Pan Tadeusz — Księga dziesiąta: Emigracja. Jacek
Owe obłoki ranne, zrazu rozpierzchnioneJak czarne ptaki, lecąc w wyższą nieba stronę,Coraz się zgromadzały. Ledwie słońce zbiegłoZ południa, już ich stado pół niebios obiegło5Ogromną chmurą. Wiatr ją pędził coraz chyżej,Chmura coraz gęstniała, zwieszała się niżej,Aż, jedną stroną nawpół od niebios oddarta,Ku ziemi wychylona i wszerz rozpostarta,Jak wielki żagiel, biorąc wszystkie wiatry w siebie,10Od południa na zachód leciała po niebie.
I była chwila ciszy; i powietrze stałoGłuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało.I łany zbóż, co wprzódy, kładąc się na ziemiI znowu wgórę trzęsąc kłosami złotemi,15Wrzały jak fale, teraz stoją nieruchomeI poglądają w niebo, najeżywszy słomę.I zielone przy drogach wierzby i topole,Co pierwej, jako płaczki przy grobowym dole,
Biły czołem, długiemi kręciły ramiony,20Rozpuszczając na wiatry warkocz posrebrzony,Teraz jak martwe, z niemej wyrazem żałobyStoją nakształt posągów sypilskiej Nioby.Jedna osina drżąca wstrząsa liście siwe.
Bydło, zwykle do domu powracać leniwe,25Teraz zbiega się tłumnie, pasterzy nie czeka,I opuszczając strawę, do domu ucieka.Buhaj racicą ziemię kopie, orze rogiem,I całą trzodę straszy ryczeniem złowrogiem;Krowa coraz ku niebu wznosi wielkie oko,30Usta z dziwu otwiera i wzdycha głęboko;A wieprz marudzi wtyle, dąsa się i zgrzyta,I snopy zboża kradnie i na zapas chwyta.
Ptastwo skryło się w lasy, pod strzechy, w głąb’ trawy;Tylko wrony, stadami obstąpiwszy stawy,35Przechadzają się sobie poważnemi kroki,Czarne oczy kierują na czarne obłoki,Wytknąwszy język z suchej, szerokiej gardzieliI skrzydła roztaczając, czekają kąpieli.Lecz i te, przewidując nazbyt mocną burzę,40Już w las ciągną, podobne wznoszącej się chmurze.Ostatnia z ptaków, lotem nieścigłym zuchwałaJaskółka, czarny obłok przeszywa jak strzała,Wreszcie spada jak kula.
Właśnie w owej chwiliSzlachta z Moskwą okropną walkę zakończyli,
45I chronią się gromadnie w domy i stodoły,Opuszczają plac boju, gdzie wkrótce żywiołyStoczą walkę.
Na zachód jeszcze ziemia słońcem ozłocona,Świeciła się ponuro, żółtawoczerwona;50Już chmura, roztaczając cienie nakształt sieci,Wyławia resztki światła, a za słońcem leciJak gdyby je pochwycić chciała przed zachodem.Kilka wichrów raz po raz prześwisnęło spodem,Jeden za drugim lecą, miecąc krople dżdżyste55Wielkie, jasne, okrągłe, jak grady ziarniste.
Nagle wichry zwarły się, porwały się wpoły,Borykają się, kręcą, świszczącemi kołyKrążą po stawach, mącą do dna wody w stawach.Wpadły na łąki, świszczą po łozach i trawach.60Pryskają łóz gałęzie, lecą traw przekosyNa wiatr, jako garściami wyrywane włosy,Zmieszane z kędziorami snopów. Wiatry wyją,Upadają na rolę, tarzają się, ryją,Rwą skiby, robią otwór wichrowi trzeciemu,65Który wydarł się z roli jak słup czarnoziemu,Wznosi się, jak ruchoma piramida toczy,Łbem grunt wierci, z nóg piasek sypie gwiazdom w oczy,Co krok wszerz wydyma się, roztwiera ku górze,I ogromną swą trąbą otrębuje burzę.70Aż z całym tym chaosem wody i kurzawy,Słomy, liścia, gałęzi, wydartej murawy,
Wichry w las uderzyły, i po głębiach puszczyRyknęły jak niedźwiedzie.
A już deszcz wciąż pluszczyJak z sita w gęstych kroplach. Wtem rykły pioruny,75Krople zlały się razem, to jak proste strunyDługim warkoczem wiążą niebiosa do ziemi,To jak z wiader buchają warstami całemi.Już zakryły się całkiem niebiosa i ziemia,Noc je z burzą, od nocy czarniejszą, zaciemia.80Czasem widnokrąg pęka od końca do końca,I anioł burzy nakształt niezmiernego słońca,Rozświeci twarz, i znowu okryty całunemUciekł w niebo i drzwi chmur zatrzasnął piorunem.Znowu wzmaga się burza, ulewa nawalna,85I ciemność gruba, gęsta, prawie dotykalna.Znowu deszcz ciszej szumi, grom na chwilę uśnie;Znowu wzbudzi się, ryknie, i znów wodą chluśnie.Aż się uspokoiło wszystko; tylko drzewaSzumią około domu i szemrze ulewa.
