Pan Tadeusz — Księga ósma
Przed burzą bywa chwila cicha i ponura;Kiedy nad głowy ludzi przyleciawszy chmura,Stanie i grożąc twarzą, dech wiatrów zatrzyma,Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma,Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie:Téj ciszy chwila była w Soplicowskim domie.
Myśliłbyś, że przeczucie nadzwyczajnych zdarzeń,Scięło usta, i wzniosło duchy w kraje marzeń.
Po wieczerzy, i Sędzia i goście ze dworuWychodzą na dziedziniec, używać wieczoru;Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą;Całe grono s posępną i cichą postawą,Pogląda w niebo, które zdawało się zniżać,Scieśniać i coraz bardziéj ku ziemi przybliżać;Aż oboje skrywszy się pod zasłonę ciemnąJak kochankowie, wszczęli rozmowę tajemną,Tłómacząc swe uczucia w westchnieniach tłumionych,Szeptach, szmerach i słowach na wpół wymówionych,S których składa się dziwna muzyka wieczoru.
Zaczął ją puszczyk, jęcząc na poddaszu dworu;Szepnęły wiotkiém skrzydłem niedoperze, lecąPod dom, gdzie szyby okien, twarze ludzi świecą;Bliżéj zaś, niedoperzów siostrzyczki, ćmy, rojemWiją się, przywabione białym kobiet strojem,Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice,I w jasne oczki, które biorą za dwie świéce.
Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera,Kręci sie grając jako harmoniki sfera;Ucho Zosi rozróżnia wśród tysiąca gwarówAkord muszek i półton fałszywy komarów.
W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty,Już trzykroć wrzasnął derkacz, piérwszy skrzypak łąki,Już mu zdala wtórują z bagien basem bąki,Już bekasy do góry porwawszy sie wiją,I bekając raz poraz jak bębenki biją.
Na finał szmerów muszych i ptaszęcéj wrzawy,Odezwały się chórem podwójnym dwa stawy,Jako zaklęte w górach kaukazkich jezioraMilczące przez dzień cały, grające z wieczora.Jeden staw co toń jasną i brzeg miał piaszczysty,Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty;Drugi staw z dnem błotnistém i gardzielem mętnym,Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym;W obu stawach piały żab niezliczone hordy,Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy.
Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nóci s cicha;Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,Jak grające na przemian dwie arfy Eola.
Mrok gęstniał; tylko w gaju i około rzeczkiW łozach, błyskały wilcze oczy jako świeczki,A daléj u ścieśnionych widnokręgu brzegów,Tu i ówdzie ogniska pastuszych noclegów.Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił,Wyszedł z boru i niebo i ziemię oświecił.One teraz s pomroku odkryte w połowie,Drzemały obok siebie, jako małżonkowieSzczęśliwi: niebo w czyste objęło ramionaZiemi pierś, co księżycem świeci posrebrzona.
Już na przeciw księżyca, gwiazda jedna, drugaBłysnęła; już ich tysiąć, już milion mruga.Kastor z bratem Poluxem jaśnieli na czele,Zwani niegdyś u Sławian Lele i Polele,Teraz ich w zodiaku gminnym znów przechrzczono,Jeden zowie się Litwą, a drugi Koroną.
Daléj niebiéskiej Wagi dwie szale błyskają;Na nich Bóg w dniu stworzenia (starzy powiadają)Ważył s kolei wszystkie planety i ziemię,Nim w przepaściach powietrza osadził ich brzemię;Potem wagi złociste zawiesił na niebie:Z nich to ludzie wag i szal wzór wzięli dla siebie.
Na połnóc, świeci okrąg gwiaździstego Sita,Przez które Bóg (jak mówią) przesiał ziarnka żyta,Kiedy je z nieba zrzucał dla Adama ojca,Wygnanego za grzechy z roskoszy ogrojca.
Nieco wyżéj Dawida wóz, gotów do jazdy,Długi dyszel kieruje do polarnej gwiazdy,Starzy Litwini wiedzą o rydwanie owym,Że nie słusznie pospólstwo zwie go Dawidowym,Gdyż to jest wóz Anielski. Na nim to przed czasy,Jechał Lucyper, Boga gdy wyzwał w zapasy,Mlecznym gościńcem pędząc w cwał w niebieskie progi,Aż go Michał zbił z wozu, a wóz zrucił z drogi.Teraz popsuty między gwiazdami się wala,Naprawiać go Archanioł Michał nie pozwala.
I to wiadomo także u starych Litwinów,(A wiadomość tę pono wzięli od rabinów)Że ów zodyakowy Smok długi i grubyKtóry gwiaździste wije po niebie przeguby,Którego mylnie wężem chrzcą Astronomowie,Jest nie wężem lecz rybą, Lewiatan się zowie.Przed czasy mieszkał w morzach, ale po potopieZdechł z niedostatku wody; więc na niebios stropieTak dla osobliwości, jako dla pamiątki,Anieli zawiesili jego martwe szczątki.Podobnie pleban Mirski zawiesił w kościeleWykopane olbrzymów żebra i piszczele.
Takie gwiazd historye, które s książek zbadał,Albo słyszał s podania, Wojski opowiadał;Chociaż wieczorem słaby miał wzrok Wolski stary,I nie mógł w niebie dójrzeć nic przez okulary,Lecz na pamięć znał imie i kształt każdéj gwiazdy;Wskazywał palcem miejsca i drogę ich jazdy.
Dziś mało go słuchano, nie zważano wcaleNa Sito, ni na Smoka, ani też na Szale;
Dziś oczy i myśl wszystkich pociąga do siebieNowy gość, dostrzeżony niedawno na niebie,Był to kometa piérwszéj wielkości i mocy,Zjawił się na zachodzie, leciał ku północy;Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera,Jakby chciał zająć puste miejsce Lucypera,Warkocz długi w tył rzucił, i część nieba trzeciąObwinął nim, gwiazd krocie zagarnął jak siecią,I ciągnie je za sobą, a sam wyżéj głowąMierzy, na północ, prosto w gwiazdę biegunową.
