Scena czwarta
Translated from English by Józef Paszkowski
Król Ryszard III — Akt pierwszy
Brakenbery. Co dziś tak smutno Wasza Cześć wygląda?Klarens. Miałem noc zeszłą bardzo niespokojną,Pełną okropnych snów, straszliwych widzeń.Jakem chrześcjanin i uczciwy człowiek,Nie chciałbym spędzić drugiej takiej nocyZa nieprzerwany ciąg dni najszczęśliwszych;Tak pełne zgrozy były te marzenia.Brakenbery. Jakież to były marzenia, milordzie?Klarens. Zdawało mi się, żem się stąd wyłamałI na okręcie płynął do Burgundji:Będący ze mną tamże brat mój, Gloster,Z wnętrza kajuty wywiódł mnie na pokład;Spoglądaliśmy stamtąd w stronę Anglji,Mówiąc o smutnych kolejach tych wojen,Między domami Yorków i Lankastrów,Któreśmy przeszli. Gdyśmy tak chodziliPo kołyszących się deskach pokładu,Zdawało mi się, że się Gloster potknął,I upadając, mnie, com go chciał wstrzymać,Zrzucił przez burtę w odmęt morskich wałów.U, jakąż męką zdało mi się tonąć!Jak przeraźliwy szum wód miałem w uszach!Jak szpetny widok śmierci przed oczyma!Zdawało mi się, jakobym był świadkiem
Tysiąca rozbić, jakobym tysiąceWidział ciał ludzkich, które ryby jadły;Kotwice, bryły złota, stosy pereł,Drogie kamienie, kosztowne klejnoty,Porozrzucane zewsząd na dnie morza:Niektóre tkwiły w czaszkach; w wydrążeniach,Gdzie niegdyś oczy mieszkały, widziałemJakby na pośmiech błyszczące brylanty,Co się wdzięczyły do podwodnych szlamówI natrząsały z kości w krąg rozpierzłych.Brakenbery. Jakieś mógł, mości książę, w chwili śmierciTe tajemnice otchłani uważać?Klarens. Nie wiem, jak się to działo, ale mogłem.Nierazem ducha oddać usiłował,Ale zawzięta fala wciąż go we mnieZatrzymywała i nic chciała puścićNa wolne, pełne, otwarte powietrze;Dusiła mi go w zaciśniętej piersi,Która pękała prawie, chcąc go z siebieW morze wyzionąć.Brakenbery. Czyliżeś się, panie,W tem pasowaniu z śmiercią nie przebudził?Klarens. Nie: sen mój ciągnął się dalej po śmierci.Wtedy, o, wtedy zwaliła się burzaNa duszę moją. Ów groźny przewodnik,O którym tyle pisali poeci,Przez smętną powódź przewiózł mnie do krainWiecznego mroku. Tam błędną mą duszęSpotkał nasamprzód mój dostojny ojczym,Sławnej pamięci Warwik, który gromkimRzekł głosem: »Jakąż każń za wiarołomstwoZnajdzie w tem ciemnem państwie zdrajca Klarens?‹I zniknął. Potem zjawił się przedemnąInny duch, istny anioł, z jasnym włosemKrwią obryzganym i krzyknął: »To Klarens,Fałszywy, zmienny, wiarołomny Klarens,
Co mię na polach pod Tiuksbury zabił.Chwyćcie go, furje, weźcie go na męki!«Wtedy otoczył mię zastęp złych duchówI wył mi w uszy tak przerażająco,Tak strasznie, żem się aż zbudził, drżąc cały,I długo jeszcze potem rozumiałem,Że jestem w piekle: tak okropne sen ówNa mym umyśle uczynił wrażenie.Brakenhery. Nie dziw, milordzie, żeś się tem przeraził;Mnie sam ten opis dreszczem już przejmuje.Klarens. O, Brakenbery, jam zrobił to wszystko,Co teraz świadczy przeciw duszy mojej;Jam dla Edwarda to zrobił, i patrzże,Jak on mi teraz za to się wywdzięcza.0, Boże! jeśli me gorące modłyGniewu Twojego nie mogą przebłagać,Jeśli ukarać chcesz moje występki,To wywrzej swoją zemstę na mnie tylko!Oszczędź niewinną żonę mą i dzieci! —Nie odchodź, proszę, kochany dozorco:Głowa mi cięży, na sen mi się zbiera —Zostań tu przy mnie.Brakenhery. Zostanę, milordzie.Oby Bóg waszą książęcą mość skrzepiłBłogim spoczynkiem!Klarens siada w krześle i wkrótce potem zasypia.Zmartwienia mieszająPorządek czasu i wytchnieniaZ nocy poranek, z południa noc czynią.Tylko tytuły są korzyścią książąt;Blask ich zewnętrzny opłacany bywaWewnętrzną nędzą, za marne złudzeniaZnoszą częstokroć nawał trosk niezbytych;Tak, że ich doli od nedzarza losuNic nie odróżnia, krom czczego rozgłosu.Dwaj mordercy wchodzą.