90W takim dniu pożądany był czas najburzliwszy;Bo nawalnica, boju plac mrokiem okrywszy,Zalała drogi, mosty zerwała na rzece,Z folwarku niedostępną zrobiła fortecę.O tem więc, co się działo w obozie Soplicy,95Dziś nie mogła rozejść się wieść po okolicy,A właśnie zawisł szlachty los od tajemnicy.
W izbie Sędziego ważne toczą się narady.Bernardyn leżał w łóżku zmordowany, blady
I skrwawiony, lecz całkiem zdrowy na umyśle,100Daje rozkazy, Sędzia wypełnia je ściśle.Prosi Podkomorzego, przyzywa Klucznika,Każe przywieść Rykowa, potem drzwi zamyka.Godzinę całą trwały tajemne rozmowy,Aż je przerwał kapitan Ryków temi słowy,105Rzucając na stół kiesę, ciężką dukatami:„Państwo Lachy, już jest ta gadka między wami,Że każdy Moskal złodziej; powiedźcież, kto spyta,Że znaliście Moskala, który zwan NikitaNikitycz Ryków, rotny kapitan, miał osim110Medalów i trzy krzyże — to pamiętać prosim:Ten medal za Oczaków, ten za Izmaiłów.Ten za bitwę pod Nowi, ten za Prejsiż-Iłów,Tamten za Korsakowa sławną rejteradęZ pod Zurich; a miał także i za męstwo szpadę,115Także od feldmarszałka trzy zadowolenia,Dwie pochwały cesarskie i cztery wspomnienia,Wszystko na piśmie“.
„Ale, ale Kapitanie, —Przerwał Robak, — i cóż się tedy z nami stanie,Jeśli nie chcesz zgodzić się? Wszakże dałeś słowo120Załatwić tę rzecz“.
„Prawda, słowo dam na nowo, —Rzecze Ryków, — ot słowo! Co po waszej zgubie?Ja człek poczciwy, ja was, Państwo Lachy, lubię,
Że wy ludzie weseli, dobrzy do wypitki,I także ludzie śmiali, dobrzy do wybitki.125U nas ruskie przysłowie: kto na wozie jedzie,Bywa często pod wozem; kto dzisiaj naprzedzie,Jutro wtyle; dziś bijesz, jutro ciebie biją;Czy o to gniew? tak u nas po żołniersku żyją.Skądby się człowiekowi tyle złości wzięło130Gniewać się o przegranę! Oczakowskie dziełoByło krwawe, pod Zurich zbili nam piechotę,Pod Austerlicem całą utraciłem rotę;A pierwej wasz Kościuszko pod Racławicami —Byłem szerżantem — wysiekł mój pluton kosami.135I cóż stąd? To ja znowu u MaciejowicówZabiłem własnym sztykiem dwóch dzielnych szlachciców,Jeden był Mokronowski, szedł z kosą przed frontem,I kanonijerowi uciął rękę z lontem.Oj! wy Lachy! Ojczyzna! ja to wszystko czuję,140Ja Ryków; car tak każe, a ja was żałuję,Co nam do Lachów? Niechaj Moskwa dla Moskala,Polska dla Lacha; ale cóż? car nie pozwala!“
Sędzia mu na to rzecze: „Panie Kapitanie,Żeś człek poczciwy, wiedzą to wszyscy ziemianie,145U których na kwaterach stałeś od lat wielu.Za ten dar nie gniewaj się, dobry przyjacielu,
Nie chcieliśmy cię skrzywdzić; te oto dukatyŚmieliśmy złożyć, wiedząc, żeś człek niebogaty“.
„Ach jegry! — wołał Ryków, — cała rota skłuta!150Moja rota! a wszystko z winy tego Płuta!On komendant, on za to przed carem odpowie,A wy te grosze sobie zabierzcie, panowie;U mnie jest kapitański mój żołd ladajaki,A dosyć mnie na ponczyk i lulkę tabaki.155A was lubię, że z wami sobie zjem, popiję,Pohulam, pogawędzę, i tak sobie żyję.Otóż ja was obronię, i jak będzie śledztwo,Słowo uczciwe, że dam za wami świadectwo.Powiemy, że my przyszli tu z wizytą, pili160Sobie, tańczyli, trochę sobie podchmielili,A Płut przypadkiem ognia zakomenderował,Bitwa! i batalijon tak jakoś zmarnował.Wy Pany tylko śledztwo pomazujcie złotem,Będzie kręcić się. Ale teraz powiem o tem,165Co już mówiłem temu szlachcicu, co długiMa rapier, że Płut pierwszy komendant, ja drugi:Płut został żywy, może on wam zagiąć kruczkaTakiego, że zginiecie, bo to chytra sztuczka;Trzeba mu gębę zatkać bankowym papierem.170No i cóż Panie szlachcic, ty z długim rapierem,Czy już byłeś u Płuta, czyś się z nim naradził?“
Gerwazy obejrzał się, łysinę pogładził,Kiwnął niedbale ręką, jak gdyby znać dawał,Że już wszystko załatwił. — Lecz Ryków nastawał:175„Cóż, czy Płut będzie milczeć, czy słowem zaręczył?“
Klucznik zły, że go Ryków pytaniami dręczył,Poważnie palec wielki ku ziemi naginał,A potem machnął ręką, jak gdyby przecinałDalszą rozmowę, i rzekł: „Klnę się Scyzorykiem,180Że Płut nie wyda! gadać już nie będzie z nikim!“Potem dłonie opuścił i palcami chrząsnął,Jak gdyby tajemnicę całą z rąk wytrząsnął.
