iednych wysyłała,A drudzy się wzad z obozu wracali.Więc y z duchami często rozmawiała,Co iey nowiny wszystkie powiadali.Tam na ustroniu położyła ciało,Które się prawie do iey zdrady zdało.

Chytrego ducha blisko postawiła,Ubrawszy go wprzód w pasterskie odzienie;Słów go — iako miał mówić — nauczyła,On też uczynił wszystko iey zlecenie.Ten mówił z rotą, która tam iezdziła,Y wsiał między was ono złe nasienie,Skąd potem zwady y niezgody poszły.Y zamieszania y bunty urosły.

Bo iako chciała — wszyscy uwierzyli.Że od Goffreda Rynald beł zabity,Ale się prętko ludzie obaczyli,Y fałsz zmyślony prętko beł odkryty.Takci Armida chytrze w oney chwiliRobiła, a gniew żarł ią iadowity.Teraz cierpliwie posłuchaycie mało,Co się zaś potem Rynaldowi stało.

Armida — iak ów co się bawi łowy —Dybie nad ścieszką na skrytem przechodzie;Tam gdzie się Oront dzieląc, wysep nowyCzyni y znowu obie łączy wodzie.Nad rzeką beł słup wielki marmurowy,Czółn mały blisko. Tam — o swey przygodzieNie wiedząc — Rynald idzie, gdzie zakrytaStała; y patrzy y na słupie czyta:

„Luboś umyślnie, luboś tu z przygodyObrócił gościu spracowane nogi.Wschodnie, zachodnie kraie y narodyNie maią tego, co ma wysep drogi.Ieśli chcesz widzieć, przepraw się przez wody“.On zaraz idzie, próżny wszelkiey trwogi,Ale, iż on czółn mały beł — zostawiłGiermki swe, a sam tylko się przeprawił.

Skoro tam przyszedł wątpliwy na poły,Oczy obraca, ale nic nie widziOkrom wód, sadów, łąk z wonnemi zioły,Y tak rozumie, że ktoś z niego szydzi.Iednak on wysep sam tak iest wesoły,Że się za swoie uciechy nie wstydzi.Zaczem tam usiadł y przyłbicę złożył,Potem na piękney trawie się położył.

Kiedy tak oney zażywał rozkoszy.Szum nowy y dźwięk rzeka wypuszczałaY obracaiąc w koła swoie rosy,To na dół, to ie na wierzch wyrzucała.Patrzy, aż naprzód złote widać włosy,Potem twarz gładką dziewka ukazała.Więc pełne piersi, więc insze piękności,Aż po wstydliwey natury skrytości.

Tak więc nierychła nimpha z nocney sceny,Abo bogini wychodzi leniwa;A choć prawdziwey nie doszła syreny.Bo beła larwa piekielna fałszywa —Przedsie się zdało, że nie więtszey cenyBeła gładkością syrena prawdziwa;Iako piękną twarz, tak piękny głos miała,Śmiało się niebo, kiedy tak śpiewała:

„Póki may kwitnie — moia piękna młodzi,Póki was w szatę zieloną ubiera,Niech waszych młodych myśli nie uwodziZdradliwa sława, co się was napiera.Ten, który za tem, co mu lubo — chodzi,Co owoc swych lat swego czasu zbiera,Dopiero mądry; tak chce przyrodzenie,Tak radzi na swe łaskawe stworzenie.

Czemu tak wieku rozkwitłego dary,[Który tak prętko przemiia] miececie?Imię to tylko y znikome mary,Słowa bez rzeczy: co cnotą zowiecie.Sława, ta którey palicie ofiary,Którey z takiemi trudy pilnuiecie:Sen, abo raczey snu lekkiego cienie,Co zaraz zginą, gdy lada wiatr wienie.

Ciało y zmysły niechay swych zażyiąRoskoszy, niechay swe pociechy maią;Niech w niepamięci przeszłe troski kryią,Przyszłych — przed czasem niech nie wspominaią.Wszystko za iedno: niech pioruny biią,Niech nieba grożą, niechay się gniewaią;To rozum, to iest umieć żyć na świecie!Czemuż natury nie naśladuiecie?“

Ta pieśń y ten dźwięk oney bezbożniceZnienagła myśli w młodzieńczyku łudził,Bo zwyciężony głosem swey zwodnice,Usnął tak twardo — choć się beł nie strudził —Żeby go beły ani trzaskawice,Ani grom, ani piorun nie obudził.A wtem z zasadki Armida złośliwaBiegła do niego, prętkiey pomsty chciwa.

Y niosła serce wściekłe y zażarte,Ale uyrzawszy piękny sen y oczyWdzięcznego śmiechu pełne, choć zawarte —

Zmiękczyła serce na pomstę uparte,Y podle niego siadła, zbywszy mocy.Y czuie sama, że ią gniew opuszcza,Ani chciwego oka z niego spuszcza.

Natychmiast miękką bawełnicę złoży.Którą mu żywe poty ucierała.Gorąco — które nań słoneczne wozyCiskały — wiatr mu czyniąc, odganiała.Y [ktoby wierzył?!] swoie skryte mrozyOgniem zawartych oczu rozgrzewała.Tak serce miękczy twarda okrutnica,Z nieprzyiaciółki — nowa miłośnica.

Różey, liliey, którey wysep drogiMa w sobie dosyć, nazbierała siła;Potem z niey łańcuch piękny y chędogiY miękki, ale mocny urobiła.Ten mu na szyię, na ręce, na nogi,[Którem y teraz związany] włożyła.Y kiedy twardem snem uśpiony leży,Wziąwszy go na wóz, po powietrzu bieży.

Miia Damaszku państwa bogategoY zamek, który woda w krąg obchodzi;Ale boiąc się o swego miłego,W wielki ocean kryiomo uchodzi,Gdzie ponoponno nigdy od brzegu naszego,Abo zbyt rzadko — idą prętkie łodzi;Tam sobie wysep niewielki obrała,W którem od ludzi daleko mieszkała.

Wysep to mały y niezbyt szeroki.Co od Fortuny ma swoie nazwisko;Kędy na przykrei góry wierzch wysokiChodziła często na swoie igrzysko.Tey — przez swe czary — ramiona y bokiNakryła śniegiem; ale wierzchu blisko,Głowę iey tylko samę zieleniłaY ozdobny tam pałac założyła.

Tam on w ustawnem kwietniu, opoionyBrzydkiemi żywot wiedzie roskoszami.Z tego więzienia, z tak dalekiey stronyWywieść go macie z takiemi trudami.Ale wczas wiedzcie, że iest osadzonyPałac y góra pilnemi strażami;Iednak nie będą y te miały mocy:Będziecie mieli na nie swe pomocy.

Potkacie panią — nie uszedszy wiele:Młoda na twarzy, chocia zeszła laty.Którą po włosiech splecionych na czeleY różnych barwach poznacie u szaty.Ta was tak prętko [rzec tak mogę śmiele]Morzem na wysep poniesie bogaty,Że ptak Iowiszów słabszem bieży lotem,Y ta was nazad przyprowadzi potem.

Kiedy pod górą uyrzycie pithony,Gdzie iest mieszkanie brzydkiey czarowniceY wielkie smoki z długiemi ogony,Lwy, wieprze dzikie, straszne niedźwiedzice —Wznieście tę rózgę, a zarazem w stronyUcieką smocy y okrutne lwice,Ale kiedy iuż na górę wleziecie.Niebespieczeństwo więtsze mieć będziecie.

Na samem wierzchu w skale źrzódło biie,Które przychęca ludzie upragnione.Ale w krysztale przeźroczystem kryieŚmiertelne iady chytrze zataione;Y kto się z niego by namniey napiie:Śmiech niesłychany leie w opoione,Śmiech niesłychany, bo tak długo musiŚmiać się upity, aż go śmiech zadusi.

Od napuszczoney śmiertelnemi iady[Przebóg was proszę!] wody uciekaycie;Nagotowane na brzegu obiadyY z truciznami potrawy puszczaycie;Dziewczyny piękne [słuchaycie mey rady!]Chytre, powabne daleko miiaycie;Nie dbaycie na śmiech y na chciwe wzroki,A śmiele idźcie na zamek wysoki.

Wewnątrz na zamku dziwnie zbudowanyOkrąg ze stem dróg wątpliwych uyrzycie,Który na karcie dam wam opisany.Że nie zmylicie y nie zabłądzicie.Daley pięknemi zioły malowanyZ labiryntami ogród obaczycie:Tam leżącego bohatyra w chłodzie.Z swoią kochaną naydziecie w ogrodzie.

A kiedy ona w stronę rzuci oczy.Abo z ogroda ustąpi do dworu —Niech przedeń prętko ieden z tarczą skoczyDyamentową, niebieskiego wzoru.Niech się w niey przeyrzy, niechay się w niey zoczyY niech się wstydzi miękkiego ubioru.Bydź może, że tak widząc swą sromotę,Tę tak wszeteczną porzuci niecnotę.

Iuż ia wam więcey powiedzieć nie mogę.To tylko, że iuż bespiecznie możecieWybrać się w swoię naznaczoną drogę.Którą szczęśliwą [da Bóg] mieć będziecie;Y chowaiąc tę odemnie przestrogę,Rycerza nazad od niey uwiedziecie.Y choć w swe gusła y w swe ufa czary,Nie dowie się wprzód o was z żadney miary.

Nie mniey bespieczne tu zasię zwrócenieNie mniey szczęśliwe wzad będziecie mieli.Ale iuż na sen nocne radzą cienie,Y wam też iuż czas brać się do pościeli“.To rzekszy, wiódł ich y dał iem złożenie;Oni też dłużey bawić go nie chcieliY przedsiębrali odpoczynki swoie,A starzec odszedł na zwykłe pokoie.

Iuż też dzień piękny wiódł z morza życzliwyPromień y ludzi wołał do roboty,Kiedy wyszedszy z pokoiu, szedziwyStarzec niósł kartę, rózgę, puklerz złoty.„Czas wam — pry — w drogę, pierwey niż skwapliwyDzień wyńdzie na świat przestrzeńszemi wroty;Weźcie to, na com wam dał obietnicę,Tem macie pożyć chytrą czarownicę“.

Iuż byli miękkie zostawili pierze,Niźli on przyszedł y iuż beli wstaliY w szaty, które rabiaią płatnerze,Swe pracowite członki ubierali.A temże śladem wzad mężni rycerzeSzli, który przedtem pod ziemią deptali.A kiedy weszli w bystrey rzeki łoże,Żegnał ich: „Idźcież y prowadź was Boże!“

Bierze ich rzeka w swoie wielkie łono,Woda ich na wierzch wynosi bez szkody;Równie tak, iako gdy drzewo wrzucono,Znowu ie na wierzch wyrzucaią wody.Niesie ich rzeka y poyrzą, a onoPani poważney y piękney urody,Co ich miała wieść przez słone powodzi,Iuż pogotowiu czeka w krzywey łodzi.

Czoło włosami kryte wystawiła,Postawę miała złożoną z ludzkości,A kiedy piękne oko otworzyła,Ciskała z niego szczere życzliwości.W modro-czerwony płaszcz się ustroiła,Który wydawał tysiąc odmienności.Że wszędzie, gdzie nań poyrzysz, w każdey dobieZda się inakszy y niezgodny w sobie.

Takie więc gołąb miłością ruszonyU malowaney nosi pióra szyie:Z sobą niezgodny y z różnych złożonyBarw, przeciw słońcu, blask od niego biie.Czasem się tak zda, że smarag zielony,Czasem, że rubin zapalony kryie,A czasem społem miesza farby obieY oczy cieszy w stokrotnem sposobie.

„Wnidź — pry — z tem drugiem, rycerzu cnotliwyW łódź, co bespieczne morskie siecze wody,Którey każdy wiatr musi bydź szczęśliwy,Którey łaskawe wszystkie niepogody.Wam mię oddawa Twórca dobrotliwyZa przewodnika przez głębokie brody“.Tak białagłowa rycerzom mówiła,Y do brzegu się z łodzią przybliżyła.

Skoro w łódź siedli, ona wziąwszy wiosła,Odepchnęła się zarazem od brzegu,Y rozciągnąwszy złoty żagiel — poszłaY trzymaiąc ster,sztyr, pilnowała biegu.Rzeka spotrzebęz potrzebę wód miała y niosłaŁódź, w on czas ze dżdżu wezbrawszy w zabiegu;Aczby ta mogła, dla swoiey lekkości,Iść po namielszey wodzie bez trudności.

Pędzi wiatr żagiel złotem przetykanyNad przyrodzenie, nad wszystkie zwyczaie;Około łodzi widać siwe pianyWoda za niemi bita, szum wydaie.A wtem na słone wiezdżaią bałwany,Kędy ciekąca woda iuż ustaie.Y tak się w wielki ocean wmięszała,Że ani wiedzieć, kędy się podziała.

Ledwie niebieska łódź wielkiego łonaZaburzonego morza zachwyciła:Iako nawałność zaraz uśmierzonaZeszła y chmury pogoda spędziła;Woda w wysokie góry ułożonaSpadła y tylko grzbiet kędzierzawiła;Niebo się w barwę tak piękną ubrało,Że się pięknieyszem nigdy nie widziało.

Na wschód — zadaiąc morzu ciężkie razy,Od Askalony w lewo kierowałaY iuż obfitey blisko beła Gazy,[Gdzie przedtem swóy port stara Gaza miała,Ale uroszwszy potem z cudzey skazy,Miastem bogatem y możnem została].Po brzegach ludzi tak wiele chodziło,Że ledwie piasku więcey na nich było.

Z łodzi rycerze widzą gęste konieY niezliczone po polu namiotyY to tam, to sam z brony y ku broniePrzemiiaiące iezdy y piechoty;Widzą po piaskach wielbłądy y słonieWielkie woienne niosące robotyY z portów nawy na morze wysłane,Y na kotwicach drugie uwiązane

Iedni na maszty wielkie żagle wlekli.Drudzy ostremi robili wiosłami;A morze, które raz wraz iemi siekli,Y stąd y zowąd toczyło pianami.Wtem Pani rzecze: „Choć poganie wściekliY brzeg y morze zakryli woyskami,Przedsię nie wszystek — możny król zgromadziłIeszcze nie wszystek lud swoy tu sprowadził.

Płodnemu tylko bliskich EgiptowiZebrał do kupy, inszych czekać myśli;Bo ci, co siedzą przeciw południowi,Y ku wschodowi — ieszcze tu nie przyśli.Przeto ia tuszę, że się ku domowiWróciemy z drogi naszey pierwey, niźliDo Palestyny z woyski się wybierzeSam, albo kogo hetmanem obierze.

Iako bespiecznie insze ptastwa miiaOrzeł, y leci pod samem obłokiemY pod słońce się tak wysoko wzbiia,Że go naybystrszem próżno doyrzeć okiem:Tak się łódź właśnie niebieska uwiiaMiędzy okręty po morzu głębokiem;Ani się żadney obawia pogoniey,Ginie iem z oczu, próżno myślie o niey.

We mgnieniu oka z Rufią się zrównała,Która na pierwszem z Egiptu nocleguW Syryey leży; ztamtąd kierowałaDo zbyt niepłodney Rynocery brzegu.Potem wysokiey góry doiechała,Wydaney w morze, niespuszczaiąc z biegu,Którey gniewliwa woda nogi myie,Co Pompeiego kości w sobie kryie.

Do żyzney daley bieży DamiatyY widzi, iako siedmiorakie rogiNil ukazuiąc, śle trybut bogatyOceanowi przez wielkie odnogi.Y miasto, które zbudował przed latyGrekom wódz grecki — y mało co z drogiFar, który wprzód beł obeszły wodamiWysep, a teraz złączył się z brzegami.

Rhodu y Krety nie doiezdża wziętey,Ale gorącey trzyma się Afryki,Nad morzem żyzney, wewnątrz mało żęteyPrze suchy piasek y straszny zwierz dzikiWięc ku Cyrenie bieży samopiętey,Puszcza precz piękney brzegi Marmaryki;Y Tolomitę y cichą miiaiąLietę, o którey siła ludzie baią.

Iako nadaley — zawżdy podeyrzanąŻeglarzom — miia Więtszą Syrtę śliską,Y głowę w morze daleko wydanąWielkiey Iudeki y z nią Magrę bliską.Miia Trypolim pyszno budowaną,Y co przeciw niey leży — Maltę niską.Potem Aldzerbę z Mnieyszemi SyrtamiWzad zostawuie y z Lotofagami.

Widzi y Tunis, co ma otoczonyBrzeg swego morza górami wielkiemi;Tunis bogaty, pierwszy z każdey stronyMiędzy wszytkiemi miasty lybiyskiemi,W bok syciliyski wysep ma zielony,Y Lilibeum z rózgamirogami ostremi.Tu Pani palcem rycerzom skazała,Kędy budowna Karthago leżała;

Leży Karthago y ledwie zostaiąZnaki iey siły y dawney możności;Miasta y wielkie państwa umieraią,Nakrywa piasek pompy y wielkości.A ludzie nędzni na swóy się gniewaiąKoniec y swey się wstydzą śmiertelności.Potem budowną Bizertę widzieli,Po drugiey stronie Sardynią mieli.

Przebiegli brzegi, kędy NumidowieBłędni mieszkali y po teyże stronieBudzę i Algier, gdzie morscy zbóycowieMaią swe gniazda; stamtąd ku OronieY Tyngitanie, gdzie krokodylowieY lwi się rodzą y okrutne słonie:Tamten dziś Fessą, tę Marok nazwaną;Potem kęs daley ku Granacie staną.

Iuż się o słupy Alcydy oparłaŁódź, gdzie ocean między ziemię wchodzi,Co bywszy iedną, w poły się rozdarła,[Ieśli się wierzyć historykom godzi].Potem się woda gwałtem tędy wdarła,Ztąd Kalpę, ztamtąd Abilę podchodzi,Gdzie ciasne morze dzieli z HiszpanamiLibią; tak się świat mieni wiekami.

Czwarty kroć słońce na świat wychodziło,Iako się beli od brzegu odbili,A w port — bo tego potrzeby nie było,Do tego czasu ieszcze nie wstąpili.Przeszedszy morze, kędy się ścieśniło,W niezamierzone dopiero wchodzili.Ieśli tam wielkie, gdzie ie ziemia zwiera,Cóż tam, gdzie ono ziemię w się zawiera?!

Iuż ani Gady zbyt obfitey, aniInszych dwu widać; ziemia zuciekała.Brzegów nie widzą rycerze wybrani.Niebo — wód, woda nieba dotykała.Wtem Ubald rzecze: „Powiedz piękna Pani,Coś na tak wielkie morze zaiechała,Ieśli tu z świata naszego bywaiąY ieśli ludzie — gdzie iedziem — mieszkaią?“

Ona im: „Skoro Alcyd pokóy sprawił,Pobił hiszpańskie y libiyskie dziwyY świat wasz przebiegł — tu się iuż zabawił,Nic chcąc się puścić w ocean wątpliwy.Y słupy wielkie ręką swą postawił,Kresy na śmiałość y na dowcip chciwy;Ale te kresy przezeń zamierzone,Od Ulissesa beły znieważone.

On ie minąwszy, pierwszy w kruchey łodziWszedł w otwartego oceanu brody.Ale się biegłość niezawsze przygodzi:Zginął pożarty od łakomey wody —Y czego u was nie wiedzą — powodziTe skryły ciało y iego przygody.A ieśli też tam kogo wiatr obrócił,Abo tam zginął, abo się nie wrócił.

Nieznane wielkie morze y nieznaneMa niezliczone państwa, wyspy, kraie;Ale są także od ludzi mieszkane,Y ziemia żyzne dawa urodzaieY iako u was w zagony orane,Mocy się także słoneczney dostaie“.Powtórzy Ubald: „ Y to dziwna sprawa,Cóż tam za wiara y iakie są prawa?“

Ona zaś na to: „Różne są ustawy,Różne ięzyki, różne stroie maią;Ci ziemię, ci zaś zwierz chwalą plugawy,Ci gwiazdom, a ci słońcu się kłaniaią.Są y ci, którzy obrzydłe potrawyNa stoły kładą y ludzie iadaią;A zgoła wszyscy, co za Kalpą siedzą,Grubi, okrutni, o Bogu nie wiedzą“.

Ubald zaś na to: „Y to wielka strata!Takli Bóg, co swe odkrył światło wszędzie,Tę tak przestroną, tak wielką część świataWiecznie podobno zostawi w swem błędzie“.Odpowie Pani: „Za krótkie tu lataWiara Piotrowa wprowadzona będzie;Ani tak zawsze będziecie dalecyOd siebie, choć to niepodobne rzeczy.

Przydzie czas, kiedy słupy AlcydoweBaykami będą między żeglarzami;A wielkie morza y królestwa nowe,Bez imion teraz — wsławią między wami.Y ieden okręt to koło światoweObieży swemi śmiałemi żaglami,Y tak do słońca podobny prętkiego,Zmierzy to koło okręgu ziemskiego.

Pierwszy, wielkiego godny pisoryma,Ligurczyk póydzie w nieznaiome wody.Nie sprawi tego niewytrwana zima,Ani wiatr srogi, ani niepogody,Ani dalekie y wątpliwe klima.Y insze cięszkie na morzu przygody.Aby ten umysł iego tak wspaniałyUtrzymać groźby ciasney Kalpy miały.

Ty, o Gołębiu napierwszy — wysokiSwóy maszt nowemu ukażesz Polowi;Że chód sto skrzydeł, choć ma wzrok stookiWieść ledwie twemu wydoła lotowi.Niech Bacha niesie z Alcydem w obłoki,O tobie dosyć przyszłemu wiekowi,Że trochę dotknie. Ta trocha odkryieWieczney pamięci godne historyie“.

Tak mówi; a łódź słone wały porze,A sztyr na zachód w biegu obracała.Y iako przed nią dzień zapada w morze,Y iako za nią wychodzi, widziała.Y właśnie w ten czas, kiedy złote zorzePiękna iutrzenka światu ukazała.Czarnawą górę z daleka uyrzeli,Która obłoki ostrą głową dzieli.

Uyrzeli daley, gdy się przybliżyłaŁódź daley pod nię y zginęły chmury:Że śrzodek miąższy miała, wierzch ostrzyła.Na kształt piramid. Z niewidomey dziuryW niebo gęstemi dymami kurzyła,Iakie widamy u Sykulskiey góry.Która tę własność, to ma przyrodzenie,Że w dzień dym puszcza, a w nocy płomienie.

Potem mniey przykre y mniey niebu krzyweGóry y piękne wyspy podiechali,Które wiek dawny nazywał szczęśliwe,Y za pewną rzecz tak to udawali,Że iem tak niebo beło przyiaźliwe,Że zboża — pola, choć ich nie orali,Y przez się grona dawały maciceY niesprawione rodziły winnice;

Że tam nie chybią — iako żywo — kłosy,Że z dębów cieką dobrowolne miody,Że Zephir tylko wieie, że w roskoszyBogate, zawżdy zielone ogrody;Że przykrość latu odeymuią rosy,Że w naygorętsze czasy zawżdy chłody;Że tam być pola Elizyiskie maią,Gdzie dobre dusze po śmierci mieszkaią.

Tam Pani bieży: „Iuż — prawi — nie cknicie,Niedługo koniec drogi mieć będziecie.Wyspy od szczęścia nazwane widzicie,O których baiek moc na waszem świecie.Prawda, że żyzne — iako więc słyszycie,Ale wieść przedsię więcey o nich plecie“.To mówiąc, wprzód się do tey przybliżała,Co się z dziesiąci pierwsza ukazała.

Wtem Karzeł wstanie y rzecze do Paniey:„Ieśli, o Pani, nic nie omieszkamy,Uchwyć się ziemie y posadź nas na niey;Niechay te kraie nieznane poznamy.Niech — iak się to tu wszystko rodzi raniey,Wiarę ich, stroie — inszem powiadamy.Miła rzecz, kiedy będę odpoczywałPo przeszłych trudach, rzec: y iam tam bywał“.

Ona zaś na to: „Rycerzu waleczny,Serca to wasze wspaniałe sprawuią;Ale cóż potem? kiedy wyrok wiecznyY nieodmienne nieba zakazuią;Y czas nie przyszedł ieszcze ostatecznyOdkrycia świata, który obiecuią.Ani możecie zanieść taiemniceOceanowey za wasze granice.

Wam, z łaski Swoiey, Bóg nad przyrodzenieDał prześć te wody — nikomu inszemu;Y zdiąć z wielkiego rycerza więzienie,Y przywrócić go światowi tamtemu.Przestańcież na tem, bo dalsze myślenie,Upór iest, Bogu przeciwny Samemu“.On umilkł, a wtem pierwsza się zniżałaWyspa, a druga wierzch ukazowała.

Potem widzieli, że się ku wschodowiW rząd rozciągniene wszystkie nachyliły,Y w odległości iednakiey placowiDawały mieysce, gdzie morze wpuściły.Kiedy patrzyli pilnie ku brzegowi,W siedmiu się ludzie y domy odkryły;Bo trzy są puste y zwierzęta samyMaią w nich tylko swe gniazda y iamy.

Brzeg w iedney pustey, ze dwiema rogamiDaleko w morze wchodzi zakrzywiony;Y kryiąc w sobie okryte góramiSzerokie łono — port czyni przestrony.Góra nad portem z tyłu się z wałamiBiie, a przodek w port ma obrócony,A ztąd y zowąd dwie wysokie skałyBłędnem żeglarzom znak ukazowały.

Woda pod niemi spokoyna milczała,Ku morzu z góry ciemny las wychodzi;W śrzodku się wielka iaskinia udała,Którą płot z bluszczu samorodny grodzi.Tu kotew żadna nigdy nie trzymała,Powróz nie wiązał spracowaney łodzi.Na tak ustronne mieysce wysiadałaNiebieska Pani y żagle zbierała.

„Patrzaycie — prawi — ono pałac leżyNa wierzchu góry pyszno budowany;Tam w próżnowaniu na wysokiey wieży,Chrystusów rycerz siedzi poimany.Iutro — wszak wiecie co na tem należy —Idźcie tam, skoro wznidzie dzień rumiany.Iutra czekaycie: to dla tey przyczyny,Że są szczęśliwsze poranne godziny.

Dziś ieszcze, póki dnia staie iasnego,Wysokiey góry przywitacie progi“.Oni wtem wodza żegnali swoiego,Y przedsięwziętey chwycili się drogi.Równina beła y trudu żadnegoNiespracowane nic nie czuły nogi;Lecz kiedy koniec mieli swego chodu,Ieszcze daleko beło do zachodu.

Widzą wierzch góry trudno dostąpiony,Dla nierównych skał y ostrych kamieni,Y że po stronach wszędzie na niey śrzony,Y śniegi, a wierzch tylko się zieleni.Przy siwey brodzie, z kwiecia uplecionyWłos niesie — y lód liliey nie mieni,Y róża kwitnie z wielkiem podziwieniem;Tak czary maią moc nad przyrodzeniem.

Oba pod górą zakryli się w lesie,Przyszłey, iutrzeyszey czekaiąc roboty.Potem uyrzawszy, że iuż na świat niesieZ wielkiego morza słońce promień złoty.Na przykrą górę poszli w onem czesie.Wzaiemnie sobie dodaiąc ochoty;Ale pod górą zarazem u drogiZastąpił im smok straszliwy y srogi.

Łuską nakryty łeb y wielkie czubyY szyię gniewem nadętą wyciągnął,A brzuch rozwlokły y ogon zbyt gruby,Tam, gdzie mieli iść — na drodze rozciągnął;To w się sam wchodził, to wielkie przegubyWydawał y sam za sobą się ciągnął.Tak się wielki smok przeciwko niem strożył,Darmo się iednak y bez skutku srożył.

Iuż Karzeł miecza dobywał od boku,Ale go Ubald uchwycił zarazem:„Cóż, chcesz zwyciężyć okrutnego smokuŚmiertelną ręką, śmiertelnem żelazem?!“A sam pomknąwszy śmiele podeń kroku,Rózgą nań machnął, aż on iednem razemUciekaiąc w las, z drogi ustępuie,Y wolne w górę przeszcie zostawuie.

Ale kęs wyższey lew ryczał straszliwyY wyostrzone ukazował zęby,Bił się po bokach, wzrok obracał krzywy,Ięzyk wywieszał z rozdziewioney gęby;Grzbiet naieżony y u wielkiey grzywyPodnosił straszne y kosmate kłęby.Lecz y ten, skoro złotą rózgę zoczył.Do łasa w stronę wylękniony skoczył.

Kończą swą drogę rycerze, lecz nowąZawadę znowu w pół góry zastaią:Zwierze drapieżne, które różnie zową.Różny głos, postać y różny chód maią;Wszystkie co sroższe, co między nilowąWodą y wielkiem Atlantem mieszkaią,Y co się lęgą w hercyniyskiem lesie,Tam się do kupy zbiegły w onem czesie.

Ale na ono straszne zgromadzenieLibiyskich zwierzów rycerze nie dbali;Owszem [iaki cud!] na małe machnienieSrodzy dziwowie zaraz uciekali.Y na samy wierzch przez ostre kamienie,Iuż bez zawady żadney wstępowali,Okrom, że śliskie y nierówne skały,Strudzone nogi czasem hamowały.

A kiedy trudne przebyli przeszkody,Y przez śrzeżogi y śniegi przeleźli,Zastali lato y piękne pogodyZ wielką równiną, skoro na wierzch wleźli.Tamże wdzięcznemi y miłemi chłody,Wonno wieiące Zephiry naleźli,Y wiatr przyiemny, który nieprzestanyZawżdy tam wieie y nie ma odmiany.

Nie tak iako tu, kędy niestatecznyTo znóy, to zimno, to iasno, to chmury;Lecz tam dzień zawżdy pogodny, bespieczny,Y nie zna nigdy mgły wierzch piękney góry.Cień drzewa zawżdy wydawaią wiecznyY zioła zapach y kwiecie purpury.Pałac nad pięknem ieziorem wysoki,Dalekie wszędzie posyła widoki.

A iż po przykrey i skalistey oneyGrórze się beli rycerze strudzili.Iuż po równinie wolno szli zieloney,Y postawaiąc drogę swą kończyli.A wtem piękny zdróy, który upragnioneyŻądzy do siebie wabił, obaczyli;Który z obfitey żyły wody ciskałY na co bliższe zioła wkoło pryskał.

Potem się wody różnemi ścieszkamiDo głębokiego przykopu schodziły,Y idąc chłodem, nakryte cieniami,Z drzew swoich brzegów wdzięczny dźwięk czyniły,Tak przeźroczyste, że pod kryształamiSwemi, kamienia drobnego nie kryły.Brzegi obadwa trawą się odziałyMiędzy drzewami, które razem stały.