Pierwszy morderca. Hola! jest tu kto ?Brakenbery. Czego chcesz, wasze? jakeś się tu dostał?Pierwszy morderca. Chcę mówić z Klarensem, a dosta-łem się tu na nogach.Brakenbery. Tak węzłowato?Drugi morderca. Lepiej węzłowato niż rozwlekle.Pokaż mu papier; nie traćmy czasu na gadaniu.Oddaje papier, Brakenbery czyta.Brakenbery. Odbieram rozkaz, abym szlachetnegoKsięcia Klarensa oddał w wasze ręce.Nie chcę dociekać, jaki jest cel tego,Bo chcę w tej mierze wolnym być od winy.Oto są klucze; tam książę spoczywa.Idę niezwłocznie oznajmić królowi,Że tym sposobem wam zdałem mój urząd.Pierwszy morderca. Możesz to waćpan uczynić; roz-tropność tak radzi. Bądź waćpan zdrów.Brakenbery wychodzi.Drugi morderca. Jakto ? mamyż go zabić śpiącego?Pierwszy morderca. Nie; gotów przebudziwszy się po-wiedzieć, żeśmy tchórzliwie sobie postąpili.Drugi morderca. Przebudziwszy się! Głupiś; on się nicprzebudzi prędzej, aż na sąd ostateczny.Pierwszy morderca. No, to na sądzie ostatecznym go-tów powiedzieć, żeśmy go we śnie zabili.Drugi morderca. Ten wyraz: sąd obudził we mnie pe-wien rodzaj zgryzoty sumienia.Pierwszy morderca. Jakto? lękasz się?Drugi morderca. Nie tego, żeby go zabić, bo przeciemamy list upoważniający do tego, ale żeby nie byćza zabicie go potępionym: bo od potępienia niemógłby mnie żaden list ochronić.Pierwszy morderca. Myślałem, że masz stałe przedsię-wzięcie.Drugi morderca. Mam je, w istocie, do pozostawieniago przy życiu.
Pierwszy morderca. Idę donieść o tem księciu Gloste-rowi.Drugi morderca. Nie czyń tego, bracie, zaczekaj chwilkę.Spodziewam się, że ten paroksyzm skrupułów wkrót-ce minie: nie trwa on u mnie zwykle dłużej, jak przezczas potrzebny do zliczenia dwudziestu.Pierwszy morderca. Jakże ci teraz ?Drugi morderca. Dalipan, czuję, że jeszcze jest we mnietrochę lagru sumienia.Pierwszy morderca. Pomnij o wynagrodzeniu, jakie nasczeka, gdy dzieło będzie spełnionem.Drugi morderca. Prawda, musi umrzeć: zapomniałem owynagrodzeniu.Pierwszy morderca. Gdzież teraz twoje sumienie?Drugi morderca. W worku księcia Glostera.Pierwszy morderca. To więc kiedy on otwiera worek,aby nas wynagrodzić, sumienie twoje precz ulata ?Drugi morderca. Mniejsza o to, niech idzie z Bogiem!mało kto je żywi, nikt prawie.Pierwszy morderca. A jak wróci do ciebie, cóż wtedy ?Drugi morderca. Nic chcę z niem mieć nic do czynienia;to niebezpieczne licho, tchórza robi z człowieka. Niemoże człowiek ukraść, żeby go nie oskarżyło; niemoże kląć, żeby go nie ofuknęło; nie może się braćdo cudzej żony, żeby go nie zdradziło. To wstydliwa,rumieniąca się istota, co zamieszki szerzy w serculudzkiem; usposabia człowieka do wynajdywania ty-siącznych trudności. Raz mi kazało zwrócić mieszekpełen dukatów, który przypadkiem znalazłem. Onoprzyprawia człowieka o żebractwo. Wygnano je z miasti miasteczek jako niebezpieczną istotę; kto chce żyćdobrze, stara się polegać na sobie samym i obywasię bez niego.Pierwszy morderca. Tam do djabła! właśnie mi na karkwlazło i szepcze mi do ucha, żebym nic popełniałtego mordu.