Ten ciemny gest pojęli słuchacze, i staliPatrząc z dziwem na siebie, wzajem się badali,185I posępne milczenie trwało minut kilka.Aż Ryków rzekł: „Nosił wilk, ponieśli i wilka!“„Requiescat in pace“ — dodał Podkomorzy.„Już-ci, — zakończył Sędzia, — był w tem palec Boży!Lecz ja tej krwi nie winien, jam o tem nie wiedział“.
190Ksiądz porwał się z poduszek i posępny siedział,Nakoniec rzekł, spojrzawszy bystro na Klucznika:„Wielki grzech bezbronnego zabić niewolnika!Chrystus zabrania mścić się nawet i nad wrogiem!Oj, Kluczniku! odpowiesz ty ciężko przed Bogiem.195Jedna jest restrykcyja: jeśli popełnionoNie z zemsty głupiej, ale pro publico bono“.Klucznik głową i ręką kiwał wyciągnioną,I, mrugając, powtarzał: „Pro publico bono!“
Więcej nie było mowy o Płucie majorze.200Nazajutrz daremnie go szukano we dworze,Daremnie wyznaczano za trupa nagrodę,Major zginął bez śladu, jak gdyby wpadł w wodę.Co się z nim stało, różnie powiadano o tem,
Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.205Daremnie pytaniami Klucznika dręczono;Nic nie wyrzekł, prócz tych słów: „Pro publico bono“.Wojski był w tajemnicy, lecz słowem ujętyHonorowem, staruszek milczał, jak zaklęty.
Po zawarciu układów wyszedł z izby Ryków,210A Robak kazał wezwać szlachtę wojowników,Do których Podkomorzy z powagą tak mowi:„Bracia! Bóg dziś naszemu szczęścił orężowi,Ale muszę Wać Państwu wyznać bez ogródki,Że z tych niewczesnych bojów złe wynikną skutki.215Zbłądziliśmy, i nikt tu z nas nie jest bez winy:Ksiądz Robak, że zbyt czynnie rozszerzał nowiny;Klucznik i szlachta, że je pojęła opacznie.Wojna z Rosyją jeszcze nieprędko się zacznie,Tymczasem kto miał udział najczynniejszy w bitwie,220Ten nie może bezpieczny zostać się na Litwie;Musicie więc do Księstwa uciekać Panowie,A mianowicie Maciej, co się Chrzciciel zowie,Tadeusz, Konew, Brzytew niech unoszą głowyZa Niemen, gdzie ich czeka zastęp narodowy.225My na was nieobecnych całą winę zwalim,I na Płuta; tak resztę rodzeństwa ocalim.Żegnam was nie na długo; są pewne nadzieje,Że nam z wiosną swobody zorza zajaśnieje,I Litwa, co was teraz żegna jak tułaczy,230Wkrótce, jako zwycięskich swych zbawców zobaczy.Sędzia wszystko, co trzeba, zgotuje na drogę,I ja pieniędzmi, ile zdołam, dopomogę“.
Czuła szlachta, że mądrze Podkomorzy radził:Wiadomo, że kto z ruskim carem raz się zwadził,235Ten już z nim na tej ziemi nie zgodzi się szczerze,I musi albo bić się, albo gnić w Sybirze.Więc nic nie mówiąc, smutnie po sobie spojrzeli,Westchnęli; na znak zgody głowami skinęli.
Polak, chociaż stąd między narodami słynny,240Że bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny,Gotów zawżdy rzucić go, puścić się w kraj świata,W nędzy i poniewierce przeżyć długie lata,Walcząc z ludźmi i z losem, póki mu śród burzyPrzyświeca ta nadzieja, że Ojczyźnie służy.
245Oświadczyli, że zaraz wyjeżdżać gotowi;Tylko się to nie zdało panu Buchmanowi.Buchman, człowiek rozsądny, w bitwę się nie wmieszał,Ale słysząc, że radzą, głosować pośpieszał.Znajdował projekt dobrym, lecz chciał przeinaczyć,250Dokładniej go rozwinąć, jaśniej wytłumaczyć,A naprzód komisyją legalnie wyznaczyć,Któraby rozważyła emigracji cele,Środki, sposoby, tudzież innych względów wiele.Nieszczęściem krótkość czasu była na zawadzie,255Że się zadość nie stało Buchmanowej radzie.Szlachta żegna się śpiesznie i już w drogę rusza.
Ale Sędzia zatrzymał w izbie TadeuszaI rzekł do księdza: „Czas już, żebym ci powiedział,
To, o czemem z pewnością wczoraj się dowiedział,260Że nasz Tadeusz szczerze zakochany w Zosi.Niechajże przed odjazdem o rękę jej prosi.Mówiłem z Telimeną: już nam nie przeszkadza;Zosia także się z wolą opiekunów zgadza.Jeśli dziś ślubem pary nie możem uwieńczyć,265Toćby ich, Panie Bracie, przynajmniej zaręczyćPrzed odjazdem; bo serce młode i podróżne,Wiesz dobrze, jako miewa tentacyje różne;A wszakże, kiedy okiem rzuci na pierścionekI przypomni młodzieniec, że już jest małżonek,270Zaraz w nim obcych pokus ostyga gorączka.Wierzaj mi, wielką siłę ma ślubna obrączka.
