Baśń o uśpionéj królewnie i o najśmielszym królewicu

Василий Андреевич Жуковский (1783–1852)

Translated from Russian by Antoni Edward Odyniec

Był sobie król i królowa.On zdrów, młody — ona zdrowa;Przecież rok, drugi i trzeci,Jak nie ma, tak nie ma dzieci.Król w myślach smutkiem się trawi,Komu swe berło zostawi;Królowa także się troska.Lecz cóż? taka wola Boska!Dręczyli się, umęczyli,W końcu się uspokoili.

Aż królowa raz wieczorem,Poszła dumać nad jeziorem,

Dumać zawsze o tém jedném,O sierocém życiu biedném,I przez jakąby ofiaręOdwrócić tę Niebios karę.Idzie, duma — aż z jeziora,Płynie wielki rak — potwora,Z wąsem jak som, a w kirysie,Jakby jaki rycerz lśni się:I kiwnąwszy zlekka głową,Tak się ozwie: „O! królowo!„Dobre tobie niosę wieści:„Koniec troskom i boleści!„W trzy ćwierć roku od téj pory„Będziesz matką pięknéj córy.“ —— „Ach! ty raku mój nad raki!„Zkądże tobie rozum taki,„Byś mógł wiedzieć co się stanie?“ —Rak jéj na to zapytanieNic nie odrzekł, lecz się zwinął,Plusnął w wodę, i gdzieś zginął.

Snem królowéj to się zdało;Lecz jak mówił, tak się stało.W trzy ćwierć roku od téj poryByła matką pięknéj córy,A tak pięknéj, chociaż małéj,Że jéj równéj, na świat całyLudzkie oczy nie widziały.Król niezmiernie rad z dzieciny,Sprosił cały kraj na chrzciny,

A nasamprzód, państwa stróżek,Jedénaście możnych Wróżek.Byłać wprawdzie i dwunasta,Ale stara, zła niewiasta;Téj nie prosił; — nie dla tego,Że stara i nic dobrego —Lecz był powód. —

W dworskich składach,Po królewskich pra-pradziadach,Był, osobliwszéj roboty,Serwis cały szczerozłoty,Jak raz na dwanaście osób.Król bez niego w żaden sposóbNie chciał nigdy dać obiadu. —Aż tu kłopot! — Czy ze składu,Czy z kredensu, dość, że skrycieKtoś dwunaste skradł nakrycie;Lecz kto? lecz jak? gdzie i kiedy?Ani śladu! — Król więc tedyRada w radę z swym Marszałkiem;I wolał nie prosić całkiemTéj dwunastéj Wróżki staréj,Niż dać serwis nie do pary.

Baba co nie pękła z złości. —A tymczasem tłumy gości,Co na bal proszeni byli,Zebrali się, jedli, pili,

I nakoniec, jak w tym krajuByło zdawna w obyczaju,Czy kto krewny, czy nie krewny,Niósł podarki dla królewny.A po krewnych i za drużbą,Przyszły Wróżki z dobrą wróżbą,I przez rymy, przez zaklęcia,Zarzekały los dziecięcia:„Będziesz cudem tego świata,„Będziesz można i bogata,„Będziesz cudna jasnolica,„Znajdziesz męża królewica,„Będziesz wiek wesoło trawić,„Lud cię będzie błogosławić,„Będziesz miła, będziesz tkliwa,„Będziesz dobra i szczęśliwa!“ —Takie, w kolej od dziesięciuWróżek, wróżby szły dziecięciu.Jedénasta z wróżbą nowąIdzie także: — lecz nim słowoWyrzec mogła: — sen czy mara?Jedną razą Wróżka staraZjawiła się przy kolebce,I już rym swych zaklęć szepce:„Mnie na ucztę nie proszono,„Nie karmiono, nie pojono,„A jać dar mój niosę przecie. —„Krótko tobie na tym świecie,„Królewiątko! żyć radośnie.„W siedemnastéj życia wiośnie,