Z niewymowném przeczuciem cały lud LitewskiPoglądał każdéj nocy na ten cud niebieski,Biorąc złą wróżbę z niego, tudzież z innych znaków:Bo zbyt często słyszano krzyk złowieszczych ptaków,Które na pustych polach gromadząc się w kupy,Ostrzyły dzioby jakby czekając na trupy.Zbyt często postrzegano, że psy ziemię ryły,I jak gdyby śmierć wietrząc przeraźliwie wyły:Co wróży głód lub wojnę; a strażnicy boruWidzieli jak przez smętarz szła dziewica moru,Która wznosi się czołem nad najwyższe drzewa,
A w lewym ręku chustką skrwawioną powiewa.
Różne stąd wnioski tworzył, stojący przy płocieCywón, co przyszedł zdawać sprawę o robocie,I pisarz prowentowy w szeptach z ekonomem.
Lecz Podkomorzy siedział na przyźbie przed domem.Przerwał rozmowę gości, znać że głos zabiera;Błysnęła przy księżycu wielka tabakiera(Cała s szczerego złota, z brylantów oprawa,We środku za szkłem portret króla Stanisława)Zadzwonił w nią palcami, zażył i rzekł: PanieTadeuszu, Waścine o gwiazdach gadanie,Jest tylko echem tego co słyszałeś w szkole.Ja o cudzie, prostaków poradzić się wolę.I ja Astronomii słuchałem dwa lataW Wilnie, gdzie Sapieżyna, mądra i bogataPani, oddała dochód z wioski dwiestu chłopów,Na zakupienie różnych szkieł i teleskopów.Ksiądz Poczobut człek sławny był Obserwatorem,I całéj Akademii naonczas Rektorem,Przecież w końcu katedrę i teleskop rzucił,
Do klasztoru, do cichéj celi swéj powrócił,I tam umarł przykładnie. Znam się też s SniadeckimKtóry jest mądrym bardzo człekiem, chociaż świeckim.Owoż Astronomowie, planetę, kometę,Uważają tak jako mieszczanie karetę;Wiedzą czyli zajeżdża przed króla stolicę,Czyli z rogatek miejskich rusza za granicę;Lecz kto w niéj jechał? po co? co s królem rozmawiał?Czy król posła s pokojem czy z wojną wyprawiał?O to ani pytają. Pomnę za mych czasówGdy Branecki karetą swą ruszył do Jassów,I za tą niepoczciwą pociągnął karetąOgon Targowiczanów, jak za tą kometą;Lud prosty choć w publiczne nie mięszał się rady,Zgadnął zaraz że ogon ów jest wróżbą zdrady.Słychać że lud dał imie miotły téj komecie,I powiada że ona milion wymiecie.
A na to rzekł z ukłonem Wojski: Prawda, JaśnieWielmożny Podkomorzy: przypominam właśnie,Co mnie mówiono niegdyś małemu dziecięciu,Pamiętam, choć nie miałem wówczas lat dziesięciu,
Kiedy widziałem w domu naszym nieboszczykaSapiehę, pancernego znaku Porucznika,Co potém był nadwornym Marszałkiem królewskim,Nakoniec umarł wielkim Kanclerzem Litewskim,Miawszy lat sto i dziesięć. Ten za króla JanaTrzeciego, był pod Wiedniem w chorągwi HetmanaJabłonowskiego, owoż ów Kanclerz powiadał,Że właśnie kiedy na koń król Jan trzeci siadał,Gdy Nuncyusz Papieski żegnał go na drogęA Poseł Austryacki całował mu nogęPodając strzemię (Poseł zwał się Wilczek Hrabia)Król krzyknął: Patrzcie co się na niebie wyrabia!Spójrzą, alić nad głowy suwał się kometa,Drogą, jaką ciągnęły wojska Mahometa,S wschodu na zachód; potém i ksiądz Bartochowski,Składając panegiryk na tryumf krakowski,Pod godłem Orientis Fulmen, prawił wieleO tym komecie; także czytam o nim w dzielePod tytułem Janina, gdzie jest opisanaCała wyprawa króla nieboszczyka Jana,I wyryta chorągiew wielka Mahometa,I ów taki jak dziś go widzimy kometa.
— Amen — rzekł na to Sędzia, ja wróżbę WaszeciPrzyjmuję, oby z gwiazdą zjawił się Jan trzeci!Jest na zachodzie wielki dziś bohater; możeKometa go przywiedzie do nas; co daj Boże!