„Ja sam przed lat trzydziestu wielki afekt miałemKu pannie Marcie, której serce pozyskałem.Byliśmy zaręczeni; Bóg nie błogosławił275Związkowi temu, i mnie sierotą zostawił,Wziąwszy do chwały swojej nadobną Wojszczankę,Przyjaciela mojego córę, Hreczeszankę.Pozostała mi tylko pamiątka jej cnoty,Jej wdzięków, i ten oto ślubny pierścień złoty.280Ilekroć nań spojrzałem, zawsze ma niebogaStawała przed oczyma i tak z łaski Boga,Dotąd mej narzeczonej dochowałem wiary,I nie bywszy małżonkiem, jestem wdowiec stary,Chociaż Wojski ma drugą córę, dość nadobną285I do mojej kochanej Marty dość podobną!“
To mówiąc na pierścionek z czułością spozierał,I odwróconą ręką łzy z oczu ocierał:
„Bracie, — kończył, — co myślisz? zrobim zaręczyny?On kocha, a mam słowo ciotki i dziewczyny“.
290Lecz Tadeusz podbiega i z żywością mowi:„Czemże zdołam odwdzięczyć dobremu Stryjowi,Który tak o me szczęście ustawnie się trudzi!Ach, dobry Stryju, byłbym najszczęśliwszy z ludzi,Gdyby mi Zosia była dzisiaj zaręczona,295Gdybym wiedział, że to jest moja przyszła żona.Przecież powiem otwarcie: dziś te zaręczynyDo skutku przyjść nie mogą, są różne przyczyny...Nie pytaj więcej... Jeśli Zosia czekać raczy,Może mnie wkrótce lepszym, godniejszym obaczy,300Może stałością na jej wzajemność zarobię,Może troszeczką sławy me imię ozdobię,Może wkrótce w ojczyste wrócim okolice;Wtenczas, Stryju, wspomnę ci twoje obietnice,Wtenczas, na klęczkach drogą powitam Zosienkę,305I jeśli będzie wolna, poproszę o rękę.Teraz porzucam Litwę może na czas długi,Może Zosi tymczasem podobać się drugi:Więzić jej woli nie chcę; prosić o wzajemność,Na którąm nie zasłużył, byłaby nikczemność“.
310Gdy te słowa z uczuciem mówił chłopiec młody,Zaświeciły mu, jako dwie wielkie jagodyPereł, dwie łzy na wielkich błękitnych źrenicach,I stoczyły się szybko po rumianych licach.
Ale Zosia ciekawa z głębiny alkowy315Śledziła przez szczelinę tajemne rozmowy;Słyszała, jak Tadeusz poprostu i śmiałoOpowiedział swą miłość; serce w niej zadrżało,
I widziała tych wielkich dwoje łez w źrenicach.Choć dojść nie mogła wątku w jego tajemnicach,320Dlaczego ją pokochał? dlaczego porzuca?Gdzie odjeżdża? przecież ją ten odjazd zasmuca.Pierwszy raz posłyszała w życiu z ust młodzianaDziwną i wielką nowość, że była kochana.Biegła więc, gdzie stał mały domowy ołtarzyk,325Wyjęła zeń obrazek i relikwijarzyk:Na obrazku tym była święta Genowefa,A w relikwii suknia świętego JózefaOblubieńca, patrona zaręczonej młodzi;I z temi świętościami do pokoju wchodzi.
330„Pan odjeżdżasz tak prędko? Ja Panu na drogęDam podarunek mały i także przestrogę:Niechaj Pan zawsze z sobą relikwije nosiI ten obrazek, a niech pamięta o Zosi.Niech Pana Pan Bóg w zdrowiu i szczęściu prowadzi,335I niech prędko szczęśliwie do nas odprowadzi“.Umilkła, i spuściła głowę; oczki modreLedwie stuliła, z rzęsów pobiegły łzy szczodre,A Zosia, z zamkniętemi stojąc powiekami,Milczała, sypiąc łzami jako brylantami.
340Tadeusz, biorąc dary i całując rękę,Rzekł: „Pani! już ja muszę pożegnać Panienkę;Bądź zdrowa, wspomnij o mnie, i racz czasem zmówićPacierz za mnie! Zofijo!“... Więcej nie mógł mówić.
Lecz Hrabia z Telimeną wszedłszy niespodzianie,345Uważał młodej pary czułe pożegnanie,Wzruszył się i rzuciwszy wzrok ku Telimenie:„Ileż — rzekł — jest piękności choć w tej prostej scenie,Kiedy dusza pasterki z wojownika duszą,Jak łódź z okrętem w burzy, rozłączyć się muszą350Zaiste! nic tak uczuć w sercu nie rozpala,Jako kiedy się serce od serca oddala.Czas — jest to wiatr: on tylko małą świecę zdmuchnie,Wielki pożar od wiatru tem mocniej wybuchnie.I moje serce zdolne mocniej kochać zdala.355Panie Soplico! miałem ciebie za rywala;Ten błąd był jedną z przyczyn naszej smutnej zwady,Która mię przymusiła dostać na was szpady.Postrzegam błąd mój, boś ty wzdychał ku pasterce,Ja zaś tej pięknej Nimfie oddałem me serce.360Niech we krwi wrogów nasze utoną urazy!Nie będziem się zbójczemi rozpierać żelazy;Niech się inaczej spór nasz zalotny rozstrzygnie:Walczmy, kto kogo czuciem miłości wyścignie!Zostawim oba drogie serc naszych przedmioty,365Pośpieszymy obadwa na miecze, na groty;Walczmy z sobą stałością, żalem i cierpieniem,A wrogów naszych mężnem ścigajmy ramieniem“.Rzekł i na Telimenę spojrzał, ale onaNic nie odpowiadała, strasznie zadziwiona.