„Ano Zdróy Śmiechu! dla Boga miiaywaZrzódła, skrytemi napuszczone iady.Tu upragnione żądze swe trzymaywa,Tu niebespieczne puszczaywa obiady;Przed łagodnemi uszy zatykaywaPieśniami, które zabiyayą rady“.Wtem daley poszli, kędy się szerzyłaWoda, y wielkie iezioro czyniła.

Tam potrawami nakryte drogiemiStoły na brzegu gotowe czekały.A dwie nadobne dziewczynie przed niemiBespiecznie sobie po wodzie igrały:To sobie twarzy rękoma prętkiemiPryskały wzaiem, to się wyścigały;Czasem szły nurkiem y nagle ginęły,Czasem pospołu po wierzchu płynęły.

Choć beli twardzi, przedsię się zmiękczyliObay rycerze y podszedszy blisko;Długo na piękne pławaczki patrzyli,Kiedy swe lube kończyły igrzysko.Wtem pełne piersi iedna w oney chwili,Y pod piersiami insze członki niskoUkaże — y to, co wzrokowi miło.Dalsze swem rąbkiem iezioro zakryło.

Iako iutrzenka prowadząc świt rany,Z morza zmaczane ukazuie włosy,Lub iako na świat urodzona z pianyOceanowey, szła matka roskoszyTaka ta beła y tak włos piianyY pełny mokrey ukazała rosy.Potem poyrzawszy w kupę się ściskała,Zmyślaiąc, że ich dopiero uyrzała.

Y włosy, które w róg ieden zwinioneNa czele beły, nagle rozuściła;rozpuściła;Temi — bo beły długie y zgęstwione,Swe alabastry miękkie zasłoniła.Zbiegło iem piękne widzieniewidzenie stracone,Lecz ta pięknieysza, co ie iem straciła.Tak y włosami y wodą odzianaObróciła się do nich zasromana.

Razem się śmiała, razem się sromała,A śmiech beł w sromie daleko pięknieyszy;Srom także w śmiechu, którem farbowałaPiękne iagody, zdał się bydź wdzięcznieyszy.Potem tak z niemi łagodnie gadała,Żeby się zmiękczył y naynieludczeyszy:„Fortunni ludzie, którem tu życzliweNieba wniść dały, w te kraie szczęśliwe!

Tu iest port wieczny trudów tego świata,Tu odpoczynek. Tu tak żyć będziecie,Iako wiek złoty za dawnego lata,Żył sobie wolny y mieszkał na świecie.Składaycie zbroie, naymnieysza to strata,Iuż ich tu więcey nie potrzebuiecie;Porzućcie miecze, bespieczni całości,Iużeście teraz rycerze miłości.

Pole waszego boiu odtąd będzie,Lub miękka trawa, lub usłane łoże.My was powiedziem do tey, co tu wszędzieWłada y wieczne szczęście wam dać może.Ta was postawi w swych wybranych rzędzie,A sama do swych nagród wam pomoże,Ale brud pierwey omyicie w tey wodzie,Y po przeszłem kęs pośniadaycie głodzie“.

Tak iedna rzekła. A druga na onyPowaby, zgodnem pozwalała okiem.Iako się zgadza z dźwiękiem głośney stronyTaniec, to rączem to leniwem krokiem.Ale rycerze maią swe obronyY strzegą, aby y mową y wzrokiemIch łagodności do serca nie przyszły,Y same tylko zwierzchnie cieszą zmysły.

A ieśli też zmysł czasem ubłaganyWpuścił co wewnątrz łagodney słodkości,Rozum zarazem w baczenie ubrany,Odcinał żądze, umarzał chciwości.Tak y ten y ów szedł nieoszukanyDaley na pałac. A te obcych gościNie mogąc pożyć, w wodę się wnurzyły,Żałosne bardzo, że nic nie sprawiły.

On wielki pałac piękny y ozdobny,Okrągło beli czarci postawili.We śrzodku ogród bogaty, osobny.W naygłębszem iego łonie wymierzyli.Wewnątrz rząd gmachów, zgoła niepodobnyDo wybłądzenia, sztucznie uczynili.A to tam, to sam, między gęste progiSzły błędów pełne y omylne drogi.

Po gładkich stopniach wchodzili do góry,Przez co naywiętsze do pałacu wrota,Które na hakach wypuszczały mury,Wszystkie z litego urobione złota.Patrzą z pilnością na piękne figury,Widzą, że droższa daleko robota:Tylko nie mówią — tak ie każdy sądzi —Lecz y to maią, ieśli wzrok nie błądzi.

Tam beło wszystko właśnie wydrożono,Iako Herkules kądziele pilnuie;Wprzód niebo dźwigał, a teraz wrzecionoKręci, Miłość się śmieie y raduie.Kęs daley widzą Iole, a onoIgrzysko stroiąc, buławę piastuie;Y na pieszczonych członkach miasto szatyLwa nemeyskiego ma łupież kudłaty.

Po drugiey stronie siwemi bałwanyMorza się bite wiosłami pieniły;Srzodkiem dwoisty rząd uszykowanyStał wielkich galer, co sobie groziły.Blask palił morze z gęstych zbróy ciskany,Brzegi się suchey Lewkaty świeciły.Stąd Antonius Wschód i Egipt wiedzie,Stąd zaś Augustus z swoiem Rzymem iedzie.

Rzekłbyś, że wielkie Cyklady pływaią,Y że się góry spieraią z górami,Z takiem zapędem strony się mieszaią,Tak się okręty tłuką z okrętami.Iuż ognie, strzały, oszczepy lataią,Morze krwią ściekło, okryte trupami,Iuż [a ieszcze się bitwa nic nie chyli]Smętna królowa ucieka iuż w mili.

Iuż Antonius za nią także godzi,Iuż panowania porzuca nadzieieWszystkiemu światu. Owszem, nie uchodzi,Ale tę goni, dla którey szaleie.Rzekłbyś patrząc nań, że się z owem zgodzi,Którego razem gniew, miłość, wstyd grzeie.A to na boie pogląda wątpliwe,To zaś na żagle królowey pierzchliwe.

Potem w nilowe przyięty skrytości,W iey łonie końca czekał ostatniego,Y oczy pasąc w niebieskiey gładkości,Ulżywał żalu z wyroku twardego.Takie wyryli mistrzowie nieprościDzieie, na bramie pałacu pysznego,Którem skoro się pilnie przypatrzyli,W omylne progi rycerze wchodzili.

Iako Meander igra z swoiem biegiemTo w górę wody, to na dół pomyka,Y to tam, to sam, niestatecznem brzegiemSnuiąc się, często z sobą się potyka:Z takiem, a ieszeze mylnieyszem zabiegiem,Szły tamte drogi; ale ie odmykaDarowna księga, wszystko opisuiącY zawikłane węzły rozwięzuiąc.

A skoro ścieszki przebyli wątpliwe,Uyrzeli pyszny ogród, w niem ciekąceWody przeyrzyste y kryształy żywe,Chłodne doliny, pagórki kwitnące,Szczepy roskoszne, drzewa urodziwe,Kwiecie barwiste y zioła pachnące;A co wdzięczności więcey przydawało,Misterstwa nie znać, co wszystko działało.

Zda się, [uprawne tak się z zaniedbanemMiesza] że wszystko natura sprawuie;A czasem, że to wzorem z niey wybranemMisterstwo czyni y iey naśladuie.Ktemu — sposobem ledwie zrozumianem,Y wiatr y drzewo, wiedma tak czaruie,Że wiecznie kwitnie, wieczny owoc dawa,Gdy ieden wyńdzie, drugi się dostawa.

Z iednego drzewa figa niedoyrzała,A druga wisi słońcem dowarzona;Z iedneyże rózgi [iaki cud!] doyrzałaŚliwa wychodzi, z iedneyże zielona.Gdzie napięknieyszy ogród, okazałaWinnica stoi bluszczem ogrodzona;Na niey iagody: tu niedoszłe, rane,Tu iako trzeba, tu wpół farbowane.

Ptastwo po drzewie wita miłe chłodyUciesznem głosem, a niebo się śmieie;Wiatr wolny czyni, że liście y wodyDźwięk czynią wdzięczny — ale różnie wieie:Mocniey dmie, kiedy z iednostayney zgodyUmilknie ptastwo, lżey zaś, kiedy pieie.Lub to trafunek, lub kunszt, szły muzykiTo na przemiany, to w złączone krzyki.

Ieden, co pióra różnemi farbamiPomalowane, a nos miał czerwony,Wymusnąwszy się gładkiemi skrzydłami,[Cud niesłychany!] rym śpiewał uczonyY iako człowiek wymawiał słowamiZrozumianemi, tak beł wyćwiczony;A wszystkie ptastwa pilnuiąc, milczały,Wiatry ucichły y pieśni słuchały:

„Widzicie różą, co w pół wychylonaDopiero swoie opowiada przyścieY w pół zawarta, a w pół rozwiniona,Ieszcze niedoszłe ukazuie liście.Patrzcie, iako się ledwie wypełnionaRozwiia, a iuż więdnie oczywiście;Więdnie y iuż się nie godzi na wieńce,Ani na panny, ani na młodzieńce.

Takci śmiertelnych rodzaiów na świeciePrzemiia ten kwiat wesołey młodości;Y choć się kwiecień wraca w każdem lecie,On więcey nie kcie y zbywa pięknościZbieraymyż różą, póki w świeżem kwiecie,Zbieraymy różą pożądney miłości —Dziś, owszem zaraz, póki nie przeminie,Póki nie zwiędnie, póki nie upłynie“.

Skoro głos ścisnął w świegotliwey gębie,Wszystkie mu ptastwa głosem poświadczały:Całowały się pieszczone gołębie,Wszystkie zwierzęta miłością pałały,Znać ią w iaworze, znać ią w twardem dębie,Lipy, topole miłość wydawały;W ziemię y w wodę y w każde stworzenie,Pożądną miłość lało przyrodzenie.

Między takiemi idąc powabami,Wszystkie roskoszy rycerze wzgardzaiąY obracaiąc ostrożnie zmysłami,W twardość y w stałość serca ubieraią.A wtem gęstemi między gałęziamiWzrok ukwapliwy wszędzie posyłaią;Aż naostatek uyrzeli na stronieOnę na trawie, onego na łonie.

Na piersiach miała rąbek rozdzielony,Włos rozczesany po wietrze puściła.Biały, po twarzy rumianey puszczonyPot w krople, wdzięku przydawał iey siła.Iako drży promień na wodę ciśniony,Tak niespokoyne źrzenice toczyła:Wisiała nad niem. On na łonie u nieyGłowę trzymaiąc, wszystko patrzy ku niey.

Y tak w twarzy iey oczy utopiwszy,Psuie się nędznik w onem swoiem wczasieA ona głowę do niego schyliwszy,Ssie wdzięczne usta y głodny wzrok pasie.Wtem tchu z naygłębszych wnętrzności dobywszy,Westchnął, że ledwie dusza w onem czasieNie zbiegła do niey; a rycerze stoiąZakryci liściem y widzą, co broią.

Trefny rynsztunek, wierciadło gładzone,Na sznurze nosił u pasa. Wtem wstałaY do taiemnic zdawna obróconeMiłości, w ręce trzymać mu ie dała.On śmieiące się, ona zapaloneOczy ma; ta się we śkle przeglądała,Ten sobie — gdy wzrok w gładki kryształ kładła,Czynił z iey oczu wesołych wierciadła.

Ta z władzey, a ten z niewoley szczęśliwy;Ta w sobie, ten w niey swe wynoszą chwały:„Obróć — mówi iey — na mię wzrok życzliwy,Obróć wlepiony nazbyt w te kryształy.Czy nie wiesz, że twych piękności prawdziwyWyraz iest ogień y moie zapały;Y liepieylepiey ci ich cudowny kształt moieSerce ukaże, niż wierciadło twoie.

Byś wżdy swą mogła twarz, iako nadobna,Obaczyć, żebyś w się obróconemu,

Pociechę dała wzrokowi twoiemu.Ale tak słodki obraz niepodobnaWyrazić y w się zawrzeć śkłu małemu;Wierciadła godne ciebie: samy nieba,W gwiazdach ci patrzyć twych podobieństw trzeba“.

Śmiała się na to, ale nie przestałaPrzeglądania się y zwyczayney wzrzędy.A skoro w warkocz włosy powiązałaY ich pieszczone powściągnęła, błędy,Krótsze skręciwszy, w pierścienie zebrała.Y pięknych kwiatków natknęła w nie wszędyDo przyrodzonych swych liliy włożyłaPielgrzymki róże y rąbek stuliła.

Nie tak pięknych barw niezliczone roiePaw na oczastem pierzu ukazuie,Y złota tęcza krzywe koła swoieNie tak pięknemi farbami maluieAle nad wszystkie taśmę waży stroie,Którey — choć naga — nigdy nie zdeymuye;Sama ią swemi rękami utkała,A z różnych nici postawę snowała.

Pieszczone gniewy, nieszczyre odmowy,Prętkie iednania, miękkie całowania,Ucieszne śmiechy, łagodne rozmowy,Krople słodkich łez, ucięte wzdychania;To wszystko razem puściła w osnowyY mkłem czyniła czółnkiem przetykania:Z takowych nici y z takiego pasmaBeła kochana Armidzina taśma.

Napieściwszy się y z niem swoie żartySkończywszy, w on czas miłego żegnała.Potem wyszedszy, czarnoksięskie kartyPodług zwyczaiu we dnie przeglądała.A on sam został w ogrodzie zawarty,Z którego piędzią wyniść mu nie dała.Tak pilnowała swego miłośnika,Że kiedy bez niey, stał za pustelnika.

A kiedy zaś noc cienie przynosiła,Radząc na wczasy y roskoszy swoie,Do pałacu go z sobą prowadziła,Gdzie nocowali tylko samo dwoie.A w ten czas kiedy ogród opuściłaY ustąpiła na dalsze pokoie,Ukazali się cni rycerze stroyno,Z gęstego liścia, a obadwa zbroyno.

Iako koń dzielny, który bywał w boiu,Y nieraz wielkie wygrawał zakłady;A teraz w paszey, przy ciekącem zdroiu,Marny małżonek chodzi między stady —Ieśli usłyszy po długiem pokoiuDźwięk trąb woiennych, rże z wielkiey obrady,Iuż pragnie chłopa y siodła na sobieY w zapomnianey wszystek iest ozdobie:

Tak się młodzieńczyk porwał, blaskiem bityOd świetney zbroie w wytrzeszczone oczy;On duch woienny, który beł zakryty,Gore w niem teraz y nabywa mocy,Choć beł roskoszą y wczasem opityY zatłumiony. A wtem Ubald skoczy,Y niebieskiego dobywszy puklerza,Na młodego go obróci rycerza.

On skoro weyrzał w puklerz wystawiony,Uyrzał się sam w niem y swoie ubiory,Uyrzał perfumy, uyrzał włos trafiony,Y płaszcz w pieszczone złotem szyty wzory.Miecz podle niego leżał porzucony.Tylko też leżał, bo trudno do sforyMiał iść miecz męski, doświadczony boiem,Z miękkiem ubiorem y z niewieściem stroiem.

Iako gdy się kto mocnem winem spiie,Po długiem spaniu przydzie k’ sobie zasię,Tak y on teraz widzi, iako żyie,Y z gniewu patrzyć sam nie może na się.Wstydliwe oczy wszystko w ziemię kryie,Patrzy-li? patrzy w stronę, albo za się;Wlazłby y w ogień, żeby go nie znano,Y w ziemię, by go tylko nie widziano.

Wtem Ubald pocznie: „Wielka się zaymuieWoyna Europy przeciwko Azyey:Kto sławy pragnie, kto wiarę miłuie.Przeciw pogaństwu bieży do Syryey.Ciebie za światem kąt mały hamuiePróżnuiącego, o synu Zophiey.Wszystek się ściąga świat do Palestyny,A ty co? lichey rycerzu dziewczyny!

Co za sen twardy ono serce żyweY ono pierwsze opanował męstwo?Ciebie y Hetman y woysko tęskliweY szczęście czeka y samo zwycięstwo.Niech Bogu zmierzłe ołtarze brzydliweMachometowe y pogańskie księstwoOd twego miecza padnie dokończone,Po części przedtem przez cię nachylone“.

Tu umilkł. W mieyscu stoiąc y bez mowy,Długo się sobie młodzieńczyk dziwowałY dotkliwemi przerażony słowy,Wstydem rumiane iagody farbował.Skoro wstyd spłonął, z gniewu zapał nowyNa twarz surową dopiero wstępował;Zdrapał na sobie nieprzystoyne [takiGniew go beł uiął] swey niewoley znaki.

Y z ścieszek, które błędnemi zwikłałaLabiryntami — ukwapliwy bieżał.A wtem Armida wyszedszy, uyrzała,Że stróż u bramy iuż zabity leżał.Tak się zarazem w on czas domyślała,Że iey kochany z ogroda wybieżał.Potem obaczy [o niewymówionyŻalu!] a on wciąż bieży zapędzony.

Chciała zawołać: „Postóy, postóy mało!“.Ale nie mogła od żalu wielkiegoWymówić dobrze, y słowo musiałoWrócić się nazad do serca smutnego.Widzi, że iuż coś więtszą siłę miało,Niż iey nauki, co iey y miłego,Y iey pociechy wydzierało gwałtem,Lecz go przedsię chce wściągnąć iakiem kształtem.

O, iako dziwnych klątew używałaThessalska wiedma y krzyże kryśliła,Stanowić koła słoneczne umiała,Umarłe z grobów częstokroć budziła;A teraz darmo piekła zaklinała,Darmo wróżyła, darmo się siliła.Potem chce spatrzyć — iż klątwa nie może —Ieśli co gładkość pokorna pomoże.

Bieży bez wstydu. Gdzie teraz on twardyTwóy umysł? gdzie się twa sława podziała?Ta — gdziekolwiek wzrok obracała hardy,Swe miłośniki wszędzie kierowała.Tak beła pyszna y tak pełna wzgardy,Że w samey sobie tylko się kochała;Chciała, żeby ią miłowali wszyscy,Lecz wszystkich przedsię miała w nienawiści.

A teraz tego — widząc się wzgardzoną —Który nią gardzi, goni w onem czesie;Y samę przez się gładkość znieważoną,We łzy ubraną nagle za niem niesieBieży y nogę — nieboga — pieszczonąStawia po skale, po śniegu, po lesie;Wrzask, miasto posła, przed sobą śle w biegu,Ale go ledwie dościgła u brzegu.

„O, co — pry — część mnie iednę masz przy sobie,Drugiey odbiegasz, hamuy rącze nogi;Wróć tamtę, albo weź tę, albo obieZabiy zarazem okrutniku srogi!Przynamniey słowo niech idzie ku tobie,Przynamniey słowu nie zabraniay drogi,Bo całowanie darmo pewnie niosę;Inszey ie choway! Czy nic nie uproszę?“

Stanął młodzieniec ruszony litością,A wtem nadbiegła smętna, upłakana,Żałosna barzo, ale się żałościąNic nie zmieniła gładkość niezrównana.Potem nań — milcząc — patrzała z pilnością,Lub zamyślona, lubo zagniewana;On, ieśli na nię patrzy — wzrok leniwyY przymuszony y zdał się wstydliwy.

Iako więc śpiewak, niźli pieśń uczonąPrzy iakiey zacney biesiedzie rozczyna,Wprzód cichem głosem drużynę zwiedzionąDo harmoniey gotować poczyna:Tak y ta, choć tak beła utrapioną,Zdrad y fortelów swych nie zapomina;Wprzód wzdycha, bo tak snadniey sobie tuszyWycisnąć swóy głos w przychęconey duszy.

„Nie czekay — prawi — abym cię prosiła,Iako przyiaciel przyiaciela prosi.Beło to kiedyś, żem ci beła miła,Czegoć dziś pamięć urazę przynosi.Więc nieprzyiaciel, kiedy miły siła,Słuchay, bo y ten czasem się uprosi;A możesz mi to, czego chcę, darowaćY po staremu gniewy swe zachować.

Brzydziszli się mną y pociechę iakąStąd czuiesz — smaku zażyway swoiego,Zdrów się ciesz; znam się, y iam beła taką,Nienawidziałam narodu twoiego,Ciebie samego! Czyniłam wszelakąPilność o skazie rodzaiu waszego;Poimałam cię, zawiodłam cię ieszczeDaleko boiów, w dziwne iakieś mieysce.

Przyday to, co ty za nawiętszą szkodę,Y krzywdę kładziesz, żem cię do miłościChytrze na swoię zwabiła urodę;Oszukanie to, wielkie to chytrości:Dać sobie zebrać panieństwa iagodę,Uczynić kogo panem swey gładkościY — nie iednemu odmowną dawnemuMiłośnikowi — darować nowemu.

Niechże za zdrady y za moie winy.Słusznie od ciebie cierpię to karanie.Że ato moie opuszczasz krainy,W którycheś przedtem takie miał kochanie.Iedź, nie wściągam cię, masz swoie przyczyny,Spiesz się na wiary naszey zepsowanie.Co mówię, naszey? Ciebie, ach! nieboga,Ciebie, ach! mieć chcę samego za Boga.

To mi day tylko, co y rozbóynicy,Y nieprzyiaciel daie: żebym z tobąIść mogła. Zbóyca nie puszcza zdobyczy,Zwyciężca więźnia zawżdy wiedzie z sobą.Niechay mię woysko widzi, niech tę liczyIednę między twą sławą y ozdobą,Żeś swą fortelną oszukał złośnicę,Skazuiąc palcem podłą niewolnicę.

Na co się w szaty mam ubierać stroyneY pogardzone trafić włosy swoie?Niechay się skwitną, niech będą przystoyneY niewolnicy należące stroie:Za tę za tobą póydę między zbroyne,Gdzie naygoręcsze będą wrzały boie.Mam moc, mam serce, końbym ci trzymała,Albobym oszczep za tobą dźwigała.

Y puklerz niosła, albobym puklerzemSama się stała na twoię obronę:Żebym tak przed swem stanąwszy rycerzem,Z piersi mu nagich czyniła zasłonę,Może być, żeby cofnął się z koncerzemTwóy nieprzyiaciel y nie bił w tę stronęY nie sięgał cię przez mię, lub z litości.Lub zaniedbaney folguiąc gładkości.

Lecz na com gładkość wzgardzoną wspomniała?Gładkość, co skutku nie czyni żadnego!...“Ieszcze coś mówić utrapiona chciała,Ale nie mogła od płaczu wielkiego.To ręki, to mu do płaszcza sięgała,Ale go nazbyt nalazła twardego;Uparł się zgoła, łzy z siebie nie puści,A miłości zaś węwnątrz w się nie wpuści.

Darmo nań miłość łagodna naciera.Bo rozum serca z baczeniem pilnuie;Ale się litość na iey mieysce wdziera.Co pospolicie z miłością spółkuie —Y tak go rusza, że ledwie odpieraPłaczowi y łzy z trudnością hamuie;Ale ią przedsię — iako może — kryieY ukazuie, że go nie pożyie.

„Żal mi cię — prawi — y bym beł na woley,Wziąłbym cię z sobą, iako prosisz, w drogę,Ale to trudna; ty darmo nie boley,A weź odemnie życzliwą przestrogę.Ia się nie gniewam, tyś też nie w niewoley,Nieprzyiaciółką zwać cię też nie mogę.Prawda, żeś miary chować nie umiałaY w nienawiści y gdyś miłowała.

Ale cóż? próżno! powszechne to błędy,Płeć, wiara, młodość y insze pokusyWymawiaią cię; wielkie to są względy,Y miłość przy tem, co każdego ruszy.To precz, ia w szczęściu y w nieszczęściu, wszędyChcę twoię pamięć w sercu mieć y w duszy;Twoiem rycerzem będę z każdey miary.Okrom azyiskiey woyny, okrom wiary.

Przebóg, sromoty z grzechami pierwszemiNie wspominaymy, niech iuż będzie po niey;Niech tu, za morzem, zakopana w ziemiZa mną na on świat nie czyni pogoniey;Niechay Europa — ze dwiema drugiemiCzęściami — nie wie y nie słyszy o niey.Ty też na gładkość swoię miey baczenie,Na stan królewski y na urodzenie.

Zostańże z Bogiem, tobie się nie godziIść ze mną; widzisz, że moi wodzowieZakazuią mi. Niechay ci się wodziWszystko po myśli, y szczęście y zdrowie“.Armida widząc, że nad nią przewodzi,Y że się nie dał nachylić iey mowie;Krzywo pogląda, iakoby się wściekła,Y do łaiania potem się uciekła:

„Nie Zophia cię piękna urodziła.Nie z akcyiskiey krwie iesteś urodzony:Tygrys cię mlekiem hirkańska karmiła,Z Kaukazu iesteś zimnego spłodzony!Żem do iednego w niem nie obaczyłaZnaku ludzkości, że to nie zmiękczony;Nie zmienił barwy, nie westchnął y razu,Łzy nie upuścił, podobny żelazu!

Więc przypatrzcie się złemu człowiekowi,Moiem się zowie, a tu mię opuszczaY iako złemu nieprzyiacielowiDobry zwycięzca — urazy odpuszcza!Iakoć podobny Xenokratesowi.Czystey miłości teraz nie przypuszcza;Więc piorunami w kościoły strzelacieMocni bogowie, a takich miiacie!

Idźże, bezbożny, kiedy cię nie ruszęŁzami, prośbami, serdeczną żałobą.Ale nie długo cień y moię duszę,O okrutniku, będziesz miał za sobą.Gdziekolwiek stąpisz, wszędzie sobie tuszęIść — nowa iędza — z wężami za tobą;A ieśli skryte nie wpadniesz na skały,Y Bóg chce, że się do swych wrócisz cały —

W bitwie między krwią y między śmierciamiPrzypłacisz mi tey srogości — zginieniem,Y umieraiąe z wielkiemi mękami,Nieraz zawołasz Armidy imieniem“.Tu się zatchnęła y zalana łzamiNie mogła więcey mówić, a strumieniemZimny pot z niey ciekł y pozbywszy mocyPadła na ziemię y zawarła oczy.

Zawarłaś oczy y nieba-ć się srogoStawiły, anić pociechy życzyły;Patrz teraz, ach patrz, Armido niebogo,Iako żałosny łzy leie twóy miły!O, iakobyś to zapłaciła drogo,Kiedybyś mogła słyszeć, z iakiey siłyWzdycha; ano cię y teraz z swey łodziZdaleka żegna y niechcąc uchodzi.

On co ma czynić? czy na gołey ziemiTak iey na poły umarłey odiedzie?Tu go żal rusza, tu go zaś ostremiMus nieuchronny osękami wiedzie.Próżno! bo włosy Zephiry lekkiemiSwe napełniwszy, Przewoźniczka iedzie.Lecą przez morze wiatru pełne żagle,On patrzy na brzeg, brzeg się kryie nagle.

Ona przyszedszy ku sobie, wzrok smutnyPo pustem brzegu w koło obracała.„Y takci iechał, y tak — prawi — chutnyUciekł, choć widział, kiedym omdlewała!By wżdy beł trochę poczekał okrutny,Y ratował mię, kiedym umierała.A ia go przedsię szalona miłuię?Y patrzę za niem y brzegu pilnuię?

Cóż tu po płaczu? Trzeba nań inszegoSposobu szukać; póydę za niem śladem,Naydę go w piekle, naydę go skrytegoNaygłębiey w ziemi [z takim mówi iadem].Wydrę mu serce y ćwiertowanegoPowieszę w polu; niech będzie przykłademInszem okrutnem. Będę się srożyłaNad niem!... Co plotę? rozumem straciła?

W ten się czas beło, nędzna dziewko, srożyć,Kiedyś go miała u siebie w więzieniu;Teraz iuż nie wczas, iuż go trudno pożyć!Hamuy się w gniewie, hamuy w utrapieniu.Bądź co bądź, ia chcę dowcipu przyłożyć,Chcę się poczuwać w moiem obelżeniu.Twoia to krzywda, gładkości wzgardzona,Ty się tego mści, żeś tak znieważona.

Kto mu łeb utnie y kto go żywotaZbawi, dam mu swą gładkość y urodę.Wżdyć którego z mych dawnych sług ochotaRuszy do pomsty, a ia nie zawiodę:Swoie królestwo y gromadę złotaY samę siebie dam mu za nagrodę.Ieślim niegodna kupna z tem towarem,Próżnem iest gładkość przyrodzenia darem.

Iuż o nię nie dbam y iuż mi nie miłaY tego mi żal, żem wielką królową,Y tego, żem się kiedy urodziła,Y by nie pomsta, umrzećiem gotową“.Coś więcey ieszcze, kiedy odchodziła,Mówiła — z gniewu rozerwaną mową.Tak szła od brzegu, a twarz iey pałała;Krzywo patrzała, warkocze targała

A kiedy przyszła na pałac wysoki,Ćmy duchów od niey przyzwane leciały,Słońce pobladło, nieba się w obłokiY w chmury w oka mrugnieniu ubrały.Wiatry szalone górom tłukły boki,Ziemia się trzęsła, a piekła ryczały;Gdzieś poyrzał, wszędzie różne beły słuchy,Szumy, szczekania, gwizdy, zawieruchy.

Gęste y czarney nocy równe cienieLedwie przeyrzane, obeszły na koło:Dnia ledwie co znać, mdlało przyrodzenie,Wielki planeta iasne zakrył czoło.Nakoniec dzień szczedł y słońce promienieSwe ukazało, ale nie wesoło.Iuż więcey zamku nie widać pysznego,Znaku go nawet nie naydzie żadnego.

Iako obłoki ułożone w góryOd słońca, — albo od wiatru znikaią;Iako chorego śpiącego — figury,Skoro się ocknie, zaraz odbiegaią.Tak pałac znika, a same z naturySprawione skały y góry zostaią,Ona też zatem na zwykły wóz siadła,Y przez powietrze ku niebu przepadła.

Tak opasana prętkiemi wichrami,Hardemi koły obłoki deptałaY z nieznanemi brzegi mieszkańcamiAntarktykowi podległe miiała.Alcydowemi poszła nad słupamiY u Hiszpanów odpocząć nie chciałaY u Murzynów, ale poszła biegiemDaley, aż beła nad syryiskiem brzegiem.

Stąd do Damaszku swego nie wstępuie,Y kray oyczysty miia ulubiony,A na niepłodny brzeg dyszlem kieruie,Gdzie beł iey zamek wodą otoczony.Tam przyiechawszy, sługi odprawuie,Panny od siebie odsyła na strony;Osobno mieszka: to kwoli wstydowi,Ale wstyd prętko ustąpił gniewowi.