Na to rzekł Wojski, głowę pochyliwszy smutnie:Kometa czasem wojny, czasem wróży kłótnie!Nie dobrze iż się zjawił tuż nad Soplicowem,Może nam grozi jakiém nieszczęściem domowém.Mieliśmy wczoraj dosyć rostérku i zwady,Tak w czasie polowania, jako i biesiady.Rejent kłócił się z rana s panem Assesorem,A Pan Tadeusz wyzwał Hrabiego wieczorem.Pono spór ten ze skóry niedźwiedziéj pochodził;I gdyby mnie Dobrodziéj Sędzia nie przeszkodził,Jabym u stołu obu przeciwników żgodził.Bo chciałem opowiedzieć wypadek ciekawy,Podobny do zdarzenia wczorajszéj wyprawy,Co trafił się najpierwszym strzelcom za mych czasów,Posłowi Rejtanowi i Księciu Denassów.Przypadek był takowy —
Jenerał PodolskichZiem, przejeżdzał z Wołynia do swoich dóbr Polskich,Czy też, gdy dobrze pomnę, na sejm do Warszawy, —Po drodze zwiedzał szlachtę, już to dla zabawy,Już dla popularności; wstapił więc do PanaTadeusza, dziś świętéj pamięci, Rejtana,Który był potém naszym Nowogrodzkim posłem,I w którego ja domu od dzieciństwa wzrosłem.Owoż Rejtan, na przyjazd księcia Jenerała,Zaprosił gości — liczna szlachta się zebrała,Było teatrum; (Książe kochał się w teatrze)Fajerwerk dawał Kaszyc, który mięszka w Jatrze,Pan Tyzenhauz tancerzy przysłał, a kapeleOgiński i Pan Sołtan co mieszka w Zdzieńciele.Słowem dawano huczne nad spodziw zabawyW domu, a w lasach wielkie robiono obławy.Wiadomo zaś Waszmościom jest, że prawie wszyscy,Ile ich zapamiętać można, Czartoryscy,Choć idą z Jagiellonów krwi, lecz do myśliwstwaNie są bardzo pochopni, pewno nie z lenistwa,Lecz z gustów cudzoziemskich; i książe JenerałCzęściéj do książek, niźli do psiarni zazierał,
I do alkówek damskich, częściéj niż do lasów.
W świcie Księcia, był książe Niemiecki Denassów,O którym powiadano, że w Libijskiéj ziemiGoszcząc, polował niegdyś s królmi murzyńskiemi,I tam tygrysa śpisą w ręcznym boju zwalił,S czego się bardzo książe ów Denassów chwalił.U nas zaś polowano na dziki w tę porę;Rejtan zabił ze sztucca ogromną maciorę,Z wielkiém niebespieczeństwem, bo z bliska wypalił.Każdy z nas trafność strzału wydziwiał i chwalił,Tylko niemiec Denassów obojętnie słuchałPochwał takich, i chodząc pod nos sobie dmuchał:Że trafny strzał dowodzi tylko śmiałe oko,Biała broń śmiałą rękę; i zaczął szerokoZnowu gadać, o swojéj Libii i śpisie,O swych królach murzyńskich i o swym tygrysie.Markotno to się stało panu Rejtanowi,Był człek żywy, uderzył po szabli i mówi:Mości książe! kto patrzy śmiele, walczy śmiele,Warte dziki tygrysów, a spis karabele —I zaczynali z niemcem dyskurs nazbyt żwawy.
Szczęściem książe Jenerał przerwał te rosprawy,Godząc ich po francuzku: co tam gadał niewiem,Ale ta zgoda był to popioł nad żarzewiem;Bo Rejtan wziął do serca, okazyi czekał,I dobrą sztukę spłatać niemcowi przyrzekał;Téj sztuki ledwie własnym nieprzypłacił zdrowiem,A spłatał ją nazajutrz, jak to wnet opowiem.
Tu Wojski umilknąwszy, prawą rękę wznosił,I u Podkomorzego tabakiery prosił;Długo zażywa, kończyć powieści nieraczy,Jak gdyby chciał zaostrzyć ciekawość słuchaczy.Zaczynał wreszcie, kiedy znowu mu przerwanoPowieść taką ciekawą, tak pilnie słuchaną!Bo do Sędziego nagle któś przysłał człowieka,Donosząc że z niezwłocznym interesem czeka.Sędzia dając dobranoc, żegnał całe grono:Natychmiast się po różnych stronach rozpierzchniono,Ci spać do domu, tamci w stodole na sianie,Sędzia, szedł podróżnemu dawać posłuchanie.
Inni już śpią — Tadeusz po sieniach się zwija,
Chodząc jako wartownik, około drzwi stryja,Bo musi w ważnych rzeczach rady jego szukaćDziś jeszcze nim spać pójdzie; nie śmie do drzwi stukać,Sędzia drzwi na klucz zamknął, s kimś tajnie rozmawia;Tadeusz końca czeka, a ucha nadstawia.
Słyszy wewnątrz szlochanie; nie trącając klamekOstrożnie dziurką klucza zagląda przez zamek.Widzi rzecz dziwną! Sędzia i Robak na ziemiKlęczeli objąwszy się, i łzami rzewnemiPłakali, Robak ręce Sędziego całował,Sędzia Księdza za szyję płacząc obejmował,Wreszcie po ćwierćgodzinném przerwaniu rozmowy,Robak po cichu temi odezwał się słowy:
« Bracie! Bóg wié żem dotąd tajemnic dochował,Którem z żalu za grzechy w spowiedzi ślubował;Że Bogu i Ojczyźnie poświęcony cały,Nie służąc pysze, ziemskiéj nie szukając chwały,Żyłem dotąd, i chciałem umrzeć Bernardynem,Nie wydając nazwiska nie tylko przed gminem,Ale nawet przed tobą, i przed własnym synem!
Wszakże Ksiądz Prowinciał dał mi pozwolenieIn articulo mortis, zrobić objawienie.Kto wié czy wrócę żywy! kto wié co się stanieW Dobrzynie! Bracie! wielkie, wielkie zamieszanie!Francuz jeszcze daleko, nim przeminie zimaTrzeba czekać, a szlachta pono nie dotrzyma.Możem za nadto czynnie s powstaniem się krzątał!Pono źle zrozumieli! Klucznik wszystko splątał!Ten waryat Hrabia! słyszę, pobiegł do Dobrzyna,Niemogłem go uprzedzić, ważna w tém przyczyna:Stary Maciek mnie poznał, a jeśli odkryjePotrzeba będzie oddać pod Scyzoryk szyję.Nic Klucznika nie wstrzyma! mniejsza o mą głowę,Lecz tém odkryciem spisku zerwałbym osnowę.