370„Mój Hrabio — przerwał Sędzia — poco chcesz koniecznieWyjeżdżać? Wierz mi, w twoich dobrach siedź bezpiecznie.Szlachtę biedną rząd mógłby odrzeć i przechłostać,Ale ty, Hrabio, pewien jesteś cały zostać;Wiesz, w jakim rządzie żyjesz, jesteś dość bogaty,375Wykupisz się od więzień połową intraty“.
„To niezgodna — rzekł Hrabia — z moim charakterem!Nie mogę być kochankiem, będę bohaterem;W miłości troskach sławy zwę pocieszycielki,Gdy jestem nędzarz sercem, będę ręką wielki“.
380Telimena pytała: „Któż Panu przeszkadzaKochać i być szczęśliwym!?“ — „Mych przeznaczeń władza— Rzekł Hrabia — ciemność przeczuć, które ruchem tajnymRwą się ku stronom obcym, dziełom nadzwyczajnym.Wyznaję, że dziś chciałem na cześć Telimenie385U ołtarzów Hymena zapalić płomienie,Ale mi dał zbyt piękny przykład ten młodzieniec,Sam dobrowolnie ślubny swój zrywając wieniec,I biegąc serca swego doświadczać w przeszkodachZmiennych losów i w krwawych, wojennych przygodach.390Dziś otwiera się nowa i dla mnie epoka!Brzmiała odgłosem broni mej Birbante-rokka:
Oby ten odgłos równie w Polszcze się rozszerzył!“Skończył, i dumnie szpady rękojeść uderzył.
„Jużci — rzekł Robak — trudno ganić tę ochotę;395Jedź, weź pieniądze, możesz usztyftować rotę,Jak Włodzimierz Potocki, co Francuzów zdziwiłDając na skarb milijon; jak książę RadziwiłłDominik, co zastawił dobra swe i sprzętyI dwa uzbroił nowe konne regimenty.400Jedź, jedź, a weź pieniądze; rąk tam dosyć mamy,Ale grosza brak w Księstwie; jedź Wasze, żegnamy“.
Telimena, smutnemi rzuciwszy oczyma,„Niestety — rzekła — widzę, że cię nic nie wstrzyma!Rycerzu mój, w wojenne kiedy wstąpisz szranki,405Obróć czułe spojrzenie na kolor kochanki!(Tu wstążkę oderwawszy od sukni, zrobiłaKokardę i na piersiach Hrabi przyszpiliła.)
Niech cię ten kolor wiedzie na działa ogniste,Na kopije błyszczące i deszcze siarczyste,410A kiedy się rozsławisz walecznemi czyny,I gdy nieśmiertelnemi przesłonisz wawrzynySkrwawiony szyszak i hełm twój zwycięstwem hardy:I wtenczas jeszcze oko zwróć do tej kokardy,Wspomnij, czyja ten kolor przyszpiliła ręka!“415Tu mu podała rękę. — Pan Hrabia przyklęka,Całuje; Telimena zbliżyła do okaChustkę, a drugiem okiem pogląda zwysokaNa Hrabię, który żegnał ją mocno wzruszony.Ona wzdychała, ale ruszyła ramiony.
420Lecz Sędzia rzekł: „Mój Hrabio, śpiesz się, bo już poźno“.A ksiądz Robak: „Dość tego!“ — wołał z miną groźną, —„Spiesz się Wasze“. Tak rozkaz Sędziego i księdzaRozdziela czułą parę i z izby wypędza.
Tymczasem pan Tadeusz stryja obejmował425Ze łzami i Robaka w rękę pocałował.Robak, ku piersiom chłopca przycisnąwszy skronieI na głowie mu na krzyż położywszy dłonie,Spojrzał ku niebu i rzekł: „Synu! z Panem Bogiem!“I zapłakał... A już był Tadeusz za progiem.430„Jakto? — zapytał Sędzia, — nic mu brat nie powieI teraz? biedny chłopiec, jeszcze się nie dowieO niczem! przed odjazdem!“ „Nie, — rzekł ksiądz — o niczem,
(Płacząc długo z zakrytem rękami obliczem).I pocóżby miał wiedzieć biedny, że ma ojca,435Który się skrył przed światem, jak łotr, jak zabojca?Bóg widzi, jak pragnąłbym, ale z tej pociechyZrobię Bogu ofiarę za me dawne grzechy“.