„Zaraniwszy dłoń wrzecionem,„Zaśniesz na śmierć wiecznym zgonem.“ —To wyrzekła, w dłoń klasnęła,Zaśmiała się, i zniknęła. —Lecz jak zmienić groźby wieszcze? —Szczęściem Wróżka, która jeszczeNie darzyła niemowlęcia,Tak skończyła rym zaklęcia:„Kłamiesz! to się tak nie stanie!„Będzie to sen, nie skonanie.„Sen ten będzie trwał lat dwieście,„Lecz nie wiecznie; — aż nareście,„Zjawi się najśmielszy z ludzi,„Co ją znajdzie i obudzi.„Z nim, i z królem, i z królową,„Odrodzi się jak na nowo;„Będzie widzieć wnuków wnuki,„I dopóty żyć, dopóki„Sama zechce.“ —

To skończywszy,Królowi się pokłoniwszy,Wróżki poszły. — Król w rozpaczy,Różnie słowa ich tłómaczy,Wzdycha, płacze, mizernieje.I cóż za dziw? nie śpi, nie jé,Myśl złą wróżbą wciąż zajęta:O dobrych ani pamięta,A choć wspomni, to nie wierzy.Myśli wciąż, jak zapobieży

Téj u niego jednéj pewnéj,Co wróży śmierć dla królewny.Aż ktoś z dworzan tak doradza:„Królu panie! twoja władza!„Zakaż w kraju lnu i przędzy,„I drwij z przeklęstw staréj jędzy.“ —W myśl królowi poszła rada.Więc nie tracąc chwili, siada,I do swojéj Rady TajnéjPisze ukaz nadzwyczajny.„Ja król, pan wasz, chcę i każę:„By w całym państw mych obszarze,„Nikt — ni szlachta, ani chłopi,„Nie sieli lnu, ni konopi;„A kto będzie siał, ten zwije„Sam z nich stryczek na swą szyję.„Zabrania się téż prząść nici,„I zaleca się policji,„Przez wszelkie jakiebądź środki,„Zniszczyć wszystkie kołowrotki,„A nadewszystko wrzeciona. —„Wola moja niecofniona,„Kto ją słyszy, niech wykona!“ —Po wydaniu téj ustawy,Król zbył troski i obawy,Znów jadł, pił, spał, żył radośnie.A tymczasem córka rośnie,Rośnie — matki już dorasta,I już wiosna siedemnasta!… —Cóż się stanie z wróżbą ową? —

Dnia jednego, król z królową,Gdzieś w gościnę, na czas pewny,Pojechali bez królewny.Smutno było to królewnie.Napłakawszy się więc rzewnie,Co tu począć? myśli sobie.Nudno! — „Aha! wiém co zrobię.„Co mam w domu sama siedzieć?„Pójdę — rzekła — pałac zwiedzić!“ —Jakoż poszła. — Ochmistrzyni,Kilka Frejlin idzie przy niéj.Idą naprzód do tronowéj,Od tronowéj do balowéj,Z tamtéj znów do innéj sali;I tak coraz daléj, daléj.Przyszły wreście do narożnéj,Do okrągłéj wieży próżnéj,Gdzie jak zamek zamkiem, pewnoNie był nigdy król z królewną.W środku tam nic szczególnego.Mur z kamienia ciosowego,Kręte wschody, tuż przy murze,Wiodą w górę; a na górze,Widać drzwiczki do ganeczka. —Królewiątko, jak sarneczka,Skik, skik, w górę — wbiegła sama.Ochmistrzyni, wielka dama,Leźć po wschodach nie tak rada.Frejlinom téż nie wypada

