Pieśń dwanasta
Translated by Piotr Kochanowski
Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona
Noc beła, ale ludzie zmordowaniZ oboiey strony, do tych dob nie spali:Tu od Hetmana żołnierze przebraniOkoło wieże straż odprawowali;Tam zaś poganie swe — niespracowani —Zwątlone mury pilnie oprawiali;A gdzie beł który ranny albo chory,Słano barwierze y mądre doktory.
Iuż beło chorem opatrzono rany,Iuż się y dziura była zaprawiła,Iuż y co słabszey poprawiono ściany,A noc głęboka na spanie radziła.Ale Klorynda na sen pożądanyPozwolić nie chce y wielkie myśliłaDzieła — gdy wszyscy poszli na swe wczasyY tak do siebie mówi w one czasy:
„Ey toć się wżdy dziś dobrze popisaliZ mężnem Sułtanem, Argant natarczywy.Kiedy oni dway tylko wypadaliNa wszystko woysko y robili dziwy.A o mnie co też będą powiadali?Użyła — prawi — z daleka cięciwyDosyć szczęśliwie. To te będą mowy,Cóż, czy nie mogą więcey białogłowy?
Toć beło lepiey gdzie między lasamiStrzelać ielenie abo dzikie świnie,Niźli się mieszać między rycerzamiWielkiemi, mdłey płci y lichey dziewczynie.Białogłowskiemi nie gardzę szatami,Słusznie ich godna ta, która tak słynie“.To mówiąc, na rzecz wielką się udałaY Argantowi o niey powiadała:
„Serce mię na coś wielkiego podwodzi;Że to Bóg czyni, tak sobie rachuię,Lub też za własną człowiek wolą chodzi.Coś niezwykłego sobie obiecuię.Widzisz tę wieżę, co tak miastu szkodzi,Na tę się z ogniem y mieczem gotuię.Tak myślę, tak chcę y tego potrzeba,Niech o ostatku pieczępieczą maią nieba!
Abo ią spalę, abo ią posiekę,A ieśli się też nazad nie ukażę,Tobie swe panny oddaię w opiekęZ starcem, którego iako oyca ważę.Pomni to, proszę, coć dopiero rzekę,Że do Egyptu odesłać ie każę.Ta płeć y ten wiek nie ma żadney mocy,Y godzien wszelkiey, Argancie, pomocy“.
Zdziwił się Argant przeważney dziewicy,Y poczuł w sercu chęć na wielkie czyny:„Ty sama póydziesz, a my nikczemnicyMiędzy podłemi mamy zostać gminy?!Y tak ma Argant tylko na ulicyPatrzeć na dymy y twoie perzyny?!Nic z tego. Iako beł z tobą w potrzebie,Tak go weź na śmierć y sławę do siebie.
Y ia frymarczę za sławę żywotem.Y dla niey zdrowie rad położę wszędzie“.Ona zaś: „Świadczy twa dzisieysza o temWycieczka, która wiecznie słynąć będzie,Iam białogłowa, y zginę-li potem,Mną mało miastu, albo nic ubędzie.Ale gdziębyś ty miał polec [strzeż Boże]Kto murów zbroni? Kto miastu pomoże?“
Argant iey na to krótko odpowiedział:„Nie może to być, próżne twoie mowy,Y bez ciebie tam drogę będę wiedział,Chceszli mię też wziąć z sobą — iam gotowy“.Wtem zgodnie poszli, gdzie król w radzie siedział,Gdzie z niem radziły starsze, mądre głowyKlorynda pocznie: „Słuchay co myślemyY przyimi z łaską, królu, coć powiemy.
Argant tę wieżę spalić chce y na temMieyscu czyni-ć tę obietnicę głośną.Ia przy niem będę; czeka tylko zatem,Że się pokładą y że ludzie posną“.Król płakał — długiem obciążony latem,Y mowę do nich uczynił żałosną:„Ieszcze chcesz Boże sług swoich ratować,Ieszcze to w cale królestwo zachować!
Y potrwa pewnie, kiedy ludzie takie,Takiego serca y takiey mam ręki.A ty, o zacna paro ludzi, iakieMasz mieć odemnie nagrody y dzięki?Będą te wasze dzielności iednakiePodawać światu wieczney sławy dźwięki.To samo wielka nagroda na świecie,Lecz y odemnie część państwa weźmiecie“.
To mówiąc starzec zalewał się łzami,Y z płaczem w głowę oboie całował;Ale Soliman, co siedział z radami,Wielką z tey sprawy zazdrość pokazował:„Y ia nie darmo miecz noszę y z wamiPóydę y tu też nie będę próżnował“.Klorynda na to: „O Królu, o Panie,Póydziemli wszyscy, kto z tobą zostanie?“
Iuż się chciał ozwać Argant niecierpliwy,Że nie chciał z niem bydź na tę drogę zgodny,Ale uprzedził y wzrok Król sędziwyszedziwyDo Solimana obrócił łagodny:„Na każdem mieyscu, rycerzu cnotliwyPokazowałeś, żeś sobie podobnyY na naygorsze razy zawsze śmieleSzedłeś y biłeś swe nieprzyiaciele.