„Więc — rzecze Sędzia — teraz czas myśleć o sobie,Uważ, że człowiek w twoim wieku i chorobie440Nie zdołałby z innymi razem emigrować;Mówiłeś, że wiesz domek, gdzie się masz przechować;Powiedz, gdzie? Spieszmy, czeka zaprzężona bryka.Czy nie najlepiej w puszczę, do chaty leśnika?“
Robak, kiwając głową, rzekł: „Do jutra rana445Mam czas. Teraz, mój bracie, poślij po plebana,Aby tu jak najrychlej przybył z wijatykiem;Oddal stąd wszystkich, zostań tylko sam z Klucznikiem.Zamknij drzwi!“
Sędzia spełnił Robaka rozkazyI usiada na łóżko przy nim; a Gerwazy450Stoi, łokieć przytwierdza na głowni rapiera,A czoło pochylone na dłoniach opiera.
Robak, nim zaczął mówić, w Klucznika obliczeWzrok utkwił i milczenie chował tajemnicze.A jako chirurg naprzód miękką rękę składa
455Na ciele chorującem, nim ostrzem raz zada;Tak Robak wyraz bystrych oczu swych złagodził,Długo niemi po oczach Gerwazego wodził,Nakoniec, jakby ślepym chciał uderzyć ciosem,Zasłonił oczy ręką, i rzekł mocnym głosem:
460„Jam jest Jacek Soplica...“
Klucznik na to słowoPobladnął, pochylił się, i ciała połowąWygięty naprzód, stanął, zwisł na jednej nodze,Jak głaz lecący z góry, zatrzymany w drodze.Oczy roztwierał, usta szeroko rozszerzał,465Grożąc białemi zęby, a wąsy najeżał;Rapier z rąk upuszczony przy ziemi zatrzymałKolanami, i głownię prawą ręką imał,Cisnąc ją; rapier, ztyłu za nim wyciągniony,Długim czarnym swym końcem chwiał się w różne strony.470I Klucznik był podobny rysiowi rannemu,Który z drzewa ma skoczyć w oczy myśliwemu,Wydyma się kłębuszkiem, mruczy, krwawe ślepieWyiskrzą, wąsy rusza, i ogonem trzepie.
„Panie Rębajło — rzekł ksiądz — już mię nie zatrwożą475Gniewy ludzkie, bo jestem już pod ręką Bożą.Zaklinam cię na imię Tego, co świat zbawiłI na krzyżu zabójcom swoim błogosławił,I przyjął prośbę łotra, byś się udobruchał,I to, co mam powiedzieć, cierpliwie wysłuchał.480Sam przyznałem się; muszę dla ulgi sumieniaPozyskać, a przynajmniej prosić przebaczenia.
Posłuchaj mej spowiedzi; potem zrobisz sobieZe mną, co zechcesz“. I tu złożył ręce obieJak do pacierza. Klucznik cofnął się zdumiony,485Uderzał ręką w czoło i ruszał ramiony.
A ksiądz zaczął swą dawną z Horeszką zażyłośćOpowiadać, i swoją z jego córką miłość,I swe z tego powodu z Stolnikiem zatargi.Lecz mówił nieporządnie, często mieszał skargi490I żale we swą spowiedź, często rzecz przecinał,Jak gdyby już ją kończył, i znowu zaczynał.
Klucznik, dzieje Horeszków znający dokładnie,Całą tę powieść, chociaż splątaną bezładnie,Porządkował w pamięci i dopełniać umiał;495Lecz Sędzia wielu rzeczy zgoła nie rozumiał.Oba pilnie słuchali, pochyliwszy głowy,A Jacek mówił coraz wolniejszemi słowyI często zarywał się.
„Wszak sam wiesz, Gerwazeńku, jak Stolnik zapraszał500Często mnie na biesiady, zdrowie moje wnaszał,Krzyczał nieraz, dogóry podniósłszy szklenicę,Że nie miał przyjaciela nad Jacka Soplicę;Jak on mnie ściskał! Wszyscy, którzy to widzieli,Myślili, że on ze mną duszą się podzieli.505On przyjaciel? On wiedział, co się wtenczas działoW duszy mojej!
„Tymczasem już szeptała o tem okolica,Jaki taki gadał mi: „Ej, panie Soplica!
Daremnie konkurujesz, dygnitarskie progi510Za wysokie na Jacka podczaszyca nogi“.Ja śmiałem się, udając, że drwiłem z magnatówI z córek ich, i nie dbam o arystokratów;Że, jeśli bywam u nich, z przyjaźni to robię,A za żonę nie pojmę, tylko równą sobie.515Przecież bodły mi duszę do żywca te żarty:Byłem młody, odważny, świat był mnie otwartyW kraju, gdzie, jako wiecie, szlachcic urodzonyJest zarówno z panami kandydat korony!Wszakże Tęczyński niegdyś z królewskiego domu520Żądał córy, a król mu oddał ją bez sromu.Sopliców czyż nie równe Tęczyńskim zaszczytyKrwią, herbem, wierną służbą Rzeczypospolitéj!
„Jak łatwo może człowiek popsuć szczęście drugimW jednej chwili, a życiem nie naprawi długiém!525Jedno słowo Stolnika: jakżebyśmy byliSzczęśliwi! Kto wie, może dotądbyśmy żyli;Może i on przy swojem kochanem dziecięciu,Przy swojej pięknej Ewie, przy swym wdzięcznym zięciu,Zestarzałby spokojny, może wnuki swoje530Kołysałby! Teraz co? nas zgubił oboje,
I sam... i to zabójstwo... i wszystkie następstwaTej zbrodni, wszystkie moje biedy i przestępstwa!Ja skarżyć nie mam prawa, ja jego morderca,Ja skarżyć nie mam prawa, przebaczam mu z serca;535Ale i on...