Iść wprzód, zwłaszcza kiedy gniewna.Więc zostały; — a królewnaJuż tymczasem na wierzchołku.Wbiega, patrzy — aż na stołku,U nizkiego okieneczka,Siedzi sobie staruszeczka,Niziuteńka, siwiuteńka,Jak gołąbek; — prawa rękaNa powietrzu, palce w ruchu,I coś kręci na fartuchu.Co takiego? — kawał drewna,Nakształt strzałki! — Więc królewna,Cicho, cicho, choć w obawie,Podkrada się — i ciekawiePatrzy, co to za narzędzie?A staruszka kądziel przędzie.I to liźnie lewą rękę,To coś mruczy jak piosenkę.„Wrzecioneczko, wij się, wij się!„Kądziałeczko, nie tak rwij się!„Praca nasza nie igraszka,„Wiążem sidło, złowim ptaszka!“ —A królewna z udygnieniemSpyta jéj: — „Za pozwoleniem,„Co to robisz, proszę?“ — „Przędę.“ —— „Naucz-że mnie, i ja będę!“ —I już ręką wyciągnionąSięga nici: — wtém wrzeciono,Ach! — ukłuło; — krew z paluszkaWytrysnęła — a zła Wróżka

Zaśmiała się w głos, i znikła. —A w królewnie mdłość niezwykłaRozlewa się — wzrok się klei —I usnęła. — Tuż z kolei,Sen ogarnął Ochmistrzynię,I Frejlinę po Frejlinie;I co żyło w całym dworze,Wpadło w letarg. —W téjże porzeKról powraca. — Co to znaczy?Ni doboszów, ni trębaczy,By go witać za powrótem!Cały odwacht śpi pokotem.Straż przy bramie, choć stojąca,Lecz pijana, czy drzemiąca,Z zwisłą głową i rękoma,Stoi martwa, nieruchoma.Co to znaczy? — Król się gniewa,Chce coś fuknąć — a wtém ziewa,Ziewa, ziewa — i w pół słowaZasnął mówiąc — I królowa,I jéj dama honorowa,I szambelan z całą świtą,Nawet laufer przed karétą,Z podniesioną, jak biegł, nogą:I woźnica z miną srogą,Z zamachniętym biczem w dłoni,I forysie, i sześć koni,Jak jechali, tak w pół placuI zasnęli. — I w pałacu,

Jak kto gdzie stał, tak śpi: — straże,Prezentując broń; kucharze,Kręcąc rożen; — nawet płomię,Choć nie zgasło, nieruchomieStoi w górę: — i u góry,Dym jak buchał, tak w kłąb buryZwił się, i śpi: nad kominyStercząc tylko jak słup siny.A jak pałac, tak z nim całaOkolica zadrzemała,I powoli, czas za czasem,Pokryła się gęstym lasem,Czarnym borem; — a do boru,Ani drogi, ani toru,Ni przystępu, ani zblizka!Wszędzie głogi, a bagniska.Żaden wiatr tam nie dowiewa,Nie zaszumią nigdy drzewa;Żaden ptaszek nie zapiśnie,Żaden zwierz się nie przeciśnie;Nawet chmura kiedy płynie,To go zawsze bokiem minie;Nawet słońca jasność słodkaNie ma kędy wejść do środka,Tak jest gęstą mgłą objęty.Słowem, był to bór zaklęty.

A tymczasem, jak dzień po dniu,Tak szedł tydzień po tygodniu,Tak szedł miesiąc po miesiącu,Rok po roku — aż i w końcu

Sto lat przeszło. — Z razu ludzieRozprawiali o tym cudzie,Potém coraz mniéj wierzyli,Potém całkiem zaprzeczyli.Została się wieść niepewna,Że w tym borze śpi królewna,I że kto najśmielszy z ludzi,Ten ją znajdzie i rozbudzi.

Z razu było dość młodzieży,Z książąt, grafów i rycerzy,Co przed laty, jak wieść niesie,Szli próbować szczęścia w lesie.Ale jedni, pełni trwogi,Powrócili od pół drogi,To nie mogąc znaleźć toru,To nie śmiejąc wejść do boru.Było jednak i tych wiele,Co przez głogi i topielePrzedarli się w las; lecz z lasuNikt nie wrócił. — Czas od czauczasu,Coraz to mniéj, coraz rzadziéjByło takich, coby radzi,Dla niepewnéj tam królewny,Narażać się na zgon pewny.W końcu nie ma i nikogo.