„Pierwey — powiada — niż woyska wschodoweNiż król egipski siły ruszy swoie,Skuszę fortelów, wezmę szaty nowe,Miecz, zbroyę, saydak y żołnierskie stroie.Co naymocnieysze pobudzę, y oweObrócę na to wszystkie sztuki moie.O nic, bylem się zemściła, nie stoię,Obmów, osławy, żadney się nie boię.

Iam nic nie winna, wszystko to stryi sprawił,Wszystko to sprawa mego opiekuna:On płeć mdłą w drogę daleką wyprawił,On ze mnie naprzód uczynił bieguna.On w śmiałość, on mię w bespieczeństwo wprawił,Ieśli inaczey — godnabym pioruna.Przeto czynięli co nieprzystoynego,Wszystko to z stryia przyczyny moiego“.

Skoro to w sobie zawarła, haniebneKoszty y wielkie wydatki czyniła:Na pacholęta, na panny służebne,Na dwór swóy barwy kosztowne robiła.Y wziąwszy z sobą rynsztunki potrzebne,W drogę się z domu zaraz wyprawiła.We dnie y w nocy nie odpoczywała,Aż do bogatey Gazy przyiechała.

Gaza, nad morzem miasto położone,Iest na gościńcu tuż przy Palestynie,Ku Damiacie, a ma niezmierzone,Przyległe piasku suchego pustynie,Które tak wichry mieszaią szalone,Iako wiatr — morze, y często tam ginieNie ieden pielgrzym, zasuty piaskamiY pogrzebiony wielkiemi zaspami.

Król ią z Egiptu miał za pogranicze,Od dawnych czasów wydartą Turkowi.A iż na woynę przyszłą [co się tyczeBliskości] beła sposobna królowi —Memphim swey dawney odbieżał stolice,Y tu ią przeniósł, y teraz ludowiWszystkiemu z państw swych kazał się tam ściągnąć,Chcąc w pole prętko na woynę wyciągnąć.

Iako się w ten czas te państwa rządziły,Iowiszowego powiedz córko rodu,Iakie egipski w ten czas król miał siły.Iaka moc beła którego narodu,Kiedy się woyska do kupy schodziłyZ południa y od ostatniego wschodu.Ty sama, Panno, roty y hetmany,Y możesz świat w pół mianować zebrany.

Skoro się z mocy cesarza greckiegoEgipt wyłamał, wiarę odmieniwszy;Ieden się z rodu MachometowegoPanem uczynił, dwór tam założywszy:Kalif nazwany; potem od pierwszegoKażdy król, pierwsze imię swe złożywszy,Kalif się zowie: tak Pharaonowie,Tak szli porządkiem Ptolomeuszowie.

Tak się za laty państwo rozszerzyło,Takiey możności, takiey beło ceny,Że w się w Azyą y Libią kryło,Od Marmaryki y płodney Cyreny,Po brzeg syryiski potem zachodziłoPrzeciw Nilowi, za klima Syeny;Ztąd się ciągnęło do pustyń piaszczystych,Ztąd Euphratowych do wód przeźroczystych.

W prawo y w lewo w sobie zamykałoBogate morze y brzegi pachnące,Y za Morze się Czerwone ściągało,Na wschód y kraie murzyńskie gorące.Wielkie bogactwa, wielkie siły miało,Lecz państwo przez się możne y kwitnące,Możnieysze sam król czynił z każdey stronyW cnotach królewskich, w woynach wyćwiczony.

Woiował długo z Turki y z Persami,Wygrawał często, często też przegrawał;W nieszczęściu większywiętszy — tak twierdzili samiNieprzyiaciele — niż w szczęściu zostawał.A kiedy się iuż wielkiemi pracamiY laty stargał y w sile ustawał,Odpasał szablę y zbroię położył,Lecz żądzeżądzey władzywładzey szerokiey nie złożył.

Ieszcze woiuie przez swoie hetmany,Wspaniały w sercu y poważny w mowie.Y monarchiey z wielu państw zebranyCiężar nie cięszki ieszcze iego głowie;Z Afryką, w drobne rozdzieloną pany,Na iego imię drżą mali królowie;Dalecy mu się Indowie kłaniaią,Ci lud na woynę, ci trybuty daią.

Taka możnego króla beła siła,Gdy woyska w pole wysyłał zebrane,Bo go francuska potęga trapiła,Y szczęście iemu dawno podeyrzane.Tam też Armida przyszła y trafiłaPrawie, gdy woysko miało być pisaneW przestronem polu, kędy nad pięknemiŁąkami — iezni miiali z pieszemi.

Król w maiestacie wyniosłem, na górzeSiedział, na który wchodzono stopniami.Baldekin złoty, rozpięty na sznurzeWisiał, drogiemi tkany iedwabiami;Ten miał nad sobą, sam zaś beł w purpurze,A drogi deptał złotogłów nogami.Z miękkiey bawełny zawóy wity w kołoZdobił mu skronie y wesołe czoło.

W ręku miał sceptrum. Brody długiey siweWłosy mu wielką powagę czyniły;Śmiałość mu oczy wydawały siwe,żywe,Które się laty nic nie odmieniły.Lubo się ruszył, lub weyrzał — prawdziweWszystkie postępki królewskie w niem były.Fidyas pono Iowisza takiegoUczynił, ale grom ciskaiącego.

Ieden satrapa przednieyszy prawice,A drugi boku lewego pilnuie;Tamten miecz trzyma u złotey głowice,A ten urzędu znak, pieczęć piastuie.Ieden królestwa wszystkie taiemnice,Y pospolite sprawy odprawuie,Drugi hetmani y woyskami rządziY rządu strzeże y występne sądzi.

A Cyrkassowie po oboiey stronie,Straż iego wierna, stali mu na oku;Ci krom karacen y oszczepów, bronieKrzywe nosili u iednego boku.Tak w ten czas siedział na wysokiem tronie,Wszystkiemu swemu woysku na widoku,A roty wszystkie, kiedy go miiały,Czołami biły, chorągwie schylały.

Pierwszy z Egiptu lud się popisował,Od czterech swoich wodzów prowadzony;Dwu górny Egipt, a dwu wyprawowałDolny, od Nilu płodnego sprawiony.Ten w morze mułu naniósł y zgotowałBez wielkiey pracey rodzayne zagony,Gdy słońcem przesechł; o, iak tego siłaIest wewnątrz, gdzie wprzód brzeg y woda była.

W pierwszem szli półku, co ku zachodowiW Aleksandryiskich równinach mieszkali,Y pola słońcem spalone, brzegowiAfrykańskiemu przyległe, orali.Araspes — beło imię ich wodzowi,A iako o niem wszyscy powiadali:Nie mężny, ale fortelów beł pełny,Y na woienne zasadki subtelny.

Wtóry półk wiedzie Aronteus, z włościAzyiskich, które na wschód się chyliły.Ten w sobie żadney nie miał swey godności,Ale go zacnem tytuły czyniły;Ieszcze woiennych nie skusił przykrości,Ranę go trąby ieszcze nie budziły;A teraz go czci pragnienie tak bodło,Że go od wczasów na woynę wywiodło.

Trzeci nie beł półk, ale się tak zdało,Że woysko pola niezmierne okryło;Rzekłbyś, że ich nic w państwie nie zostało,Chocia z iednego miasta wychodziło,Miasta, które się powiatom równało,Takie, tak wielkie przestrzeństwo w niem było:Kair wspominam, z którego wychodziłLud ten, a Rampson ich wódz ie przywodził.

Gazeł czwarty półk wiódł tych, którzy kosząBlisko Egiptu obfite pszeniceY wyżey, aż tam, gdzie z niebieską rosąNil spada na dół do morskiey granice.Egipscy ludzie szable tylko nosząY łuki, boby zbroie y przyłbiceNie udźwignęli, a w bogatem stroiu,Chciwość do łupu, nie strach czynią w boiu.

Z Ptolomaidy potem przechodziliMdli, nadzy ludzie z Alarkonem swoiem,Którzy się przedtem długi czas żywiliPo pustych brzegach łupem y rozboiem.Iuż lepsi króla sumarskiego byli,Co za niemi szli, ale wstępnem boiemNic nie umieli. Król trypolski po niemSzedł z swoiem ludem, dzielnem kręcąc koniem.

Z obu Arabiy, z Skalistey, z Szczęśliwey,Ludzie po królu trypolskiem miiaią,Co nocorówniey podlegli życzliwey,Zbytniego zimna y ciepła nie znaią.Gdzie ambra roście, kędy wiecznożyweyNieśmiertelności Pheniksa widaią,Który na wonnem gniaździe [ieśli słuchyO tem prawdziwe] ma grób y pieluchy.

Iuż ci po prawdzie nie tak beli stroyni,Ale broń mieli by Egiptczykowie,Y tak ubrani y tak beli zbroyni.Po nich szli zaraz lekcy Arabowie;Ci miasta błędne — zawżdy niespokoyni —Wloką za sobą, zawżdy pielgrzymowie:Wzrost mały, cienkie białogłowskie głosy,Twarz czarną maią, czarne długie włosy.

Ostremi z końców żeleźcami tknioneIndiyskie trzciny w biegu z koni miecą,Które tak rącze, tak są nieścignione,Że lekkie wiatry ledwie prędzey lecą.Pierwsze wiódł Syfax w szeregi sprawione,Poślednie Aldyn miał pod swoią pieczą,Trzecie prowadził Albiadzar zbóyca,Nie rycerz, ale raczey mężobóyca.

Za Albiadzrem zaraz przechodziliMieszkańcy wysep obeszłych wodami,Którzy na Morzu Arabskiem łowiliKonchy drogiemi bogate perłami.Y czarni z niemi, którzy się rodziliW lewo nad Wody Czerwoney brzegamiTamtych Agrykalt, tych iest przełożonemOśmid, co każdem pogardza zakonem.

Za niemi potem szli Ethyopowie,Z Meroc wyspy od Nilu sprawioney,Y z Astrabory [iako się dziś zowie]Na trzy królestwa, na dwie rozdzieloneyWiary. Asimir y Kanar królowieWiedli ich, oba złey sekty mierzioneyMachometowey, trzeci z żadney miaryNie chciał iść z niemi, co beł naszey wiary.

Więc dway królowie z woyskiem ustroionemW łuki, w szyszaki, z kraiu dalekiego:Ieden król z Ormus, miasta pięknem łonemPerskiego morza w koło obeszłego;Drugi z Boekan, na wyspie przestronem,W łonie wielkiego przystępu morskiego,Ale kiedy zaś morze wzad uchodzi,Suchemi pielgrzym nogami przechodzi.

Y ciebie młoda żona AltamorzeUstawnem płaczem swem nie utrzymała,Która — lub padły, lub wstawały zorze,Na twóy nieszczęsny odiazd narzekała:„Takli — pry — wolisz na straszliwe morze,Niż na mię patrzyć?! Czegom doczekała?Że wolisz dźwigać brzemię cięszkiey zbroie.Niźli piastować małe dziecię swoie“.

Z Sarmakanty to król beł zawołany,Ale naymnieyszą chwałę miał z korony;Większą z dzielności, bo między hetmanyNayprzednieyszemi mógł bydź położony.Nakarmi pewnie boiu ChrześciianyY da się iem znać. Lud wiedzie ćwiczony,Zbroyny, który ma karwasze na ręku.Szable u boku, buławy u łęku.

Aż od dalekiey iutrzenki przyiechał,Y szedł na popis Adrast srogi, któryY karaceny y zbroie zaniechał,Ale miał kaftan z twardey smoczey skory,Na wielkiem słoniu przed kalifą iechał,Równy wierzchowi iakiey małey góry,A lud prowadził, który z Ganga piie,Y w dalekich się ludów morzu kryie.

Zatem dopiero rycerze wybrani,Kwiat piękney młodzi się popisowali,Którzy królewską służbą uwiązani,Godne nagrody y żołd wielki brali.Na dzielnych koniach, zbyt pięknie ubrani,Pana swoiego szeregiem miiali;Z światła, co z pięknych purpur wychodziło,Y z zbróy złocistych niebo się świeciło.

Między temi beł Odmar z Rymedonem,Który się często poiedynkiem biiał;Mężny Hidraot z śmiałem Alarkonem,Który na morzu długi czas rozbiiał;Y Ormund dzielny z Tygranem ćwiczonemW zwodzeniu bitew. Po tych zaraz miiałMarbust arabski z Albraki obfitey.Co z Arabiey imię wziął podbitey.

W temże beł półku Albudzar z Pirgantem,Y z Arymonem Orynd okrutnikiem,Armin y Brymart y z AryodantemBastragor, co beł sławnem zapaśnikiem;Furs, okruciciel koni z MandrykantemY z Agrykaltem wielkiem naieźnikiem;Tyzafern pierwszy rycerz, iako o niemTwierdzili, lub się pieszo bił, lub koniem.

Książe ormiańskie beł ich przełożony,Który w młodości wiarę chrześciiańskąPorzucił, przedtem Klemens beł rzeczony,Teraz Emiren, skoro wziął pogańską.Wierny królowi y znał z każdey stronyPrzeciwko sobie iego łaskę pańską.Rycerz y hetman wielki y z dzielności,Z serca, z rozumu y z umieiętności.

Kiedy iuż wszyscy przeszli, niespodzianaArmida się z swem pocztem ukazała;Y bohatyrka krótko ukasana.Na złotem wozie saydaczna iechała.Iey przyrodzona gładkość niezrównanaTak się w iey twarzy z gniewem pomięszała,Że y surowość z oczu iey patrzyła,Y groziła spół y grożąc wabiła.

Iey wóz beł taki, iaki więc PhebowyBywa z Piropów, a woźnica chwoszcze —Uczenie dyszel kieruiąc wozowy,Łogoszem spięte cztery iednoroszcze.Na stu pacholąt białe srebrogłowyY na stu panien beły, a potroszczeZłota w nie wtkano. Białe konie mieli,Z łuki, z saydaki wszyscy, wszyscy w bieli.

Za pannami tuż y za pacholętyIdą iey ludzie, które wiódł z SyryeyOd Hidraota Aradyn naiętyZ wielkiego żołdu, rodem z Bithyniey.Iako iużgdy Phenix na złotych rospiętySkrzydłach, swey leci do Ethyopiey;Świat się dziwuie, ptastwa gęste w kołoZalatuią go to w bok, to na czoło:

Tak się na ten czas każdy iey gładkościY iey urodzie y stroiom dziwował;Y żaden nie beł tak wielkiey twardości,Żeby się tam beł iey nie rozmiłował.A choć w gniewliwey beła surowości,Każdyby ią beł sobie rad zhołdował.Cóż? kiedy w śmiech twarz wesołą oblecze,Kamienie miękczy — cóż serce człowiecze?!

Skoro minęła, król z tronu wielkiegoKazał do siebie przyiśćprzyść Emirenowi.Chcąc go hetmanem mieć woyska swoiegoY generałem wszystkiemu ludowi.Który — iuż wieszczek mieysca tak zacnego,Niósł godne czoło temu urzędowi.Cyrkassowie się zbroyni rozstąpili,Y przez lud gęsty drogę mu czynili.

On głowę schylił y padł na kolana,A król do niego z poważną postawą:„Ciebie — powiada — chcę mieć za hetmana,Ty rządź tem woyskiem, ty właday buławą.Iedź, wyzwól zaraz żydowskiego pana,Idź mu na odsiecz, niech za twoią sprawąNieprzyiaciele padną porażeni,Do ostatniego szczętu wyniszczeni“.

Emiren zatem wielkie czynił dziękiNa maiestacie królowi wielkiemu:„Z niezwyciężoney — prawi — biorę rękiBuławę, szczęściu ufaiąc twoiemu;Y tuszę, że krzywd przypłacą przezdziękiNieprzyiaciele, państwu azyiskiemu.Przegraią, da Bóg! Co ieśli mię minie,Z sławą Emiren, nie z sromotą zginie.

Y ieśli nam co złego obiecali[Czego nie tuszę] gniewliwi bogowie,Niech się to wszystko na móy łeb obali.Niech to zostanie tylko na mey głowie;By ieno woysko zdrowo zachowali,Niechay mię inszy pogrzebą wodzowie,Niech tryumfalne będą, nie żałosnePompy“. Wtem w trąby uderzono głośne.

Tak w pyszny namiot wszedł między dźwiękamiWielki król z swemi wodzami pospołu.Gdzie należnemi uczczeni mieyscami,Siedli porządkiem u niższego stołu.Iednych czcił mową, drugich potrawami,Puściwszy wodze wesołemu czołu.Armida zaraz z swą chytrością iedzie,Przy dobrey myśli, przy oney biesiedzie.

Po odstawieniu stołów, gdy uyrzała,Że na nią chciwe oczy obróciliY z swoich znaków zwyczaynych poznała,Że wszyscy ogniów skrytych zachwycili;Udatnie z stołka swoiego wstawała,Y szła przed króla, chcąc się w oney chwiliUdać za mężną y twarzą surowąY nie swoiey płci, ale męską mową.

„Y ia, o królu, chcę — choć białogłowa,O oyczyznę się y wiarę próbować;A co więc bywa między ludźmi mowa.Że nie przystoi królowey woiować,Y sceptrum, y miecz [u mnie to są słowa]Iedneyże daią ręce. Kto królowaćChce, niechay zabaw królewskich użyie,Y moia ręka, iako druga — biie.

Nie pierwszy to dzień, w którym chęci swoieDo boiów y do woyny obróciła:Iużem ia nieraz y o państwo twoie,Y o wiarę się z Chrześciiany biła;Y podobnoć kto powiadał, com w boieDokazowała y com w nich czyniła;Y wiesz, iakom ci wyprawiła w daryWięźnie przednieysze Chrystusowey wiary.

Ci wszyscy beli odemnie dostaniW pewney utarczce y w pewney potrzebie;Y do tych czasów byliby trzymaniW wiecznem więzieniu podobno u ciebie;Y tybyś teraz ani woyny, aniTych prac ponosił y nie trudził siebie,By beł nie Rynald zdrayca, który moieNa drodze pobił y wyzwolił swoie.

Znacie go pono;ponno; y tu wiele razyWspominaią go y spraw iego siła.Od tego takie odnoszę urazy,A iam się dotąd ieszcze nie zemściła.Y ta przyczyna, żem dla iego skazyNa tę się woynę do ciebie puściła.W inszy czas powiem, iakom ukrzywdzona,Teraz chcę pomsty za to, żem zelżona.

Staram się o to. Wżdyć oku miernemuNie każda strzała darmo wylatuie,Ale y Bóg sam przeciwko winnemu,Z ukrzywdzonych rąk czasem ią prostuie.Iednak kto zdraycy utnie łeb moiemuY który mi ią uciętą daruie —Aczbymci sama rada się pomściła,Będzie mi pomsta z iego ręki miła.

Tak będzie miła, że za iego staniePotka go słuszna odemnie nagroda:Królestwo mu się w posagu dostanie,Y iakakolwiek ta moia uroda.Przysięgam na to, karz mię — mocny panie,Ieśli nie strzymam. Więcey mówić szkoda.Przeto, ieśli kto chce nań ważyć zdrowie,We mnie korzysta, niechay się ozowie“.

Gdy tak Armida wszystkich zapalała,Adrast w niey zaraz utopił wzrok chciwy:„Uchoway Boże, abyś ty nań miałaZ tak piękney ręki pociągnąć cięciwy.Nie godzien nawet, abyś nań zmierzałaNiebieskiem okiem — zdrayca niecnotliwy!Odprawię ia to, mnie słusznie takowaPomsta należy, o piękna królowa.

Ia mu łeb utnę y strzymam to cale,Iuź może prętkiey pewien bydź swey zguby“.Tak w ten czas mówił Adrast śmiały, aleNie mógł mu wytrwać Tyzafern tey chluby:„A tyś kto?! — prawi — który tak zuchwaleMówisz przy królu, przy nas, chłopie gruby!Milczą tu drudzy, choć mężnieyszy. A tyTak się skoro wprzód wymykasz przed swaty“.

Odpowie Adrast: „Ia nie mówię wieleY daremnych słów nierad puszczam z gęby,Ale by nie tu, nie rzekłbyś tak śmiele,Y po ziemibyś pewnie zbierał zęby“.Szli do gorszych słów, ale król na czeleUkazał z gniewu pomarszczone wrębyY kinął na nich. Potem rzekł Armidzie:„Masz męskie serce przy panieńskim wstydzie;

O piękna panno, y godnaś, aby ciOba urazy swoie darowali.Y do tey pomsty od ciebie użyci,Zgodnie swe siły na to obracali.Y wy rycerze mężni, niepożyci,Lepiey żebyście te gniewy chowaliNa tego zdraycę“. Oni wtem królowiY iey mówili, że beli gotowi.

A nie tylko ci dway bohatyrowieOfiarowali swoie gotowości,Ale y inszy przednieyszy wodzowiePrzysięgali się mścić iey zelżywości.Tak wiele mieczów przeciw iego głowieOstrzyła w ten czas mocą swey miłości.Ale on skoro odbił się od brzegu,W szczęśliwem kończył swoię drogę biegu.

Tąż drogą właśnie Przewoźniczka iedzie,Którą się beła iadąc tam puściła,Y tamże swóy sztyr obraca y wiedzie.Y także łodzi, iako wprzód, szczęściła.Młodzieńczyk patrzy na zimne Niedźwiedzie.Widzi Arktura y gwiazd mnieyszych siłaY Oryona; czasem wzrok rzekami,Czasem wielkiemi zabawia górami.

Czasem się pyta, iako odiechaliWoyska, więc iakie którego naroduZwyczaie; owa tak długo iechali,Aż słońce beło czwarty kroć u wschodu.Iuż też mierzkało kiedy wysiadali,Y kiedy na ląd szli z morskiego brodu.Wtem Pani rzekła: „Czas wam do noclegu,Na palestyńskiem iużeście tu brzegu“.

To rzekszy, żagle y insze naczynieU niebieskiego zostawuie promu,A sama z oczu tak iem nagle ginie,Iako więc słowo przyidzieprzydzie wyrzec komu.Iuż też noc beła, piaszczyste pustynieWidzą, y to źle; lecz żadnego domuWidzieć nie mogą, ani drogi znaku,Nie znać ludzkiego, ni końskiego szlaku.

Y ztąd y zowąd patrzaią pomocy,Potem ku morzu obrócili tyły.A gdy szli daley, blask zdaleka w oczy,Y iasne iakieś promienie ie biły;Które swem zlotem światłem, ciemney nocyMrok oświecały y rzadki czyniły.Idą tam, gdzie się światło ukazało.Potem obaczą, co się tak błyszczało.

Widzą na niskiem cyprysowem krzaku,Ku miesiącowi zbroię zawieszoną;Y tak na zbroi, iako na szyszakuPerły sadzone ręką nauczoną.Widzą tamże tarcz wiszącą na haku,W piękne obrazy wszędzie wydrożoną;A mąż szedziwy, co tego pilnował,Skoro ich uyrzał, ku niem następował.

Karzeł z Ubaldem, skoro go zoczyli,Tak przyiaciela poznali dawnego.Zaczem go oba chętnie pozdrowiliY wzaiem beli witani od niego.Wtem obróciwszy oczy w oney chwili,Do bohatyra życzliwe młodego,Tak począł. „Ciebie tak późney godzinyCzekam, a powiem — dla którey przyczyny.

Iakiegom zażył dla ciebie starania,Y com uczynił w twey własney potrzebie —Ci wiedzą, którzy z mego rozkazania,Przez wielki się bród pławili dla ciebie.Słuchayże mych słów, różnych od śpiewaniaZdradliwych syren, a miey ie u siebie,Póki cię inszy mową świętobliwąNie naprowadzi na drogę prawdziwą.

Nie w miękkiem pierzu, rycerzu wspaniały,Między paniami sława ma mieszkanie,Ale na wierzchu barzo przykrey skały,Gdzie nie postoi nigdy próżnowanie.Kogo roskoszy sprosne uwikłały,Kto nie pracuie, ten iey nie dostanie.A ty, będąc ptak wysokiego lotu,Chcesz się niskiego w dole trzymać płotu?!

Twarz ci wyniosłą natura stworzyła,Y siły do prac y serce gotowe;Myśl ci wspaniałą, wysoką sprawiła,Abyś szedł wzgórę, przez śrzodki takowe;Gniew w cię gorący y prętki włożyła,Nie żebyś go miał na zwady domoweY na rosterki między swemi użyć,Albo niem żądze, y bezrozumney złużyć:

Ale żebyś weń dobrze uzbroiony,Nieprzyiacioły potężniey woiowałY żebyś, większą siłą opatrzony,Chciwość y żądzą niezbędnąniezbedną hamował.Przeto go obróć, na coć pozwolony;Niechby iem twóy wódz y starszy szafował.Ten będzie wiedział, kiedy go popuścić,Kiedy go wściągnąć, kiedy go nie puścić“.

Tak mówił starzec w powagę ubrany,A on się wstydził y wzrok na dół schylił,Bo tak rozumiał, że one przyganyNań się ściągały: iakoż się nie mylił.Obaczył starzec, że beł zasromanyY że się w niem wstyd coraz bardziey silił:„Nie wstydź się; — prawi — na tey tarczy, synu,Uyrzysz wielką część przodków twoich czynu.

Uyrzysz w niey sławne y bitne twe dziady,Uyrzysz ich męstwo z dziełami wielkiemi.A ty do tych dób tak znacznemi ślady,Leniwo idziesz w tem placu za niemi.Pobudź się synu, a bierz z nich przykłady,A za przodkami następuy twoiemi“.Kiedy tak starzec powiadał szedziwy,Młodzieńczyk na tarcz obracał wzrok chciwy.

W tak ciasnem polu od mistrza mądregoTak wiele figur belo w rzędzie długiemWyrytych, iako z rodu AkciyskiegoNierozerwanie szedł ieden za drugiem;Y niezmąconem strumieniem z dawnegoRzymskiego źrzódła, ciekła iednem cugiemIch krew szlachetna. Stoią cni wodzowie,Laurowe niosąc korony na głowie.

Starzec każdego dzieła ukazuie:Kaiusa naprzód, iako go wołałyPrzyległe miasta, a on ie przyimuie,Y na Eście pan zostaie wspaniały;Iako y drugiem obronę gotuie,Co się pod iego skrzydła uciekały,Gdy w nachylonem cesarstwie, narodyObce czyniły niepoięte szkody.

Y kiedy drogą wiadomą GottowiePrzeszli y srodze kray włoski palili;Kiedy się Rzym bał barzo o swe zdrowie,Aby go beli z gruntu nie zniszczyli —Gdzie przy Aurelim Akeiyskiem, swey głowie,Cali zostali, ci co pod niem byli.Potem Foresta skazał, co HunnowiSeptemtryonu odpierał królowi.

Dobrze Attyllę wyraził uczonyMistrz: ze psiem pyskiem — co na wzięcie czekałAquileiey, wzrok miał zapalony,Byś go znał, rzekłbyś, że warczał y szczekał.Y widzieć beło, kiedy zwyciężonyNa poiedynku, między swe uciekał.A Forest bronić zostawał gotowyAquileiey, włoski Hektor nowy.

Na inszem mieyscu mistrz beł wyrysowałIego los y śmierć, iako nieba chciały.Potem na państwo dzielny następowałAkaryn, po swem oycu pozostały.Nie Hunnom, ale boskiem ustępowałWyrokom Altyn, Altyn mężny, śmiały.Y rozproszone potem wsi gromadził,Y z nich nad Padem wielkie miasto sadził.

Wysokie tamy sul niespracowany,Broniąc się wodzie, co ie podlewała,W którem na dzielne, cne esteńskie pany,Przyszłego czasu stolica bydź miała.Zdało się, że bił y gromił Alany,Lecz go Fortuna potem odbieżała.Gdy z Odoakrem bitwę zwiódł — w tey ginie;O, szczęśliwa śmierć, z którey wiecznie słynie!

Legł z niem Alfryzy, skaran beł wygnaniemAkcyus z bratem, rycerz znamienity;Ale się wrócił, skoro za skaraniemBoskiem beł Herul zły tyran zabity.Esteński idzie Epaminund za niem,Przez prawą — ostrą strzałą — brew przebity;Bólu nie czuie, choć rana niemała,Kiedy Totyla przegrał, a tarcz cała:

O Bonifacem powiadam potęźnem.Za niem syn idzie, Waleryan mały:Ieszcze dziecina, a iuż beł tak mężnem,Żeby go gotskie hufce nie strzymały.Blisko z słowackiem bił się woyskiem ieznemErnest, postawą srogi y zuchwały;Przed niem kęs daley widać Aldoarda,Kiedy z Krzemieńca gnał króla Lombarda.

Berengar maiąc przy sobie Henryka,Z Karłem cesarzem ciągnął do Pawiey;Za pierwszego go miano naieźnika,Gdy w woysku służył francuskiey liliey.Przeciw wnukowi cesarz słał Ludwika,Który od niego zbity, do FrancyeyBeł posłań y tam do więzienia wzięty.Tamże beł z syny Otton samopięty.

Po niem Almeryk tuż beł wydrożony,Który ferarskiem margrabią zostawał,A z nabożną beł twarzą wyrażony,Iako kościoły bogate nadawał.Wtóry Akcyus tamże beł włożony,Co z Berengarem w woynie nie ustawał.Y po odmiennem szczęściu [zacne plemię!]Zwyciężywszy go, rządził włoską ziemię.

Ano y Olbrycht do Niemiec wezwany,Sławny — na służbę cesarską — przyięciem,Którego Otton, kiedy pobił Dany,Wielkiem posagiem kupił sobie zięciem.Ano y Ugon, co skrócił Rzymian y Pod niemi zamku obronnego wzięciem.Który margrabią włoskiey ziemie zostałY Tuszkany zaś prętko potem dostał.

Tamże Bonfac;Bonfac szedł; przy niem w piękny statekUbrana, iego Beata siedziała:Gdzie iuż wielkiego rodu beł ostatekY wszystka męska linia ustała.Ale y liczby y płci niedostatekCna iedynaczka hoynie nagradzała —Piękna Matylda; tak czepiec plecionyPrzechodzi czasem sceptra y korony.

Z oczu iey dzielność męska wychodziła,Patrz iako biie hardego Normanda:Znać beło, iako zbitego goniła,Y doieżdżała w pogoniey Guiskarda.Daley Czwartego Henryka gromiłaY chorągiew mu [iako wielka wzgardaCesarska!] wzięła y Papieża potemNa Watykanie posadziła złotem.