Y wiem, żebyś mógł co godnego sprawićTey wielkiey sławy, którą masz na świecie,Ale wżdyć kogo muszę z was zostawićPrzy sobie, którzy dzielnością słyniecie.Nakoniec y tych nie chciałbych wyprawić,Bo wiem, iako wy krwie nie szanuiecie;Kiedyby się kto inszy tego ważyćY na tak wielki chciał się czyn odważyć.
Więc iż po wszystkich stronach, iako wiemy,Gęsta straż w koło wielkiey wieże chodziY trochą ludzi nic nie uczyniemy,Woysko też wszystko wywieść się nie godzi;Ta para, co się — iako to słyszemy,Tego chce podiąć, niech na to wychodzi,Która takich dzieł nieraz dowodziła,Y którą może kłaść za inszych siła.
A ty tak iako królowi należy,W bramie — proszę cię — bądź gotów z inszemi,Że kiedy ci w zad póydą y na wieżyUyrzymy ognie z dymami gęstemi,Gdzie nieprzyiaciel w pogonią pobieży,Ty ich zratuiesz z rotami świeżemi“.Tak się królowi koniecznie to zdało,Ale Sułtana przedsię to bolało.
Przymówił się też Izmen do tey sprawy:„Lepiey — powiada — że późniey wyńdziecie,A ia wtem siarki y insze przyprawyZgotnię, które z sobą poniesiecie;Przeto czekaycie odemnie odprawy,Y straży śpiące pręcey tak naydziecie“.Podobało się Izmenowe zdanie,Y rozeszli się, pozwoliwszy na nie.
Klorynda zatem zwyczayny złożyłaSzyszak y zbroię srebrem nabiianą,A inszą na się niezwykłą włożyła,[Co iuż beł zły znak] czarno smalcowaną,Żeby się na niey w nocy nie świeciła,Tusząc tak łatwiey udać się nieznaną.Był przy niey Arset, który ią wychował,Y prawie z pieluch dotąd iey pilnował.
Ten kędykolwiek iedno się udała,Wszędzie szedł za nią laty obciążony,A widząc, że się niezwykło ubrała,Postrzegł, że w pole wyniść chciała z brony.Y przez życzliwość, którą po niem znała.Y przez siwy włos na niey wysłużonyProsił, aby się na to rozmyśliła,Ale daremna iego prośba była.
Potem rzekł: „Iż cię prośby nie obeszłyY takeś na złe swoie zatwardziała,Żeś ty na te łzy y na wiek móy zeszłyY na tę radę życzliwą niedbała —Powiem ci teraz twóy stan y wiek przeszły,Od tego czasu kiedyś beła małaWszystko prawdziwie, wszystko nieomylnie“.Zatem tak pocznie, a ta słucha pilnie:
„Synap bogaty szczęśliwie sprawowałEthyopią z inszemi kraiami,Który obrzędy y wiarę zachowałMaryey Syna — z swemi nurzynami,murzynami,Gdziem poganinem będąc, posługowałKrólowey między białemi głowamiZa niewolnika, która czarna była,Ale gładkości czarność nie wadziła.
Król ią miłował, ale się z miłościąTak w niem zawisna boiaźń pomieszała,Że choć słynęła cnotą y czystością,Zupełney wiary u niego nie miała.Tem niedowiarstwem, tą zięty zazdrością,Chciał, żeby zawsze w zamknieniu mieszkała.Ona to wszystko, co król chciał — czyniła,Y z gmachu piędzią nigdziey nie chodziła.
Tam obrazami między nabożnemi,Biała dziewica beła malowana,Która okrutnie powrozy mocnemiU twardey skały beła uwiązana.Smok do niey bieżał y kiedy ostremiKłami od niego miała być szarpana —Ostrem go rycerz przepędził żelazem.Przed tem się często madlała obrazem.
Wtem dziećmi zaszła y bywszy brzemienną,Ciebie dziecinę białą urodziła,A widząc barwę w dziecięciu odmienną,Niezwykłemu się cudowi zdziwiła.Y potem troską strapiona codzienną,Płód ten przed królem taić umyśliła.Obawiaiąc się, aby z twey białościZłe nie rozumiał o iey stateczności.
Y na twe mieysce inszego szukała— Boiąc się króla — dziecięcia czarnego.A iż tam żywa dusza nie mieszkała,Okrom białychgłów, okrom mnie samego,Mnie cię na ten czas beze krztu oddała,[Świadoma moiey wierności] któregoTak prętko dzieciom nigdy tam nie daią:Różny w tem zwyczay w tamtych kraiach maią.
Oddała mi cię z płaczem y zleciłaDaleko cię gdzie zanieść na chowanie.A kto wymówi, iako się trapiła!Iakie ostatnie beło iey żegnanie!Całowała cię, łzami twarz moczyła,Powtarzaiąc swe smętne narzekanie.Nakoniec w niebo weyrzawszy tak rzecze:„O Ty, co skryte myśli wiesz człowiecze —
Ieślim chowaiąc niezmazane łoże,Przeciw małżeńskiey nie zgrzeszyła wierze —[O się nie mówię: wiem na się, móy Boże,Insze swe grzechy, ale nie w tey mierze].Za niewiniątkiemniewinniątkiem proszę, co nie możeOd swoiey własney mleka mieć macierze. —Niech żyie matce podobne czystością,Za twoią łaską y dobrotliwością.