A czas zawsze swoją drogąJak szedł, tak szedł; — aż nareścieUpłynęło i lat dwieście.

Czasby ocknąć się królewnie.Już jéj o tém śni się pewnie…Lecz przyjdzież najśmielszy z ludzi,Co ją znajdzie i obudzi? —Nie potrzeba o to bać się,Co ma stać się, musi stać się.Posłuchajcie!

Dnia jednego,Wiosennego, wesołego,Syn królewski — (Król już nowyBył w tym kraju) — lubiąc łowy,Z wielką psiarnią, z wielkim dworem,Przyjechał tam, i wieczoremJakoś zbłądził. — Jedzie, jedzie,Przez noc całą; aż na przedzie,Widzi — czarną mgłą okryta,Stoi puszcza nieprzebyta.Nigdzie drogi, nigdzie toru,Ni przystępu! — Więc wzdłuż boruJedzie, jedzie — aż spotykaStaruszeczka, Pustelnika.Więc go wita, więc go pyta.Co za puszcza nieprzebyta? —A staruszek wstrząsłszy głową,Zaczyna mu słowo w słowoOpowiadać, co sam pewnieWié od starszych: o królewnie,Co w królewskim wielkim dworzeŚpi zaklęta w owym borze:

Śpi lat dwieście, i śpiąc czeka,Na kochanka, na człowieka,Co najśmielszy będzie z ludzi,Co ją znajdzie i rozbudzi.Opowiadał potém daléj,Jak już byli tak zuchwali,Co jéj szukać próbowali:Lecz jak jedni wejść nie śmieli,A co weszli w las — zginęli.A królewic słucha, słucha —Był to młodzian pełen ducha,Pełen serca. — Jednym razemWstrząsł się cały, i żelazemJak nie zepnie swego konia!A koń wichrem, wprost przez błonia.Jak nie skoczy!… w oka mgnieniuWpadł do boru, i w drzew cieniuZniknął z jeźdzcem. —

Cóż tam w borze? —Dziwy dziwów! cuda Boże!Raj nie gaj, nie puszcza dzika,Oczom jeźdźca się odmyka.Zamiast głogów — róż ogrody;Zamiast bagnisk — żywe wodyPołyskują, szumią, brzęczą.Rój motylów jasną tęcząLeci nad nim; ptaszki zgrają,Lecą przed nim, a śpiewają.

Kwiaty pachną — wszędzie wonność,Wszędzie jasność a zieloność!A koń leci, ani staje;A przed koniem same gajeRozchodzą się, czynią drogę;A królewic nie już trwogę,Ale taką czuje radość;Że i w niebie jéjby zadość!A tymczasem konia bodzie,Leci, leci — aż na przodzie,Widzi pałac — cud struktury!Z alabastru białe mury,Dach się błyszczy jak ze złota,Wrota na ścież — więc we wrota,Pędzi prosto do pałacu.Wjechał na plac: — aż na placu,Tłumy ludzi w różnych strojach,W złotogłowach, w jasnych zbrojach,Stoją, siedzą, leżą — aleŻaden się nie ruszy wcale,I czy stoi, czy kto leży,Śpi i chrapie jak należy.A wśród placu, jakby wryta,Stoi pyszna kocz-karéta,Z herbem dworskim, sześcią koni.Nasz królewic zajrzał do niéj.Lecz nie widząc, jak był pewny,Młodéj, ładnéj — więc królewny,Wprost pod pałac gnał w zawody.Przebył ganek, wbiegł na wschody.