Alcyus Piąty, to za nią, to z stronySzedł, iak ów, co ią y czcił y miłował;Lecz z Akcyusza Czwartego puszczonyRód się w obfitsze gałęzie zaymował.A Gwelf do Niemiec, o co beł proszony— Syn Kunegundzin — w drogę się gotował.Y tak piękny szczep rzymski rósł powoleyNa bawarskiego pola żyzney roley.

Tam Gwelf — w Gwelfonów sam przez się niepłodnyEsteńską rózgę pniak wszczepioną — wpuścił,Y swoich Gwelfów zwykły owoc rodnyY sceptr y koron obficie wypuścił.A niebo mu deszcz zdarzyło pogodny,Że się szeroko gałęziami puścił.Iuż z niego drzewo wysokie urosło,Które po wszystkich Niemczech cień rozniosło.

Lecz niemniey piękney zacney latorośliRózgi się w ziemi włoskiey rozkwitały:Tam Bertold, tam z niey inszy wielcy rośli,Tam swoie przodki odnawiał wspaniałyAkcyus Szósty. Tak co z tey krwie pośliFigury, zda się, iakby się ruszały.A Rynald w sobie z dzieł tak wielkich ludziChciwość do męstwa przyrodzoną budzi.

Sława tak iego myśli pobudzoneZagrzewa smakiem y nagrodą swoią,Ze miasta wzięte, woyska porażone,Państwa podbite w głowie mu się roią;W serce mu wlazły, głęboko wrażone,Zda mu się, że mu przed oczyma stoią.Wdział zbroię na się; tak go żądze grzeią,Że iuż zwycięstwa uprzedza nadzieią.

Lecz Karzeł, który przedtem mu szwedzkiegoDziedzica z światem powiedział rozstanie:„Weź — mówi — ten miecz rycerza wielkiego,Weź go szczęśliwie po mem pierwszem panie,Na rozmnożenie go ChrystusowegoZakonu użyi. Niech móy pan zostanieZemszczony przez cię, iam ci go dochował,Wszak wiesz, iako cię królewic miłował“.

On na to: „Niech Bóg zdarzy dobrotliwy,Aby miecz, który biorę z twoiey ręki,Zemścił się swego pana — y złośliwyPoganin przezeń gardło dał przezdzięki!“Zatem prętkiego Karzeł skutku chciwy,W krótkie zawierał słowa — wielkie dzięki,Bo y sam starzec, broniąc dłuższey mowy,Mówił, że ich beł prowadzić gotowy:

„Widzicie — prawi — że iuż dzień za pasem,Lepiey żebyście za mną się udali.Ia was powiodę y w obozie waszemStawię, byleście zaraz wyiechali“.Wtem szedł do wozu starzec onem czasem,Oni też, iako rozkazał, wsiadali.On koni biczem po bokach zaymuie,A na wschód słońca dyszel swóy kieruie.

Coraz złotego popuszcza rzemienia,A do rycerza tak mówi młodego;„Napatrzyłeś się do woley korzeniaPięknego drzewa rodzaiu twoiego,A chocia z niego tak wiele plemieniaBohatyrskiego szło z wieku dawnego —Nie mniemay, aby miało przestać rodzićY żeby mu co starość miała szkodzić.

A iakom ci tu twoich przodków sławnychW miedzi ukazał wyrobione sztuki,Którzy na świecie żyli za lat dawnych,Takbych ci przyszłe rad ukazał wnukiY uczynić ich, iako starodawnych,Znaiomych światu, bych miał zto nauki.Widziałbyś także długie rzędy twoichPotomków, niemniey sławnych z dzieiów swoich.

Aleć się przyznam, że ia przyszłych rzeczy,Zupełney zgoła nie mam wiadomości;Ale iako to mdły iest wzrok człowieczy,Iako przeze mgłę widzę te skrytości.Iednak ci powiem, acz ponoponno nie grzeczyTwierdzić to — y ia nie mam zto śmiałości:To, co mi ieden niedawno powiedział,Co bez zasłony przyszłe rzeczy wiedział.

On mi powiedział — a iemu przedwieczneŚwiętego Ducha światło obiawiło —Że w dawne wieki y w te ostateczne,Takiey krwie w Rzymie, w Grecyey nie było,Któraby dała męże tak waleczneY tak ich wiele, iakoć przeznaczyłoŻyczliwe niebo, którzy w męstwie minąPierwszych, co w Sparcie y co w Rzymie słyną.

Między inszemi na myśl mi przychodziDzielnością pierwszy, a tytułem WtóryAlfons, który się w ubogi urodziWiek w ludzie wielkie y dzielne — y któryWzorem bydź może wieku swego młodzi,A tak go sława wyniesie do góry,Że wszystkich przeydzie, lub weźmie buławę,Lub sceptrum, lubo zacznie iaką sprawę.

W dziecinnem wieku wielki dank odniesieTo w podobieństwach woyny, to w myśliwstwie:Nie wysiedzi się zwierz w naygłębszem lesie,Pierwszy w turnieiach będzie y w gonitwie.Potem w prawdziwych woynach się podniesie,Wsławi się w boiu y nie w iedney bitwie.Często będzie miał na wierzchu swey głowy:Wieniec laurowy, trawiany, dębowy.

Nie mnieysza chwała z laty dostalszemiPotka go: swóy kray zachować spokoynyY państwo między sąsiady możnemi,Zatrzymać całe w okoliczne woyny,Mnożyć nauki z dowcipy pięknemi,Koszt na królewskie pompy czynić hoyny,W kaźniach, w nagrodach swą miarę zachować,Przyszłe z daleka rzeczy upatrować.

O, gdzieżby to on z obopólney zgodyBeł na niezbożne plugawe pogany,[Którzy natenczas y ziemię y wodyNaieżdżać będą], hetmanem obrany;Iakoby prętko, za tak wielkie szkodyY pogwałcone ołtarze, skaranyBeł hardy tyran, pomstą sprawiedliwą,Y z swoią sektą sprosną y brzydliwą.

Nie wściągnąłby go z Murzynem bogatemTurczyn swą sławną ianczarską piechotą;Bełby niedługo za wielkiem Eufratem,Za górę Taurus przeniósłby z ochotąY za kray, który wiecznem słynie latem,Białego orła, krzyż, lilią złotą;Y skryte źrzódła odkryłby Nilowe,Na krzest czarnych czoł, na obrzędy nowe“.

Tak mówił starzec. A młodzieńczyk chowałW sercu te mowy z strony swego roduY milczkiem w myślach swoich się radowałZ przyszłych potomków obfitego płodu.Iuż też świt rany dniowi ustępował,Y Phoebus dyszlem kierował do wschodu;Y iuż z daleka widzieli na wozieProporce, które trzęsły się w obozie.

Wtem starzec słowa mówił ostateczne,Zastanowiwszy konie biegu chciwe:„Ato iuż miasto y obóz słoneczneUkazuią wam promienie życzliwe.Do tego czasu atom was bespieczniePrzewiódł przez drogi mylne y wątpliwe,Teraz bez wodza iść możecie sami,Bo się mnie daley iść nie godzi z wami.

Tak zsadziwszy ich, pożegnał się z niemi,A oni pieszo na ziemi zostaliY przeciw słońcu krokami prętkiemiSwe do obozu nogi obracali.Rozgłosiła to wieść między wszystkiemi,Że trzey rycerze iuż się przybliżaliY sam się Goffred pilnie o nich pytał,Potem wstał z stołka, aby ich przywitał.

Gdy przyszedł Rynald, gdzie beł zgromadzonyLud przy Hetmanie pod wielkiem namiotem:„Odpuść — rzekł — Panie, żem się mścił, ruszonyW uczciwe — iako wszyscy wiedzą o tem.Iednak zarazem za grzech popełniony.Obaczywszy się, żałowałem potem.Teraz — iakoś chciał, atom ci się stawił,Abym swych przeszłych występków poprawił“.

Zaczem go Groffred obłapił łaskawy,Serce de niego skłoniwszy użyte:„Niechże występki y przeszłe twe sprawyIuż niepamięcią zostaną zakryte.Ale po tobie chcę, miasto poprawy,Abyś — iakoś zwykł — dzieła znamieniteCzynił y pierwsze pokazował męstwo,A z pokus leśnych otrzymał zwycięstwo.

Las, z któregośmy na woienne czynyY drzewo mieli na wielkie tarany,Teraz — nie wiedzieć dla iakiey przyczyny —Wniść weń nie mogą, tak iest zczarowany.Iuż tam nieieden ieździł dla dębiny,A nic nie sprawił. Y dla tego ścianyNieprzyiacielskie dotąd całe stoią;Przeto ty tam idź, gdzie się drudzy boią“.

Tak rzekł. A on się krótko ofiarowałDo każdey pracey, ile go stawało;Ale postawą mężną pokazował,Że siła sprawi, chocia mówi mało.Wtem z towarzystwem dawnem odprawowałWitanie, co się do niego zbiegało:Tam Gwelf, tam Tankred, tam drugie książęta,Tam insze beły przednieysze panięta.

A skoro one wesołe obradyNieraz powtórzył y skończył z przedniemi;Układny, ludzki, szczery, bez przesady,Witał się potem z drugiemi mnieyszemi.Nie mógłby więtszey rycerstwa gromadyMieć koło siebie z głosy życzliwemi,Kiedyby wszystko południe zwoiowałY z podbitego wschodu tryumfował.

Tak otoczony odszedł rycerz młodyKupą przyiaciół, od których sprawionyO leśnych czarach, iem także przygodySwoie powiadał, iako beł proszony.Gdy się rozeszli y żadney przeszkodyNie beło, przyszedł pustelnik uczonyTak mówiąc: „Siłaś, panie, zwiedził świata,Iako nikt więcey od dawnego lata.

O, iakoś Bogu powinien dziękować!On cię z więzienia y z czarów wybawił,Y błędną owcę chcąc zguby uchować,Znowu cię w swoiey owczarni postawił.Y z czego się masz cieszyć y radować:Wtórem cię sprawcą woley swey ustawił.Lecz upętany nie możesz grzechami,Iego wielkich dzieł tykać się rękami.

Bo cię tak bardzo ta marność światowaY ta cielesna sprosność oszpeciła,Żeby cię woda nietylko nilowa,Ale wszystkiego morza nie omyła.Samaby łaska Boża — tem gotowa,Co iey szukaią — z niey cię oczyściła.Przeto pokutuy, a proś odpuszczenia,Y spowiaday się, chceszli oczyszczenia“.

Tak rzekł, a on wprzód w sobie opłakiwałSwe harde gniewy y głupie miłości,Potem mu u nóg klęknąwszy, odkrywałBłędy y pierwszey występki młodości.Wtem go rozgrzeszył: „Iużeś — pry — pozbywałGrzechów y pańskiey dostał życzliwości.Iutro, skoro dzień, idź w górę wesoło,Która obraca na rany wschód czoło.

Tam się módl Bogu y tak czyst na duszy,Ztamtąd do lasu puść się niewątpliwy,Gdzie za pomocą [tak mi serce tuszy]Boską, zwyciężysz wszystkie tamte dziwy.Iedno cię niechay nie łudzą pokusy:Y na śpiewanie y na płacz fałszywy,Na prośby nie dbay, ani miey litości,A idź śmiele w las, bespieczny całości“.

Tak rzekł. A on chce iść za iego zdaniem,Y zwycięstwa się pewnego spodziewaY on dzień y noc różnem rozmyślaniemSam się do przyszłey potrzeby zagrzewa.Potem się zbroią, ieszcze przed świtaniem,Y zwierzchniem, nowem nasuwniem odziewaBarwy foremney — y sam ieden pieszyCicho wychodzi y w drogę się spieszy.

Beł ten czas właśnie, kiedy ieszcze dniowiDo końca placu nocne nie puściłyCienie, ale iuż zorze ku wschodowiY niektóre się gwiazdy rumieniły;Kiedy się puścił ku Oliwetowi,A oczy iego dziwnie go cieszyły,Kiedy na nocne y dzienne ozdobyNieskazitelne, patrzał oney doby.

Myśli: „O, iako wiele w się gromadziPałac niebieski światła tak iasnego!Dzień ma swe wozy, noc złote prowadziGwiazdy y koła miesiąca srebrnego.Przedsię my się w tem nie kochamy radzi,Wszyscy się światła chwytamy ciemnego,A śmiech niewieści płonny z chętnem okiem,Ciągnie za sobą myśl z ułomnem wzrokiem“.

Tak myśląc na wierzch góry wszedł wysokiY tam się modlił wnętrzney pełny skruchy,A myśl gorącą wyniósł nad obłokiY nieomylney modlitwy otuchy:„Ty — przeszły żywot, Panie, bez odwłokiOczyść y porwi grzechów mych łańcuchy!Tyś móy Bóg; niechże twoia łaska samaOdnowi we mnie starego Adama“.

Tak się tam modlił, a wtem promień złotyNiosąc, iutrzenka na świat wychodziła,Która wierzch góry y dziwney robotyZbroię swem światłem rumianem złociłaY na czoło mu y na piersi, lotyWolnemi, wiatry przyiemne puściła,Które mu z piękney iutrzenki — na włosy,Mokrego łona — chłodne trzęsły rosy.

Rosą tą iego szaty pokropione,Podobne przedtem barwą do popiołu.Teraz bladości pierwszey pozbawione,Y bielały się y lśniały pospołu:Tak nocnem zimnem liście pomrożoneOdżywia słońce nadwiędłemu ziołu;Tak wąż na wiosnę weseli się, któryMłodnieie, nowey nabywaiąc skóry.

Sam się odmianie tak nagłey dziwowałY różnie sobie onę rzecz rozwodził.Potem do lasu śmiele następował,Nic się nie trwożąc — y iuż go dochodził,Przyszedszy tam, gdzie każdego hamowałStrach, który z niego na inszych wychodził.Iemu się nie zdał straszny bydź weyrzeniem,Owszem wesoły swoiem gęstem cieniem.

Idzie kęs daley y usłyszy głośnyDźwięk, który błagał, serce przerażaiąc.Strumień żal iakiś wydawał nieznośny,Wiatr między brzegi wzdychał, powiewaiąc.Na wodzie łabędźłabęć narzekał żałośny,A słowik płakał, nieodpoczywaiąc;Śpiewacy, lutnie, brzmiały y organy,Z tak wielu głosów on dźwięk beł zmieszany.

Przeważny rycerz, który tak rozumiał,Że tam bydź iakie straszne huki miały,Słysząc, że wdzięczny wiatr z wód tylko szumiałY głosem pięknem syreny śpiewały —Zastanowił się y bardzo się zdumiał;Potem znienagła krok poniósł wspaniałyY w drodze inszey nie miał iuż przeszkody,Krom piękney rzeki przeźroczystey wody.

Brzegi wonnemi okryte ziołami,Y trawa miękka do siebie wabiła,A rzeka tak się rozdarła rogami,Że las na koło wielki otoczyła,A nietylko go obeszła wodami.Ale go śrzodkiem odnogą dzieliła.Tak las frymarczył, swóy cień y swe chłodyDawaiąc rzece za wilgotne wody.

Patrząc tam brodu rycerz odważony,Uyrzał przed sobą most bogaty, długi,Wszystek ze złota dziwnie urobiony,Który kamienne dźwigały frambugi.Poszedł nań śmiele, ale obalonyUpadł z niem pierwey, niż wszedł na brzeg drugi.Zaczem go woda niosła, pochwyciwszy,Nagle się w bystry potok obróciwszy.

On się obróci y uyrzy powodziWe mgnieniu oka głęboko wezbrane,Z których nurt gęsty odedna wychodzi.Niosąc zakręty na wierzch wymiatane.Lecz go to ieszcze tem bardziey podwodzi,Zwiedzić y przebyć lasy zczarowane;Ale go coraz co nowego wściągnie,Coraz go nowy dziw do siebie ciągnie.

Gdzie stąpi y gdzie ziemię nogą biie,Zdroie y wonne kwiecie wynikaią.Tu kwitną róże, tu białe lilie,Tu zdróy, tu piękne strugi wypadaią;Las wszystek w koło starość dawną kryie,Wszystkie się rózgi wdzięcznie odmładzaią,Miękczeią skóry u drzew, większą liścieZieloność na się bierze oczywiście.

Gałęzie wszystkie z manny miały rosy,Z pod skór obfite miody wychodziły.Y znowu wdzięczne słychać beło głosy,Które słodkością swą dziwnie cieszyły.Z drugiey zaś strony człowiecze odgłosyOdzywały się, ale się taiły:Nie może widzieć gdzie muzyka stoi,Kto instrumenty y kto lutnie stroi.

Widząc to, temu co zmysł pokazował,Za własną prawdę myśl wierzyć nie chciała.Wtem mirt uyrzawszy, z lekka następował,Gdzie w placu wielkiem ścieszka koniec miała.On się swem pięknem wzrostem popisował,Tak że z niem palma żadna nie zrównała;Wierzchem wysokiem mnieysze drzewa trwożył:Zda się, że tam las stolicę założył.

Stanął tam rycerz, bo go druga stronaIeszcze dziwnieyszem cudem przeraziła:Topola sama przez się rozerżnionaOtworzyła brzuch płodny y rodziła;Z którego nimpha pięknie ustroiona,Nimpha dorosła nagle wychodziła;Y sto drzew inszych tymże kształtem rodzi,Sto z nich udatnych pięknych nimph wychodzi.

Iako na scenie, albo malowaneLeśne więc czasem widamy boginieW pięknych koturnach, krótko ukasane,A każda na wiatr warkocze rozwinie:Tak się tu zdały y także ubraneWielkiego lasu córy po krzewinie;Okrom że tamte łuk y sadyaksaydak maią,Te w ręku lutnie y cytry trzymaią.

Wtem wszystkie taniec ięły skakać nowy,Y z samych siebie wieniec uczyniłyY bohatera y wysokiey głowyMirt — za ręce się wziąwszy — otoczyły.Potem wszystkie wraz łagodnemi słowyW słodkiem śpiewaniu, tańcuiąc, mówiły:„Otoś gość wdzięczny przyszedł w te krainy,Naszey królowey kochanku iedyny!

Prawieś tu do niey przyszedł pożądany,Pocieszyć srogiem stroskaną kłopotem.Ten las wprzód ciemny, w żałobę ubrany,[Zgodne z kłopotnem mieszkanie żywotem].Za twoiem przyściem dostawszy odmiany,Patrz, iak odmłodniał“. To tak wszystko o temBeło śpiewanie. Wtem skórę rozdzierałY płodne łono wielki mirt otwierał.

Dawne grubego Sylena zrodzenieDziwne się zdało staremu wiekowi,Lecz bardziey [to iest moie rozumienie]Temu się trzeba dziwować mirtowi,Co z siebie puścił — imo przyrodzenie —Panią, gładkością równą anyołowi.Przypatruie się Rynald oney sprawieY widzi w własney Armidę postawie.

Smętnie mu patrząc y wesoło w oczy.Tysiąc żądz razem w ieden wzrok wmieszała.Potem mu mówi: „Takli cię mam w mocy!Taklim to zbiega swoiego dostała!Po coś się wrócił? czy żebym iuż nocyY dni wesołych z tobą używała?Czy się na niechęć przeciw mnie zdobywasz,Że mi twarz kryiesz, a zbroię odkrywasz?

Czyś nieprzyiaciel, czy przyiaciel? — zgołaSpraw się! Iam wprawdzie złotych nie robiłaDla nieprzyiaciół mostów, anim ziołaY kwiecie dla nich y zdroie puściła.Proszę, zdeym szyszak, nie zakryway czoła,Ieśliś przyiaciel y ieślim ci miła.Złącz usta z usty y piersi z piersiami,Albo przynamniey złączmy się rękami“.

Mówiła daley smętno poglądaiąc,Y wścieldey znaki dawała miłości:Wzdychanie y łzy pospołu mieszaiąc,Świadki swey troski y więlkiey żałości;Tak, żeby beła mogła przerażaiąc,Zmiękczyć kamienie naiwiętszey twardości.Lecz się ostrożny rycerz tem nie ruszy,Dobywa miecza na leśne pokusy.

Chce ciąć w mirt, ona mirt zastępowałaZ okrutnem wrzaskiem: „Postóy, nieużyty!Ach, nie day Boże, abym widzieć miałaSwóy mirt kochany od ciebie zabity.Porzuć, albo więc — bo będę wolała —Wraź miecz Armidzie w piersi iadowity.Inszey nie naydziesz, okrutniku srogi,Do mirtu — chyba przez to serce — drogi“.

On miecz wynosi, niedba nic na czary,Ona zaś w inszą postać się zakryła;Y iako we śnie iedne z drugich maryOdmieniaią się — tak się odmieniła:Członki, twarz miąższą [rzecz trudna do wiary!]Wziąwszy, pierwszą płeć y gładkość zgubiła,Y olbrzymem się dziwnie wielkiem stała,A sto rąk, iako Bryareus, miała.

Pięćdziesiąt tarcz ma y mieczów, któremiGrzmi po powietrzu y ramiony miece;Nimphy też wszystkie, stawszy się srogiemiCyklopy, ostre przypasuią miecze.On się nie boi y razy cięszkiemiMirt, którego mu bronią, bardziey siecze;Ten bity, ięczy właśnie iako żywy...Powietrze brzydkie zasłoniły dziwy.

Spodkiem ziemia drży, nieba zaburzoneZ góry huk srogi na niego puszczaiąWiatry y wichry w kupę zgromadzone,Oczy mu y twarz piaskiem zamiataią.On przedsię serce niesie niestrwożone —Drzewa tak siecze, że wióry padaią.A skoro dąb ściął [bo dąb beł niemały,Choć się mirtem zdał] czary też ustały.

Wiatry ucichły, niebo do pogodyY las się wrócił do stanu pierwszego:Strachu y z czarów sprawioney przeszkodyPróżny — krom strachu swego wrodzonego.Potem próbuie znowu rycerz młody,Ieśli kto broni siec lasu onego;Nakoniec z śmiechem chwilę w mieyscu stoi:„Głupi, kto się was próżne larwy boi!“

Ztamtąd do pięknych namiotów kierował,Gdzie duchem Bożem Piotr wołał sprawiony:„Iuż pewnie wielki rycerz las zwoiował,Iuż się zwycięzca wraca z tamtey strony!“On wtem poważnie zlekka następował,Ozdobnie w białą zbroię obleczony.A orzeł iego blask piórmi srebrnemiNiezwykły ciskał od słońca ku ziemi.

Tam od wszystkiego woyska pożądany,Z gęstemi krzyki przyimował witanie.Y od Hetmana zarazem wezwany,Wielkie od niego miał poszanowanie:„On — prawi — straszny las uczarowany,Tak iako beło twoie rozkazanie,Iużem zwyciężył, iuż do niego mogąLudzie iść śmiele y bespieczną drogą“.

Zaczem zarazem do lasu posianoPo różne drzewo na woienne czyny;A choć pierwszych sztuk dobrze nie umianoZrobić, dla cieślów ladaiakich winy —Teraz kolo nich [iako powiadano]W takiem rzemieśle mistrował iedynyGwilelm Ligurczyk, który beł obranem.Sił chrześciańskich na morzu hetmanem.

Potem od możney armaty spędzony,Ustąpił morza nieprzyiacielowi;A teraz — wszystek z okrętów zwiedziony,Z strzelbą prowadził lud ku obozowi.Ten beł tak swemi kunsztami wsławiony,Że równia nie miał swemu dowcipowi;A stu zaś mnieyszem cieślom rozkazował.Którzy robili to, co wynaydował.

Nie tylko w ten czas kusze przysposobił,Byki, tarany y insze przyprawy,Żeby tak snadniey mocnem ścianom dobiłY mur tem pręcey uczynił dziurawy —Ale y wieżę foremną urobił,Którą dębowe wnątrz spinały ławy,A na wierzch twarde poprzybiiał skóryDla ogniów, które ciskać miano z góry.

Z wielu drzew y sztuk subtelnie spoiona,Iednem się ciałem wielka wieża staie;Z niey balka spodkiem w twarde obleczonaŻelazo, końcem twarde razy daie;Z pośrzodku zaś most — blisko podemkniona —Kładzie na muru ostateczne kraie;A wierzchem mnieysza wieża z niey wychodziY niewymownie nieprzyiaciół szkodzi.

Gdziekolwiek równa droga się nayduie,Bez wielkiey pracey, bez wielkiego trudu,Snadnie na gęstych kołach postępuie,Pełna rynsztunków y zbroynego ludu.Woysko się cieślów prętkości dziwuie,Co żywo bieży do nowego cudu.Potem dwie mnieysze wieże zbudowali,Na które z wielkiey wizerunki brali.

Ale tem czasem nie mogły być tayneTe u ostrożnych roboty poganów,Co straży — murów wysokich zwyczayne —Mogły z swych przeyrzeć baszt do Chrześcianów.Patrzali, kiedy tramy niezwyczayneWieziono w obóz, dla wież y taranów,Y kiedy ie iuż skończono, widzieli;Lecz iakie beły, trudno poznać mieli.

Przeto y oni wzaiem z każdey stronyPrzekopy swoie y wieże mocnili,Y gdzie mur słaby, albo beł zniżony,Tam go z pilnością wielką podnosili,Tusząc, że miał bydź tak pewney obrony,Żeby się naszy darmo oń kusili.Ale się Izmen naybardziey gotował,Y dla bronienia ognie przyprawował.

Miesza z siarkami kliie zaraźliweZ sodomskich iezior; zwiedza błotne brody;Zbiegł y do piekła [tak miał serce mściwe]Y wziął z stygiyskiey także kliiu wody,Z którego ognie porobił straszliwe,Miecące dymy y okrutne smrody:Myśląc, czarownik brzydki, onych czasówZemścić się swoich porąbanych lasów.

Gdy się tak woysko do szturmu z wieżami,A miasto do swych obron gotowało —Nad francuskiemi lecąc namiotami,Nieścignionego gołębia widziało,Który nie siekąc bynaymniey barkamiRozciągnionemi tak, iako się zdało,Szedł po powietrzu — nowy poseł — pióry,Y z obłoków się w miasto spuszczał z góry.

Ale niewiedzieć zkąd się wziąwszy potem,Ogromny sokół drogę mu przeszkodziłY zaraz mu ią swoiem rączem lotemMiędzy obozem y miastem zagrodził;Y nad naywiętszem ścignął go namiotem,Y tak się zdało, że go iuż dochodził,Iuż go paznogciem tylko niedopadnie,On wtem na łono Goffredowi spadnie.

Goffred go broni y w łono przyimuie,Y patrząc pilno [dziw mało słychany!]Pod iednem skrzydłem u niego nayduieList między pierzem nicią uwiązany.Weźmie go w ręce y odpieczętuieY czyta krótko w te słowa pisany:„Hetman egyptski śle AladynowiPokłon y zdrowie, żydostwa królowi.

Nie bóy się królu, a miey się na pieczyY do dnia się dzierż nadaley piątego,Y nieomylney bądź pewien odsieczyIerozolimie — od woyska moiego“.Takie zawierał opisane rzeczyCharakterami pisma pogańskiego,List powierzony lotnemu posłowi:Zwykły beł w ten czas ten sposób wschodowi.

Potem gołębia Hetman przestrzeżonyPuścił, który się pierwszemi drogami,[Źle posłużywszy panu], w swoie stronyZe złemi nie chciał wrócić nowinami.Wtem zgromadzoney radzie nalezionyList czyta, mówiąc: „To widzicie sami,Iako nas Bóg ma w swoiey opatrzności,Posyłaiąc nam takie wiadomości.

Przeto nam czasu daremnem mieszkaniemNie trzeba tracić. Bądźcie iuż gotowi;Chcę szturm za pierwszem miescmiejsc złych wyrównaniemPołudniowemu wrychle dać murowi.Trudna rzecz wprawdzie, ale moiem zdaniemNie niepodobna, bom się sam mieyscowiPrzypatrzył; ktemu mur ubespieczonyMieyscem, mniey stamtąd musi mieć obrony.

Ty chcę — Raymundzie, abyś swe taranyZ tamtego boku pod mury prowadził;Móy od północney bramy lud przebranyCiągnąć się będzie; iużem tak uradził,Aby poganin stamtąd oszukany.Boiąc się szturmu — ludzie tam gromadził.Wtem moia wielka wieża w onem czesiePomknie się daley y woynę podniesie.poniesie.

W tenże czas właśnie z trzecią — abyś wiedział —Wieżą Kamillu póydziesz, następuiąc“.Raymund wtem — który po Goffredzie siedział,Sam sobie w głowie tę sprawę rachuiąc,Powie: „Tak Hetman radę swą powiedział,Że się nic przydać, nic nie może uiąć.To tylko, żeby na pogańskie szlakiBeł wyprawiony ostrożny szpieg iaki;

Któryby pewney o woyska tamtegoLiczbie, zamysłach, dostał wiadomości“.Ozwał się Tankred: „Mam ia tu iednegoCoby się na to zszedł krom wątpliwości,Lekkiego na dziw, dowcipu wielkiego,Śmiałego, ale ostrożney śmiałości;Różne ięzyki pogańskie rozumie,Chód y głos zmyślić y postawę umie“.

On będąc zaraz na on czas wezwanemY zrozumiawszy czego po niem chcieli,Rozśmiał się, wesół stoiąc przed Hetmanem,Y rzekł: „W drodze mię wnet będziecie mieli;Niedługo szpiegiem będę niepoznanem,Tam kędy będą obozem leżeli;W biały dzień wnidę między ich namioty,Policzę iezdy, policzę piechoty.

Co za ludzie są, y iako ich wiele,Y iako dobrzy — nieomylnie powiem;Co ich wódz myśli, co nieprzyiacieleDaley chcą czynić — wszystkiego się dowiem“.Tak Wafryn w on czas tuszył sobie śmiele,Y zwykły ubiór zrzuciwszy z obowiem,Delią długą wdział pogańskiem stroiem,Y głowę białem opasał zawoiem.

Łuk wziął syryiski y przyprawne w pierzeStrzały, a ludzie mu się dziwowali;Cudze ięzyki tak wymawiał szczyrze,Że się zdumieli ci, co go słuchali.Egiptczyk w Memphim y Feniyczyk w TyrzePo mowieby go beli nie poznali.Koń miał tak rączy, że piasku po ziemiLedwie się tykał nogami prętkiemi.

Wtem — niż trzeci dzień przyszedł, FrancuzowiePrzeciwko murom drogi naprawili,Umieiętni też iuż beli mistrzowieSwoich woiennych czynów dokończyli,Bo na to beli dani przystawowie,Aby y we dnie y w nocy robili.Nic nie przeszkadza, nic iem iuż nie wadzi,Ostatnichby sił próbowali radzi.