Przecież! dziś tam być muszę! widzieć co się dzieje,Choćbym zginął; bezemnie szlachta oszaleje!Bądź zdrów najmilszy bracie! bądź zdrów, śpieszyć muszę.Jeśli zginę, ty jeden westchniesz za mą duszę;W przypadku wojny, tobie cała tajemnicaWiadoma, kończ com zaczął, pomnij żeś Soplica.
Tu Ksiądz łzy otarł, habit zapiął, kaptur włożył,I okienicę tylną pocichu otworzył,Widać było że oknem do ogrodu skakał: —Sędzia zostawszy jeden, siadł w krześle i płakał.
Chwilę czekał Tadeusz, nim w klamkę zadzwonił;Otworzono mu, cicho wszedł, nisko się skłonił,— Stryjaszku Dobrodzieju, rzekł, ledwie dni kilkaPrzebawiłem tu, dni te minęły jak chwilka;Nie miałem czasu s twoim domem się nacieszyćI s tobą, a odjeżdzać muszę, muszę śpieszyćZaraz, dzisiaj Stryjaszku, a jutro najdaléj:Wszak pamiętacie, żeśmy Hrabiego wyzwali.Bić się z nim to rzecz moja, posłałem wyzwanie,W Litwie jest zakazane pojedynkowanie,Jadę więc na granicę Warszawskiego Księstwa;Hrabia prawda fanfaron, lecz mu nie brak męstwa,Na miejsce naznaczone zapewne się stawi,Rosprawiam się; a jeśli Bóg pobłogosławi,Ukarzę go, a potém za Łososny brzegiPrzepłynę, gdzie mnie bratnie czekają szeregi.Słyszałem że mi ojciec testamentem kazał,
Służyć w wojsku, a niewiem kto testament zmazał.
— Mój Tadeuszku, rzekł stryj, czy Waszeć kąpanyW gorącéj wodzie, czy też kręcisz jak lis szczwany,Co indziéj kitą wije, a sam indziéj bieży?Wyzwaliśmy, zapewne, i bić się należy.Ale jechać dziś, skądżeś Waszeć tak się zaciął?Przed pojedynkiem zwyczaj jest posłać przyjacioł,Układać się, wszak Hrabia może nas przeprosić,Deprekować; czekaj Waść, czasu jeszcze dosyć.Chyba inny gies jaki Waści stąd wygania,To gadaj szczerze, poco takie omawiania.Jestem twój stryj, choć stary, znam co serce młode,Byłem ci ojcem (mówiąc gładził go pod brodę)Już w ucho szepnął o tém mnie mój palec mały,Że Waszeć masz tu jakieś z damami kabały.Za katy prędko teraz młodź do dam się bierze.No Tadeuszku, przyznaj mi się Waść a szczerze.
Jużci, bąknął Tadeusz, prawda, są przyczynyInne, kochany Stryju! może z mojéj winy!Omyłka! cóż? nieszczęście! już trudno naprawić!
Nie, drogi stryju, dłużéj niemogę tu bawić.Błąd młodości! Stryjaszku, nie pytaj o więcéj,Ja muszę s Soplicowa wyjeżdzać co prędzéj.
Ho! rzekł Stryj, pewnie jakieś miłośne zatargi!Uważałem że Waszeć wczoraj gryzłeś wargi,Poglądając spode łba na pewną dziewczynkę,Widziałem, że i ona miała kwaśną minkę.Znam ja te wszystkie głupstwa, kiedy dzieci paraKocha się, to tam u nich nieszczęść co niemiara!To cieszą się, to znowu trapią się i smucą;To znowu Bóg wié o co do zębów się skłócą;To stojąc w kątkach jakby mruki, niegadająDo siebie, czasem nawet w pole uciekają.Jeżeli na was raptus podobny napada,Bądźcie tylko cierpliwi, iuż jest na to rada;Biorę na siebie wkrótce przywieść was do zgody.Znam ja te wszystkie głupstwa, wszakże byłem młody.Powiedz mi Wasze wszystko; ja może nawzajemCoś odkryję, i tak się oba poprzyznajem.
— Stryjaszku, rzekł Tadeusz (całując mu rękę
I rumieniąc się) powiem prawdę; tę panienkę,Zosię, wychowanicę stryja, podobałemBardzo, choć tylko parę razy ją widziałem;A mówią że stryi dla mnie za żonę przeznaczaPodkomorzankę, piękną, i córkę bogacza.Teraz niemogłbym s Panną Różą się ożenić,Kiedy kocham tę Zosię; trudno serce zmienić!Nieuczciwie, żeniąc się z jedną kochać drugą,Czas może mnie uleczy; wyjadę — na długo.
— Tadeuszku! stryj przerwał; to mi dziwny sposóbKochania się — uciekać od kochanych osób,Dobrze żeś szczery; widzisz, głupstwo byś wypłatałOdjeżdzając: a co Waść powiesz, gdybym swatałSam Waci Zosię? He? cóż nie skoczysz z radości?
— Tadeusz rzekł po chwili: dobroć JegomościDziwi mnie! lecz cóż? łaska stryja DobrodziejaNie przyda się już na nic! Ach! próżna nadzieja!Bo Pani Telimena! nieodda mi Zosi!— Będziem prosić, rzekł Sędzia —
Nikt jéj nie uprosi,Przerwał prędko Tadeusz — nie, czekać niemogę,Stryjaszku, muszę prędko, jutro jechać w drogę,Daj mi Stryjaszku tylko twe błogosławieństwo,Wszystko przygotowałem, jadę zaraz w Księstwo.
