Pieśń o Izbie naszej
A czy znasz ty bracie młodyTe krużganki i te wschody,Kędy chodzi przyszłość naszaOd Annasza do Kajfasza?
A czy znasz ty bracie młodyTwoich posłów chorowody;Twoich „Dzikich“, twych „Stańczyków“,„Mameluków“ i „Jurczyków“?
A czy znasz ty bracie młodyTwojej Izby bujne płody:Wnioski, wneski i wneseniaCzekające odroczenia.
A czy wiesz ty, co nam z tego?Oj nie zawsze, oj nie wszędzieBiały Ośle tak ci będzie,Jako dziś za Potockiego.
Trzeba będzie język skrócić,Uszy stulić, ogon schować,I juchtowe buty zrzucić,I spodeńki wywatować!
Kto tam zgadnie gdzie osiędziesz,Gdzie po dawnym twym zwyczaju„Portu“ jutro szukać będziesz,W jakim raju i nahaju?
Weź więc bilet na te chóry,Kędy siedzą twe augury;Miło spojrzeć z tej wyżynyNa sejmowe te łysiny,Co los przędą twej krainy.
Gankiem, gankiem za „Barankiem“,Potem hejto za „Krywejtą“,Korytarzem za „Brewiarzem“,Z „Tromtadratą“ na zasadzieFiku-bryku do kurniku,Gdzie usiadło stado gęsie,Co opinią kraju trzęsie.
Gdy te wszystkie przebrniesz drogi,Zachowawszy całe ziobra,Całe poły, czyste nogi,Podróż była bardzo dobra.
Lecz pamiętaj siedzieć makiem,I nie wszczynać rozhoworówLekkomyślnem słówkiem jakiemZ głodną rzeszą redaktorów,By się który nie przyczepił,I przedpłaty ci nie wlepił.
A gdy sobie już zdobędzieszMiejsce w ławce, i usiędziesz,To, nim spojrzysz okiem na dół,I myśl twoją puścisz w tropyPaplaniny sejmu gaduł,Rzuć spojrzeniem jeszcze wprzódyNa sufitów onych stropy,Gdzie fujary, trąby, dudyI cymbały zdobią pował,Które — jakiś wieszcz malował!
A gdy znaki te odczytasz,To — niejedno już zrozumiesz,I już niczem się nie zdumiesz,I o więcej nic nie spytasz!
Z lewej, z prawej, stoją ławy,Dwa sąsiedzkie tworząc rzędy;W nich się mrowi tłum ruchawy,I łysiny świecą wszędy.I nie trudno mikroskopemZa dyskusyi goniąc tropem,
Na tym mlecznym łysin szlaku,Znaleźć każdy znak Zodyaku.
W głębi stanął tron złocony,Zkąd „Niedźwiedziem“ nam przyświécaStary bartnik doświadczony;Niżej wschody i mownica —Ruskie kawki i gawronySmalą na niej swe androny,Lub też ckliwie mży fatalnyKapuśniaczek katastralny.Przy niej jako dąb wiekowyZasiadł „Cerber“ urzędowy;Twardy, chłodny jak Łomnica,Świeci on dyskusyom co dnia,Przy budżecie, jak pochodnia,A w szkół sprawie jak gromnica!
Tam pod ścianą, hen! na lewo,Niby tłusty karp z podlewą,Albo prosię z chrzanem w pysku,Lub gęś szara na półmisku,Leży gładko oskubana,Ruś Czerwona — Ruś hreczana!
Stoi kopa koło chłopa;Po oborze towar brodzi;Od dobytku trzeszczy szopa,Bo też luźno człek nie chodzi,
Wtem do chaty pop zawita,I rozpoczną się wykładyPolityczne, i biesiady,I Jegomość „Słowo“ czyta,I owieczkom swym tłómaczyŚwiętojurskich treść zadaczy.W ugor idą już zagonyŻyd zabiera zboże z szopy,Żwawe byczki, tłuste skopy,Lecz już chłopek nauczonyKumom twierdzi swym przy szklance,Że zbawienie jest w grażdance!Aż w tem żydzi grabią chłopa,I u popa — staje kopa!
Gdy na lud ten człek spoziera,To aż serce żal opłynie,I zapytać chęć cię zbiera:— Co ci to Rusinie?Ale Rusin nie wypowie,Bo mu język z ust wywlekliGrachy jego i Brutowie,I na bigos go posiekli.
Lud na kwasie to pieczony;Wszystko też tu zakalcowe,Jak te knysze prażnikowe.Każdy kwaśny i skiszony;Sprawa wymieszona z błota,A lud nudny niby słota,
Kwęczy ciągle — jak za rajem,Tęskniąc wiecznie za nahajem!
Daj mu cukru — daj mu miodu,Postaw mu ptasiego mleka!Szkoda trudu i zachodu.Niechce miodu, nie chce mleka.I ucieka, od człowiekaRad trzymając się zdaleka,Jak prykazaw pan Seneka.Narodowość to z tektury,Kreowana po dekrecie,Z misyą — w moście wielkiej dziury,Z mową szytą na tandecie!Dwieścieletnie męty, kały,Pozostałe z biegiem wieków,Na dziejowych spodzie ścieków,W jeden się tu kanał zlały;Wróg przepełzał śladem gadu,I do mętów dolał jadu,Zatruł z wierzchu — zmącił spodem,I mianował to — narodem!