„Żeby już raz otwarcie był mnie zrekuzował,Bo znał nasze uczucia; gdyby nie przyjmowałMych odwiedzin; to kto wie? możebym odjechał,Pogniewał się, połajał, wkońcu go zaniechał.540Ale on, chytrze dumny, wpadł na koncept nowy:Udawał, że mu nawet nie przyszło do głowy,Żeby ja mógł się starać o związek takowy!A byłem mu potrzebnym, miałem zachowanieU szlachty, i lubili mnie wszyscy ziemianie.545Więc on niby miłości mojej nie dostrzegał,Przyjmował mnie jak dawniej, a nawet nalegał,Abym częściej przyjeżdżał; a ilekroć samiByliśmy, widząc oczy me przyćmione łzamiI pierś zbyt pełną i już wybuchnąć gotową,550Chytry starzec, wnet wrzucił obojętne słowoO procesach, sejmikach, łowach...
„Ach, nieraz przy kieliszkach, gdy się tak rozrzewniałGdy mię tak ściskał i o przyjaźni zapewniał,Potrzebując mej szabli lub kreski na sejmie,555Gdy musiałem nawzajem ściskać go uprzejmie,
To tak we mnie złość wrzała, że ja obracałemŚlinę w gębie, a dłonią rękojeść ściskałem,Chcąc plunąć na tę przyjaźń i wnet szabli dostać.Ale Ewa, zważając mój wzrok i mą postać,560Zgadywała, nie wiem jak, co się we mnie działo,Patrzyła błagająca, lice jej bledniało.A był to taki piękny gołąbek, łagodny!I wzrok miała uprzejmy taki! tak pogodny!Taki anielski! że już nie wiem, już nie miałem565Odwagi zagniewać ją, zatrwożyć — milczałem.I ja, zawadyjaka sławny w Litwie całej,Co przede mną największe pany niegdyś drżały,Com nie żył dnia bez bitki, co nie Stolnikowi,Alebym się pokrzywdzić nie dał i królowi,570Co we wściekłość najmniejsza wprawiała mnie sprzeczka,Ja wtenczas zły i pjany, milczał jak owieczka!Jak gdybym Sanctissimum ujrzał!
„Ileż to razy chciałem serce me otworzyć,I już się nawet przed nim do próśb upokorzyć.575Lecz, spojrzawszy mu w oczy, spotkawszy wejrzeniaZimne jak lód, wstyd mi był mojego wzruszenia!Śpieszyłem znowu jak najzimniej dyskurowaćO sprawach, o sejmikach, a nawet żartować!Wszystko to, prawda, z pychy, żeby nie ubliżyć580Imieniowi Sopliców, żeby się nie zniżyćPrzed Panem prośbą próżną, nie dostać odmowy.Bo jakieżby to były między szlachtą mowy,Gdyby wiedziano, że ja, Jacek...
„Soplicy Horeszkowie odmówili dziewkę!585Że mnie, Jackowi, czarną podano polewkę!
„Wkońcu, sam już nie wiedząc, jak sobie poradzić,Umyśliłem ze szlachty mały pułk zgromadzićI opuścić na zawsze powiat i ojczyznę,Wynieść się gdzie na Moskwę lub na Tatarszczyznę590I zacząć wojnę. Jadę pożegnać Stolnika,W nadziei, że gdy ujrzy wiernego stronnika,Dawnego przyjaciela, prawie domownika,Z którym pił i wojował przez tak długie lata,Teraz żegnającego i kędyś w kraj świata595Jadącego — że może starzec się poruszyI pokaże mi przecież trochę ludzkiej duszy,Jak ślimak rogów!
„Ach, kto choć na dnie serca ma dla przyjacielaChoćby iskierkę czucia, gdy się z nim rozdziela,600Dobędzie się iskierka ta przy pożegnaniu,Jako ostatni płomyk życia przy skonaniu!Raz ostatni dotknąwszy przyjaciela skroni,Częstokroć najzimniejsze oko łzę uroni!
„Biedna, słysząc o moim odjeździe, pobladła,605Bez przytomności, ledwie że trupem nie padła,Nie mogła nic przemówić, aż się jej rzuciłyStrumieniem łzy — poznałem, jak byłem jej miły!
„Pomnę, pierwszy raz w życiu jam się łzami zalałZ radości i z rozpaczy, zapomniał się, szalał.610Już chciałem znowu upaść ojcu jej pod nogi,
Wić się jak wąż u kolan, wołać: Ojcze drogi,Weź za syna lub zabij! Wtem Stolnik posępny,Zimny jako słup soli, grzeczny, obojętny,Wszczął dyskurs, o czem? o czem? o córki weselu!615W tej chwili! O, Gerwazy! uważ przyjacielu,Masz ludzkie serce!