Drugi morderca. Otrząś się z niego, nie wierz mu; nie-bawem zechce wyłudzić z twej piersi westchnienie.Pierwszy morderca. Mam ja mocną naturę, nic ono zemną nie wskóra.Drugi morderca. Mówisz jak człowiek z sercem, któ-remu idzie o reputację. Dalej do dzieła!Pierwszy morderca. Palnij go w łeb gifesem i wrzuć gopotem do naczynia z małmazją, co stoi w przyległej izbie.Drugi morderca. Wyborny pomysł: tym sposobem zro-bimy z niego rodzaj biszkoptu.Pierwszy morderca. Cicho! budzi się.Drugi morderca. Palże go!Pierwszy morderca. Nie, pogadajmy z nim trochę.Klarens. Dozorco, daj mi, proszę, kubek wina.Pierwszy morderca. Będziesz miał wina wkrótce huk,milordzie.Klarens. Dlaboga! kto ty jesteś?Pierwszy morderca. Człowiek, panie,Tak jak wy.Klarens. Ale nie równy mi stanem.Pierwszy morderca. Tak, bom nie zbrodzień stanu.Klarens. W głosie twoimJest jakby piorun, lecz w wzroku pokora.Pierwszy morderca. Głos mój jest głosem króla: wzrokmym własnym.Klarens. Jak ciemno i jak zabójczo przemawiasz!Postać twa groźna, dlaczegoż twarz blada?Kto was tu przysłał? pocoście tu przyszli?Obadwaj. Po to —Klarens. Żeby mię zamordować?Obadwaj. Tak jest.Klarens. Zaledwie śmiecie przyznać się do tego,A mieliżbyście śmieć tego dokonać?W czemżem was skrzywdził, moi przyjaciele?
Pierwszy morderca. Nie nas skrzywdziłeś, panie, alekróla.Klarens. Jeszcze się z królem potrafię pojednać.Drugi morderca. Nigdy, milordzie; gotuj się więc naśmierć.Klarens. Wasże wybrano z milijonów ludziDo odebrania życia niewinnemu?Cóżem wykroczył? co przeciw mnie świadczy?Jacyż przysięgli, w skutku jakich badańPotępiające o mnie dali zdanie?Kto srogi wyrok śmierci na mnie wyrzekł?Zanim wiek prawa winę mą wyświeci,Grozić mi śmiercią jest szczytem bezprawia.O, jeśli chcecie mieć udział w tej łasce,Jaką najświętsza krew Chrystusa PanaZlała na ludzkość, to się stąd oddalcie,I nie podnoście zbójczej na mnie dłoni!Czyn ten wołałby o pomstę do nieba.Pierwszy morderca. Dokonać tego czynu mamy rozkaz.Drugi morderca. A rozkaz prosto od króla pochodzi.Klarens. Ślepo uległy wazalu! Król królówW księdze praw swoich mówi: nie zabijaj!Chciałżebyś wzgardzić jego przykazaniemI być posłusznym człowieczemu ? Strzeż się!On dzierży zemstę w Swem wszechmocnem rękuI nią przestępcę ustaw swych dosięga.Drugi morderca. Tąż samą zemstą dosięga on ciebieZa wiarołomstwo i morderstwo razem.Przysiągłeś niegdyś przyjmując sakrament,Że walczyć będziesz za sprawę Lankastrów.Pierwszy morderca. Tymczasem lekceważąc imię Boga,Ślub ten złamałeś i zdradzieckim mieczemPrzeszyłeś łono syna twego władcy.Drugi morderca. Któremuś przysiągł wiarę i opiekę.