Wszedł do sali — do tronowéj,Ztamtąd prosto do balowéj,Ztamtąd znów do innéj sali;I tak coraz daléj, daléj,Doszedł wreście do narożnéjOwéj wieży — już nie próżnéj —Bo tam właśnie Ochmistrzyni,I Frejliny obok przy niéj,Przed wschodami śpią na ziemi.Spójrzał bystro między niemi,Czy nie znajdzie téj, co szuka.Lecz nie! serce nie oszuka,A tu mówi, że jéj nie ma.A więc rzucił wkrąg oczyma.Patrzy, widzi wschody kręte,I u góry wpół przeniknięteMałe drzwiczki; — coś widocznieTam go ciągnie; — lecz cóż pocznie?Przejść nie sposób! OchmistrzyniLeży wzdłuż, Frejliny przy niéj,Chyba deptać. — Lecz poradził,Krok w tył — skoczył, i przesadził.Dopadł drzwiczek, popchnął, wbiega,I postrzega — cóż postrzega?O! radości! — „Tak! to pewna!„To jest ona! to Królewna!“ —Tak, to ona! — bo gdzież w świecieTaka druga? —Jakby dziecię,Spokojniutka, miła, cicha,Drzemie zlekka: — pierś oddycha;

Usta drgają, jak śród krzewuListek róży od powiewu;Po przez rzęsy jasność oczekLśni jak gwiazdka przez obłoczek.Włos w pierścieniach oblał szyję,W twarzy róże a lilije.Na wysmukły, cienki stanik,Rzucon lekki półkaftanik,Purpurowy, złotem tkany,Gronostajem bramowany.Zresztą w bieli, lekkiéj, mglistéj,I w zasłonie wpół przejrzystéj.W dole tylko z pod fartuszka,W koturniku, drobna nóżkaLśni się złotem. — Cudo dziewic!Śpi jak anioł! — a królewic,W zadumieniu, w zachwyceniu,Cały w sercu a spójrzeniu,Nieruchomy stał — i onaSpała przed nim niewzruszona.

Lecz jak przerwać sen zaklęty? —Od miłości on natchnięty,Skoczył ku niéj, zgiął kolano,Wlepił oczy w twarz rumianą.Usta drgnęły jak uśmiechem,Pierś jéj żywszym tchnie oddechem;W licach zakwitł kwiat rumieńca,Jakby czuła wzrok młodzieńca.

A młodzieniec! w uniesieniu,W upojeniu, w omamieniu —O! któżby się pohamował? —Schylił się — i pocałował.

A wtém nagle izba całaBlaskiem słońca zajaśniała.I królewna się ocuca!Błędném okiem wkoło rzuca,I ujrzawszy królewica,Rumieni się i zachwyca.A tymczasem, jak w pałacu,Tak na ganku i na placu,Jak kto gdzie spał, tak się budzi.Znów gwar, hałas, ciżba ludzi.Ochmistrzyni jeszcze ziewa,Na Frejliny już się gniewa.Dobosz widząc że król jedzie,Bije werbel; a na przedzie,Laufer jak stał bieży daléj,Furman z kozła z bicza pali,I zajeżdża. — Król, królowa,I jéj dama honorowa,I szambelan z resztą świty,I hajduki z za karéty,Wysiadają, dłoń podają,Króla we drzwi wprowadzają.Straże bronie prezentują,W kuchni znowu jeść gotują.Kuchmistrz miechem w ogień dmucha,Ogień trzaska, dym znów bucha.

Słowem, wszystko się ruszyło,Odrodziło się, ożyło,A wszystko jak dawniéj było.Prócz nowego tylko gościa,Królewica jegomościa,Co z królewną wraca z wieży,Król naprzeciw niego bieży,Królowa tuż za nim kroczy,Za królową dwór się tłoczy,A u wszystkich wielkie oczy!…A królewic im rzecz całąOpowiada, jak się stało. —Słysząc to król i królowa,Ledwo mogli przyjść do słowa,By mu wdzięczność swą objawić,I z królewną błogosławić.

Cóż wam jeszcze mówić daléj? —Kochankowie się pobrali.Król znów sprosił gości wiele,Sprawił ucztę, a wesele,Lusztyk, bal! — I ja tam byłem,Miód i wino z gośćmi piłem.A com od nich się dowiedział,Tom wam, jak mógł, opowiedział.