W dobrey beł Hetman zwycięstwa otusze,On dzień przed szturmem modlitwą się bawiłY aby wszyscy nakarmili duszeChlebem niebieskim — surowo ustawił.Potem woienne tarany y kusze,Tam gdzie ich zażyć nie myślił — postawił;A oszukani poganie mniemaią,Że szturm przypuścić na mocny mur maią.

Skoro ciemności czarney przyszły nocy,Indziey się sroga wieża przetoczyłaY tam stanęła, gdzie mur mnieyszey mocy,Y gdzie obrona dobrze słabsza była.Kamillowa też, mnieysza, od północyZ pagórku patrząc poganom groziłaY Raymund także swoię iuż prowadziłY od zachodu pod mur ią podsadził.

Ale skoro świt wyszedł, prowadzonyOd złotey zorze w swey zwykłey ozdobie,Gdzie indziey postrzegł poganin strwożonyOgromney wieże y zwątpił o sobie,Tem więcey, kiedy z tey y z owey stronyWprzód niewidziane uyrzał wieże obieY wielką liczbę kusz narychtowanych,Taranów srogich, byków zakowanych.

Zaczem obrony swoie gęste na nieNieprzyiaciele ztamtąd przenosiliNa tamto mieysce, kędy ChrześciianieW nocy ogromną wieżę podsadzili.Lecz dobry Hetman pomniąc, że poganieMiastu na odsiecz w drogę się puścili.Dwiema Rubertom mówił y Gwelfowi:„Bądźcie swą iezdą — powiada — gotowi.

Y strzeżcie tego, gdy z ludem sprawionemPóydę na on mur, co to mniey wyniosły,Aby nie przyszły — szturmem zabawionem —W tył roty iakie y woyny nie niosły.Zatem piechoty pędem niewściągnionemWe troie pod mur rozdzielone poszły.Król też ze wszech stron lud uszykowanyZastawił, w świetną zbroię sam ubrany.

Tak obciążony sam z sobąsobą y latyOdwykły dawno temu ciężarowi,W on dzień się w zbroię y w szyszak bogatyUbrał y stanął przeciw Raymundowi.Soliman przeciw Goffredowi, a tyByłeś Argancie przeciw Kamillowi,Z którem beł Tankred, rad że miał w tey dobieNieprzyiaciela swego przeciw sobie.

Poczęli strzelcy strzelać iadowite,Śmiertelnem iadem napuszczone strzały,Od których niebo tak beło zakryte,Że się tak zdało, że ściemniał dzień biały.Ale się przedsię bardziey mury biteY cięższych razów z wież ogromnych bały,Co srogie kule ciskały na bramyY w końcach stalą okowane tramy.

Ieśli się komu kamieniem dostanie,Członki y blachy tak się na niem kruszą,Że ciała żadna postać nie zostanie;Nie tylko zaraz traci żywot z duszą,Co gorsza — postrzał nie zostawa w ranie,Ale potężną wyciśniony kuszą,Idąc na wylot, w ciele się nie bawiY wypadszy, śmierć po sobie zostawi.

Ale poganie na tak srogie razyNie dbaiąc, z murów mężnie się bronili:Płótna krzywemi uięte żelazy,Y wory wełną natkane spuścili.Ustępuiące nalazszy przekazy,Nie szkodzi postrzał y wnet się wysili;Sami, gdzie pod mur lud podchodzi bliski,Kamienie walą y lotne pociski.

Lecz naszy przedsię wszelkie zwyciężaią[Idąc ze trzech stron do szturmu] zawadyY postępuiąc, złożone dźwigaiąTarcze nad sobą, na lecące grady;Drudzy do murów wieże pomykaią,Któreby mosty przystawiły rady:Iuż ie spuszczaią, iuż y taran srogiemGrozi obitem twardą stalą rogiem.

Rynald tem czasem na mur nie naciera:Lada przewagę za sromotę srogąSobie rozumie; a zgoła się zdzieraIść pospolitą z podłem gminem drogą,Y patrząc daley, zwątpioną obieraY taką, którą iść drudzy nie mogą.O mur naywyższy, który stał spokoiem,Pokusić się chce swem osobnem boiem.

Y obrócił się do tych, co zmarłemuPosłuszni beli cnemu Dudonowi,Mówiąc: „O hańba wielka, ieśli temuDopuściemy stać w pokoiu murowi.Nagorsze razy — bespieczne śmiałemu,Wszystko dobremu równo rycerzowi,Tam śmiele pódźmy y tam sie udaymy,A tarcze spięte nad sobą trzymaymy“.

Ruszeni iego przykładem y słowy,W kupę do niego zarazem się zeszliY dach drzewiany, podług iego mowy,Z tarczy złożyli y nad sobą nieśliY wielkiem pędem — kryiąc podeń głowy,Z wielką odwagą pod mury podeszli;Sklep ziednoczony wszystko strzyma snadnie,Kamienie, drzewa y to, co nań spadnie.

Rynald napierwszy ze spodku wypadał,O dwustu szczebli z wysoką drabinąY tak ią dobrze iedną ręką władał,Iako wiatr włada pospolicie trzciną.Deszcz nań kamienny ustawicznie spadał,Drzewo, oszczepy, czego się dowiną,Z góry na niego ciskaią; on śmieleIdzie na mury, na nieprzyiaciele.

Z gęstych pocisków góry ułożone,Na tarczy niosąc, namniey się nie wzdryga;Y iedną ręką mury uchwyconeTrzyma, a drugą tarcz nad głową dźwiga.Sercem, przykładem iego przychęconeInsze go rączo towarzystwo ściga;Drabiny także na mury stawiaią,Lecz różne męstwo, różne szczęście maią.

Ten spadł zepchniony, ten zabity leży;On coraz lezie wyższemi szczeblamiY tak wysoko iuż iest, że przy wieżyChwyta się muru obiema rękami.Dopiero hurmem pogaństwo nań bieży,Spycha go na dół długiemi drągami;Ale się trzyma tak mocno, że gwałtemZbić go nie mogą na dół żadnem kształtem.

Odpiera mężnie, daley postępuie,Y iako palma na ciężar się sili,Tak y on więtsze męstwo ukazuieY siłę więtszą, im nań barziey bili;Tramy, kamienie y co go hamuie,Wszystko zwycięża mężnie w oney chwili.Iuż na mur wskoczył, iuż go — stoiąc na niemBespiecznem czyni, tem co idą za niem.

Szwankuiącemu Eustacyuszowi,Pod którem szczeble w końcu się złamały,Ściągnąwszy mężną rękę ku dołowiPomógł, że na mur przedsię dolazł cały.Ale gdzie indziey różne HetmanowiY niebespieczne rzeczy się przydały;Gdzie się nietylko ludzie bili sami,Ale y sztuki woienne z sztukami.

Na murze beł świerk wielki postawiany,Który wprzód masztem u okrętu bywał,Na którem wielki, poprzek zawieszonyTram okowany stalą — odpoczywałY wzad miąższemi linami ciągniony,Y popuszczony, mocnych wież dobywał;Y to się wracał, to zaś drugiem razemTłukł ie twardem łbem okrytem żelazem.

Tak Chrześciańską wieżę pędem srogiemW on czas uderzył ieden raz y drugi,Że zakowanem potłuczona rogiem,Gwoździami zbite rospuściła fugi.Nadbladło wewnątrz żołnierzom ubogiem,Ale wskok z wieże drąg wyparli długiZ kosami, które liny ucinały,Które wielki tram u masztu trzymały.

Iako kiedy więc od góry odwaliWiek sztukę skały, lub wiatry szalone,Cokolwiek zaymie — stłucze y obali,Y las, y domy, y bydło zamknione:Tak w ten czas właśnie tram okrutny waliLudzie, rynsztunki, wierzchy potłuczone.Wieża wysoka kilkakroć zadrżała,Trzęsły się mury y ziemia huczała.

Idzie, zwycięscazwyciężca dałeydaley ukwapliwyY mniema, że iuż opanował mury;Ale dopiero płomień y smrodliwyDym — nieprzyiaciel puścił nań do gury.Nigdy Mongibel takiem zaraźliwyŚmierdzącem ogniem nie kurzy z swey dziury;Nigdy indyiskie niebo w letnie czasyTak smrodliwemi parami nie straszy.

Race ogniste y wieńce, płomienieTe czarne, a te iako krew puszczaią;Oddech — smród, wzrok — dym, słuch odbiera grzmienie.Ognie się coraz szerzey rościągaią;Ogromney wieże surowe rzemienieŹle bronią, iuż się skurczone padaią.Y gdzieby z nieba w tem razie nie miałaWcześney pomocy, wszystkaby zgorzała.

Ale odważny Hetman w oney chwili,Nic nie strwożony na mieyscu zostawa;Y tem, co ognie wodami gasiliOchoty słowy, y serca dodawa.Tak Chrześcianie swey wieże bronili,Ale nakoniec wody iem nie stawa.Aż iednem razem wiatr powstawszy srogi,Na swoie sprawce obrócił pożogi.

Ogień od wiatru poszedł obrócony,Na płótna, które podnieśli poganieY suche czyny y miękkie obronyZrze, że ich szczętu w krotce nie zostanie.O wielki wodzu, od Boga strzeżony,O Bogu miły, pobożny Hetmanie!Tobie posłuszne niebo y życzliwyWiatr idzie na dźwięk twey trąby krzykliwy.

Lecz Izmen widząc, że się za wiatramiPrzeciwko niemu udały płomienie;Chce niezbożnemi swemi naukamiPrzymusić gwałtem wiatr y przyrodzenie.Y między dwiema na murze wiedmamiStraszliwy, w czarne ubrany odzienie,Stał — Plutonowi podobny srogiemu,Między iędzami dwiema stoiącemu.

Iuż czarnoksiężnik począł beł ponurySzemrać swe klątwy zwykłemi sposoby;Iuż się powietrze mięszało y w chmurySzło słońce z pierwszey złupione ozdoby;Wtem kamień wielki, co beł częścią guryWypchniony z wieże wypadł oney dobyY tak ugodził, że wszystkich zarazemRozcisnął kości y krew iednem razem.

Po powietrzu się trzy niezbożne głowyW tak drobne sztuki tam y sam rozniosły:Iako więc drobno suchy, lub surowyIęczmień trą młyńskie naciśnione osły.Tak zostawuiąc wesoły PhebowiPromień, do piekła brzydkie dusze poszłyNa wieczne męki, w podziemne ciemności.Wyknicie z tego, ludzie, pobożności!

Wtem wieża, z wiatru maiąc swą obronę,Tak, że iey ognie namniey nie szkodziły,Tak się pod mieyską podsadziła bronę,Że mogła na mur most zrzucić pochyły.Ale Soliman przypadł w tamtę stronę,Y wąską ścieszkę siekł ze wszystkiey siłyY odciąłby ią pewnie beł, by byłaNagle się druga wieża nie odkryła.

Ta po powietrzu szła y na przestrzeni,Stoiąc, budynki przenosiła wyzsze.Tu się dopiero zlękli Saraceni,Widząc, że miasto dobrze beło nizsze.Lecz sułtan śmiały, choć nań grad kamieniSpada, w swem mieyscu zostawa — y blizszeLudzie przychęca do mężney obronyY chce most gwałtem odciąć przystawiony.

W ten czas Archanyoł Michał niewidzianyOd inszych, dał się widzieć Goffredowi,Niebieskiem na bok mieczem przypasany,Światłem iasnemu podobny słońcowi:„Ato — pry — iaż dzień przyszedł pożądany,Iuż czas z niewoley wyniść Syonowi!Podnieś Goffredzie, podnieś wzgórę oczy,Patrz, iako gęste z nieba masz pomocy:

Woysk nieśmiertelnych zebrane gromadyMasz na powietrzu w niebieskiey ozdobie;A iać śmiertelnych zmysłów twych zawadyZdiymę z źrzenice, w cudownem sposobie,Ze nagie duchy, krom żadney przysady,Będziesz mógł widzieć w ich własney osobieY chwilę zniesiesz — zakrytych obłokiemAnyelskich twarzy blask — śmiertelnem okiem.

Patrz na tych, którzy beli RycerzamiChrystusowemi, a teraz są w niebie;Iako się biią z pogany y z wamiChcą być koniecznie w tak zacney potrzebie.Tam gdzie się mięsza kurzawa z dymami,Gdzie gęste trupy leżą podle siebie.Ugon się biie y — gdzie pilniey strzeżePoganin — gwałtem mocne tłucze wieże.

Tam patrzay, iako Dudon w świetney zbroiPodsadza ognie pod północną bronę,Stawia drabiny na mury, a twoiBieżą za iego powodem w tę stronę.Ten zasię, który na pagórku stoi,A ma kapłańską na włosach koronę,Biskup iest Admar; patrzay iako [prawi]Y teraz żegna y lud błogosławi.

Podnieś wzrok wyższeywyzszej na powietrze, kędyAnyołów poczet stoi niezliczony!“On oczu wzniozwszy, widział, że stał wszędyLotnych rycerzów zastęp uskrzydlony:Trzy pułki beły, a pułk we trzy rzędy,Każdy się kołem ciągnął rozdzielony;Koła zaś zwierzchnie bardziey się szerzyły,Lecz wnętrzne mnieysze y ściśleysze były.

Tu schylił blaskiem zwyciężone oczy,Y zaś ie podniósł, ale w małey chwiliZniknęło wszystko. Potem do swych skoczy,Którzy iuż wszędzie pogaństwo pędzili.Wprzód Rynald skoczył do miasta ochoczy,Potem co śmielszy za niem się puścili.Nie mieszka daley Hetman y wiernemuBierze chorągiew z ręku chorążemu.

Y bieży na most, ale mu się śmiałySoliman mężnie wpół drogi zastawił.Wielkiemu męstwu, polem iest plac mały,Który dwu wielkich rycerzów zabawił.Krzyknie na swoich Soliman zuchwały:„Ia tu chcę umrzeć, abym was wybawił;Wy podcinaycie most ostrem żelazemMnie w tył, a ia niech zginę tu zarazem!“

Ale obaczył, że Rynald straszliwyRozgromionemu dogrzewał ludowi.„A ia co? Mam — pry — polec tu zelżywy,Y marnie, na śmiech nieprzyiacielowi?!“Tak myśląc nowe obrony, leniwyZostawiał wolne przeście Hetmanowi.Ten nań naciera y świętą na murzeChorągiew stawia wytknioną ku gurze.

Ona z zwycięstwa harda, złote krzyżeNiezliczonemi kołami rozwiia.Zda się, że w nię wiatr nabożniey dmie, y żeSłońce blask od niey iaśnieyszy odbiia.Strzała y kula z twardey lana spiże,Abo wzad idzie, abo ią wciąż miia.Zda się, że Syon swem wierzchem wesołemPokłon iey czyni y biie iey czołem.

Wtem znak zwycięstwa y swoiey obradyWszystkie krzyk srogi hufce wypuściły;Y bliskie góry y przyległe sadyOstatnie dźwięki często powtórzyły.W tenże czas Tankred wszystkie zbił zawady,Które ze wszystkiey Argant czynił siły;Iuż y on swóy most do muru przystawił,Y krzyże na niem swe także postawił.

Lecz na południe, gdzie grabia z TolozeBił się szedziwy z palestyńskiem panem,Swoiey Gaskończyk dostawić nie możeWieże do miasta. Z trudem niesłychanemSili się barzo, ale nie pomoże,Bo tam król z ludem pilnuie przebranem.A chocia tam mur słabszy beł, w obronyWoienne zaś beł lepiey opatrzony.

Więc barziey, niźli gdzie indziey wściągałyWieżę w tem mieyscu niesposobne drogi;Y nie tak wiele dowcipy umiały,Aby złe mieysce nie trudniło nogi.A wtem gaskońskie hufce usłyszały,Y ci, co muru bronili — krzyk srogi;Stąd grabia poznał y król w Palestynie,Że miasto beło wzięte ku równinie.

Rynald zawoła y swoich przywodzi:„Miasto — pry — wzięte y iuż zwyciężoneDotąd się trzyma? masz, o piękna młodzi,Pole do męstwa ieszcze zostawione!“Ale król ztamtąd nakoniec uchodzi,Widząc, że tam iuż obrony zwątpiono;Y ku mocnemu udał się zamkowi,Tusząc, że tam ma wytrzymać szturmowi.

Wtem wszystko woysko w miasto iuż wchodziło,Nie tylko przez mur, ale y bramami.To co mu iedno wstręt iaki czyniło,Lub zbito, lubo spalono ogniami.Strach, narzekanie, wszędzie się szerzyło,A miecz gniewliwy karmił się śmierciami;Krew ciepła bieży strumieniem y kupyŹle żywych leie y pobite trupy.

Iuż beł wszędzie strach, albo miecz krwie chciwy,Wszystkie od obron rozpędził pogany;Sam tylko nie chce Argant nielękliwyOd dobytey bydź odpędzony ściany.Biie się przedsię, wzrok niosąc straszliwy,Y woli umrzeć w koło obegnany,Niźli ustąpić — y tę czyni postać,Że umieraiąc ma zwycięzcą zostać.

Lecz od Tankreda naycięzszy mężnegoWziął raz, który tam, bić się z niem gotowy,Przypadł. Po zbroi poznał wnet swoiegoNieprzyiaciela Cyrkaszczyk surowy:Co się z niem przedtem bił, y dnia szóstegoMiawszy się wrócić, nie strzymał umowy.Zatem nań krzyknie: „Tak się to wracaią?Tak to umowę, Tankredzie, trzymaią?

Późno, co prawda, ale to na stronę,Biy się! nie masz iuż wymówek przyczyny;Acześ nie rycerz [że y to wspomionę]Ale mistrz iakiś w ciesielstwie iedyny.Czyń sobie z swoich, iaką chcesz, zasłonę,Wymyślay wieże y niezwykłe czyny;Śmierci nie uydziesz wnetże, nieborakuZ mych rąk, o mężny niewiast zabiiaku“.

Rozśmiał się Tankred y tak odpowiedział,Przymówką oną iego uszczypniony:„Późny iest móy zwrot, ale abyś wiedział,Będzieć się zdał wnet prętki y kwapiony;Y radbyś, żebyś odemnie gdzie siedziałGórami, albo morzem rozdzielony.Obaczysz, że to nie strach we mnie sprawił,Żem ci się na czas — iakom rzekł — nie stawił.

Pódź sam na stronę — coś to rycerz taki,Co się z samemi biiesz olbrzymami —Przeciwko temu, co zaś ladaiakiZ boiaźliwemi walczy niewiastami“.Potem się do swych obróci y znakiCzyni y mówi: „Nie ma on nic z wami;Nieprzyiacielem on iest własnem moiem,Winienem się z niem bić osobnem boiem“.

On na to: „Lub się bić sam a sam ze mną,Lub chcesz gromadą — na twey woley będzie.Czyń zgoła, co chcesz, nigdziey się przedemnąNie skryiesz, bo cię naydę pewnie wszędzie“.Tak oba, wolą złączeni wzaiemną,Szli w przedsięwziętem do dzieła zapędzie.Gniew w iednem przyszedł do takiego końca,Że nieprzyiaciel stawa się obrońca.

Tak iest czci Tankred, tak iest sławy chciwy,Tak go pragnienie krwie pogańskiey grzeie,Że go nie zgasi [patrzcie iako mściwy!]Ieśli ią z niego kto inszy wyleie.Tarczą go składa y woła gniewliwyGdy kto nadiedzie: „Nie bądź tey nadzieie,Abyś go miał bić!“ I tak go z powodziZwycięzców mieczów zdrowego uwodzi.

Wychodzą z sobą z miasta, a za niemiW tył chrześciiańskie namioty zostały.Y szli tam, gdzie iem po nierówney ziemiNieznaczne ścieszki szlak ukazowały.Wtem pagórkami plac między gęstemiW ciasney dolinie natrafili mały,Tak iakoby beł z tey y z owey stronyDla poiedynków umyślnie sprawiony.

Tu widząc Argant od ChrześcianinaŁupione miasto, okrutnie się smucił,A bacząc Tankred, że u PoganinaTarczey nie beło, swą także odrzucił.„Iuż przyszła twoia ostatnia godzina,Trzeba, żebyś się [powiada] ocucił!Czy śmierć swą widzisz, że tak smętno stoisz?Ale się darmo y nie na czas boisz“.

„Myślę — odpowie Argant temi słowy —Że miasto, które żydowstwu panuie,

Iuż nieprzyiaciel łupi y plundruie,Y że niewielka pomsta z twoiey głowy,Którą mi teraz niebo obiecuie“.Wtem się ostrożnie do siebie porwali,Bo swoie siły wzaiem dobrze znali.

Tankred obrotem y ciała lekkościąSiła ma nadeń, lub siecze, lub chodzi;Ale zaś wzrostem y członków miąższością,Z drugiey go strony poganin przechodzi.Sam w się zebrany, aby go prętkościąPodbieżał — Tankred na to wszystek godzi:Mieczem swem często miecz iego nayduie,Y żeby mu go mógł odwieść — pilnuie.

Tąż sztuką idzie, ale rożnem strychemCyrkaszczyk srogi, wszystek wyciągniony,Y nie w miecz, ale w gębę godzi sztychem,Iako nadaley sięgaiąc ramiony;Y gdy go ów chce krokiem podpaść cichem,Do twarzy mu miecz obraca stalony,Strzegąc ostrożnie, aby mu urazyUkradkiem dane nie przyniosły razy.

Tak okrętami między nierównemi,Gdy cicho stoi ocean głęboki,Równa iest bitwa, kiedy ów lekkiemiBokami lepszy, ten wierzch ma wysoki;Ów koły coraz naciera prętkiemi,Ten ociężałe w mieyscu trzyma boki,Ale, gdy lżeyszy blisko zaś podpadnie,Wysoki z góry pożyie go snadnie.

Kiedy tem Tankred fortelem nań mierzył,Chcąc zastawiony miecz odwieść na stronę;Podał mu w twarz sztych Argant — on uwierzyłY biegł z swem mieczem twarzy na obronę.Ale on indziey tak prętko uderzył,Że niewczas Tankred przybiegł na ochronę,Y pchnąwszy go w bok, krzyknie: „Swą nauką,Swą iuż iest szermierz zwyciężony sztuką!“

Tankred się z gniewu wielkiego nie czuie,Gryzie się srodze y zębami zgrzytaY do pomsty się prętkiey tak gotuie,Że późno wygrać — za stratę poczyta.Y sztych mu poda tam, gdzie ukazuieWzrokowi przeszcie przyłbica zakryta;Argant odbiia on sztych y odwodzi,Wtem odważony Tankred miecz podchodzi.

Y kroku rączo pomknąwszy lewego,Lewą mu ręką porwie łokieć prawy,A prawą w lewy bok — końcem ostregoMiecza — kilkakroć sztych mu daie krwawy.„Tę — pry — odpowiedź od zwyciężonegoSzermierza, mistrz ma zwycięzca!“ DziurawyBok czuiąc Argant, miece się przezdzięki,Nie mogąc wydrzeć poimaney ręki.

Wtem miecz na sznurze puścił uwiązany,A sam Tankreda podpadł w rączem skoku.Toż czynił Tankred y tak opasanyWzaiem ten y ów, pomykali kroku.Nigdy tak mocno Alcyd zawołany,Anteusowi snadź nie ścisnął boku,Iako się w ten czas różnemi węzłamiCi żylistemi ściskali rękami.

Ten beł onemu koniec zapasowi,Że oba ziemię bokiem uderzyli,Lecz się zdarzyło, szczęściem Argantowi,Że lepszą rękę wolną w oney chwili —Lewą miał w spodku. A zaś TankredowiPrawa uwięzła. Ale się po chwili —Widząc, że mu tak Cyrkaszczyk beł srogi —Wymknął y stanął na ziemi na nogi.

Ten wstaie późniey, y niż wstał, nieznośnieCięszki raz nań spadł z góry bez obrony.Lecz iako się wraz wierzch wysokiey sośnieSchyla y wznosi, gdy dmą Aquilony:Tak go iego moc dźwiga, gdy żałośnieZda się, że na dół leci pochylony.Wtem oba na się mocno przycinali,Y sztuk szermierskich więcey nie patrzali.

Nie z iednego krew mieysca Tankred leie,Ale z Arganta wychodzi strumieniem;Iuż we mdłey sile wściekły gniew niszczeie,Iako za słabem płomień pożywieniem.Uyźrzawszy Tankred, że Cyrkaszczyk mdleieY słabiey siecze y macha ramieniem,Z wspaniałego gniew serca zaraz składaY odskoczy się y tak mu powiada:

„Znay mię zwycięzcą, kiedyś niedołężny,Że moie szczęście, a poniechay zwady;Ia z ciebie łupu, o rycerzu mężny,Nie chcę; bądź wolnem, posłuchay mey rady“.Tu Argant, bardziey niż kiedy potężny,Wszystkie swe siły zbiera do gromady:„Także Arganta masz za nikczemnego?Y poczytasz go za zwyciężonego?

Idź za twem szczęściem, a nie mów tak wiele.Nie iuż ten wygra, co słowy wywiera!“Iako więc głownia, gdy gaśnie w popiele,PosiłaPosila płomień y iaśnie umiera:Tak w niem gniew we mdłem y bezkrewnem cieleOżywia siły y na wierzch wypiera;Chciałby przed śmiercią, rozstaiąc się z słońcem,Ostatni swóy kres wsławić mężnem końcem.

Y lewą ręką prawey pomagaiąc,Cięszki raz spuszcza z obu rącz zarazem,Y zastawiony gwałtem przymuszaiącMiecz — miia, daley sięgaiąc żelazem.On srodze z żebra na żebro spadaiąc,Kilka ran zaraz iednem czyni razem.Ieśli się Tankred nie bał, serce żyweY z przyrodzenia nie beło lękliwe.

Znowu Cyrkaszczyk tnie nań bez obrony,Lecz na wiatr poszła siła y gniew mściwy,Bo się razowi Tankred postrzeżonyUmknął y w stronę uskoczył skwapliwy.Sameś ciężarem padł swem obalony,Y z tey miaryś beł, Argancie, szczęśliwy,Żeś sam przyczyną sobie beł swey zguby,Y nikt z padnienia twego nie ma chluby!

W ten czas rozszerzył rany bok otwarty,Z których gorącey krwie ciekły strumienie,Ale na ziemi, lewą ręką wsparty,Przedsię się bronił klęcząc na kolenie.„Podday się, nie bądź tak bardzo uparty!“— Miękkie zwyciężca maiąc przyrodzenie —Woła nań. Ale nic nie odpowiadał,Owszem mu milczkiem ranę w kostkę zadał.

Widząc krew Tankred z obrażoney nogi,Rozie się, gniew go rusza y sromota;Y wraził mu miecz kilkakroć, gdzie drogiW hełmie otwarte nie broniły wrota.Umierał Argant straszliwy y srogiY taki właśnie, iaki za żywota;Postać gniewliwą y wzrok miał surowy,Znać beło pychę y z ostatniey mowy:

„Nie chełp się z szczęściem,szczęściem, Tankredzie opiły,Nie twe to męstwo, Bóg to wszystko sprawił!“Ale pozbywszy wszystkiey prawie siły,Krwawe zwycięstwo zwyciężca zostawił;Widzi, żeby go mdłe nie zniosły żyły,Gdzieby się ztamtąd w drogę wzad wyprawił.Toli się przedsie puszcza w onem czesieY krok powłokiem y leniwo niesie.

Ale nie długo bok niósł spracowany,Bardziey słabieie, im się bardziey sili;Zaczem usiadszy, głowę zmordowanyNa ręce wspartą ku ziemi pochyli.W koło z niem wszystko chodzi; dzień odzianyZda mu się we ćmy y wzrok mu się myli.Y tak się zmienił, siły y krwie próżny,Że od Arganta z niczemw niczem nie iest różny.

Kiedy tu z przyczyn osobnych zwiedziony,Odprawował się straszny czyn Marsowy,Po dobytem się mieście z drugiey stronyBłąkał gniew srogich zwycięzców surowy.Kto tak wymowny, kto tak iest uczony,Żeby mógł godnie wypowiedzieć słowyKlęskę, y dnia krew wylaną onego,I żałosną twarz z miasta dobytego?!

Wszędzie się srożył y szerzył miecz srogi,Góry się z ludzi pobitych działały;Napoły żywych pełne beły drogi,A ranne — wierzchem trupy okrywały.Z roztarganemi włosami niebogi,Matki do piersi dzieci przyciskały,A cięszki łupem, po twardey opoceWlókł nieprzyiaciel panny za warkocze.

Ale w ulicach przeciw zachodowiKu górom, kędy wielki kościół stoi,Rynald płochemu dogrzewa ludowi,A krew pogańska ciecze mu po zbroi,Iednak nagiemu nieprzyiacielowiFolguie, tylko o lud zbroyny stoi:Szyszak, albo tarcz — naymnieysza zasłona,Nie mieć nic w ręku — naywiętsza obrona.

Bezbronnych wszystkich puszcza oney doby,A miecza tylko używa na miecze;Nagi lud groźney postawą osobyRozgania, zbroyny rzadko kto u ciecze.Widziałbyś tam beł dzielności sposobyRóżne: tych straszy, tych miia, tych siecze,Iako nierównem szczęściem uciekaią,Z zbroynemi równo, ci co zbróy nie maią.

Z częścią rycerstwa taił się strwożonyLud pospolity — chcąc zachować zdrowie —W kościele, który częstokroć spalony,Od Salomona y teraz się zówie,Przez którego beł naprzód założony;Marmurów, złota, kunsztowni mistrzowieDali mu dosyć; dziś nie tak bogaty,[Obronny iednak] iako beł przed laty.

Przyszedszy rycerz wielki w tamtę stronęZastał tam płoche pospólstwo zebraneY po wysokich wieżach na obronę,Gęste, woienne czyny zgotowane.Podniósł wzrok srogi y żelazną bronęDwakroć obeyrzał y wrota spiżane,Y dwakroć także prętkiemi nogamiObbieżał kościół z mocnemi wieżami.

Iako rozbóyca wilk koło oborySchadza wieczorem na zawarte stada,Y aby głodne nakarmił przemory,Chciwemu szuka brzuchowi obiada:Tak y on mocne obbiega zapory,Y gdzie się iaka nayduie zawada,Gwałtem chce przebyć, potem w mieyscu stanie.Patrzą z wysoka strwożeni poganie.

Zbyt miąższe drzewo na tamtem przechodzieLeżało między ciosanemi tramy;Iako więc miąższe u angielskiey łodziePoprzek wiszące na maszcie widamy.Ten mężną ręką w zapędzonem chodzieNiósł wielki rycerz do kościelney bramyY dał w podwoie raz niewytrzymany,Rospuściwszy w nie tram roskołysany.