Y ty rycerzu święty, coś na srogąŚmierć nie dał dziewki niewinney smokowi,Ieśli co z lichem nabożeństwem mogąStawiane świece twemu obrazowi —Weź w swą opiekę dziecinę ubogą,Bądź niewinnemu obrońcą wiekowi“.To rzekszy zmilkła y mowę zawarłaY od żałości ledwie nie umarła.
Ia przyiąwszy cię, niosłem cię z kłopotemW małey nakrytey skrzynce w one czasy,Y takem umiał potrafić, że o temNic nie wiedzieli y obcy y naszy.Szedłem nieznany polmi, ale potem,Kiedym wszedł z tobą między gęste lasy,Uyrzę, że lwica prosto do mnie bieży,Gębę rozdziewia, a grzbiet ostry ieży.
Iam uciekł na dąb, a tyś porzuconaOdemnie, w trawie pod drzewem leżała;Ona przypadnie y zastanowionaStraszliwą głowę nad tobą trzymała.Potem postawszy mało, coś zmiękczona,Iuż okiem na cię łaskawem patrzała.Y chropawem cię lizała ięzykiem...Ktoby rzekł, że iest litość w zwierzu dzikiem?
Tyś iey małemi straszney ręczynamiSięgała gęby y na nięś się śmiała;W temci się swemi zniżyła piersiami,Ssałaś ią zatym, gdy nad tobą stała.A ia zakryty między gałęziamiStrętwiałem, widząc iaka się rzecz działa.A skoro cię swem mlekiem nakarmiłaPoszła y gąstemgęstem lasem się zakryła.
Wziąwszy cię potem, szedłem daley w drogęY do miasteczka trafiłem iednego,Gdziem mamki dostał, która cię niebogęKarmiła — godną chowania inszego.Tamem rok cały, ile pomnieć mogę,Y połowicę wymieszkał drugiego;Tyś iuż niektóre słowa wymawiałaY postępować iużeś poczynała
Ale kiedy mi dobrze nachylonyRadził na pokóy wiek w podeszłem lecie —Złotem od matki twoiey obciążonyTak, żem mógł nędze nie cierpieć na świecie,Porzucić żywot błędny, uprzykrzonyY żyć w oyczystem myśliłem powiecieY z przyiacioły zażyć lepszych czasów,Wetuiąc przeszłych trudów y niewczasów.
Tak do Egyptu do swoiey rodzinyZ tobąm się zaraz puścił w oney chwili.Ale nad rzeką — wypadszy z krzewiny,Ze wszystkich mię stron zbóyce zaskoczyli.Cóż było czynić? porzucić dziecinyNie chcę; mnieby też iuż beli zabili.Puściłem się w pław, iedną cię trzymaiąc,A drugą ręką, iakom mógł — pływaiąc.
Ze dżdża y długiey rzeka niepogodyWezbrała beła y bystro bieżała;A kiedym przyszedł, gdzie naigłębsze wody,Zakręciwszy mię, na dół mię porwała.Próżno iuż było uść widomey szkody:Upuściłem cię, ale cię trzymałaY wyniosła cię woda na brzeg niski,Iam też wypłynął, bywszy śmierci bliski.
Noc zatem przyszła, iam się też położył,A kiedy beło o pułnocy prawie,We śnie ogromny rycerz na mię złożyłDrzewo, w surowey y groźney postawie.„Czemuś krzest dotąd dziecięciu odłożył?Iakoć zleciła matka na odprawie.Okrzcisz ią — prawi — Bóg tak chce koniecznie,Y ia iey mam być opiekunem wiecznie:
Iam y dzikiemu litość dał zwierzowi,Y bystrey wodzie, y bronię iey wszędzie.A ty — gdzie temu nie uwierzysz snowi,Któryć Bóg zsyła — obaczysz, coć będzie“.Wtem wstawszy, ztamtąd wyszedłem ku dniowi,O krzcie nie myśląc, bom został w tem błędzie,Żem we śnie tylko iakąś widział maręY swąm rozumiał bydź prawdziwą wiarę.
Taiłem tego; tyś się uchowałaPoganką zatem y tąś dotąd była,Y śmiałąś potem y mężną została,Y przyrodzenieś y płeć zwyciężyła.Sławyś y państwa dzielnością dostała,Y sama pomnisz iakoś potem żyła —Y żem na wszystkich woynach w każdey dobie,Był iako ociec y sługa przy tobie.
Ale zaś wczora, kiedy miał świt ranyWychodzić na świat swem promieniem złotem —We śnie on pierwszy rycerz rozgniewany.Stanął przedemną y tak mówił potem:„Iuż czas nadchodzi niezahamowany,Że się Klorynda rozstać ma z żywotem,A chociaś nie chciał, gwałtem przedsię onaPóydzie do nieba y będzie zbawiona“.