Pierwszy morderca. Jakże śmiesz boży przytaczać namzakaz,Gdyś go sam zdeptał w tak niegodny sposób?Klarens. Dla kogoż zdrożny ten czyn popełniłem ?Ach, dla Edwarda to, dla mego brata;Dla niego właśnie. On was nie mógł przysłać,Abyście za to mnie zamordowali;Bo ten grzech cięży na nim, tak jak na mnie.Jeśli Bóg zechce pomścić ten występek,O, to go pomści jawnie, bądźcie pewni.Nie wydzierajcie Mu z rąk prawa gromu:On krzywych, ciemnych dróg nic potrzebuje,Aby się pozbyć tych, co mu źle służą.Pierwszy morderca. Cóż cię więc krwawym uczyniło zbirem,Gdy ów nadziei pełny Plantagenet,Ów zacny, młody książę padł z twej dłoni?Klarens. Miłość ku bratu, szatan i szał.Pierwszy morderca. MiłośćKu twemu bratu, twoje przewinienieI obowiązek nasz, sprawiają teraz,Żeśmy tu przyszli zamordować ciebie.Klarens. Jeżeli mego brata miłujecie,O, to nie miejcie do mnie nienawiści:Jam jego bratem i z serca go kocham.Jeżeli dbacie o nagrodę, idźcieDo mego brata Glostera, a on wasLepiej za moje życie wynagrodzi,Niżeli Edward za wieść o mym zgonie.Drugi morderca. Mylisz się, panie, Gloster was nie cierpi.Klarens. O! nie, jesteście w błędzie: on mnie kocha,Jestem mu drogi; udajcie się tylkoWprost stąd do niego.Obadwa. Tak też uczynimy.Klarens. Powiedzcie mu, że kiedy York, nasz rodzicSławnej pamięci, zwycięskiem ramieniem
Przy śmierci wszystkich trzech nas błogosławiłI upominał, byśmy się kochali,Wtedy mu przez myśl nie przeszedł ten rozdziałMiędzy rodzeństwem. Wspomnijcie mu o tem,A niezawodnie łzy uroni.Pierwszy morderca. ChybaMłyńskie kamienie, takie on łzy bowiemRonić nam kazał.Klarens. O nie, nie; to potwarz:On jest łagodny.Pierwszy morderca. Łagodny, w istocie,Jak szron, gdy drzewa kwitną. Wyjdź z obłędu:On to nas wysłał dla zgładzenia ciebie.Klarens. To być nie może: on płakał nademną,Ściskał mię czule i łkając, przysięgał,Że się postara o me uwolnienie.Pierwszy morderca. Tak też i czyni; wyzwała cię bowiemZ ziemskiej niewoli, aby ci zapewnićRozkosze nieba.Drugi morderca. Pojednaj się z Bogiem,Milordzie; zguba twa jest nieuchronną.Klarens. Możeszli, świętem uczuciem wiedziony,Radzić mi, abym pojednał się z Bogiem,I tak niedbałym być o duszę własną,Że chcesz wojować z Bogiem, mnie zgładzając?O, ludzie! zważcie, Że ten, co was nasłałNa moją zgubę, odtrąci was potem.Drugi morderca. Cóż więc uczynić mamy?Klarens. Dać się zmiękczyćI dusze swoje ocalić.Pierwszy morderca. Zmiękczyć się?Toby tchórzliwie było i po babsku.Klarens. Być niezmiękczonym, jestto stać na równiZ dziką, drapieżną bestja lub szatanem.Któż z was, pochodząc jak ja z krwi królewskiej,
I jak ja mając zagrodzoną wolność,Sam, wobec takich dwóch jak wy, morderców,Nie błagałby o życie?Do drugiego mordercy.Przyjacielu,W wejrzeniu twojem widzę ślad litości.O, jeśli oko twe nie jest pochlebcą,To stań w obronie mojej i proś za mną,Tak jakbyś prosił, gdybyś się znajdowałNa mojem miejscu. Jakiegoż żebrakaNie wzruszy książę żebrzący litości?Drugi morderca. Milordzie, strzeż się!Pierwszy morderca przebijając Klarensa. Na! masz! — i to jeszcze;A jeśli jeszcze i tego za mało,To pójdź, umoczę cię w beczce małmazji.Wynosi ciało.Drugi morderca. O, krwawy czynie! wściekła gorliwości!Radbym jak Piłat umyć sobie ręceOd tego srodze zbrodniczego mordu.Pierwszy morderca wraca.Pierwszy morderca. Cóżto ? Dlaczego mi nic dopomagasz ?O twej mitrędze książę wiedzieć będzie.Drugi morderca. Czemuż nie może wiedzieć, żem ocaliłDni jego brata! Idź, weź sam zapłatę;Powtórz mu moje wyrazy i powiedz,Że to zabójstwo cięży mi na sercu.Wychodzi.Pierwszy morderca. A nonie bynajmniej. Idź, podły niezdaro.Trzeba mi wścibić trupa w jaką dziurę,Póki go książę nie każe pochować;Wziąwszy zapłatę, wziąć za pas i nogi:To się wnet wyda, lepiej więc zejść z drogi.Wychodzi.