Sędzia wąs kręcąc, z gniewem na chłopca spozierał;— To Waść tak szczery? takeś mi serce otwierał?Naprzód ów pojedynek! potém znowu miłośćI ten wyjazd, oj jest tu w tém jakaś zawiłość.Już mnie gadano, jużem kroki Waści badał!Asan bałamut i trzpiot, Asan kłamstwa gadał.A gdzież to Asan chodził onegdaj wieczorem,Czego Asan jak wyżeł tropił pode dworem?O Tadeuszku! jeśli może Asan ZosięZbałamucił i teraz uciekasz? młokosie,To się Waci nie uda; lubisz czy nie lubisz,Zapowiadam Asanu że Zosię poślubisz.A nie, to bizun — jutro staniesz na kobiercu.I gada mnie o czuciach! o niezmienném sercu!Łgarz jesteś! pfe! ja z Waści Panie Tadeuszu,Zrobię śledztwo, ja Waści jeszcze natrę uszu!
Dziś dość miałem kłopotów! aż mi głowa boli!Ten mi jeszcze spokojnie zasnąć nie dozwoli!Idź mi Waść spać. — To mówiąc drzwi na wściąż otwierałI zawołał Woźnego żeby go rozbierał.
Tadeusz cicho wyszedł opuściwszy głowę,Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem rozmowę,Piérwszy raz połajany tak ostro! oceniłSłuszność wyrzutów, sam się przed sobą rumienił.Co począć? jeśli Zosia o wszystkiém się dowie?Prosić o rękę? a cóż Telimena powie?Nie — czuł, że nie mógł dłużéj zostać w Soplicowie.
Tak zadumany ledwie zrobił kroków parę,Gdy mu cóś drogę zaszło; spojrzał, widzi maręCałą w bieliźnie, długą, wysmukłą, i cienką,Suwała się ku niemu z wyciągniętą rękaręką,Od któréj odbijał się drżący blask miesięczny,I przystąpiwszy, cicho jęknęła: Niewdzięczny!Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz,Szukałeś rozmów zemną dziś uszy zamykasz,Jakby w słowach, we wzroku mym, była trucizna!
Dobrze mi tak, wiedziałam kto jesteś! — męszczyzna!Nie znając kokieteryi niechciałam cię dręczyć,Uszczęśliwiłam; takżeś umiał mnie zawdzięczyć!Tryumf nad miękkiém sercem, serce twe zatwardził,Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt prędkoś niém wzgardził!Dobrze mi tak! lecz straszną nauczona probą,Wierz mi, iż więcéj niż ty gardzę sama sobą!
— Telimeno, Tadeusz rzekł, dalbóg nietwardeMam serce, ani ciebie unikam przez wzgardę,Ale uważno sama, wszak nas widzą, śledzą,Czyż można tak otwarcie? cóż ludzie powiedzą.Wszak to nieprzyzwoicie, to dalbóg jest grzechem.— Grzechem! odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem,Niewiniątko! baranek! Ja będąc kobiétą,Jeśli z miłości niedbam choćby mnie okryto,Choćby mnie osławiono; a ty! ty męszczyzna?Cóż szkodzi z was któremu, chociaż się i przyznaŻe ma romans, z dziesięciu razem kochankami?Mów prawdę, chcesz mnie rzucić — Zalała się łzami.— Telimeno, cóżby świat mówił o człowieku,Rzekł Tadeusz, któryby teraz, w moim wieku,
Zdrów, żył na wsi, kochał się — kiedy tyle młodzi,Tylu żonatych od żon od dzieci uchodziZa granicę, pod znaki narodowe bieży?Choćbym chciał zostać, czy to odemnie zależy?Ojciec mnie testamentem kazał, abym służyłW wojsku Polskiém, teraz stryj ten rozkaz powtórzył:Jutro jadę, zrobiłem już postanowienie,I dalbóg Telimeno już go nie odmienię.— Ja, rzekła Telimena, niechcę ci zagradzaćDrogi do sławy, szczęściu twojemu przeszkadzać!Jesteś męszczyzną, znajdziesz kochankę godniejsząSerca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą!Tylko dla méj pociechy, niech wiem przed rozstaniem,Że twoja skłonność była prawdziwém kochaniem,Że to niebył żart tylko, nie rospusta płocha,Lecz miłość; niech wiem, że mnie mój Tadeusz kocha!Niech słowo « kocham » jeszcze raz z ust twych usłyszę,Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę;Przebaczę łacniéj, chociaż przestaniesz mnie kochać,Pomnąc jakeś mnie kochał! — I zaczęła szlochać. —
Tadeusz widząc że tak płacze i tak błaga
Czule, i tylko takiéj drobnostki wymaga,Wzruszył się, przejęły go szczery żal i litość,I jeżeliby badał serca swego skrytość,Możeby się w téj chwili i sam niedowiedziałCzyli ją kochał, czy nie — Więc żywo powiedział:Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił,Jeśli nieprawda żem cię dalbóg bardzo lubił,Czy kochał; krótkie s sobą spędziliśmy chwile,Ale one mnie przeszły tak słodko, tak mile,Że będą długo, zawsze myśli méj przytomne,I dalibógże nigdy ciebie nie zapomnę.
Telimena skoczywszy padła mu na szyję;— Tegom się spodziewała, kochasz mnie, więc żyję!Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrócić;Gdy mnie kochasz mój drogi, czyż możesz mnie rzucić?Tobie oddałam serce. oddam ci majątek,Pójdę za tobą wszędzie; każdy świata kątekBędzie mnie s tobą miły! z najdzikszéj pustyniMiłość, wierzaj mi, ogród roskoszy uczyni. —
Tadeusz wydarłszy się z objęcia przemocą,
Jakto? rzekł, czyś z rozumu obrana? gdzie? poco?Jechać za mną? Ja będąc sam prostym żołnierzem,Włóczyć, czy markietankę? — To my się pobierzem,Rzekła mu Telimena — Nie, nigdy, zawołaTadeusz, ja żenić się niemam teraz zgołaZamiaru, ni kochać się — fraszki! dajmy pokoj!Proszę cię moja droga, rozmyśl się! uspokoj!Ja jestem tobie wdzięczen, ale nie podobnaŻenić się, kochajmy się, ale tak — z osobna.Zostać dłużéj nie mogę, nie, nie, jechać muszę,Bądź zdrowa Telimeno moja, jutro ruszę.