Wtem zniknął. A ty uważ to u siebie,Żeć coś strasznego: te sny obiecuią;Y nie wiem, iak to tem póydzie na niebie,Co swych rodziców wiarę prześladuią.Przeto — ieśli co łaski mam u ciebie —Zostań y te łzy niechay cię hamuią“.Wtem umilkł; z strachem Klorynda słuchała,Bo taki drugi niedawno sen miała.
Potem tak rzekła: „Tę wiarę chcę chować,Którą rozumiem bydź dotąd prawdziwą,Y w któreyeś mię ty sam chciał uchować,A teraz ią chcesz udać za wątpliwą.Więc dla boiaźni nie chcę odstępowaćRzeczy zaczętych — nie takem lękliwą,Abym się na strach iaki oglądała,Choćbym też dobrze umrzeć zaraz miała“.
Potem go mową łagodną cieszyła,A iż iuż ich czas przychodził wyprawy,Z Cyrkaszczykiem się, odszedszy — złączyła,Co towarzyszem miał być do tey sprawy.Dzielność [co przez się sama się kwapiła]Izmen zagrzewa y dawa przyprawyDo zapalenia z siarki uczynioneY świece skryte y w miedzi zamknione.
Wychodzą spiesznie przez nocne ciemnościZ miasta pospołu one dwie osobieY pełni dotąd szczęśliwey śmiałości,Iuż blisko wieże beli w oney dobieSerce w nich skacze od wielkiey radościY nie może się zmieścić samo w sobie,Na krew ich chciwość podwodzi niesyta;Wtem straż postrzeże y o hasło pyta.
Ci przedsię w ciemnem idą cicho mroku —Straż w larmę biie, hasła iuż nie bada;Ale cna para cicho więcey krokuNie niesie y iuż więcey się nie skrada,Iako więc piorun Iowiszów z obłokuRazem się błyska y grzmi y wypada,Tak y ci razem do strażey skoczyli,Razem natarli, razem się przebili.
Przez tysiąc mieczów ostrych prześć musieli,Y to, na co się udali — sprawili:Do przypraw, które od Izmena mieli,Nagotowane knoty przyłożyli.Zaiął się ogień, y tak iako chcieli,Ogromną wieżę iemi zapalili.Płomień się szerzy, gęste dymy wstaiąY iasne twarzy gwiazdom zasłaniaią.
Widać: a ono, okrutne płomienieIdąc ku niebu z dymem się mieszaią,A z którey strony wiatr na wieżę wienie —Błędne się ognie do kupy zbieraią.Światła niezwykłe — nocne pędzą cienie,Y Chrześciany blaskiem urażaią;Gdzie poyrzysz wszędzie strach między namioty:Giną w godzinę tak długie roboty.
Tem czasem rączo prosto ku ogniowiHufiec z obozu bieżał wyprawiony;Cyrkaszczyk woła y grozi ludowi:„Ten ogień waszą krwią będzie zgaszony“.Ale nie mogąc wytrzymać gwałtowi,Zlekka uchodził z Kloryndą ściśniony.Iako po deszczu wielkiem potok zbiera,Tak na nich co raz więtszy lud naciera.
W otwartey bramie z ludźmi przebranemiCzekał Soliman na nich w oney chwili:Przed pogoniami nieprzyiacielskiemiUwieść ich w miasto, gdzieby się wrócili.Iuż beli za próg uszli, lecz za niemiWpadli ci w bramę, którzy ie gonili,Ale ich wyparł Sułtan y wzwód spuściłY samey tylko Kloryndy nie puścił.
Tak wszyscy twierdzą iednostainie o tem,Że właśnie kiedy wzwód beł podniesionyZagoniła się za Ardeliotem,Który iey zadał raz niepostrzeżony.Y Argant tego nie widział, że potemWróciła się wzad y wypadła z brony;Bo y noc beła y w oney pogonieyY mieszaninie, nie mógł wiedzieć o niey.
A skoro swóy gniew y serce zażarteW chrześcijańskiey krwi w on czas zaprawiłaWidząc, że bramy y miasto zawarte,Po wielkiey części o sobie zwątpiła.Ale nadzieią płochą myśli wspartePrętko na nowy fortel obróciła:Za iednego się z ich woyska udałaY między nie się nieznana wmięszała.
Potem iako wilk, co stado rozbiie,Dopadszy lasu prętko z oczu ginie —Idzie ukradkiem y łatwie się kryieW nocy y w oney wielkiey mieszaninie.Lecz Tankredowi przecie się nie skryie;Ten widział, kiedy w oneyże godzinieArdeliota przed bramą zabiłaY pilnował iey, gdzie się obróciła.
Mniema, że to mąż iaki doświadczony,Nie myśląc, aby białą płcią bydź miała.Chce się z nią spatrzyć, a ta z iedney stronyObiegszyObbiegszy miasto, drugą bramą chciałaY niż iey Tankred dognał zapędzony,Na chrzęst się iego zbroie obeyrzała:„Co — prawi — niesiesz?“ On iey na to powie:„Y śmierć y woynę“. Ona zaś odpowie:
„Jeśli chcesz śmierci y ta cię nacieszy,Dam ci ią wnetże“. W tem stanęła w kroku.On widząc, że beł nieprzyiaciel pieszy,Zarazem z siodła w prętkim wypadł skoku.Tak zbywszy konia, do niey się pospieszyY oboie szli po miecze do boku:Y tak się zwarli iako srodzy bycyPrzy swey się lubey bodą iałowicy.