Trudno wytrzymać kamień w one czasyY twarda spiża tak cięszki raz miała:Wyrwał z marmuru stalone zawiasy,Wrota wypadły, a ziemia zadrżałaNie mocniey taran zakowany straszy,Nie mocniey kule wypadaią z działa!Iako wylewa rzeka: takiem kształtemLeią się ludzie, nową drogą gwałtem.

Krwią z pobitego ludu wszędzie spływaszKościele, któryś przedtem beł dom boży.O pomsto Pańska, im późniei przybywasz,Tymeś iest cięższa y surowszey grozy.Ty teraz miękkie serca zatwardziwasz,Że się zwycięzca nad swóy zwyczay sroży;Obficieś ato, pohańce, pokrwawiłOłtarze teraz, któreś beł splugawił.

Ale tem czasem Soliman, gdzie leżyWieża ta, którą od Dawida zową,Zbierać rycerstwo rozgromione bieżyY wstręty czyni y obronę nową.Ku teyże idzie król Aladyn wieży,Którego taką sułtan potka mową:„Sam, o sam królu, miey się od tey strony,Uchodź do zamku, do pewney obrony.

Abyś w niem zdrowie y państwo zachował,Za co ia tobie, o królu, ślubuię“.On na to: „Wszystko niestetysz splundrowałMiasto miecz srogi. Ia iuż nie panuię.Prawda, żem beł żyw; prawda, żem królował.Więcey nie żyię, więcey nie króluię.Bełem coś kiedyś, teraz wyrok wiecznyPrzyszedł na wszystkich y dzień ostateczny“.

„Odpuść mi, błądzisz — o królu — w tey mierze“Odpowie z gniewem sułtan w oney dobie,„Niech nam królestwo zła Fortuna bierze,Przy królewskiey iest królestwo osobie.Ieszcześ nie zginął, dufay moiey wierze,Wnidź oto w zamek, a odpoczni sobie“.Tak w ten czas sułtan z oney mieszaninyUwodził w zamek króla Palestyny.

A sam dostawszy pierzystey buławy,Swą wierną szablę przypasał do boku,Y gęste czyniąc w ulicach zastawy,Woli tam umrzeć, niż ustąpić kroku;Każdy raz iego śmiertelny beł prawy,Gniew wściekły niesie w zapalonem oku.Każdy ucieka co nadaley, któryZayrzy buławy z żelaznemi pióry.

A wtem od roty swoiey prowadzonyPrzypadał Raymund w smalcowaney zbroi;Gdzie naygorszy raz, starzec odważonyBieży y cięszkiey broni się nie boi.Pierwey Tolozan tnie nań bez obrony,Ale daremnie, za iego nie stoi,Bo go tak mocno zaiął sułtan w ciemię,Że starzec wznak padł, nieborak, o ziemię.

Zatem się znowu tamci poprawili,Y na zwycięzcę mężnie nacierali;A Chrześcianie serce iuż traciliY bici beli, albo uciekali.A widząc sułtan wodza w oney chwiliNa ziemi, na swych, co go pilnowali,Zawoła: „Skoczcie, tego starca wzwiedźcieY do zamku go do więzienia wiedźcie“.

Ci chcą wypełnić iego rozkazanie,Lecz bardzo trudną onę rzecz znayduią,Bo zgromadzeni w kupę ChrześcianieSwoiego wodza bronią y ratuią.Litość z wściekłością w iednem placu stanieY o wielką rzecz z sobą się mocuią:O zdrowie wodza wielkiego; ci biegąWziąć mu ie gwałtem, a owi go strzegą.

Pewnieby beła strona w tey rozprawieSolimanowa przeciwną przemogła,Bo piorunowey wytrzymać buławieŻadna przyłbica, żadna tarcz nie mogła.Ale gromada wielka biegła w sprawieDo Tolozana, aby mu pomogła;Y w iednem czasie Hetman z iedney strony,A z drugiey przypadł Rynald zapędzony.

Iako więc pasterz, kiedy pełna gromuY wichru chmura z daleka przychodzi,A zewsząd ognie błyskaią — do domuPrzed niepogodą stada z pól uwodzi;Albo ie w ciszą pędzi po świadomu,Uchodząc przyszłych niebieskich powodziY przednie laską y głosem prostuie,A sam ostatnie — ostatni zaymuie:

Tak sułtan, widząc na się zgromadzoneChmury z wichrami nieuchronionemiY słysząc niebo z hukiem uderzoneStrasznemi głosy nieprzyiacielskiemi —Wprzód wyprawuie ludzie powierzone.Sam ustępuie znienagła za niemi.Lecz tak leniwy ustęp beł za wały,Że się zdał być wraz ostrożny y śmiały.

Y to ledwie mógł ustąpić za progi,Bo kiedy na dół popuszczono wzwodu,Iuż zawalone uprzątnąwszy drogi,Biegł Rynald pędem do mocnego grodu.Chciwość go sławy y gniew bodzie srogi,Chce zawziętego dobieżeć zawodu;Pomni, że taka beła obietnica:Mścić się szwedzkiego śmierci królewica.

Y ponobyponnoby się beł z wielkiey ochotyKusił na on czas o zamkowe wałyY nie bełby beł za mocnemi wrotyPrzed niem bespieczny Soliman zuchwały;Ale iuż Hetman trąbi na odwroty,Y ciemne mroki ziemię okrywały.A Goffred zatem w mieście się położył,Y szturm do słońca nowego odłożył.

Y mówi do swych wesoło: „LudowiSwoiemu zdarzył wielki Twórca nieba.Iuż koniec mamy wszystkiemu trudowi,Niczego się nam bać więcey nie trzeba.Zamek — nadzieię nieprzyiacielowiOstatnią — tylko wziąć będzie potrzeba;Do którego się na iutro gotuicie,Teraz z choremi ranne opatruycie.

Opatruycie tych, którzy nam dostaliTey oyczyzny krwią y swoią dzielnością;Na toście raczey rycerzmi zostali,Niż łupić, niż się unosić chciwością.Iużeście dosyć krwie naprzelewali,Zdobyczy wzięli, złota z maiętnością.Nie łupcie więcey, nie srożcie się więcey.Niech to po woysku wytrąbią co pręcey“.

To rzekszy, idzie tam, gdzie niedołężnyPo cięszkich raziech grabia odpoczywa.Nie mniey wesoło, swych Soliman mężnyCieszy, a twarzą żal w sercu pokrywa:„O towarzysze, często więc potężnyW zwycięstwie — bity nieprzyiaciel bywa.Y rzeczą samą, nie tak wielką mamySzkodę, iako to podobno mniemamy:

Z pospólstwem błahem tylko odbieżaneMury — nie miasto — wzięli Francuzowie.Bo w naszych ręku ma bydź rozumianeY w piersiach miasto y w królewskiey głowie.Króla zdrowego, rycerstwo przebraneY zamek mamy, o wielcy mężowie!Niechay się oni z murów wziętych chlubią,Bo naostatek i te pewnie zgubią.

Zgubią ie pewnie, kiedy uniesieniTem swoiem szczęściem, na którem się sadzą,Strzedz się nie będą y ubespieczeni,Na łupiestwa się y zdzierstwa udadzą.Tak w wszeteczeństwie, w gwałtach utopieni,Zwycięstwo z siebie nie trudne nam dadzą,Ieśli ich w takiem niedbalstwie zastanieWoysko egipskie, które idzie na nie.

A my wtem mieysca niżey położoneZ góry będziemy szkodzić kamieniami,Y ku Grobowi drogi obrócone.Trudnić z wysoka gęstemi strzelbami“.Takiemi serca Soliman strwożoneSwego rycerstwa wspierał nadzieiami.Tem czasem Wafryn między egipskiemiBłąkał się woyski nieprzyiacielskiemi.

Do przeciwnego woyska szpieg obrany,Samem wieczorem wyiechał za bronę.Y nie gościńcem — skryty y nieznany —Ale polami biegł całą noc onę.Ieszcze dzień na świat nie wchodził rumiany,Kiedy budowną minął Askalonę;A kiedy Phebus w południe swe wozyWegnał, Egipskie obaczył obozy.

Widział tak wiele namiotów rozbitych,Chorągwi różnych y grotów straszliwych;Słyszał tak wiele muzyk rozmaitych,Bębnów, cymbałów y surm przeraźliwych,Głosów wielbłądzich y wieżami krytychOgromnych słoni y koni krzykliwych,Że rzekł: „Wszystkę tu Azyą ruszono,Wszystkę tu w kupę Afrykę zwiedziono“.

Obozowi się pierwey przypatruie,Ieśli go przykop y wał iaki broni.Potem dróg skrytych więcey nie nayduie,Ani od ludu zgromadnego stroni,Ale gościńcem przestronem kieruie,Z nikiem się z bliska rozmowy nie chroni.O każdego się bespieczny ociera.A śmiałem czołem chytrych mów podpiera.

Y to tam, to sam po obozie chodziPrzez różne place, różne stanowiska.Stroiom y koniom y rycerskiey młodziPrzypatruie się y wie ich przezwiska.Ale na więtsze ieszcze rzeczy godzi:Bada taiemnic co nayskrytszych z bliska;Tak długo chodzi, to tu, to owotu,Aż hetmańskiego trafił do namiotu.

Y zayrzał płótna trochę rozprótego,Skąd oną dziurą beł mały słychanyGłos z hetmańskiego pokoiu dalszego,Gdzie przednie tylko przypuszczano pany;Tak że od tego — co się do tamtegoMieysca przystąpił — mógł bydź zrozumiany.Wafryn tam idzie, wrzkomo się zabawiaCzem inszem, wrzkomo namiotu poprawia.

Nie zdiął beł w ten czas hetman z siebie zbroie,Wszystek beł zbroyny okróm samey głowy;Przed niem z daleka — gdzie beły podwoieOstatnie — stało w świetne złotogłowyStroyno ubranych małych chłopiąt dwoie:Ten z tarczą, ów beł z szyszakiem gotowy.A słysząc Wafryn, że tam ktoś mianowałGoffreda, uszu pilno nadstawował.

Mówi mu hetman: „Y takeś bespiecznyZabić Goffreda? ńiechay co odniosęPewnego“. On zaś: „Niech będę bezecny,Gdzieć wrychle iego głowy nie przyniosę.Nie będę pewnie z inszych ostateczny,Co się sprzysięgli. A inszey nie proszęNagrody, tylko żebym mógł w KairzeWyryć ten napis na twardem porphirze:

Skaźcy Azyiey — Ormund odważony —Chrześćiiańskiemu tę zbroię wodzowiWziął z duszą, y tu na słup wystawionyWłożył ią, pamięć przyszłemu wiekowi“.Hetman mu na to: „Nie tylko z tey strony,Tak pamiętnemu godną uczynkowiNagrodę weźmiesz; aleć król zapłaci,Y gromadą cię złota ubogaci.

Przeto gotowe miey znaki fałszywe,Bo w krótkiem czasie damy bitwę sobie“.„Są — pry — gotowe“. Tu ony zdradliweMowy skończyły obiedwie osobie.Wafryn się zdziwi y w sobie wątpliweMyśli obraca różnie w oney dobie.Nie może poiąć, co za sposób takiZ przysięgi, co to za fałszywe znaki.

Szedł daley ztamtąd y onę niespanyCałą noc strawił, tak go to trapiło.A kiedy na świat dzień wychodził ranyY woysko z mieysca w drogę się ruszyło,To w ten, to w ówten pułk wiechał, wmięszanyY stanął także gdzie się położyło.Potem z iednego chodził do drugiegoNamiotu, chcąc co usłyszeć pewnego.

Chodząc tak, trafił tam, kędy siedziałaMiędzy rycerzmi y między pannamiPiękna Armida; y tak mu się zdała,Iakoby z swemi gadała myślami.Piękną twarz białą ręką podpierała,Na dół wdzięcznemi patrzyła gwiazdami;Nie wie, czy płacze, okrom że obrotneŹrzenice z mokrych pereł ma wilgotne.

A przeciwko niey — widzi, że dumaiącAni tchnie Adrast, ani okiem ruszy:Tak w niey utopił y wzrok y myśl, daiącObrok zgłodniałey pożądany duszy.Ale Tyzafern raz na nię patrzaiąc,Raz nań — to gniewem, to się żądzą suszyY na odmienney twarzy, to miłości,To wściekłey daie znak zapalczywości.

Altamor zasię [nie tak iako owi]W onemże kole z pannami żartował.Y wódz nie puszczał błędnemu zmysłowi,Ale ostrożnie źrzenicą kierował:Czasem do ręki chciwemu wzrokowi,Czasem do twarzy, czasem rozkazowałDo piersi, tam gdzie cienkie bawełniceDróg pozwalały w skryte taiemnice.

W ten czas się zdało chytrey białogłowieDopiero odkryć wyciągnione czoło.Y temi słowy nagle się ozowie,Śmieiąc się na nich y patrząc wesoło:„Pomnę na chluby, o zacni panowie,Was wszystkich, coście zasiedli tu koło.Y czekam od was pomsty obiecaney,Iakoście rzekli — pomóżcie stroskaney“.

Odpowie Adrast: „Czemu tę urodęPsuiesz frasunkiem, pani, bez potrzeby?Rynaldów ci łeb pewnie dam — y niebyIasnemi świadczę, że cię nie zawiodę.Ieśli też wolisz, o królowa, żebyBeł raczey żywy — więźniem go przywiodę“.Tak się Indyan chlubił w oney dobie,A drugi milczał, a gryzł się sam w sobie.

Do Tyzapherna potem wzrok życzliwyObróci: „A ty co mówisz?“ pytaiąc.On iey odpowie: „Ia którym leniwy,Za tem twem strasznem, zlekka postawaiąc,Póydę z daleka“. To mu tak dotkliwyDał sztych na on czas, z niego przeszydzaiąc.Ozwie się Adrast: „Ten który się boi,Słuszna — powiada — że zdaleka stoi“.

Tyzaphern na to, hardą trzęsąc głową,Powie, za miecz się nagle uchwyciwszy:„Rzeczą tu trzeba mężnem być — nie mową,O bohaterze, coś to nastraszliwszy!Y kiedyby mi nie szło o królową,Dałoby się znać, kto z nas boiaźliwszy“.Porwie się Adrast, ale uprzedziłaY między nie się Armida włożyła:

„Czemu mi ten dar — powiada — bierzecie?Któryście mi iuż nie raz darowali.Ztąd, że się memi rycerzmi zowiecie,Słuszna, żebyście z sobą się zgadzali.Mnie gniewa, kto się gniewa. Ieśli chcecieBydź ze mną, proszę, byście się iednali“.Taką surowe mową gniewy wściągaY w iarzmo dusze niezgodne zaprząga.

Wafryn słuchaiąc z daleka tam siedział,Y dostawszy tam takiey wiadomości,Odchodzi daley, aby się dowiedziałOney sprzysięgi, lecz beła w skrytości.Czasem się pyta, żeby kto powiedział,Z samey w niem roście więtsza chęć trudności;Chce abo tego przypłacić żywotem,Albo koniecznie dowiedzieć się o tem.

Tysiąc sposobów niezwykłych używa,Tysiąc chytrości wymyśla sam w sobie;Ale nic a nic przedsię nie odkrywaO oney skrytey sprzysięgi sposobie.Nakoniec węzeł wątpliwy — życzliwaFortuna w oney rozwięzuie dobie;Że mu wyraźnie wszystko powiedziano,Iako na zdrowie Goffredowi stano.

Wrócił się zaś tam, gdzie się zabawiałaArmida, między swemi rycerzami;Ta mu się droga nasnadnieysza zdała,Gdzie ludzi biegło tak wiele kupami.Y z iedną panną, co w kole siedziałaMiędzy inszemi białemigłowami. —białemigłowami,Przybliżywszy się, tak się wda w rozmowy,Iakoby ią znał y beł iey domowy.

Y rzekł, wrzkomo to dawaiąc żartowi:„Y ia do którey piękney rad przystanę;Łeb Rynaldowi albo GoffredowiUtnę y przy swem słowie się zostanę.Gdzie też któremu inszemu wodzowiKażesz go uciąć — każdegoć dostanę“.Tak Waffryn w on czas swą mowę z nią zacznie,Myśląc żart przywieść do rzeczy nieznacznie.

Wtem się rozśmieie, ale go wydałaTwarz iego w ten czas y śmiech przyrodzony;Bo iedna, która pilnie go słuchała,Z prawey stanęła podle niego strony.„Żadna cię — prawi — z tych nie będzie miała,Y nie będzieć żal, żeś tak obrócony;Ia cię za sługę swoiego przyimuię,Y iako słudze atoć rozkazuię“.

Potem mu rzecze, odwiódszy go sobie:„Znam cię, Waffrynie, okrom wątpliwości,Y ty mnie“. Zlękł się Waffryn w oney dobie,Ale się uciekł do zwykłey chytrości.„Iam cię, iako żyw, nie znał y o tobieNie słyszał; atoś godna z twey gładkości,Aby cię znano. To wiem, żeś własnegoNie zgadła, panno, imienia moiego.

Iam iest z Bizerty, Almanzor mię zową,A oyca zwano moiego Lesbinem“.Ona łagodną odpowie mu mową:„Przy się iako chcesz. Ia wiem, żeś Waffrynem.Odkupiłabym twe zdrowie swą głową,Ia cię nie wydam, żeś Chrześcianinem;Iam Erminia, pierwey niewolnicaTwoiego pana, twa spółsłużebnica.

Tyś mię w więzieniu ośm niedziel pilnował,Y stawiłeś się ludzko y przychylnie;Tyś beł móy przystaw, tyś mi usługowałW słodkiey niewoley; iam iest, patrzay pilnie“.On się iey coraz bardziey przypatrował,Nakoniec poznał, że ta nieomylnie.Ona zaś: „Chceszli y przysięgę przydam,Że cię nie zdradzę y że cię nie wydam.

Owszem cię proszę [masz ty swe przebiegi]Przywróć mi pierwszy żywot niewolnicy,Bo w tey wolności y dni y noclegiWiodę w nieznośney strapiona tęsknicy.A ieśliś też tu przyiechał na szpiegi,Y na to się tu bawisz — w taiemnicyBędziesz odemnie pewne rzeczy wiedział,O którychbyś się zinąd nie dowiedział“.

Zmilkł Waffryn na to. Ma świeże przykłady,Wiadom, co umie Armida zdradliwa;Płeć białogłowska ma zawżdy te wady:Chytra, odmienna, zła y świegotliwa,Dufać iem próżno, oszukaią rady.Tak się w niem biedzi różnie myśl wątpliwa.Nakoniec rzecze: „Przewodnik gotowy,Na potem dalsze odłóżmy rozmowy“.

Tak pierwey, niż się woysko ruszyć miało,Ziechać zarazem z niem się namówiła.Iemu się ztamtąd odeyść lepiey zdało,A ona się zaś do panien wróciłaY kiedy ią oń siła ich pytało,Żarty z swoiego rycerza stroiła.Potem ukradkiem wyszła, gdzie wiedziała,Że Waffryn czekał — y w pole iechała.

Iuż w mili beli y iuż iem cierpliweGinęły z oczu pogańskie namioty:„Teraz mi powiedz — Waffryn rzekł — zdradliweNa Gotyfreda sprzysięgi oto ty“.Ona mu zatem sztuki niecnotliweY rozpoczęte odkrywa roboty:Iest tu na dworze ośm, między któremiOrmund iest mężny, co się sprzysiągł z niemi.

Ten obiecuie temi sposobamiZabić Goffreda z towarzystwem swoiem:W ten dzień, gdy między obiema woyskamiBitwa się w polu wstępnem zacznie boiem,Oni złotemi zbroie swe krzyżamiPoznaczyć sobie y francuskiem stroiemW białą się barwę poubierać maią,Iakiey harcerze iego zażywaią.

Ale na hełmach znaki będą mieli,A to dla tego, aby ich tak znaiącSwoi miiali; a gdzieby widzieli,Że się boy krwawy iuż będzie miał zaiąć,W ten czas Goffreda zabić będą chcieli,Za iego mu się wierną straż udaiąc.A iadem maią napuszczone miecze,Że żaden ranny śmierci nie uciecze.

Ale iż na mię wiedzą, to poganie.Żem waszych herbów y stroiów świadoma:Muszę własnemi — na ich rozkazanie —Fałszywe znaki wyszywać rękoma.Ztąd teraz moie z obozu ziechanie,Że będąc tych ich zamysłów świadoma,

Nie chcę niewinney zdradą mazać ręki.

Ale nie tylko ta sama przyczynaMego ziechania“... Tu się zawstydziłaY wypuszczonych ostatnich dziewczynaChcąc słów hamować, źle ie wymówiła.Ale to barziey ruszyło Waffryna,Że ią nalegał, aby mu odkryła,Co to takiego? — „Czemu wżdy wiernemuNie dufasz słudze, królewno, swoiemu?“

Dopiero z serca głęboko westchnęła,Y drżąc, mówiła — ledwie zrozumiana —Sama do siebie: „Nie rychłoś poczęłaSromać się w prawdzie nędzna, utroskana.Czemu tę miłość, która cię uięła,Gwałtem zakrywasz? dziewko skłopotana!Przedtemeś na to oglądać się miała,Teraz iuż nie wczas, kiedyś zbespieczniała“.

Potem poczęła powiadać porządkiem:„Noc nieszczęśliwa, w którym utraciłaMiłą oyczyznę, beła mi początkiemMoich kłopotów; tamem ich nabyła.Stracić królestwo, mała — mem rozsądkiem —To więtsza strata, żem siebie straciła!Straciłam sama siebie w oney dobie,Nie mam rozumu, nie mam serca w sobie.

Pomnisz Wafrynie, kiedym iuż widziała,Że nieprzyiaciel zamek opanował,Iakom do pana twoiego bieżała,Gdy zbroyny w pałac — napierwszy wstępował;Iakom, zdaleka bieżąc, nań wołała:„Proszę, zwycięzco, abyś się zmiłował,Nie day żywota, nie day mi wolności,Tylko mi obroń panieńskiey czystości!“

On nie czekaiąc końca moiey mowy,Podał mi rękę swą niezwyciężonąY rzekł: „O panno, atom ia gotowy,Nie bóy się, całaś pod moią obroną“.Poczułam zaraz za onemi słowy,Nie wiem czem, duszę niezwykłem dotknioną,Co mi znienagła aż do serca poszło,Y srogi ogień y ból mi przyniosło.

Często mię potem nawiedzał niebogę,Daiąc znać, że go me kłopoty bolą.„Łupu — pry — z ciebie nie chcę; iedź w swą drogęGdzieć się zda do swych, puszczam cię na wolą“.Niestetysz, łup to, nie dar beł — rzec mogę —Dawszy mi wolność, wprawił mię w niewolą;Złota mi nie wziął, skarby mi zostawił,A serce mi wziął, rercaserca mię pozbawił.

Trudno skryć miłość. Częstom cię o panieMoiem — Wafrynie — strapiona pytała.Ty słysząc ono tak częste pytanie,Rzekłeś: „Płaciś się ty w niem zakochała“.Przałam się, ale gorące wzdychanieY troska moia świadectwo dawała;Miasto ięzyka, wzrok sam ukazowałOgień, który mię wszystkę opanował.

O niepotrzebnie milczenie użyte!Czemum u niego zaraz nie prosiłaLekarstwa pierwey, niźlim swe niezbyteY wyuzdane żądze rozpuściła?!Wtemem iechała y rany zakryteNiosąc w zanadrzu, umrzeciem myśliła.Potem, chcąc mdłego podeprzeć żywota,Nie chciałam wiedzieć, co wzgląd, co sromota.

Takżem się szukać moiego wykradłaPana, na srogiey rany uleczenie,Którą mi zadał, ale mię opadłaKupa żołnierstwa, chcąc mię wziąć w więzienie.Dobrzem na ten czas ziemie nie przepadła,Tolim iem zbyła między leśne cienie,Gdziem z wielkiem — licha pasterka — niewczasemChwilę mieszkała między głuchem lasem.

Lecz żądza, która mię beła minęłaZ strachu, y serce zasię orzeźwiało.Y w pierwszą drogę znowum się zawzięła,Ale mię gorsze nieszczęście potkało.Dopierom tam iuż — nieboga — zginęła,Bo mię rozbóystwo w drodze poimałoŁotrów egipskich, którzy bez przekazyHetmanowi w dar wiedli mię do Gazy.

Ten, kiedym mu zaś o swem powałaniupowołaniuY o swem stanie wszystko powiedziała,W wielkiem mię zawsze miał poszanowaniu,Y kazał, żebym z Armidą mieszkała.Takem kilkakroć beła w poimaniu,Kilkakroć wolna. Patrz, com wycierpiała;Lecz nie raz wzięta, nie raz wyzwolona,W pierwszem zostawam pęcie zniewolona.

Byle ten, co mi włożył te okowy,Nie rzekł, patrzaiąc na to me włóczenie:„Tułaiącey się nie chcę białeygłowy,Idź sobie, gdzie chcesz“. Y tak mię wyżenie.Ale nie tuszę, aby beł takowy;Ufam, że pierwsze wróci mi więzienie“.Tak Erminia w ten czas rozmawiałaY on dzień y noc całą z niem iechała.

Strzegł się gościńca y tylko ścieszkamiWafryn na on czas y polmi uchodził;Y za mieyskiemi stanął z nią murami,Kiedy mrok padał y Phebus zachodził.Wtem moc okrutna krwie między piaskami,Y zabity trup w niey mu się nagodził.Który wznak leżąc, martwem groził srodzeWzrokiem, po wszystkiey rozciągniony drodze.

Ale go minął Tankredów dworzanin,Bo po ubierze cudzoziemskiem kroiemY po zbroi znał, że to beł poganin.Lecz daley trochę widząc zwykłem stroiemInszego leżąc: „To iuż Chrześcianin,Który tu — prawi — musiał polec boiem“.Wtem zsiadszy, szyszak podniesie zakrytyY krzyknie: „Tankred, dla Boga, zabity!“

Nad Argantowem ciałem nieszczęśliwaErminia się na ten czas bawiła.Kiedy ią głosu przykrego pierzchliwaPrawie w pół serca strzała uderzyła.Na Tankredowe imię ledwie żywa,Ku Wafrynowi konia obróciła.Y widząc iego twarz, iako trup zbladła,Y iuż nie zsiadła, ale z konia spadła.

Niehamowane łzy nań wylewałaY smętne głosy z wzdychaniem zmięszane:„Po coś mię tu, zła Fortuno, zagnała?O złe widzenie, o niespodziewane!Takem cię długo, miły móy, szukała,Żem cię nalazła na swą cięższą ranę.Lecz co się z tego nalezienia chlubię?Kiedy nalazszy, zarazem cię gubię.

Nigdybym beła temu nie wierzyła,Byś miał bydź kiedy przykry memu oku;A terazbym się rada oślepiła,Tak żałosnego strzegąc się widoku.O piękna twarzy, iakoś się zmieniła!O piękne oczy, o wesoły wzroku,Gdzie się, ach, wdzięczne twe światło podziało,Które naytwardsze serca przerażało?

Lecz iakiśkolwiek, przedsię cię miłuię!Szlachetny duchu, ieśli przy odzieżySwoiey się bawisz, którą opłakuię,Odpuść śmiałości y moiey kradzieży:Niech zimne wargi koniecznie całuię;Nie wszystko śmierci okrutney należy,Niechay mi się też co z ciebie dostanie,Przynamniey martwych ust pocałowanie!

O wdzięczne usta, któreście cieszyły,Słodkiemi moię mowami niewolą:Proszę, abyście moiem dopuściłyUstom nad sobą wykonać mą wolą.Podobnobyś mi dał beł, o móy miły,To dobrowolnie, coć biorę swą wolą:Gwałtem cię niechay całuię, a potemNiech się z wzgardzonem rozstanę żywotem.

Ty ducha mego przyim z zwykłey ludzkości,Niechay pospołu z twoiem odpoczywa“.Tak mówi w on czas y z wielkiey żałościTaie y nędzna łzami się rozpływa.On, odżywiony z oney wilgotności.Przychodzi k’sobie y oczy odkrywa.Ale ie prętko zawarł y z stękaniemWzdychanie swoie zmieszał z iey wzdychaniem.

Ona poczuwszy, że tchnie rycerz młodyY że znienagła przychodzi ku sobie,Krzyknie: „Patrz na swe ostatnie obchody,Które oblewam łzami kwoli tobie.Ach strapionemu sercu życz ochłody,Albo niech z tobą w iednem lęgę grobie.Nie opuszczay mię, zatrzymay się ieszcze,Day ostateczney prośbie iakie mieysce“.

Otworzył Tankred ociężałe oczy,Y zaś ie zawarł. Wtem iey Wafryn rzecze:„Opatrzenia tu pierwey y pomocyPotrzeba, bo płacz nigdy nie uciecze“.A wtem do niego, rozbierać go, skoczy,Ta mu pomaga y tam, gdzie krew cieczePatrzy y rany nalazwszy — ogrzewaY w rychle się go uleczyć spodziewa.

Widzi przyczynę oney wielkiey mdłościTę, że krwie z niego wyszło bardzo siła;Ale krom rąbku, w takiey odległości,Nie ma, czemby mu rany opatrzyła.Tyś iey nie zwykłych sposobów — miłości!Zawiązania ran, w on czas nauczyła:Złote warkocze zurzynała sobie,Temi ie w oney zawiązała dobie.

Bo mała sztuczka cienkiey bawełniceTrudno wystarczyć wszystkiem ranom miała.Dyktamu nie ma, ale taiemniceWielkie w lekarskiey nauce umiała.Iuż snu cięszkiego zbywa, iuż źrzeniceBłędne podnosi, iuż do mdłego ciałaSiła się wkraca,wraca, iuż kęs włada głową.Widzi Waffryna z obcą białągłową.

„Iakoś tu trafił — mówi do Waffryna —A tyś kto? droga o lekarko moia“.PełznęłaPełgnęła wstydem na on czas dziewczyna:„Dowiesz się potem; teraz, iako twoiaLekarka, każęć [iest tego przyczyna]Nie gaday! Trzeba choremu pokoia;Gotuy nagrodę za wrócone zdrowie“.Wtem łono chorey podłożyła głowie.

Tem czasem Wafryn prowadzić go myśliW iaki dom, gwoli lepszemu wczasowi;A wtem do niego ludzie iacyś przyśli.Lecz poznał prętko, że to Tankredowi.Ci z niem pospołu beli pierwey, niśliWyzwał Arganta ku poiedynkowi,Ale iem kazał, aby pozostali;Teraz go — o niem zwątpiwszy — szukali.