Rzekł, nasuwał kapelusz, odwracał się bokiemChcąc iść; lecz go wstrzymała Telimena okiemI twarzą, jak Meduzy głową; musiał zostaćMimowolnie; poglądał s trwogą na jéj postać,Stała blada, bez ruchu, bez tchu i bez życia!Aż wyciągając rękę jak miecz do przebicia,S palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy,— Tego chciałam, krzyknęła, ha języku smoczy!Serce jaszczurcze! to nic, żem tobą zajętaWzgardziła Assesora, Hrabię i Rejenta,
Żeś mnie uwiódł i teraz porzucił sierotę,To nic! jesteś męszczyzną, znam waszą niecnotę,Wiém że jak inni tak ty mógłbyś wiarę złamać,Lecz nie wiedziałam, że tak podle umiesz kłamać!Słuchałam pode drzwiami stryja! więc to dziecko?Zosia? wpadła ci w oko? i na nią zdradzieckoDybiesz! Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał,A jużeś pod jéj okiem nowych ofiar szukał!Uciekaj, lecz cię moje dosięgną przeklęctwa —Lub zostań, wydam światu twoje bezeceństwa,Twe sztuki! już nie zwiodą innych jak mnie zwiodły!Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły! —
Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica,I któréj żaden nigdy nie słyszał Soplica,Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia,Tupnąwszy nogą, usta przyciąwszy, rzekł: — głupia!
Odszedł; lecz wyraz « podłość » echem się powtórzyłW sercu, wzdrygnął się młodzian, czuł że nań zasłużył,Czuł że wyrządził wielką krzywdę Telimenie,Że go słusznie skarżyła, mówiło sumnienie,
Lecz czuł że po tych skargach tém mocniéj ją zbrzydził;O Zosi, ach! pomyślić nie ważył się, wstydził.Przecież ta Zosia, taka piękna, taka miła!Stryj swatał ją! możeby jego żoną była!Gdyby nie szatan co go plącząc w grzech za grzechem,W kłamstwo za kłamstwem, wreszcie odstąpił z uśmiechem.Złajany, pogardzony od wszystkich! w dni paręZmarnował przyszłość! uczuł słuszną zbrodni karę.
W téj burzy uczuć jakby kotwica spoczynkuZabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku;Zamordować Hrabiego! łotra! krzyknął w gniewie,Zginąć, albo zemścić się! a za co? sam nie wie!I ten gniew wielki, jak się zajął, w mgnieniu oka,Tak wywietrzał; znow zdjęła go żałość głęboka.Myślił: jeśli prawdziwe było postrzeżenie,Ze Hrabia z Zosią jakieś miał porozumienie,I cóż stąd? może Hrabia kocha Zosię szczerze,Może go ona kocha? za męża wybierze!Jakiémże prawem chciałbym zerwać to zamęście,I sam nieszczęśnik, wszystkich mam zaburzać szczęście?
Wpadł w rospacz i niewidział innego sposobuChyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do grobu!
Więc kułak przycisnąwszy na schyloném czole,Biegł ku łąkom gdzie stawy błyszczały się w dole,I stanął nad błotnistym; w zielonawe tonieŁakomy wzrok utopił, i błotniste wonieZ roskoszą ciągnął piersią, i otworzył ustaKu nim; bo samobójstwo jak każda rospustaJest wymyślna; on w głowy szalonym zawrocie,Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie.
Lecz Telimena z dzikiéj młodzieńca postawyZgadując rospacz, widząc że pobiegł nad stawy,Chociaż ku niemu takim słusznym gniewem pała,Przelękła się; w istocie dobre serce miała.Żal jéj było że inną śmiał Tadeusz lubić,Chciała go skarać, ale nie myśliła zgubić;Więc puściła się za nim, wznosząc ręce obie,Krzycząc: stój! głupstwo! kochaj czy nie! żeń się sobie!Czy jedź! tylko stój! — Ale on już szybkim biegiemWyprzedził ją daleko; już — stanął nad brzegiem!
Dziwném zrządzeniem losów, po tym samym brzeguJechał Hrabia, na czele dżokejów szeregu,A zachwycony wdziękiem nocy tak pogodnéjI harmonią cudną orkiestry podwodnéj,Owych chorów co brzmiały jak arfy Eolskie,(Żadne żaby nie grają tak pięknie jak Polskie)Wstrzymał konia i o swéj zapomniał wyprawie,Zwrócił ucho do stawu i słuchał ciekawie.Oczy wodził po polach, po niebios obszarze:Pewnie układał w myśli nocne peizaże.
Zaiste, okolica była malownicza!Dwa stawy pochyliły ku sobie obliczaJako para kochanków; prawy staw miał wodyGładkie i czyste jako dziewicze jagody.Lewy ciemniejszy nieco, jako twarz młodzianaSmagława, i już męskim puchem osypana.Prawy złocistym piaskiem połyskał się w kołoJak gdyby włosem jasnym; a lewego czołoNajeżona łozami, wierzbami czubate;Oba stawy ubrane w zieloności szatę.
Z nich dwa strugi jak ręce związane pospołuSciskają się; strug daléj upada do dołu;Upada lecz nie ginie, bo w rowu ciemnotęUnosi na swych falach księżyca pozłotę;Woda warstwami spada, a na każdéj warściePołyskają się blasku miesięcznego garście,Swiatło w rowie na drobne drzazgi się rostrąca,Chwyta je i w głąb niesie toń uciekająca,A z góry znów garściami spada blask miesiąca.Myślałbyś że u stawu siedzi Switezianka,Jedną ręką zdrój leje z bezdennego dzbanka,A drugą ręką w wodę dla zabawki miotaBrane s fartuszka garście zaklętego złota.