Iasnego słońca godne to czynienieWasze tam beło, o rycerze wzięci;A ty, o nocy, coś na nie swe cienieY płaszcz z zawisney kładła niepamięci,Dopuść mi — proszę — y day pozwolenie,Aby mem piórem beli z niey wyięci.Niechay trwa wiecznie sława ich dzielnościY niech się święciświeci pamięć twey ciemności.
Nie dybią na się, ani się składaią,Nic iem szermierskie — sztuki nie pomogą;Pełneli razy, skąpeli bydź maią —W cieniu y w gniewie rozeznać nie mogą.Słyszeć, że miecze straszny dźwięk dawaią,A żaden kroku nie ustąpi nogą:Ta stoi w mieyscu, a ręką pracuie,Co raz nowy sztych y cięcie znayduie.
Obelżenie gniew do pomsty podwodzi,Pomsta przydawa potem obelżenia;Ztądże iem zawżdy do nowych przychodziPrzyczyn do cięcia, boyców do kwapienia.Mięsza się bitwa, coraz cieśniey chodzi;Iuż iem nie służą miecze do czynienia:Biią się srodze wzaiem głowicami,Tłuką się hełmy, tłuką się tarczami.
Trzykroć ią ścisnął, trzykroć także onaWydarła mu się z węzła tak mocnego,Którem nie była z miłości ściśniona,Lecz z nieprzyiaźni y z gniewu wielkiego.Znowu do mięczów poszli. Iuż ranionaY ona, y on, iuż y tchu samegoLedwie iem staie. Potem się cofnęli,Aby po wielkiey pracey odpoczęli.
Tak na mieczowei wsparszy się głowicy.Patrzali na się — ta z tey, ów z tey strony,Kiedy Apollo swoiemu woźnicyNieść kazał na świat dzień światłem pleciony.Widzi krwie siła Tankred na dziewicy,Cieszy się hardy, że mniey obrażony.O ludzkie myśli, głupie to czynicie,Że się za lada szczęściem unosicie!
Z czego się cieszysz, o Tankredzie? czemuChełpisz się szczęściem omylnem piiany;Wrychle zwycięstwu nierad będziesz swemuY będziesz płakał tey krwie y tey rany...Chwilę się milcząc — on iey, ona iemuPrzypatrowali sobie na przemiany,Nakoniec Tankred ozwał się z swą mową,Pytaiąc, kto beł y iako go zową:
„Spólne to — prawi — nieszczęście sprawuie,Że naszą dzielność pokrywa milczeniem,A iż nam zły los sławę odeymuieSłusznie nabytą, tak mężnem czynieniem;Proszę cię [ieśli gniew prośbę przyimuie]Powiedz mi twóy stan, z twem własnem imieniem.Niech wiem lub przegram, lub wezmę zwycięstwoKto śmierć ozdobi, albo moie męstwo“.
Ona mu ną to: „Imienia moiegoNie będziesz wiedział, iuż cię to omyli;Dosyć masz na tem, że widzisz iednegoZ tych dwu, co wielką wieżę zapalili“.Harda odpowiedź rycerza zacnegoTak uraziła barzo w oney chwili,Że do niey znowu wielkiem pędem skoczył.Aby się zemścił y miecz w niey umoczył.
Wraca się iem gniew w serca zajątrzone,Choć się każdy z nich barzo słabem czuie;Nauka za nic, siły iuż zemdlone,A na ich mieysce wściekłość następuie.O iako wielkie y niewymówioneRany miecz czyni, gdzie iedno zaymuie:W zbroi y w ciele — a że żywot ieszczeNie wyszedł, gniew mu w sercu czyni mieysce.
Iako ocean, choć wiatry ustały,Które go z gruntu dopiero wzburzyły,Długo nadęte trzyma swoie wały,Niźli swóy straszny gniew uspokoiły —Tak y ci, choć iuż wszytkie osłabiały,Choć w nich upadły spracowane siły,Swą popędliwość pierwszą zachowuiąY wielkiem gwałtem na się następuią.
Ale iuż przedzęprzędzę Parka nieużytąKloryndzinego żywota zwiiała:Pchnął ią w zanadrze Tankred y obfitąMiecz utopiony krew wytoczył z ciałaY zmoczył złotem koszulę wyszytą,Którą panieńskie piersi sznurowała.Czuie, że ią iuż noga ledwie wspieraY że iuż mdleie y że iuż umiera.
Idzie za szczęściem zwycięzca surowyY sztych śmiertelny pędzi między kości;Ona konaiąc, rzekła temi słowy,Zwykłey na twarzy nie tracąc śmiałości,Którą znać, że w niey duch sprawował nowy,Duch skruchy, wiary i świętey dufności —Że choć poganką za żywota była,Umieraiąc się ato nawróciła:
„Odpuść ci Boże, ato masz wygraną,A ty też, proszę, odpuść moiey duszy,Proś Boga za nię y grzechem spluskanąOczyść krztem świętem y zbroń od pokusy“.Tą żałościwą, tą niespodziewanąProśbą iey Tankred zarazem się ruszy:Y wewnątrz żalem okrutnem dotkniony,Umarza gniewy y płacze zmiękczony.