Ale y inszy, co o niem zwątpili,Rozeszli się go szukać w różne strony:Ci mu z złożonych ręku uczyniliStołek, na którem wsparł się posadzony.On orzeźwiawszy, rzecze w oney chwili:„Tak to psom Argant leży zostawiony.Nie odchodźcie go, proszę was — pod niebem,Godzien, aby beł uczczony pogrzebem.

Ia iuż odpuszczam wszystko umarłemu.On zginął, iako rycerz zawołany;Y słuszna pewnie, aby beł y iemuTen ostatni dar powinny oddany“.Tak towarzystwu porucza inszemu,Aby go za niem nieśli na przemiany.A Wafryn, iak ów, co czego pilnuie,Przy Erminiey boku, koń kieruie.

Potem rzekł do swych: „Przebóg pókim żywy,Nie do obozu, do miasta mię nieście,Bo ieśli przyidzie ten żywot troskliwyY świat porzucić — wolę umrzeć w mieście:Y mieysce, w którem Bóg umarł prawdziwy,Zdarzy łatwieysze ostateczne przeszcie;Y iuż bespieczne sumnienie mieć mogę,Kiedy odprawię obiecaną drogę“.

Tak, iako beło iego rozkazanie,Do Ieruzalem prosto go niesiono.O Erminiey Wafryn miał staranie,Aby iey stanie blisko naleziono,Potem szedł tam, gdzie wiedział o Hetmanie,Do którego go zarazem puszczono.Chocia na ten czas radził na pokoiu,O końcu woyny y o przyszłem boiu.

Na brzegu łóżka siedział wódz łaskawy,Gdzie Raymund chory leżał na pościeli;Na koło beły postawione ławy.Na których pierwsi rotmistrze siedzieli.Gdy Wafryn począł swoię rzecz, zabawyWszystkie ucichły y wszyscy milczeli:„Tak iakoś kazał — powiada — Hetmanie,Bełem, gdzie leżą obozem poganie.

Zliczyć ich — żaden niech sobie nie tuszy,Choć też naywiętszey pilności przyłoży.Gdy woysko idzie, gdy się z mieysca ruszy,Okryią pola hufce y obozy.Zdroie y rzeki nieprzebrnione suszy,Gdzie odpoczywa y gdzie się położy.Syryiskie żniwa na ich pożywienie,Y rzeki — małe są na ich pragnienie.

Ale y iezda y między pieszemiPo wielkiey części lud nikczemny maią.Szyku niepilni, broniami ręcznemiNic nie są; w łuki nabarziey dufaią.Acz są niektórzy dobrzy między niemi,Zwłaszcza Persowie — tak o nich trzymaią.Między wszystkiemi iest zaś namężnieyszyPułk nieśmiertelny y napotężnieyszy.

A nieśmiertelnem dla tego go zową.Że się w niem próżne mieysce nie nayduie:Y kiedy ieden wystanie, na nowąSłużbę zarazem drugi następuie.Emiren wodzem y naywyzszą głową,Ten przed wszystkiemi dzielnością przodkuie;A król mu kazał, aby z woyskiem swoiemW przestronem polu czynił wstępnem boiem.

A drugiego dnia będą nieomylnie;Iuż czas niemały iako się ruszyli.A ty Rynaldzie, strzeż się — proszę — pilnie,Bo się nabarziey na ciebie groziliY namężnieyszy rycerze usilnieSwe miecze na cię y gniewy ostrzyli.Armida sama tem będzie nagrodą,Co cię zabiią, albo cię przywiodą.

Między temi się Altamor zamykaKról z Sarmakanty, po którem się liczyAdrast, co wzrostem olbrzyma dotyka.A swemi państwy z iutrzenką graniczy.Miasto konia się na słoniu potyka,A w żelazney go wiedzie uździennicy.Iest y Tyzaphern mężny, nad któregoNie maią w woysku rycerza więtszego“.

Na Wafrynowę powieść RynaldowiZ oczu y z twarzy ogień wyskakuie.Radby co pręcey nieprzyiacielowi,Z wielkiey radości mieysca nie nayduie.Tu nie przestawa, ale HetmanowiPogańskie zdrady Wafryn ukazuie:„Na cię się — prawi — o Hetmanie, siły —Na cię się miecze pogańskie zmówiły“.

Potem częściami iął wszystko odkrywać,Iako na zdrowie iego czyhać miano;Iakich szat, iakick zbróy mieli używać;Iaką nagrodę zdraycom obiecano.Y insze rzeczy — iako zwykło bywać —Powiadał Wafryn, o które pytano.A Goffred zatem rzecze w oney dobie:„Powiedz Raymundzie, co się też zda tobie?“

„Ia — pry — nie radzę, aby, iako chcecie,Zamkowi szturm beł iutro rano dany;Lepiey, kiedy go szańcami zawrzecie.Że nieprzyiaciel będzie obegnany.Tak zeszłe woysko świeższe mieć będziecie,Ieśli wam przyidzie do bitwy z pogany.A ty się namyśl, ieśli lepiey bawićNieprzyiaciela? ieśli pole stawić?

Ale tych przestróg nie waż lekce sobie,A nade wszystko — opatrz zdrowie swoie;Wiesz, co należy na twoiey osobie:Wszystkiego woyska zdrowie — zdrowie twoie.Ażeby zdrayca nie wskurał na tobie,Każ swym harcerzom insze włożyć zbroieY znaki insze. Tuszę, za tą radą,Że się sam zdrayca odkryie swą zdradą“.

„Znaczna twoia chęć y rada życzliwa —Odpowie na to Hetman Raymundowi —Ale wiedz, co iest u ciebie wątpliwa,Że bitwę chcę dać nieprzyiacielowi;Boby sromota beła y zelżywaWoysku, Azyey okrucicielowi.Kryć się za mury y za wały; wolemIść iasnem dziełem y przestronem polem.

Imienia zwycięstw naszych nie strzymaią,Nie tylko żeby w twarz nam weyrzeć śmieli.A kiedy polem tem razem przegraią,Iuż utwierdzone państwo będziem mieli.Ale y w zamku nie długo wytrwaiąPoddać się będą koniecznie musieli“.To powiedziawszy, na on czas odchodził,Bo iuż mrok ciemny słodki sen przywodził.

Iuż słońce ludzie do zwykłych budziłoRobót, iuż dziesięć godzin dnia miiało,Kiedy pogaństwo, które w zamku było,Coś czarnawego z daleka uyrzało,Co pola — nakształt mgły iakiey — okryło;Ale po chwili nakoniec poznało:Woysko egipskie, które zasłaniałoNieba kurzawą, pola okrywało.

Z takiemi w on czas ludzie obleżeniKrzykami z góry słyszeć się dawaią,Z iakiemi stadem żórawie w iesieniOd tracyiskich gniazd za morze lataią.Y pod obłoki — zimnem przerażeni —Krzycząc, do ciepłych brzegów uciekaią.Bliskie nadzieie — ręce do strzelaniaY ięzyk czynią prętki do łaiania.

Domyślili się zaraz Chrześciianie,Skąd one nowe groźby dochodziły,Y z mieysc wysokich widzą, że poganieIdą y woyska iuż się przybliżyły.Boli serc mężnych namnieysze czekanie,Ognie wnątrz piersi ochotne paliły;Młódź niecierpliwa w kupę się zebrała,Y — „Każ się potkać, Hetmanie!“ — wołała.

Ale wódz mądry, choć go nagrzewali,Nie chce zwieść bitwy, woli ich hamować;Y gdy się to ten, to ów napierali,Nie chciał nikomu dopuścić harcować:„Trzeba, żebyście dzień ieden wytrwali,Cóż? ustawicznie mam wami horować?!“Nieprzyiaciela chciał pono w śmiałościY w głupiey trzymać o sobie dufności.

Za temi słowy woysko ochotnieysze,Teskliwe świtu czekało ranego.Nigdy powietrze nie beło pięknieisze,Y pogodnieysze, iako dnia onego:Piękna iutrzenka śmiała się, iaśnieyszeBiorąc promienie od słońca złotego;Niebo bez rąbku y nad zwyczay świetne,Chciało na dzieło patrzyć tak pamiętne.

Skoro białemu świt ustąpił dniowi,Y słońce weszło — Goffred woysko sprawiłY wyszedł w pole, a przeciw królowiPalestyńskiemu Raimunda postawił.A przy niem zostać rozkazał ludowi,Co się beł z bliskiey Syryey wyprawiłDo swych wybawców, przydał y Gaskony,Aby beł zamek zewsząd oblężony.

Idąc, na twarzy zda się bydź takowy,Że się każdy z niey zwycięstwa spodziewa;Niebo życzliwe zdobi go y nowySposób powagi na niego wylewa.Nad zwyczay się zda udatnieyszy z mowy,Twarz mu wesołą młodością odziewa;Wzrok ma tak żywy, tak ochoty pełny,Że się zda więcey niż człowiek śmiertelny.

Przeciw pogaństwu prosto następował,Tam kędy obóz ich beł zatoczony,A następuiąc wzgórek opanowałSobie w tył, z lewey położony strony.Czoło rozciągnął, boki uszykowałWąsko ku równi. Dla lepszey obrony.Piechotę śrzodkiem puścił w oney dobie,A iezdą skrzydła ubezpieczył obie.

Na lewem skrzydle, które zastąpionąGórą, w bok tamten beło bezpiecznieysze,Ruberty, bracią postawił rodzoną;Bratu piechoty poruczył śrzednieysze.Sam poszedł w prawo, w równinę przestroną,Gdzie mieysce beło naniebespiecznieysze;Gdzie nieprzyiaciel, który go przechodziłLudźmi, na koło okrążyć go godził.

Tam lud ćwiczeńszy y lepiey ubrany,Z swoiemi chciał mieć Lotaryńczykami;Y między iezdę, lud pieszy wmieszanyY tu y ówdzie rozłożył mieyscami.Potem uczynił huf wielki zebranyZ co naydzielnieyszych, który za skrzydłamiNa stronie w prawo z daleka położył,Nad którem starszem Rynalda przełożył.

„Ty — pry — zwycięstwo masz, o znamienityRycerzu, ziednać, tobą wszyscy stoiem;Za rozwlokłemi skrzydłami zakrytyZ hufcem twoiem stóy, cierpliwy spokoiem.z pokojem.A gdy nastąpi nieprzyiaciel, y tyPotkasz się z boku z towarzystwem swoiem;Który mem zdaniem myśli [chciey mi wierzyć]Okrążywszy nas, w bok y w tył uderzyć“.

Potem od roty do roty biegaiąc,Zagrzewał iezdy, zagrzewał piechoty,Y twarz wesołą z szyszaku wydaiąc,Do Marsowey ie pobudzał roboty.Mężnem — ich dzieła pierwsze wspominaiąc,Śmiałem — ich chluby przydawał ochoty;Wątpliwe twierdził, iednem obiecowałUrzędy, drugiem żołdu poprawował.

Tam gdzie się roty przednieysze zebrałyStanął y prętkie zahamował biegi;Y na pagórek wiechał okazały,Gdzie się rycerstwa kupiły zabiegi,Iako z gór potok spadaiąc zuchwały,Na dół więc niesie rozpuszczone śniegi,Tak mu obrotne z ust płynęły słowa,Tak prętka beła iego głośna mowa:

„O cni wschodowych państw okróciciele,Którzyście mieczem Azyą skrócili;Teraz dzień przyszedł, o który tak wiele-Kroć, tak gorąco Bogaście prosili.Nie bez niebieskiey tu nieprzyiacieleOpatrzności się wszyscy zgromadzili:Żebyście trudom kres dali przystoyny,Skończywszy iedną bitwą wszystkie woyny.

W iednem zwycięstwie wszystkie mieć będziemy,Bez wielkiey pracey, bez wielkiey trudności;A nie bóymy się, że woysko widziemyIch takiey liczby y takiey wielkości.Samo się w sobie, iako wnet uyrzemy,Wikle w niezgodzie y w swoiey różności.Tych namniey, którzy bić się będą chcieli,Ci — mieysca, a ci serc nie będą mieli.

Z nagiem wam ludem przyidzie do potkania,Słaba w nich sprawa, słabsza ieszcze siła,Których od robót, albo próżnowaniaGwałt y niewola z domu wypędziła.Tarcze, chorągwie — według mego zdania —Drżą im od strachu; słyszę głosów siłaNiezgodnych, widzę sprawę pomieszaną;Czuią śmierć bliską, widzą swą przegraną.

Hetman ich co to wrzkomo męstwem słynie.Co się we złocie świeci nastroynieyszy:Czy że raz wygrał bitwę na Murzynie,Albo Arabie, ma nam bydź silnieyszy?Przebóg, co pocznie w takiey mieszaninie,By też beł dobrze naumieiętnieyszy?Sam swoich nie zna, zwoiswoi go nie znaią,Tacyż to, proszę, porazić nas maią?

Iam iest Hetmanem woyska wybranego,Oznaliśmy się zwycięstwy, bitwami;Którego nie wiem oyczyzny? któregoRodzaiu — pytam — nie znam między wami?Miecz znam każdego, strzałę znam każdego,Niechay ią widzę na powietrzu, sami —Że zgadnę — przyznać będziecie musieli,Czy ią Irlandczyk, czy Francuz wystrzeli.

Zwykłey rzeczy chcę: [y tu skończę mowę!]Iakoście zwykli, tak się dziś stawicie!Na moię sławę, na cześć Chrystusowę,Na swą powinność ku Bogu — pomnicie.Idźcie, poraźcie pogaństwo na głowę,Utwierdźcie zacne y święte nabycie;Nie chcę was bawić, dobryście znak daliZ oczu y z twarzy: iużeście wygrali“.

Kiedy domawiał, nie bez podziwieniaŚwiatłość mu padła z góry na ramiona:Iako więc lecie noc z swego odzieniaGwiazdy z długiego otrząsa ogona.Mogło być y to, że ią z przyrodzeniaSłońce cisnęło z co głębszego łona.Niektórzy, którzy on promień widzieli,Za znak przyszłego królestwa to mieli.

Lecz ieśli człowiek śmiertelny w skrytościBoskie wniść może swemi domysłami —Podobno Anyoł z wieczney opatrznościStróż iego — zszedszy, okrył go skrzydłami.Kiedy tak Goffred serca y śmiałościDodawał swoiem takiemi mowami,Hetman egipski także nie próżnowałY swe potwierdzał y woysko szykował.

Widząc zdaleka, że iuż następowałLud chrześciiański, szedł w pole z swoiemi;Y także iezdę z boków uszykował,A śrzodek wszystek zasadził pieszemi.Sam prawe skrzydła sobie zostawował,A Altamora chciał mieć nad lewemi.Muleassowi piechotę zlecono,Armidę prawie w śrzodku postawiono.

Przy sobie kazał być TyzaphernowiZ indyiskiem królem y nieśmiertelnemuHufcowi; ale gdzie się ku polowiLewe ciągnęło skrzydło przestronemu —Afryckie króle dał Altamorowi,Tamże rozkazał stanąć y perskiemu,Y dwiema królom z południowych kraiów.Odzie strzelców beło tak wiele rodzaiów.

Tak swe Emiren sprawił, y biegaiącZ pułku do pułku, śrzodkiem y stronami,To przez tłumacza, to przez się gadaiąc,Mieszał srom z chwałą, nagrody z kaźniami.Iednemu mówił: „Czemu tak spuszczaiącTwarz, w ziemię patrzysz? samemi cieniamiStraszni będziemy nieprzyiacielowi:Co może dziesięć przeciw tysiącowi?“

Drugiemu zasię: „Z taką twarzą śmiałąIdź, o rycerzu mężny, do potkania“.Niektórem na myśl przywodzi zbolałąOyczyznę y iey łzy y narzekania;Inszem czeladkę doma pozostałą,Y iey ustawne wspomina lękania:„Wierz mi żołnierzu, żeć u nóg upada,Y tak oyczyzna przez mię z tobą gada:

Tobie y twoiey poruczam dzielnościMoie ustawy y święte kościoły;Niewinne panny broń od zelżywościY groby dziadów y martwe popioły.Od ciebie proszą w nieszczęsney starościRatunku starzy, umarli na poły.Tobie dzieciny, żona, [żal się Boże!]Tobie małżeńskie ukazuie łoże“.

Wszystkiem zaś mówił: „Was teraz swoiemiRycerzmi y swey obrońcę swobodyCzyni Azya, czekaiąc nad temiZbóycami przez was pomsty za swe szkody“.Tak sposobami na on czas różnemi,Różne do boiu przychęcał narody.Ale iuż milczą hetmani, y obieIuż następuią woyska przeciw sobie.

Beło co widzieć, kiedy się sprawione,sprawioneObiedwie woyska ku sobie ruszały,Y kiedy w gęste pułki rozdzieloneIuż w się uderzyć, iuż się potkać miały.Piękne chorągwie wolno rozpuszczone,Pełnemi łony z wiatrami igrały;Złoto, żelazo, herby, świetne stroie,Polerowane błyszczały się zbroie.

Tak wiele kopiy miały obie stronie.Że się z nich zdał być las takiiaki wysoki.Iuż zewsząd ostre błyskaią się bronie,Iuż łuki ciągną, drzewa kładą w toki.Gniewów swych panów poprawuią konie,Rzeźwieysze czynią — niż kiedy — poskoki,W mieyscu nie stoią, nogami kopaią,Ognie y dymy nozdrzami pryskaią.

Ono widzenie straszne y surowe,W strachu pociechę iakąś wydawało;Y trąb, y muzyk woiennych MarsoweŚpiewanie, uszom swą rozkosz dawało.Ale choć mnieysze woysko Chrystusowe,Pięknieysze się być y weselsze zdało:Muzyki iego krzykliwiey śpiewaią,Y piękne zbroie iaśniey się błyskaią.

Wprzód nasze trąby zagrały; poganieZarazem się też z swoiemi ozwali.Wtem na kolana padli ChrześciianieY z nabożeństwem ziemię całowali.Iuż się straszliwe poczyna potkanie,Iuż pola nie znać, iuż się pomieszały;Iuż się na skrzydłach bitwa poczynała.Iuż się za iezdą piechota ruszała.

Któż wżdy się z woyska wprzód ChrześciiańskiegoPotkał na on czas? Co też mówią o tem?Tyś o Gildyppo, w króla ormuskiego,Irkana naprzód uderzyła grotem.Niewieściey ręce sławy y takiegoSzczęścia Bóg życzył! y zasięszzasięś ma potemRościęła piersi, słyszy umieraiąc,Nieprzyiacioły on raz wychwalaiąc.

Drzewo królowi w piersiach ormuskiemuZłamawszy, miecza od boku dostałaY rozpuściwszy koniowi rączemu,Sciśnione perskie hufce rozrywała:Brzuch Zophirowi rościęła śmiałemuY ielita mu wytoczyła z ciała;Alarkowi zaś krtań przecięła srodze,Razem pokarmu y głosu dwie drodze.

Artarsa ciętem razem ogłuszyła,Śmiertelny dała sztych Argeusowi.Potem — gdzie ręka lewa się schodziłaZ ramieniem — cięła w staw Izmaelowi;Odcięta ręka wodzę opuściła,Około uszu świszczy miecz koniowi;On czuiąc wolność, bieży w przek — y kędyWpadnie, sprawione wszędzie mięsza rzędy.

Y inszych wiele legło od tey broni,Których wiek dawny pogrąził w milczenie.Persowie rączych popuszczaią koni,Iuż około niey zewsząd zgromadzenie.Ale iey mężnie iey małżonek broni,Zastawuiąc się przy swey miłey żenie;Tak mężna para sobie pomagaiąc,Szła przez gęste się hufce przebiiaiąc.

Nowy czynienia wierni małżonkowieZachowywali sposób w oney chwili:Oboie swoie lekce ważąc zdrowie,Ona go, on iey, wzaiem się bronili.Ona obrony swey nie daiąc głowie,Odbiia razy, któremi nań bili;On także tarczą składał ią, gotowyY nagiey dla niey nie żałował głowy.

Spólna iest pomsta, spólna iest obrona,Spólny ratunek y iemu y oney;On zuchwałego zabił Artobona,Pana na wyspie Boekan rzeczoney.Pod lewą pachą przebił Alvantrona,Który kęs dosiągł iego ulubioney.Ona Armunta zabiła śmiałegoW ten czas, kiedy siekł na męża miłego.

Ale daleko więcey naszych ginieOd Sarmakanty króla w inszey stronie:Gdzie koń obróci y gdzie mieczem kinie,Leżą na pował y pieszy y konie;Szczęśliwy, kogo zaraz dusza minie,Od iego ostrey, nieuchronney bronie;Y niewie, iako koń kąsa gniewliwy,Gdy kto od miecza zostawa w pół żywy.

Ze dwiema społem zaraz bóy rozczyna:Z wielkiem Andronem, dużem Brunellonem.Iednemu tak łeb y szyszak rozcina,Że na ramionach został rozdzielonem;Drugiego trafia, gdzie się śmiech poczyna,Serce mu mieczem rozwalił stalonem;Tak, że się — nędzny, po niewoley śmieie,Y tak, śmieiąc się, ostatni raz zieie

Ale y inszych zamordował siłaAltamor — okrom wyżey mianowanych:Zabił Gwidona, Gwaska, Radomiła,Y wiele inszych rycerzów wybranych.Kto zgadnie? iako wielka liczba byłaZabitych, abo koniem podeptanych?Kto ich imiona własne może wiedzieć?Kto śmierci y ran różność wypowiedzieć?

Nie śmie nań natrzeć żaden człowiek żywy,Wszyscy iednemże uciekaią torem.Tyś, o Gildyppo, sama w bóy wątpliwyZ wielką śmiałością weszła z Altamorem.W łuk Amazonka opasana krzywy,Żadna tak dobrze nie władnie toporem,Iako na on czas przeciwko strasznemuOna królowi szła Sarmakańskiemu.

Tam mu z obu rącz zadała raz tęgi,Tak uderzyła mocno w hełm złocony,Że się Altamor uchwycił za kręgiY ku ziemi się podał pochylony.Raz wielkiey mocy y wielkiey potęgiPoznał poganin, którem uderzony,We mgnieniu oka oddał iey zarazem,Ciąwszy ią w czoło stalonem żelazem.

Tak ią ciął mocno, że się mu miecz zwinął,Y że nieboga zaraz ogłuszała,Wszystka w niey pamięć, wszystek zmysł w niey zginął;Mąż ią uchwycił, gdy z siodła leciała.Potem ią [tak iey szczęście chciało] minął,Lub to wspaniałość iego sprawowała:Iako lew mężny nad tem, który leżySrożyć się nie chce y od niego bieży.

Ormund tem czasem, który beł obranyNa zdradziecki czyn pospołu z inszemi —W zmyślonem stroiu między ChrześciianyChodził nieznacznie z towarzyszmi swemi.Tak nocni wilcy częstokroć w dzień rany,Podemgłę się psy zdadzą domowemi,Y na obory dybią, a ogonyWątpliwe, pod brzuch tulą przemorzony.

Iuż milczkiem przypaść na Hetmana chcieli,Iuż ieden, insze uprzedzaiąc swoie,Podpadał podeń, lecz że beli w bieli,Poznał swe Goffred podeyrzane stroie.Krzyknie: „Ci to są, co mię zabić chcieli,Widzicie herby y fałszywe zbroie,Które krzyżami poznaczyli sobie“,Wtem się do niego porwie w oney dobie.

Ranił go srodze. On tak wielkiey siły,Y tak odważny y tak przedtem śmiałyNic się nie bronił; mróz mu w zimne żyłySzedł, zapomniał się, został skamieniały.A wtem nań zewsząd wszystkie miecze biły,Wszystkie nań strzały, oszczepy leciały.W tak wiele sztuk szło Ormundowe ciało,Y inszych iego, że trupa nie miało.

Skoro siąsię Goffred uyrzał ukrwawionem,Wchodzi w bóy srogi y tam się udaie,Kędy przed mieczem tył nieuchronionemAltamorowem — lud iego podaie,[Który od niego tak beł rosproszonem,Iako afrycki piasek, kiedy wstaieGniewliwy Auster] y zawściąga koniUciekaiących y tego, co goni.

Zaczem się sroga bitwa zaczynałaMiędzy Goffredem y tem poganinem.Tem czasem indziey piesza także wrzała.Między Mulassem y między Baldwinem.Ale y iezda iuż się rospierałaPod górą, krwawem Gradywowem czynem,Gdzie sam Emiren y gdzie na niezmiernemSłoniu się biie Adrast z Tyzaphernem.

Na Roberta wpadł Emiren starszego,Y równi sobie beli — moiem zdaniem;Ale Indyan przemagał młodszego,Iuż zbroię posiekł, iuż y szyszak na niem.Tyzaphern nie miał nikogo pewnego.Coby mu godnie równy beł potkaniem;Lecz się tam y sam przez hufce przebiia,Y niepodobnie siła ich zabiia.

Tak bitwa trwała, a strachy włożone,Na równey wadze z nadzieią wisiały;Wszędzie po polu drzewa pokurczone,Y połamane oręża leżały.Przebite piersi, boki przebodzione,Rozcięte brzuchy we krwi się walały:Trupy wznak, albo ku ziemi nosamiLeżą, iakby ią kąsały zębami.

Żywy na zmarłem, pod umarłem żywy,Koń zdechły leży podle pana swego,Zwyciężca podle siebie [tak straszliwyBóy wszystko zmieszał!] ma zwyciężonego.Nie iest milczenie, nie krzyk wyraźliwy,Coś tylko słyszeć niezrozumiałego.Szmer iakiś cichy z sobą się biiących,Stękanie rannych y umieraiących.

One tak piękne y tak świetne zbroie.Teraz się w straszną twarz poobłóczyły:Złoto — promienie utraciło swoie,Farby — swey pierwszey piękności pozbyły.Pierza y kity y wesołe stroieZ swey się ozdoby wszystkiey obnażyły;Wszystko zdeptano, ieśli iakiey trochyKrew nie oszpeci, oszpecaią prochy.

Wtem Murzynowie; słońcem przepaleni,Z Araby, którzy lewy róg trzymali,Krąg uczyniwszy wielki, po przestrzeniNieprzyiacielom w tyły zaieżdżali;Y strzelcy w mieyscu tamtem postawieni,Na Chrześciiany z daleka strzelali,Kiedy z swem hufcem Rynald przypadł z boku,Tak iako piorun puszczony z obłoku.

Asmir z Meroey beł okrom wątpieniaMiędzy arabskiem pułkiem namężnieyszy;Tego ściął zaraz, kiedy do czynieniaZ niem, imo insze wypadał przednieyszy.A kiedy go smak pierwszego zdarzeniaZaiuszył we krwi, bieżał ochotnieyszyW naygęstsze hufce, y niewymówioneDzieła poczynił y ledwie wierzone.

Miecz mu się w ręku tylko trochę błyszczy,Kilka ich ginie od cięcia iednego.Iako więc żądłem wąż tak prętko świszczy,Że się trzy zdadzą z iednego samego;Toż rozumieli, którzy beli bliscy,Że miał trzy miecze: z machania prętkiegoTo pochodziło, że się tak mylili,A z strachu temu tem więcey wierzyli.

Iednem — libiyscy y czarni królowieOd iego miecza szli pod ziemię — śladem.Inszych zaś iego cni bohaterowieBili swoiego starszego przykładem.Tak z swem rycerstwem pogańscy wodzowiePolegli, iako kłosy zbite gradem;Bitwą trudno zwać: iedna strona biie,A druga tylko nadstawuie szyie.

Ale nie długo twarzy obracali,Biorąc przystoyne y uczciwe rany;Podali tyły y tak uciekali,Że wszystek ich szyk został rozerwany.Iednak tak długo naszy nacierali.Że szedł w rozsypkę hufiec rozegnany.Potem się zebrał zwycięzca, niechcącyBić więcey mieczem w grzbiet uciekaiący.

Iako wiatr o las wstrącony w iesieni,Albo o górę gniewliwiey dmie, aleW szerokich polach na wielkiey przestrzeniŁaskawiey wieie y nie tak zuchwale;Iako przy skałach morze bardziey pieni,A na głębiey ma spokoynieysze fale:Tak im mniey wstrętów przeciwnych nayduie,Tem bardziey Rynald gniewy swe hamuie.

Kiedy tak nie chciał bohatyr wspaniałyNa zbiegłych grzbietach zabawiać swey siły,Biegł na piechoty, które iuż nie miałyIezdy w tę stronę, coby iey broniły.Arabskie hufce wszystkie zuciekały,Y afrykańskie iuż podały tyły,Nie maią żadney od konnych obrony;Wtem Rynald przypadł z iezdą zapędzony.

Wpadł iako wściekły na dardy wytknione,Hufce y gęste poprzerywał rzędy,Posiekł y szyki pomięszał ściśnione,Taka iego moc, takie beły pędy!Pole iuż wszystko krwią beło skropione,Zbróy posieczonych y ciał pełno wszędy:Wszędy pobitych leżą wielkie kupy,A iezda końmi gęste depce trupy.

Przebił się Rynald aż do śrzednich szyków,Tam gdzie Armida na złotem iechałaWozie, a w koło swoich miłośników,Y z przednieyszych straż bohatyrów miała.Kiedy iuż bliski beł onych strażników,Z wielu go znaków zarazem poznała:On się mało co zmienił — bardzieybarziej ona,Wprzód mrozem, potem gorącem dotkniona.

Iakby iey nie znał, miia złote kołaY daley idzie rycerz ukwapliwy,Ale swoiego nie chce puścić zgołaSpółmiłośnika hufiec zazdrościwy.Wszyscy nań niosą rozgniewane czoła,Do mieczów idą; sama do cięciwyStrzałę przykłada, gniew się w niey zaymuie,Ale go miłość wściąga y hamuie.

Miłość przeciwko gniewowi bieżała,Y dotąd kryty ogień w niey wytknęła;Trzykroć na niego łuku pociągała,Trzykroć wątpliwey ręki zawściągnęła.Gniew plac otrzymał, a miłość przegrała:Nakoniec strzałę z cięciwy wypchnęła,Wypchnęła strzałę y zasię życzyła,Wypuściwszy ią, żeby go chybiła.

Radaby zasię, żeby się wypchnionaStrzała od niego w iey serce wróciła;Tak wiele miłość mogła w niey stracona,A cóż? kiedyby beła zwyciężyła!Tak sama w swoich myślach rozdwoionaNiestałe żądze ustawnie mieniła:To chce, to nie chce, y gdy strzałę puści,Zarazem iey żal, że ią nań wypuści.