Daléj, z rowu wybiegłszy strumień, na równinieRoskręca się, ucisza, lecz widać że płynie,Bo na jego ruchoméj drgającéj powłoceWzdłuż miesięczne światełko drgające migoce.Jako piękny wąż żmudzki zwany giwojtosemChociaż zdaje się drzemać, leżąc między wrzosem,Pełźnie, bo na przemiany srebrzy się i złoci,Aż nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci:
Tak strumień kręcący się chował się w olszynach,Które na widnokręgu czerniały kończynach,Wznosząc swe kształty lekkie niewyraźne oku,Jak duchy nawpół widne, napoły w obłoku.
Między stawami w rowie młyn ukryty siedzi:Jako stary opiekun co kochanków śledzi,Podsłuchał ich rozmowę, gniewa się, szamoce,Trzęsie głową, rękami, i groźby bełkoce;Tak ów młyn nagle zatrząsł mchem obrosłe czoło,I palczastą swą pięścią wykręcając w kołoLedwo kleknął i szczęki zębowate ruszył,Zaraz miłośną stawów rozmowę zagłuszył,I zbudził Hrabiego.
Hrabia widząc że tak bliskoTadeusz naszedł jego zbrojne stanowisko,Krzyczy: do broni! łapaj! skoczyli dżokeje;Nim Tadeusz rozeznać mógł co się z nim dzieje,Już go chwycili; biegą do dworu, w podwórzeWpadają; dwór budzi się, psy w hałas, w krzyk stróże,Wyskoczył wpół ubrany Sędzia; widzi zgraję
Zbrojną, myśli ze zbójcy, aż Hrabię poznaje.— Co to jest? pyta. Hrabia szpadą nad nim mignął,Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął,— Soplico, rzekł, odwieczny wrogu méj rodziny,Dziś skarzę cię za dawne i za świeże winy,Dziś zdasz mi sprawę z mojéj fortuny zaboru,Nim pomszczę się obelgi mojego honoru!
Lecz Sędzia żegnając się krzyknął: w Imie OjcaI Syna! tfu! Mospanie Hrabia czy Waść zbojca?Przebóg! czy to się zgadza s Pana urodzeniem,Wychowaniem i s Pana na świecie znaczeniem?Nie pozwolę skrzywdzić się! W tém Sędziego słudzyBiegli, jedni s kijami, ze strzelbami drudzy,Wojski stojąc zdaleka, poglądał ciekawieW oczy Panu Hrabiemu, a nóż miał w rękawie.
Już mieli zacząć bitwę, lecz Sędzia przeszkodził;Próżno było bronić się, nowy wróg nadchodził;Postrzeżono w olszynie blask, wystrzał rusznicy!Most na rzece zahuczał tententem konnicy,I « hajże na Soplicę! » tysiąc głosów wrzasło:
Wzdrygnął się Sędzia, poznał Gerwazego hasło;Nic to, zawołał Hrabia, będzie tu nas więcéj,Poddaj się Sędzio, to są moi sprzymierzeńcy.
W tém Assesor nadbiegał krzycząc: areszt kładęW Imie Imperatorskiéj Mości; oddaj szpadęPanie Hrabio, bo wezwę wojskowéj pomocy,A wiesz Pan że kto zbrojnie śmie napadać w nocy,Zastrzeżono tysiącznem dwóchsetnym ukazemŻe jak zło... W tém go Hrabia w twarz uderzył płazem.Padł zgłuszony Assesor i skrył się w pokrzywy,Wszyscy myśleli że był ranny lub nieżywy.
— Widzę, rzekł Sędzia, że się na rozbój zanosi;Jęknęli wszyscy; wszystkich zagłuszył wrzask Zosi,Która krzyczała Sędziego objąwszy rękami,Jako dziecko od żydów kłóte igiełkami.
Tymczasem Telimena wpadła między konie,Wyciągnęła ku Hrabi załamane dłonie,« Na twój honor, krzyknęła przeraźliwym głosem,Z głową w tył wychylona, z rospuszczonym włosem,
Przez wszystko co jest świętém, na klęczkach błagamy!Hrabio, śmieszże odmówić? proszą ciebie damy,Okrutniku, nas pierwéj musisz zamordować!— Padła zemdlona, — Hrabia skoczył ją ratować,Zadziwiony i nieco zmieszany tą sceną,— Panno Zofio, rzecze, Pani Telimeno!Nigdy się krwią bezbronnych ta szpada nie splami;Soplicowie! jesteście mojemi więźniami.Tak zrobiłem we Włoszech, kiedy pod opokąKtórą Sycylianie zwą Birbante-rokką,Zdobyłem tabor zbójców; zbrojnych mordowałem,Rozbrojonych zabrałem i związać kazałem:Szli za końmi i tryumf mój zdobili świetny,Potém ich powieszono u podnoża Etny. —
Było to osobliwsze szczęście dla SoplicówŻe Hrabia, mając lepsze konie od szlachciców,I chcąc spotkać się pierwszy zostawił ich w tyle,I biegł przed resztą jazdy, przynajmniéj o milę,Ze swém dżokejstwem, które posłuszne i karneStanowiło niejako wojsko regularne;Gdy inna szlachta była zwyczajem powstania
Burzliwa i nieźmiernie skora do wieszania.
Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i gniewu,Przemyślał jakby skończyć bój bez krwi rozlewu;Więc rodzinę Sopliców w domu zamknąć każe,Jako więźniów wojennych; u drzwi stawi straże.