Do przezroczystey pobieżał krynice,Która z przyległey góry wynikałaY w hełm porwawszy wody, do dziewiceWracał się, która iuż dokonywała.Kiedy iey dotąd niepoznane liceOdkrył z szyszaka, ręka mu zadrżała:Pozna ią zaraz y iako słup stanie...O, nieszczęśliwe y przykre poznanie!
Nie umarł zaraz, bo wszystkie swe mocyZebrane, serca pilnować wyprawiłY dusząc w sobie żal, koło pomocyŚwiętey się wszytek na on czas zabawił.Śmiech wdzięczny piękne wydawały oczy,Skoro krzest święty cny rycerz odprawił;Y tak się zdało iakoby mówiła:„Niebom osięgła, niebam dostąpiła“.
Mało co pierwszey straciwszy piękności,Iako lilia białą barwą bladła,Na iasne niebo zda się, że z litości,Gdy w nię patrzało — czarna chmura padła.A nie mogąc iuż mówić, życzliwościZnak: zimną rękę na rycerza kładła.Tak piękna dziewka w on czas umierała.Że kto nie wiedział, rozumiał, że spała.
On widząc ią iuź umarłą, strapionySiły niedawno zebrane rozpuścił,Z których tak nagle będąc obnażony,Władzey nad sobą żalowi dopuścił;Ten w żywot w małem mieyscu utaionyY w twarz y w zmysły śmierć zarazem puścił.Mdleie, trupowi rówien każdą sprawą:Barwą, milczeniem y krwią y postawą.
Y pewnieby beł żywot rozgniewanyGwałtem się wydarł z śmiertelnego ciałaY w towarzystwie szedł nieutrzymanyZ szlachetną duszą, co go uprzedzała;Ale z trafunku tam beł nadiechanyOd iedney roty, co wody szukała.Ta wzięła dziewkę i rycerza cnegoW niey umarłego, w sobie źle żywego.
Rothmistrz z daleka, gdy się rozedniało,Poznał po zbroi książę Chrześciiańskie:Uyrzał też przy tem martwey dziewki ciało,Okrutną raną przebite tyrańskie.Y nie chciał, aby na pokarm zostałoWilkom, choć mniemał, że belo pogańskie,Ale kazał wziąć sługom ciała obieY do obozu zanieść ie na sobie.
Bohatyr ranny, pomału niesionyNie czuie co się koło niego dzieie,Ale iż żywot beł w niem zataiony,Znać po stękaniu, iże ieszcze zieie.Ta zaś — iako słup leżąc z drugiey strony,Żadney żywota nie dawa nadzieie.Tak ie na on czas pospołu niesiono,Ale ie w różnych namieciech złożono.
Gromada zatem iego sług życzliwa,Do różnych posług zarazem się miała;Iuż też y mdły wzrok y myśl obłędliwaLekarskie ręki znać w niem poczynała,Iednak rozeznać nie mogła — wątpliwaDługo, ieśli się wróciła do ciała.Patrzy po stronach, nakoniec poznawaY czas, y mieysce, y słyszeć się dawa:
„Y żyię ieszcze? y światłość słoneczna,Y ten mię ieszcze widzi nieszczęśliwyDzień, co świadectwo [o sromoto wieczna]Wydawa na móy żywot niecnotliwy.A ty, o ręko sroga i bezecna,Któraś uczynek zrobiła brzydliwy —Weź mi co pręcey za grzech popełnionyŻywot, y Bogu y ludziom wzmierziony.
Miecz śmiertelnemi napuszczony iadyWraź mi nagłębiey w serce między kości!Czy za pobożność masz to z iakiey rady:Niechcieć mi skończyć śmiercią tey żałości?Y tak żyć muszę? y między przykładyByć pamiętnemi nieszczęsney miłości?Za grzech tak wielki na plugawą duszę,To tylko iest kaźń godna, że żyć muszę.
Żyć muszę zawżdy w ustawicznem błędzie,Troski y wieczne cierpiąc niepokoie;Cień mię nakoniec własny straszyć będzie,Wymawiaiąc mi zawżdy grzechy moie.W słońce bespiecznie nie poyrzę y wszędzieSumienieSumnienie będzie męki miało swoie;Bać się sam siebie y przed swą osobąZawżdy się kryiąc, zawżdy będę z sobą.
Ale niestetysz, gdziesz się wżdy podziałoIey czyste ciało? czyli — co zdrowegoOd moiey wściekłey ręki w niey zostało —Rozszarpano iest od zwierzu dzikiego?Droga potrawa, nieszczęśliwe ciało,Z ciebie się stała, z szaleństwa moiego,Na które mię noc [o żałosne czasy!]Naprzód, a potem zwierz podwiodły lasy.podwiódł y lasy.
Iednak ieśliś iest gdziekolwiek na ziemi,Że cię gdzie naydę — iestem tey otuchy;Ale ieśli swe członkami twoiemiŻwierzowie głodni obkarmili brzuchy,Abym tylko mógł pospołu być z niemi,Niechay mię pożrą y w las niosą głuchy!Szczęśliwy u mnie grób bedzie, co obieCiała w się przyimie y schowa ie w sobie“.