Ono strzelenie zostało w swey chwale,Bo go trafiła w wymierzone mieysce;Ale niewieściey blach wytrzymał strzale,Y nie ięło się zbroie mdłe żeleśce.On iey tył podał, ona swoie żaleZ gniewami miesza, mniemaiąc, że ieszczeSzydzi z niey. Potem trzykroć weń strzeliła,Lecz go ona nic — miłość ią raniła.

Mówi do siebie, żałosna swey wzgardy:„Y także to iest ten pan niepożyty?!Podobno ciało ubrał w kamień twardy,Iako y serce, że iest niedobyty.Niedba nic, widzę, nieprzyiaciel hardyY z oka strzałą y z cięciwy bity.Nieprzyiaciołkam zbroyna — zwyciężona,Y miłośnicam bezzbroyna — wzgardzona!

Niewiem iuż, iakiey mam używać siły,Dufa twardemu sercu, twardey zbroi.Nadzieie mię iuż wszystkie opuściły,Żadnych strzał, żadnych mieczów się nie boi.Ostatnie mię iuż pomocy chybiły,Legli rycerze y obrońcę moi“.IakośJakoż widziała, że iedni zabici,Drudzy leżeli ranni, z koni zbici.

Widzi nieboga, że sama została,Y wie, że mu się pewnie nie obroni;Y choć ma oszczep y łuk — nie dufałaY Latonówny, y Pallady broni.Od wielkiego się strachu zapomniała,Równie iak łabęć, gdy go orzeł goni;Tak się y ona, to tam, to sam kręci,Sama nie wie, gdzie bieży bez pamięci.

Ale Altamor [który nachylonyHuf perski w on czas wracał ku boiowi:Y by beł nie on, wszystek rozproszonySzedłby beł na miecz nieprzyiacielowi]Widząc ią w tak złem razie, niewściągnionyW tę stronę wodze wypuszczał koniowi,Y swą cześć y swóy hufiec zostawował:„Niech — pry — świat zginie, bylem iey ratował!“

Źle strzeżonemu wodzowi — przybywszy,Uprząta drogę, ona iedzie za niem;A wtem on iego hufiec rozgromiwszyRynald y Goffred, wciąż iechali na niem.On wszystko znosi nad zwyczay cierpliwszy,Gach niźli hetman lepszy — moiem zdaniem —Potem w bespieczną uwiódszy ią stronę,Niewcześną niósł swem pomoc y obronę.

Bo na tem skrzydle iuż beli poganieZbici y iuż się beli rozsypali,Ale na lewem zaś tył ChrześciianieNieprzyiaciołom sromotnie podali.Roberta — który w piersi wziął dwie ranie,W łeb iednę — swoi ledwie ratowali;Drugiego Adrast poimał: tak obieWoyska do tych dób równe beły sobie.

Wtem Goffred wziął czas, y znowu sprawioneHufce wiódł przeciw nieprzyiacielowi:Tak skoczył — niosąc kopiie złożone —Ieden róg przeciw drugiemu rogowi,Nieprzyiacielską krwią oba skropione,Tak ci z tryumphem idą, iako owi:Z obu stron idzie Zwycięstwo y Chwała,A w poyśrzodku Mars y Fortuna stała.

Kiedy tak bitwa między woyski wrzałaY on czyn krwawy Marsa surowego;Gdzie wieża widok daleki dawała,Poyźrzał Soliman z zamku wysokiegoY widział iako odmienna mieszałaFortuna — rzeczy rodzaiu ludzkiego.Y zewsząd ściekłe krwią poboiowiska,Y wielkie Śmierci y Losu igrzyska.

Chwilę niemałą na bitwę patrzywszy,Tak w sobie zagrzał wnętrzne żądze swoie,Że zaraz w pole, zamek opuściwszy,Wypaść y wstąpić chce w surowe boie.Y szyszak tylko na głowę włożywszy,[Bo z siebie nigdy nie zdeymował zbroie].Krzyknie: „Cokolwiek naznaczyły nieba:Dziś albo umrzeć, albo wygrać trzeba“.

Lubo niebieskie wyroki tak chciały,Które go wewnątrz bodły bez przestania,Aby ostatki żadne nie zostałyPalestyńskiego więcey panowania;Lub śmierć swą czuiąc, umysł go wspaniałyGrzał potkać się z nią. Tak bez rozmyślania,Nagle na on czas z otworzoney bronyWypadał, wielkiem pędem niewścigniony.

Tak beł gorący y tak niecierpliwy,Że nie chciał swoiey poczekać drużyny.Sam na tak wielu idzie w bóy straszliwyNa gęste miecze, strzały, rohatyny.Ale y inszy potem y szedziwyPuścił się za niem sam król Palestyny.On co tak wielkiey wprzód beł ostrożności,Teraz do takiey przychodzi śmiałości.

Na których naprzód wpadł niespodziewany,Tak prętko beli y tak nagle zbici,Że nikt nie widział, kiedy dawał rany,Tylko coś poyrzał, aż oni zabici.Od pierwszych idzie między Chrześciiany,Z głosu do głosu, strach — iako po nici —Tak że syryiski lud iuż beł nachyły,Począł pierzchliwe ukazować tyły.

Mnieyszy iuż beł strach między Gaskończyki,Bo iako ie beł ich pułkownik sprawił —Mieysca y swoie zatrzymali szyki;Na tych się naprzód Soliman zabawił.Żaden ptak, żaden zwierz paznogcia — dziki —Y zębu nigdy tak bardzo nie skrwawiłKrwią zwierzów mnieyszych, iako w on czas siłaSolimanowa szabla krwie wypiła.

Trudno wymówić zgoła, iako wieleGraskonów mężny sułtan zamordował,Ale y tyran palestyński śmieleZ swoiem rycerstwem za niem następował.Wtem Raymund stary — na nieprzyiaciele,Tam gdzie Soliman ludzie iego psował —Świadomy przedtem iego ręki, bieżał,Choć się z iego ran nie dawno wyleżał.

Znowu się z niem starł, znowu zaś beł w ciemięNiewytrzymanem razem uderzony.Zeszłych lat cięszkie winno beło brzemię.Y wiek, którem beł grabia obciążony.Sto mieczów razem, kiedy padł na ziemię,Biło nań, stem beł tarczy zasłoniony;Ale się nad niem Soliman nie bawił,Mniemaiąc, że go zabitem zostawił.

Na insze ztamtąd okrutnieyszy iedzie,Tak iako potok, kiedy z wiosny wzbierze;Potem zaś indziey, gdzie go wściekłość wiedzieBieżąc, łakomey obrok szabli bierze,Iako więc głodny po chudem obiedzieDo bogatey się rad kwapi wieczerze,Tak y on co raz większey szuka woyny,Chcąc złożyć do krwie swóy głód niespokoyny.

W pole do boiu ztamtąd się udawa,Przez mury rączo bieżąc rozwalone;Ale strach iego rycerstwa zostawa,W nieprzyiacioły wszedszy potrwożone.Tak iedna strona zwycięstwa dostawa,Które zostawił w poły dorobione;Druga odpiera, lecz odpór beł taki,Że uciekania wielkie daie znaki.

Gaskończyk przedsię sprawą ustępował,Ale Syrowie zgoła uciekaliY iuż Tankredów dom — kędy chorował —Od nieprzyiaciół pędzeni, miiali.Słysząc huk srogi, bardzo się dziwował,Y wstawszy z łóżka, poyrzy okiem, aliIuż lud syryiski uciekaiąc bieży,Gaskon uchodzi, a Tolozan leży.

Ale cna dzielność y serce wspaniałe,Które chorego nie opuszcza ciała,W niem słabe siły i członki schorzałe,Miasto krwie żywey, w on czas odżywiała.Tarcz bierze w rękę, która na zbolałe,Y ranne ramię, lekka się widziała;A w prawey zasię ręce miecz ma goły,Y bieży pędem na nieprzyiacioły.

Co głosu staie wola: „Gdzie bieżycie?Takeście wierni waszemu wodzowi?!Tak mu pogaństwu złupić dopuścicieZbroię, brzydkiemu dar Machometowi?!Potem, kiedy się do domu wrócicie,Pomnicie iego powiedzieć synowi,Że tam legł ociec, skądeście uciekli“.Wtem nań poganie ze wszystkich stron siekli.

Tarcz miał zbyt miąższą z rogatego wołuSiedmi skór twardych, które w iedno zbito,Potem zaś wszystkie złożone pospołu,Przednie wybranem żelazem okryto.Tą grabię nakrył, gdy na niego z dołuY z góry zewsząd strzelano y bito;A mieczem ostrem siekł na obie stronie,Że odpoczywał w bespieczney obronie.

Wstał prętko potem, tarczą obronionyOd przyiaciela y mieczem znaiomem;Dwoiakiem ogniem będąc zapalonyNa sercu gniewem, a na twarzy sromem.Chciałby się znowu, starzec odważony,Z nieprzyiacielem próbować świadomem:Szuka go, ale iż go nie nayduie,Nad iego ludźmi zemścić się gotuie.

Aquitanowie co ustępowali,Teraz przy wodzu śmiele nacieraią.A oni przedtem tak mężni, tak śmiali,Nagłem uięci strachem, uciekaią.Ci teraz gonią, co tył podawali:Tak się więc nagle rzeczy odmieniaią.Dobrze Tolozan swe razy odbiia,Sto ich sam ieden swą ręką zabiia.

Gdy się tak Raymund, hańby swey gniewliwy,Nad głowami mścił co nazacnieyszemi,Uyrzy — a ono król się sam szedziwyMężnie potyka między przednieyszemi.Skoczy do niego y w czoło — straszliwy —Co raz go biie razami cięszkiemi:Że legł nakoniec; y którey beł panemZiemie — ukąsił zębem rozgniewanem.

Gdy obu wodzów poganie stracili,Widziałbyś ich beł z różnemi myślami:Iedni, kiedy iuż o sobie zwątpili,Oślep na miecze wpadali piersiami;Ku zamkowi się drudzy obrócili,Wspieraiąc zdrowia mdłenai nadzieiami,Gdzie spół zmieszani wpadli Gaskończycy,Y koniec kładli chwalebney zdobyczy.

Iuż zamek wzięto y ieśli beł który,Co się śmiał oprzeć, zaraz beł zabity.Iuż Raymund wielki proporzec na muryNiósł, dawaiąc znać, że zamek dobyty;Y przeciw woyskom — tryumphalny z guryKrzyż, znak zwycięstwa — ukazał rozwity;Lecz tego Sułtan nie widzi ochocy,Bieżąc do bitwy, co iedno ma mocy.

Tam gdzie się biły woyska przebiegaiąc,Zastał, że wszędzie krew ciekła strumieniemA Śmierć tryumphy swoie rozciągaiąc,Nad śmiertelnem się pastwiła stworzeniem.Y uyrzy konia samopas biegaiąc,Z wiszącem na dół ku ziemi rzemieniem,Y dopadszy go, osiadł go zarazemY z dobytem biegł na woysko żelazem.

Wielki, lecz krótki dał swemu ludowiPosiłek Sułtan, wpadszy tak zuchwale,Y beł prętkiemu równy piorunowi,Który we mgnieniu oka spada, aleY potomnemu pamiętny wiekowiZnak zostawuie w rozerwaney skale;Przez sto ich zabił, dway iednak wyięciBędą w tey liczbie, z wieczney niepamięci.

Twą Odoardzie y Gildyppo srogąY żałosną śmierć z dziełami godnemi;

Poświęcę między dowcipy wielkiemi,Tak, że każdy wiek pamięć waszę drogąWysławiać będzie y który swoiemiSługa miłości pobożnemi łzamiUczci waszę śmierć z moiemi rymami.

Cna bohatyrka tam koń obróciła,Gdzie przed niem z wielkiem lud uciekał strachem;Y natarwszy nań krwie mu utoczyła,Dosiągszy boku lewego pod blachem.Poznał ią zaraz po stroiu, kto była,Y krzyknie: „Anoż pani duszka z gachem!Twoia rzecz igła, kądziel y wrzeciono,Nie woyna, nie bóy, nie miecz, dobra żono“.

Znowu go w gębę pchnąć Gildippa chciała,Lecz uprzedziwszy, iego szabla spadła,Y przeciąwszy blach, w zanadrze ciąć śmiała,Gdzie tylko miłość swoie rany kładła.Wodzę nieboga nagle upuszczała,Y pochylona coraz bardziey bladła.Patrzy Odoard na to, nieleniwyAle obrońca raczey nieszczęśliwy.

Niewie, co czynić nędzny, w różne stronyW iednem go czasie żal y gniew prowadzi:Żal każe wesprzeć pochyloney żony,Gniew mu do pomsty, co nayprętszey, radzi.Lecz od miłości życzliwey uczony,Pospołu z gniewem żalowi poradzi:Lewą iey ręką wspiera y ratuie,Prawą na pomstę razem wyprawuie,

Ale iako miał pożyć tak mocnegoNieprzyiaciela z rozdwoioną siłą?Y winowayce nie zabił swoiego,Y trudno też miał utrzymać swą miłą.Owszem mu rękę u łokcia samegoOdciął, gdy trzymał małżonkę pochyłą;Dopiero go tak nieprzyiaciel pożył.Upuściwszy ią, na niey się położył.

Iako wiąz cięgły, w koło opasanyY okręcony od płodney macice,Gdy go podetną, do ziemie kochanyKrzak na dół ciągnie za sobą w potyczepotyczeY samże list trze, którem beł odziany,Y grona dławi, ozdobę winnice.Y zda się, że mu nie swey żal przygody,Ale swey miłey towarzyszki szkody:

Tak on upadał, y umrzeć gotowy,Nie siebie — swego żałował kochania.Chcieli coś mówić, ale zbywszy mowy,Miasto słów, spólne mieszali wzdychania.Y póki mogli, oczyma — nie słowy,Odprawowali ostatnie żegnania.Wtem iem dzień zginął właśnie w iedney dobie:Tak szły złączone święte dusze obie.

Po wszystkiem woysku zatem świegotliwaWieść o ich śmierci gęste głosy niosła;Y Rynald iuż wie, że to rzecz prawdziwaNie tylko z wieści, ale y od posła.Żal, gniew, powinność serce mu rozrywa,Chce, żeby pomsta co naypręcey doszła;Ale kiedy iuż sułtana dobiegał,Adrast wołaiąc drogę mu zabiegał:

„Tyś to, ieśli się nie mylę, któregoSzukam y wołam przezwiskiem dzień cały;Patrzę na tarczey znaku u każdego:Dopiero mi cię twe herby wydały.A iżem ze łba obiecał twoiegoOfiarę Bogu, wystąp na czas mały,Zdrayco Armidy: ato cię wyzywaTen, który się iey rycerzem ozywa“.

To rzekszy, ciął go okrutnie dwa razy:Raz w szyię, drugi podle lewey skronie.Hełmuć nie przeciął, co się nie bał skazy,Ale go mało nie zbił między konie.Rynald go zasię w bok między żelazyTak trafił, że sztych szedł na obie stronie:Legł olbrzym wielki, król niezwyciężony,Iedną [co więtsza] raną obalony.

Wszystkiem mróz zimny serca opanował,Co to widzieli. Sam sułtan lękliwyPobladł na twarzy y znak pokazowałTrwogi na sercu, widząc raz straszliwy,Y iuż sobie sam swą śmierć praktykował;Nie wie, co czynić daley ma wątpliwy:Rzecz w niem nie zwykła, lecz się człowiekowiTrudno wiecznemu zbronić wyrokowi.

Iako szalony, lub co się ma choro,Kiedy sny straszne w nocy niedospałeWidzi, zda mu się, że bieży y skoroRościąga na bieg członki ociężałe;A kiedy trzeba, wszystko mu niesporo.Służyć mu nie chcą nogi osłabiałe;Czasem chce mówić, ale go y mowaY głos y zwykłe opuszczaią słowa:

Tak w ten czas sułtan sam siebie porywaPrzez gwałt ku oney ostateczney próbie;Ale mu gniewu zwykłego ubywaY pierwszey siły teraz nie zna w sobie;Ieśli się na skrę śmiałości zdobywa,Zaraz ią w niem strach gasi w oney dobie.Różnie go błędne obracaią myśli,Ustąpić iednak y uciec nie myśli.

Wtem Rynald przypadł; ale przypadaiąc,Zdał się być więtszey daleko prętkości,Y blisko się iuż podeń podsadzaiąc,Znak dawał więtszey siły y śmiałości.On się kęs bronił, iednak umieraiąc,Nie zapomina zwykłey wspaniałości:Nie stęka, śmierci y ran się nie boiY nie czyni nic, iedno co przystoi.

Gdy iuż godzina przyszła ostatecznaSolimanowi, że go śmierć zwalczyła,Po wszystkiem woysku dopiro bespiecznaWieść głos o śmierci iego rozpuściła.Y fortuna się, dotąd niestateczna,Do iedney strony wszystka przenosiła;Y złączywszy się z samemi hetmany,Przeciw pogaństwu poszła z Chrześciany.

Nie tylko inszem, uciekać samemuNieśmiertelnemu przychodzi pułkowi;Nieśmiertelnym beł, a teraz hardemuNa wzgardę ginie swemu tytułowi.Chorążemu sam uciekaiącemuEmiren mówi, y bieg mu stanowi:„Tyś iest, ieśli się nie mylę, któregoObrałem nosić znak pana moiego.

Ey, Rymedonie, nie na toć to danaY powierzona chorągiew odemnie;Widzisz biiąc się samego hetmana,A ty od niego uciekasz nikczemnie.Skąd strach? skąd w tobie tak nagła odmiana,Gdzie bieżysz? Wróć się, weźmi przykład ze mnie:Kto chce uść zdrowo, bić mu się tu trzeba,Przez drogę ćci dość żywota potrzeba“.

Wrócił się wstydem Rymedon ruszony,Poważnieyszą zaś inszych mową grzeie;Niektórych siecze, nieieden wróconyOd miecza, duszę na miecze wyleie.Tak róg po wielkiey części przełomionyWspiera y ieszcze nie traci nadzieieY więcey ufa, niż inszem, śmiałemuTyzaphernowi, mężowi wielkiemu.

Dziwy robił dnia Tyzaphern onego:Zbił Niderlandy wszystkie z Normandami;Frąca, Rugiera, Gierarda mężnegoZabił z inszemi przedniemi wodzami.A kiedy iuż kres żywota krótkiegoNieśmiertelnemi przedłużył dziełami,Jakby żyć nie chciał, szukał, gdzie znacznieyszyY kędy beł bóy naniebespiecznieyszy.

Uyrzał Rynalda, a chocia plugaweKrwią beły iego farby lazurowe.Choć iego orzeł paznokcie miał krwawe,Poznał na tarczy herby rycerzowe.„Niech mi (pry) nieba pomogą łaskawe,Niebezpieczeństwo widzę iest gotowe:Wygramli, głowę Armidzie daruię,Tobie Makonie zbroię dać ślubuię“.

Tak śluby czynił przed głuchem Makonem,Bo nic nie słyszał okrom wątpliwości,Iako biiąc się po bokach ogonemLew pobudza swe wrodzone srogości,Tak on swe gniewy ogniem w się wpuszczonemGrzał y ostrzył ie na ośle miłości;W kupę zebrawszy siły swe, koniowiWodzę wyspuścił przeciw Rynaldowi.

Ale y Rynald bieżał w oney chwili,Przeciwko niemu konia obracaiąc;Wszyscy iem zaraz plac wielki czynili,Do strasznego się potkania zbiegaiąc.Tak się rycerze oba mężnie bili,Srogiemi na się razami ciskaiąc,Że każdy, widząc straszny bóy, własnegoNiebespieczeństwa zapomniał swoiego.

Ale cóż? ieden darmo zbroię sieczeNieskazitelną, drugi dawa rany;Iuż z Tyzapherna krew w kilku mieysc ciecze,Iuż tarcz, iuż hełm ma wszystek porąbany.Widzi Armida zbyt nierówne miecze,Widzi, że iey iuż Rycerz zmordowany,Y że go iuż krew uchodzi y drudzyUciekać od niey zamyślaią słudzy.

Od tak rycerzów wielu otoczona,Iuż sama tylko na wozie została.Wątpi o pomście, zewsząd opuszczona,A snadźby umrzeć niżli żyć wolała;Wtem z woza zsiadła y iako szalona,Dopadszy konia, w pole uciekała;A gniew y miłość wszędy, kędy iedzie,Miasto dwu chartów podle siebie wiedzie.

Tak Kleopatra za wieku dawnegoSama z straszliwey bitwy uchodziłaY Augustowi swoiego miłegoW niebespieczeństwie morskiem zostawiła;Który sromotnie od woyska swoiegoBiegł, gdzie lękliwe żagle obróciła.Tożby beł pewnie y Tyzaphern sprawił,Lecz nie mógł, bo go nieprzyiaciel bawił.

Zbywszy iey z oczu, że mu ustępuieSłońce pod ziemię y iasny dzień, wierzyY temu, co go wściąga y hamuie,Niewytrzymany raz w czoło wymierzy:Kiedy pioruny Iowiszowi kuie,Sam Brontes młotem mocniey nie uderzy.Tak dobrze w ten czas Tyzaphern przyłożył,Że Rynald głowę na piersiach położył.

Ale się prętko y nad spodziewaniePo onym razie tak cięszkiem poprawił;Y przeciąwszy blach, gdzie swoie mieszkanieŻywot ma, miecz mu do serca wyprawił.Przepadł przez serce sztych y przez dwie raniePoganinowi pierś y tył ukrwawił,Uciekaiącey duszy daiąc więcey,Niż iednę drogę, żeby szła tym pręcey.

Potem iął patrzyć, gdzie nieprzełomioneMiał ieszcze daley obrócić swe siły;Widzi chorągwie wszędzie obalone,Y że się wszystkie hufce rozproszyły.Tu śmierciom koniec uczynił y oneMarsowe gniewy w niem się uśmierzyły;Y wspomniał sobie na uciekaiącąArmidę, samę na koniu bieżącą.

Barzo ią dobrze widział, kiedy w długą,Co w koniu mocy, biegła uciekaiąc;Żal mu iey barzo y pomni, że sługąIey być obiecał, od niey odieżdżaiąc.Zatem się za nią puścił stroną drugą.Wszędzie się śladu iey konia trzymaiąc.Ona wtem w iednę dolinę osobnąWiechała, do swych zamysłów sposobną.

Bada, że mieysce dalekie na stronie,Gdzie sobie mogła śmierć zadać, trafiła;Tam z konia zsiadła y w oney zasłonieZbroię, łuk, szyszak y strzały złożyła.„Nieszczęsne — prawi — y sromotne bronie.Którem daremnie w potrzebie nosiła,Tu pogrzebione na wieki będziecie,Kiedy się zemścić krzywdy mey nie chcecie.

Mam was tak wiele, a żadney z was ieszczeKrwawey nie widzę, wszystkieście zmarniały;Więc śmiałe bądźcie na piersi niewieście,Kiedyście w insze uderzyć nie chciały.Te me odkryte za cel sobie weźcie:Tubyście łatwie zwycięstwa dostały;Nie umknę ich wam: ilekroć strzeliła.Wie miłość, że ich nigdy nie chybiła.

Bądźciesz mężnemi na panią, niebogę,A poprawcie się za taką przyganą.Do czegom przyszła, nędzna, że nie mogę,Tylko od was być samych ratowana!Żadnem lekarstwem sobie nie pomogę,Okrom, że ranę leczyć muszę raną;Rana od strzały od miłości ranęZgoi y zdrowia od śmierci dostanę.

Niech tego mego iadu śmiertelnegoNa on świat z sobą nie biorę, móy panie:Zrzucę tu miłość, a cienia bladegoGniew towarzyszem wiecznem niech zostanie;Albo się niech z niem wróci do moiegoNieprzyiaciela z piekielney odchłanie;Niech go pilnuie, żeby wiódł niespaneStraszliwe nocy y sny rozerwane“.

Tu zmilkła y iuż umrzeć umyśliwszy,Naostrzeyszego żeleśca patrzyła:Kiedy tam rycerz, nagle się trafiwszy,Zastał ią, że się tylko nie zabiła;Wszystka się w straszną postawę złożywszy,Iuż się do piersi z strzałą zanosiła:Wtem ią za rękę uchwycił pocichuY wściągnął z tyłu śmiertelnego sztychu.

Przyszło się z prętka obeyźrzeć niebodze,Bo nie postrzegła, ani go widziała,Kiedy tam przyszedł: y wrzasnęła srodze,Y odwróciła oczy y omdlała.Iako kwiat w poły podcięty przy drodze,Tak pochylona do ziemie leciała;Ale ią na dół lecącą podpierał,Y na odkryte piersi szatę zbierał.

Y żalem zdięty, twarz iey pochylonąY piersi skropił mokremi perłami,Iako deszcz rany zwiędłą y zemdlonąOżywia różą srebrnemi kroplami,Tak podnosiła do ziemie puszczonąTwarz, nieswoiemi upłakaną łzami.Trzykroć poyrżała, trzykroć odwróciłaOczy, aby nań tylko nie patrzyła.

Y pokazuiąc znacznie swe niewdzięki,Rękę od siebie iego odpychała;Ale ią trzymał bohatyr przezdzięki,Choć się siliła, choć się wydzierała.Tak od kochaney obłapiona ręki,Choć ponno w on czas inaczey zmyślała.Żałośnie płakać ięła narzekaiąc,Co raz od niego oczy odwracaiąc.

„O zawsze, lub się wracasz, lub odchodzisz,Iednako srogi, czegoć nie dostaie?Wielki dziw u mnie, że mi śmierć rozwodzisz.Wielki, że żywot mężobóyca daie.Na iaką nową hańbę mię przywodzisz,Na iaką lekkość? Znam twe obyczaie.Znam chytrość, którać więcey nie pomoże:Nic ten nie może, kto umrzeć nie może.

Chcesz ponno, abym w łańcuchu wiedzionaNa twym tryumphie, licha dziewka, była,Dziś zwyciężona, a przedtem zdradzona?To twe tytuły, to naywiętsze dziła!Beło to, żem cię o żywot strapionaProsiła: teraz niechbym go pozbyła!Śmierci chcę, lecz nie z twych rąk, bo twe darySą w nienawiści u mnie z każdey miary.

Sama się z twoiey srogości y grozyPrzez się wybawię, okrutny człowiecze;A choć związaney odeymiesz powrozy,Odeymiesz strzały, trucizny y miecze:Y ty y żaden niech mię tem nie trwoży,Śmierć mi, kiedy chcę, nigdy nie uciecze.Patrzaycie, iako zmyślać umie cudnie,Wszystko nieszczyrze y wszystko obłudnie!

To narzekanie, te iey beły mowy,A gniew y miłość łzy iey wyciskała,Że rycerzowi udał się płacz nowy.Który wstydliwa litość sprawowała.Odpowieda iey łagodnemi słowy:„Proszę, abyś skarg próżnych zaniechała;Nie boy się żadney lekkości odemnie:Sługę, Armido, masz wiecznego we mnie.

Ieśli dać wiary nie chcesz moiey mowie,Patrz na moie łzy, wierz, że cię nie zdradzę:Na tey stolicy, gdzie twoi dziadowieSiedzieli, da Bóg, wrychle cię posadzę.A kiedyby to zdarzyli bogowie,Żebyś krzest przyiąć chciała, iako radzę,Uczyniłbym to, że wielkie królowe,Y panie wszystkie przeszłabyś wschodowe“.

Tak prosi y te swe wzdychaniem grzeieProśby y lać łez gęstych nie przestaie.Iako gdy słońce pali, albo wieieWiatr południowy, śnieg z nienagła taie,Tak w niey gniew w on czas nieznacznie niszczeie,A miłość tylko przy sercu zostaie:„Niech się — powiada — twoia wola stanie,Wszystko uczynię na twe rozkazanie“.

A wtem Emiren widząc, że na ziemiIego chorągiew legła obalonaY że przed iego oczyma własnemiGoffred mocnego zabił Rymedona,Y zbiwszy mu lud z wodzami pierwszemi,Wszędzie przeciwna przemagała strona:Iako mąż wielki szukać chce przezdziękiŚmierci od iakiey zawołaney ręki.

Zwarł swego konia przeciw Groffredowi.Bo godnieyszego nadeń nie nayduie;A gdzie przechodzi y gdzie się stanowi,Wściekłego męstwa znaki zostawuieY zdaleka go ku poiedynkowiWabi y ręką na niego skazuie.„Ia dziś chcę zginąć, ale się pokuszę,Że nie bez pomsty zginę, iako tuszę“.

Ieno to wyrzekł, oba z wielkiem gniewemSkoczyli ieden przeciwko drugiemu.Emiren w ramię, przebiwszy tarcz drzewem,Ranę wodzowi dał Chrześciańskiemu;On go zaś trafił tak nad uchem lewem,Że łbem szedł na kark koniowi swoiemu,Y kiedy się chciał po prawić, przebityDuszę wytoczył pospołu z ielity.

Skoro legł hetman, Goffred rozproszonyOstatek woyska pobitego goniY trafia tam, gdzie w koło otoczonyWe krwi po kostki Altamor się broni.Szyszak zrąbany, miecz ma utrąconymZewsząd nań biią y strzelaią z koni.„Niech będzie — krzyknie na swoich — z pokoiem:Iam Goffred, day się, a więźniem bądź moiem“.

Altamor, który serca wspaniałego,Do żadney nigdy pokory nie skłonił,Usłyszawszy głos imienia wielkiego,Do niey się chętnie na on czas nakłoniłY złożył zaraz z umysłu hardego,Y dawszy mu miecz, więcey się nie bronił.„Godnyś (pry) tego, poddajęć się, a tyBędziesz stąd w sławę y w skarby bogaty:

Żałosna żona kleynoty swoiemiY mego państwa wykupi mię złotem“.„Nie chciwym na to — ów rzekł — i takiemiRzeczami gardzę, ani myślę o tem.Miey sobie skarby indyiskie z perskiemi,Cudzymem nigdy nie kupczył żywotem:Ia, Altamorze, w Azyey woiuię.Handlów nie wiodę y nie przekupuię“.

Wtem za pogaństwem poszedł z pogoniami,Zostawiwszy go przystawom w opiecze.Które do swoich wałów szło kupami;Ale gniewliwe y tam wpadły miecze.Wzięto zarazem obóz, strumieniamiKrew od namiotu do namiotu ciecze;Mażą się złotem nabiiane zbroie,Psuią się pompy y pogańskie stroie.

Tak Goffred wygrał, a tyle iasnegoDnia mu na on czas zostawało ieszcze,Że woysko swoie do wyzwolonegoMiasta prowadzi y stawia ie w mieścieY nie złożywszy odzienia krwawego,Ćci Zbawicielów grób y święte mieysce.Tam zbroie wiesza y inne korzyści,Y obiecane śluby Bogu iści.