W tém « hajże na Sopliców » wpada szlachta hurmem,Obstępuje dwór w koło, i bierze go szturmem,Tem łacniéj, że wódz wzięty i pierzchła załoga;Lecz zdobywcy chcą bić się, wyszukują wroga.Do domu niewpuszczeni, biegą do folwarku,Do kuchni — gdy do kuchni weszli, widok garków,Ogień ledwo zagasły, potraw zapach świeży,Chrupanie psów gryzących ostatki wieczerzy,Chwyta wszystkich za serca, myśl wszystkich odmienia,Studzi gniewy, zapala potrzebę jedzenia.Marszem i całodziennym znużeni sejmikiem,« Jeść! jeść! » — po trzykroć zgodnym wezwali okrzykiem,Odpowiedziano « pić, pić »; między szlachty zgrająStają dwa chory, ci pić, a ci jeść wołają,Odgłos leci echami, gdzie tylko dochodzi,
Wzbudza oskomę w ustach, głód w żołądkach rodzi.I tak na dane s kuchni hasło, niespodzianieRozeszła się armiia na furażowanie.
Gerwazy od pokojów Sędziego odparty,Ustąpić musiał przez wzgląd dla Hrabiowskiéj warty,Więc niemogąc zemścić się na nieprzyjacielu,Myślił o drugim wielkim téj wyprawy celu.Jako człek doświadczony i biegły w prawnictwie,Chce Hrabiego osadzić na nowém dziedzictwieLegalnie i formalnie; więc za Woźnym biega,Aż go po długich śledztwach za piecem dostrzega,Wnet porywa za kołnierz, na dziedziniec wlecze,I zmierzywszy mu w piersi scyzoryk, tak rzecze:Panie Woźny, Pan Hrabia śmie Wacpana prosić,Abyś raczył przed szlachtą bracią wnet ogłosićIntromissyą Hrabi do zamku, do dworuSopliców, do wsi, gruntów zasianych, ugoru,Słowem cum gais, boris et graniciebus,Kmetonibus, scultetis, et omnibus rebusEt quibusdam aliis. Jak tam wiesz tak szczekaj,Nic nie opuszczaj. — Panie Kluczniku, zaczekaj,
Rzekł śmiało, ręce za pas włożywszy Protazy,Gotów jestem wypełniać wszelkie stron roskazy,Ale ostrzegam że akt nie będzie miał mocy,Wymuszony przez gwałty, ogłoszony w nocy.— Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu niema napaści,Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,To scyzorykiem skrzesam ognia, że WaszeciZaraz w ślepiach, jak w siedmiu kościołach zaświeci.
— Gerwazeńku, rzekł Woźny, po co się tak dąsać?Jestem Woźny, nie moja rzecz sprawę rostrząsać,Wszak wiadomo że strona Woźnego zapraszaI dyktuje mu co chce, a Woźny ogłasza.Woźny jest posłem prawa, a posłów niekarzą,Niewiem tedy za co mnie trzymacie pod strażą;Wnet akt spiszę, niech mi kto latarkę przyniesie,A tym czasem ogłaszam: Bracia uciszcie się!
I by donośniéj mówić, wstąpił na stos wielkiBelek (pod płotem sadu suszyły się belki)Wlazł na nie, i zarazem jakby go wiatr zdmuchnął,Zniknął z oczu; słyszano jak w kapustę buchnął;
Widziano, po konopiach ciemnych jego białaKonfederatka, niby gołąb przeleciała.Konewka strzelił w czapkę, ale chybił celu,W tém zatrzeszczały tyki, już Protazy w chmielu,« Protestuję » zawołał; pewny był ucieczki,Bo za sobą miał łozę i bagniska rzeczki.
Po téj protestacyi, która się ozwałaJak na zdobytych wałach ostatni strzał działa,Ustał już wszelki opor w Soplicowskim dworze;Szlachta głodna plądruje, zabiera co może.Kropiciel stanowisko zająwszy w oborze,Jednego wołu i dwa cielce w łby zakropił,A Brzytewka im szable w gardzielach utopił.Szydełko równie czynnie używał swéj szpadki,Kabany i prosięta koląc pod łopatki.Już rzeź zagraża ptastwu, — czujne gęsi stadoCo niegdyś ocaliło Rzym przed Gallów zdradą,Darmo gęga o pomoc; zamiast Manliusza,Wpada w kotuch Konewka, jedne ptaki zdusza,A drugie żywcem wiąże do pasa kontusza.Próżno gęsi szyjami wywijając chrypią,
Próżno gęsiory sycząc napastnika szczypią.On bieży; osypany iskrzącym się puchem,Unoszony jak kółmi gęstych skrzydeł ruchem,Zdaje się być Chochlikiem, skrzydlatym złym duchem.
Ale rzeź najstraszniejsza, chociaż najmniéj krzyku,Między kurami. Młody Sak wpadł do kurniku,I z drabinek, stryczkami łowiąc, ciągnie z góryKogutki i szurpate i czubate kury,Jedne po drugich dusi i składa do kupy,Ptastwo piękne, karmione perłowemi krupy.Niebaczny Saku, jakiż zapał cię unosi!Nigdy już odtąd gniewnéj nie przebłagasz Zosi.
Gerwazy przypomina starodawne czasy,Każe sobie podawać od kontuszów pasy,I niemi s Soplicowskiéj piwnicy dobywaBeczki staréj siwuchy, dębniaku i piwa.Jedne wnet odgwożdzono, a drugie ochoczoSzlachta gęsta jak mrówie, porywają, tocząDo zamku; tam na nocleg cały tłum się zbieraTam założona główna Hrabiego kwatera.
Nakładają sto ognisk, warzą, skwarzą, pieką,Gną się stoły pod mięsem, trunek płynie rzeką;Chce szlachta noc tę przepić, przejeść i prześpiewać. —Lecz powoli zaczęli drzémać i poziewać,Oko gaśnie za okiem, i cała gromadaKiwa głowami, każdy gdzie siedział tam pada,Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu ćwierci.Tak Zwyciężców, zwyciężył w końcu sen, brat śmierci.