Tak sam narzekał z sobą, utrapiony;Słudzy wtem rzekli, że to ciało mieli.Za temi słowy wzrok wypogodzonyY odmieniony wszyscy w niem widzieli.Y choć tak chory y tak był zemdlony,Wstał o swey mocy znienagła z pościeliY ledwie mogąc przestąpić przez progi,Pomału chore wlókł za sobą nogi.
A skoro — ręki niepobożney sprawę,W piersiach uyrzały srogą ranę oczyY pogodnemu iey bladą postawę,Podobną niebu, chocia w ciemney nocy —Zadrżał y lecąc do ziemie, poprawęWziął, uchwycony od bliskiey pomocy:„O wdzięczna twarzy śmierć mi — prawi — sprawiszSłodką, lecz żalu nigdy mię nie zbawisz!
O piękna ręko, którąś mi podała,O wdzięczne chęci ostateczne y znaki!Iakoś się teraz dobrze różną stała,Stąd mękę, stad żal, stąd ból cierpię taki.Widzę, ach w członkach niewinnego ciałaMoiey wściekłości nieszczęśliwe szlaki;Równo się z ręką — o oczy — srożycie:Ta ie zraniła, wy w rany patrzycie.
Ani płaczecie. Niechayże w zamianyKrew idzie ze mnie, bo łzy iść nie chcecie“.Tu uciął słowa y niehamowanyNie chcąc żyć więcey y zostać, na świecie,Podrapał sobie zawinione ranyTak, że krwie beło pełno po namiecie;Y zabiłby się sam beł w oney dobie,Ale żal czynił, że nie beł przy sobie.
Y tak przezdzięki dusza żałościwaNad iego wolą przy ciele została,Ale po wszytkiem woysku świegotliwaWieść o przypadku iego powiadała.Goffred, y inszych przyiaciół życzliwaKupa, cieszyć go co raz przybywała.Lecz wybić troski żadną miarą z głowyNie mogły słodkie y poważne mowy.
Iako kiedy kto tknie rany w pieszczonemCzłonku, ból roście y tem sroższy bywa,Tak przyiacielskism — w sercu utrapionemWięcey żałości cieszeniem przebywa.przybywa.Lecz go pustelnik nie chce mieć straconem,Na różne się nań dowody zdobywaY iego upór poważnemi słowyStrofuie, y tey używa nań mowy:
„O różny teraz daleko od siebieTankredzie, y od początku twoiego;Ktoć wżdy odiął słuch? pytam cię — y ciebieUczynił teraz tak nagle ślepego?Twe utrapienie Bóg wieczny na niebieSam na cię posłał, Ten cię do pierwszegoGościńca, któryś opuścił, kieruieY palcem ci go prawie ukazuie.
Y do dobrego rycerza cię wiedzieChrystusowego pierwszey powinności,Którąś opuścił, o głupi Tankredzie,Kwoli niewierney poganki miłości.Y teraz na cię z lekką pomstą iedzie,Z lekkiem karaniem za twe nieprawościY uleczyć cię chce przez cię samego,A ty nie widzisz daru tak zacnego?
Y Bogu się chcesz przeciwić samemu,Któryć łaskawey dodawa pomocy,Obacz się proszę, a żalowi temuTakiey nad sobą nie dopuszczay mocy.Iuż ato iawnie na dół ku wiecznemuZginieniu lecisz, ieno otwórz oczy!Przebóg, hamuy się w tey żałości swoiey,Co cię do śmierci prowadzi oboiey.
Strach iedney śmierci, który mu przekładał,Chciwość mu drugiey z nienagła wyimowałY uważaiąc pilnie — co powiadał,Nieutulony płacz w sobie hamował.Ale nie tak żal przedsię z serca składał,Aby nie wzdychał y nie lamentował.Czasem sam w sobie skrycie narzekaiąc,Czasem z umarłą głosem rozmawiaiąc.
Lubo wieczorne, lubo wstaią raneZorze, iey woła, iey płacze, iey prosi;Tak iako słowik, co mu nieodzianePióry dzieciny myśliwiec unosi,Y dni y nocy prowadząc niespane,Napełnia pola y swe żale głosi.Nakoniec kiedy świtać poczynało,Między łzy w oczy wpadło mu snu mało.
Wtem mu się w szacie gwiazdami natknioneyKochana iego przez sen ukazała:Dobrze pięknieysza i w iasności oneyNiebieskiey będąc, poznać mu się dała.Y zdało się, że w postawie skłonioneyDo śmiechu, łzy mu z oczu ucierała:„Przypatrz się — prawi — teraz mey pięknościY mey ozdobie, a skróć swey żałości.
Toś mi ty wszystko z łaski swoiey sprawił,Z świata mię tego omyłką zgładziwszyY u Bogaś mię na łonie postawił,Godną mię nieba przez krzest uczyniwszy.Tyś mię wiecznego żywota nabawił,Lecz y ty — ciało śmiertelne złożywszy,Masz tu mieć mieysce, gdzie wieczneyw wiecznej światłościCieszyć się będziesz z twey y z mey piękności.
