Czaty (Mickiewicz, 1899)

Adam Bernard Mickiewicz (1798–1855)

Z ogrodowej altany, wojewoda zdyszany,Bieży w zamek z wściekłością i trwogą.Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony,Pojrzał, zadrżał: nie znalazł nikogo.

Wzrok opuścił ku ziemi, i rękami drżącemiSiwe wąsy pokręca i duma.Wzrok od łoża odwrócił, w tył wyloty zarzucił,I zawołał kozaka Nauma.

»Hej kozaku, ty chamie, czemu w sadzie przy bramie,Nie ma nocą ni psa, ni pachołka?...Weź mi torbę borsuczą, i janczarkę hajduczą,I mą strzelbę gwintówkę zdejm z kołka«.

Wzięli bronie, wypadli, do ogrodu się wkradli,Kędy szpaler altanę obrasta.Na darniowem siedzeniu coś bieleje się w cieniu:To siedziała w bieliźnie niewiasta.

Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczy,I pierś kryła pod rąbek bielizny;Drugą ręką od łona odpychała ramionaKlęczącego u kolan mężczyzny.

Ten ściskając kolana, mówił do niej: »Kochana!Więc już wszystko, jam wszystko utracił!Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnienia,Wojewoda już z góry zapłacił.

»Ja, choć z takim zapałem tyle lat cię kochałem,Będę kochał i jęczał daleki;On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,Tyś mu wszystko przedała na wieki.

»Co wieczora on będzie, tonąc w puchy łabędzie,Stary łeb na twem łonie kołysał,I z twych ustek różanych i z twych liców rumianych,Mnie wzbronione słodycze wysysał.

Ja na wiernym koniku przy księżyca promyku,Biegę tutaj przez chłody i słoty,Bym cię witał westchnieniem i pożegnał życzeniemDobrej nocy i długiej pieszczoty...«

Ona jeszcze nie słucha; on jej szepce do uchaNowe skargi, czy nowe zaklęcia:Aż wzruszona, zemdlona, opuściła ramiona,I schyliła się w jego objęcia.

Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiem,I dobyli z za pasa naboje;I odcięli zębami, i przybili stęflamiProchu garść i grankulek we dwoje.

»Panie! — kozak powiada — jakiś bies mię napada,Ja nie mogę zastrzelić tej dziewki;Gdym półkurcze odwodził, zimny dreszcz mię przechodził,I stoczyła się łza do panewki«.

»Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę;Podsyp zapał, a żywo zczyść paznogciem krzesiwo,Potem palnij w twój łeb, lub w tę dziewkę.

»Wyżej... w prawo... pomału... czekaj mego wystrzału:Pierwej musi w łeb dostać pan młody...«Kozak odwiódł, wycelił, nie czekając wystrzelił,I ugodził w sam łeb — wojewody.