Piękna Eleanor

William Blake (1757–1827)

Translated from English by Jan Kasprowicz

Wybiła północ; zadrży cicha wieża,Z mogił powstają umarli; ku bramieSpieszy zamkowej piękna Eleanor,Zajrzy do wnętrza: głuchy jęk wśród sklepień.

Z straszliwym krzykiem upadłszy na ziemię,Do głazów tuli pobladłe policzki.Niby z grobowca płynie zaduch śmierci;Naokół cisza, tylko jęk śród sklepień.

Śmierć wypuściła jej rękę; powstawszyWśród przerażenia, kroczy, niby upiór,Szeregiem ciasnych krużganków, rękamiMacając wilgne, lodowate ściany.

Znowu majaki: oto kości wstająPrzed jej oczyma, szczerzące się czaszkiI śmierć w całunie; i znów słyszy jękiI duchy widzi, błądzące w zamczysku.

Wreszcie nie złuda, tylko rzeczywistośćChwyta jej duszę: słyszy szelest kroków,Jakby uciekał ktoś: I Ellen staje,Zmieniona z trwogi w zimny, głaźny posąg.

Zbrodniarz się zbliża, krzycząc: Już się stało!Weź to i oddaj, komu to masz oddać;To moje życie — oddaj je Ellenie —On już nie żyje; w krwawym umarł jęku!

«Weź to» — tak woła; i chustkę wilgotnąRzuca jej w ręce; potem zaszeleściZnowu krokami. Ona, z Śmiercią bladąW swoich objęciach, mknie na skrzydłach trwogi.

Hyżo zewnętrzną mija bramę; zbrodniarzWyjąc, zeskoczył z wału w ciemną fosę,

I ugrzązł na dnie. Na moście usłyszyNadobna Ellen głos: Więc już się stało?

Jak zwierz raniony, biegła EleanorPustym rozłogiem; jak pocisk, wyrzuconW nocy, śród gęstych trafia mroków, w strasznejTak biegła trwodze ku swemu domowi.

Na łoże padła, na łoże rozkoszy,Gdzie ongi brał ją w objęcia małżonek.«Trwogo niewieścia!» krzyczy; «groźny książe!książę!»Drogi małżonku! O nieszczęsna Ellen!

Mąż mój był jako kwiat na skroniach wiosny!Życie jest wątłe jako kwiat! O Śmierci,Upiorna Śmierci! weź-że precz tę rękę!Szukasz-li kwiatów dla swych strasznych świątyń?

Mąż mój był jako gwiazda na niebiesiech,Którą ściągnęły z góry złość i czary!Mąż mój był jako dnia rozwarte oko,Gdy wiatr zachodni muska wonne kwiaty.

Mrok go ogarnął, jak letnie południeZaćmiewa chmura; padł jak dąb podcięty;Niebiosów tchnienie mieszka w jego licach!O Eleonor, przepełna boleści!»

To powiedziawszy, w górę wzniesie głowęI obok siebie krwawą ujrzy chustę.I w stokroć większej jeszcze ujrzy trwodze,Że się ta chusta rozwinęła sama.

Wzrok jej osłupiał: oto przed nią leżyStraszliwa głowa zabitego męża,Ociekająca krwią, upiornie blada.I usta zmarłe taki jęk wydadzą:

«O Eleanor, spojrzyj: głowa męża!Gdy w śnie spoczywał na głazach tej wieży,Wraz go pozbawił życia nędzny książe!książę!Najemny zbrodniarz sen mój w śmierć przemienił.

Strzeż się nędznego księcia, Eleanor!Nie daj mu ręki, dziś, gdy ja nie żyję!Chciał twej miłości, tchórz, co kazał w nocyNajemnikowi pozbawić mnie życia!»

Jak głaz tak siedzi: zmartwiały jej członki;Skrwawioną głowę bierze w swe objęcia;Całuje sine wargi; łzy jej wyschły;Skronie do piersi tuli z głuchym jękiem.