Y ieśli nieba nie zayrzysz sam sobieY zmysł cię z drogi prawdziwey nie zwodzi —Zostań żyw, a wiedz, że się kocham w tobie,Iako się kochać nam w stworzeniu godzi“.Tak mówi, a wtem chęci w oney dobieOgień życzliwy z oczu nań wywodzi,Potem się w swoie promienie zamknęłaY wlawszy weń tę pociechę, zniknęła.
Ocknął się zatem y wstał pocieszonyY lekarzom się iuż dał opatrowaćY martwe ciało tem czasem — strapiony,Po chrześcijańsku rozkazał pochować.A chocia nie beł mistrz iaki uczony,Co miał grób z drogich marmurów ukować —Przedsię, ile czas znosił, beł obranyKamień, z którego grób beł wykowany.
Do którego ią z lanemi świecamiW wielkiey gromadzie w pole prowadzili.Potem iey zbroię między gałęziamiRospiętą, wielkiey sośnie zawiesili.A sam iak skoro zwątlony ranamiWzmógł y podniósł się z łoża w oney chwili.Zarazem wnętrzney pełen pobożności,Poszedł nawiedzić pogrzebione kości.
Gdy przyszedł nad grób, gdzie iego żywemuSercu więzienie złe nieba przeyrzały —Zimny, wybladły, rówien umarłemu,Wlepił wzrok w kamień y sam skamieniały;A nie mogąc się płaczowi silnemuOdiąć, do głuchey ledwie przerzekł skały:„Wdzięczny kamieniu y kochany grobie,Co płomień masz wnątrz, zwierzchu móy płacz w sobie!
Nie martwy w tobie popiół, ale żywy,Pełen miłości, ma swoie mieszkanieY czuie z ciebie zwykły przeraźliwyPłomień, lecz przykrszy sercu nad mniemanie.Przyimi, ach proszę, ten płacz żałościwyY pokropione łzami całowanie,A poday ie zaś w swey skrytey zasłonieLubem zewłokom, które masz w swem łonie.
Bo ieśli dusza do swoiego ciałaWraca się kiedy y do swoich kości.Nie będzie za złe bez wątpienia miałaTwey pobożności y moiey śmiałości...Y odpuści mi. W tę tylko zostałaNadzieię dusza w tey tu śmiertelności,Ręka zła tylko popełniła winę,Iam żył miłuiąc, miłuiąc ią zginę.
Wżdyć kiedy przyidzie y moiey potrzebieDogodzi ten dzień szczęśliwy y święty,Że co to teraz błądzę koło ciebie.W ten czas iuż będę w łono twe przyięty —Niech zgodne dusze spół mieszkaią w niebie,Niech oboy proch trwa wiecznie nierozięty,A czego żywot mieć nie mógł stroskany,Śmierć będzie miała. O dniu pożądany!“
Tem czasem o iey przygodzie powieściY ciche w mieście szemrania powstały;Potem iuż pewne y głośnieysze wieściMiędzy lękliwem ludem wciąż latały.Wszędzie lamenty, wszędzie krzyk niewieści,Iakoby mury y wysokie wałyIuż nieprzyiaciel wszystkie opanowałY iuż bogate kościoły plundrował.
Ale naywięcey oczy ludzkie zeszłyNa się obrócił, Arset żałościwy:Y iako inszem łzy mu z oczu nie szły,Bo od żałości ledwie się stał żywy,Ale od gminu gęstego obeszłyStękał, nakrywszy prochem włos szedziwy.Wtem gdy się wielki tłum do niego zbierał,Argant we śrzodku stoiąc, tak wywierał:
„Chciałem ia zaraz — że krótko wspomionę —Postrzegszy pierwszy, że w polu została,Wypadszy z bramy iść iey na obronę,Żebyśwa była spólny los cierpiała.Wołałem, aby otworzono bronę,Aby się beła iako ratowała,Ale daremne beło me wołanie,Bo król surowe czynił zakazanie.
Y bym beł wypadł — iakom chciał bespiecznie,Y zdrowobym ią nazad beł wprowadził,Abobym beł chciał lec przy niey koniecznie,Y niktby mi beł tego nie rozradził.Cóż beło czynić? Iam się iey statecznieStawił, ale Bóg inaczey uradził;A to iuż ona umarła gdzieś leży,A ia też pomnię to co mi należy.
Niech Ieruzalem y nieba słuchaiąTego, co teraz Argant obiecuie,A gdzie nie strzyma, niechay nań spadaiąWszystkie pioruny, co się ich naydaie:naiduie:Przysięga ato — niech to pamiętaią —Pomścić się iey krwie y iawnie ślubuie,Że miecza tego od boku nie zbędzie,Aż Tankredowi na garle usiędzie“.
Tak rzekł, a głosy życzliwe z pobudkiPospolitego ludu powstawałyY z obiecaney przyszłey pomsty smutkiW żałosnych sercach znienagła niszczały.Próżne przysięgi, bo przeciwne skutkiLudzkie nadzieie w krótkim czasie miały.Y w rychle potem ten legł od tamtego,Którego dziś ma za zwyciężonego.