Toż gdy zbliżysz się do leżyTego „nacionałytetu“,Pięścią ciebie w nos uderzyWoń ruskiego Essbukietu!Smaruj masłem — smaruj miodem,Nie pozbędziesz swędu bracie,
Bo ten foetus po Bajracie,Siedmiorakim pachnie smrodem;Każdy inny i odmienny,— Ach, a każdy z nich — „korenny!“
Choć to człek się niezbyt kusiTykać rzeczy, która cuchnie,Wiele robi ten, co musi!Więc choć bracie i nos spuchnie,Gdy chcesz poznać sprawę Rusi,Zbadać musisz one swędy,Bo nie znajdziesz tu lawendy. —Pierwszy swąd więc — to ciemnota,Drugi — to szlacheckie grzechy,Trzeci — brzęk podłego złotaI szatańskich zdrad uśmiechy,A swąd czwarty — to grażdanka,Piąty — wsteczny ich kalendarz,A swąd szósty — kartoflanka,A zaś siódmy — to arendarz!
Toteż skutkiem tej malaryi,Rad trzymając się podołkaPrzenajświętszej kancelaryi,Lud ten cały w kołek z kołka,Nuci dumy tęsknej aryi,I ta harna gąska w prosie,I to w worku czułe prosięI to w chlewku rewne cielę,I ta kurka w obcej grzędzie,
I ci sławni borytele,Co żrą bukwę i żołędzie,Wszystko kwiczy, kwęczy, gdacze,Że je srodze Lach uciska,I wywodzi swoje płacze:Lisy i pasowyska!
Jak lud żyje po bożemu,Tak i szlachta z sobą wzajem,Dawnym radzi obyczajem;Wszystko, wszystko po staremu!
Każdy dudek ma swój czubek,Każdy beitrag swe cuszlagi,Każdy becyrk swe amtslagi,Każdy powiat swe powagi;Zaś powagę każdą zdobiTo, co trudno wypowiedzieć,A co głównie ją sposobi,Aby mogła w Sejmie siedzieć.
Rej też w Sejmie szlachta wiedzie,I do Wiednia chętnie jedzie;Tam to druchny śpiew miluchny,I minister gościom rady,Tam to tany, a biesiady,I przyjęcie najłaskawsze,I jest parę tłustych banków,
Zastawionych łapką zawsze,— Na halickich panków!
Wielkie głowy za granicąStoją w ludzie pracą żmudną,U nas — wcale tem nie świécą,A o „Gwiazdę“ nie tak trudno!Ledwie człekby czasem wierzył:Szlachcic — choć mu w łeb strzel zaraz —Wtem mu powiat mandat zwierzył;Ot — i „mowiec“ w mig się znalazł!Choć mu obcą ekonomja,Ale z serca Carrey płynie,I — buczacka Detonomja,Jak szeroka Polska słynie!
Minie doba trzecia, czwarta,Już nie poznasz pana brata;Rzekłbyś istne sztuki czarta,Taki z niego dyplomata,Finansista i legista,I pedagog i statysta,Tak ci gładko i z rezonemZwinąć umie się z andronem,Kiedy w argumenta wda się: —Nie policzysz kółek w pasie,Już banialuk tak naplecie,Że to istne — istne dziwa,Jak cierpliwem to „P“ bywa,Co to Posłów stawi w świecie,
I człek w myśli się zacieka:Czemu ono się nie wścieka,I urwawszy nie ucieka?
Więc też w Sejmie, czy w WydzialeCzy w komisyach, czy w Rajchsracie,Bogu dzięki, miły Bracie!Zbytku głów nie cierpim wcale;A ztąd i porządek domaI niejedna sprawa chroma;Lecz Opatrzność losem włada,I tak jakoś chatę chowa,Że się w wichrach nie rozpada;I ............. MarszałkowaGospodarzy nam w Wydziale,Ku .......... większej chwale,I wypuszcza w pacht szpitale,Z „wolnej ręki“ na pożytekPrzewielebnych sióstr Szarytek!
O, te rządy, te obrazyAutonomii i swobody —Chwytaj pilnie wieszczu młodyPóki „złota era“ świta,Bo nie wrócą się dwa razy,Bo któż w gwiazdach to wyczytaW jakim się przebudzim Reichu,Przy najbliższym już Ausgleichu,— A już wtedy z nimi — kwita!
Oj nie zawsze, oj nie wszędzie„Biały ośle“ tak ci będzieJako dziś za Potockiego.
Gankiem, gankiem za Barankiem,Potem hejto za Krywejtą,Kurytarzem za Brewiarzem,Z Tromtadratą i t. d.
Gdzie fujary, trąby, dudyI cymbały zdobią pował,Które jakiś wieszcz malował.
I jest parę tłustych bankówZastawionych łapką zawszeNa halickich panków.
A o Gwiazdę nie tak trudno.
I buczacka DetonomiaJak szeroka Polska słynie.
I wypuszcza w pacht szpitale.