... Stolnik rzekł: „Panie Soplica,Właśnie przyjechał do mnie swat kasztelanica:Ty jesteś mój przyjaciel, cóż ty mówisz na to?Wiesz Wasze, że mam córkę piękną i bogatą:620A kasztelan witebski! Wszakże to w senacieNiskie, drążkowe krzesło. Cóż mi radzisz, bracie?“Nie pamiętam już zgoła, co mu na to rzekłem,Podobno nic — na konia wsiadłem i uciekłem!“
„Jacku! — zawołał Klucznik, — mądre ty przyczyny625Wynajdujesz; cóż? one nie zmniejszą twej winy!Bo wszakże zdarzało się już nieraz na świecie,Że kto pokochał pańskie lub królewskie dziecię,Starał się gwałtem zdobyć, przemyślał wykradać,Mścić się otwarcie — ale tak chytrze śmierć zadać630Panu polskiemu, w Polszczę i w zmowie z Moskalem!“
„Nie byłem w zmowie!“ — Jacek odpowiedział z żalem. —„Gwałtem porwać? wszak mógłbym; z za krat i z za klamekWydarłbym ją, rozbiłbym w puch ten jego zamek!Miałem za sobą Dobrzyń i cztery zaścianki.635Ach, gdyby ona była jak nasze szlachcianki
Silna i zdrowa! gdyby ucieczki, pogoni,Nie zlękła się i mogła słuchać szczęku broni!Lecz ona biedna! tak ją rodzice pieścili,Słaba, lękliwa! był to robaczek motyli,640Wiosenna gąsieniczka! i tak ją zagrabić,Dotknąć ją zbrojną ręką byłoby ją zabić.Nie mogłem, nie!
„Mścić się otwarcie, szturmem zamek zwalić w gruzyWstyd! boby powiedziano, żem mścił się rekuzy!645Kluczniku, twoje serce poczciwe nie umieUczuć, ile jest piekła w obrażonej dumie.
„Szatan dumy zaczął mi lepsze plany raić:Zemścić się krwawo, ale powód zemsty taić,Nie bywać w zamku, miłość z serca wykorzenić,650Puścić w niepamięć Ewę, z inną się ożenić,A potem, potem jaką wynaleźć zaczepkę,Pomścić się.
„I zdało mi się zrazu, żem już serce zmienił,I rad byłem z wymysłu, i — jam się ożenił655Z pierwszą, którąm napotkał, dziewczyną ubogą!Źlem zrobił — jakże byłem ukarany srogo!Nie kochałem jej. Biedna matka Tadeusza,Najprzywiązańsza do mnie, najpoczciwsza dusza,Ale ja dawną miłość i złość w sercu dusił,660Byłem jako szalony; darmom siebie musiłZająć się gospodarstwem albo interesem;Wszystko napróżno! Zemsty opętany biesem,Zły, opryskliwy, znaleźć nie mogłem pociechyW niczem na świecie — i tak z grzechów w nowe grzechy...665Zacząłem pić.
„I tak niedługo żona ma z żalu umarła,Zostawiwszy to dziecię, a mnie rozpacz żarła!
„Jakże mocno musiałem kochać tę niebogę...Tyle lat! gdziem ja nie był! a dotąd nie mogę670Jej zapomnieć, i zawżdy jej postać kochanaStoi mi przed oczyma, jakby malowana!Piłem, nie mogłem zapić pamięci na chwilę,Ani pozbyć się, chociaż przebiegłem ziem tyle!Teraz oto w habicie jestem Bożym sługą,675Na łożu, we krwi — o niej mówiłem tak długo!W tej chwili, o tych rzeczach mówić? Bóg wybaczy!Musicie wiedzieć, w jakim żalu i rozpaczyPopełniłem...
„Było to właśnie wkrótce po jej zaręczynach.680Wszędzie gadano tylko o jej zaręczynach;Powiadano, że Ewa gdy brała obrączkęZ rąk wojewody, mdlała, że wpadła w gorączkę,Że ma początki suchot, że ustawnie szlocha;Zgadywano, że kogoś potajemnie kocha. —685Ale Stolnik, jak zawsze, spokojny, wesoły,Dawał na zamku bale, zbierał przyjacioły.Mnie już nie prosił — na cóż byłem mu potrzebny?Mój bezład w domu, bieda, mój nałóg haniebnyPodały mnie na wzgardę i na śmiech przed światem!690Mnie, com niegdyś, rzec mogę, trząsł całym powiatem,Mnie, którego Radziwiłł nazywał: kochanku!Mnie, com kiedy wyjeżdżał z mojego zaścianku,To liczniejszy dwór miałem, niżeli książęcy!Kiedym szablę dostawał, to kilka tysięcy695Szabel błyszczało wkoło, strasząc zamki pańskie!
A potem ze mnie dzieci śmiały się włościańskie,Tak zrobiłem się nagle w oczach ludzkich lichy!Jacek Soplica! — Kto zna, co jest czucie pychy...“
Tu bernardyn osłabiał i upadł na łoże;700A Klucznik rzekł wzruszony: „Wielkie sądy Boże!Prawda! prawda! Więc to ty? i tyżeś to JackuSoplico? pod kapturem? żyłeś po żebracku!Ty, którego pamiętam, gdy zdrowy, rumiany,Piękny szlachcic, gdy tobie pochlebiały pany,705Gdy za tobą kobiety szalały! Wąsalu!Nie tak to dawno, takeś zestarzał się z żalu!Jakżem ciebie nie poznał po owym wystrzale,Kiedyś tak do niedźwiedzia trafił doskonale?Bo nad ciebie nie miała strzelca Litwa nasza;710Byłeś także po Maćku pierwszy do pałasza!Prawda! o tobie niegdyś śpiewały szlachcianki:„Oto Jacek wąs kręci, trzęsą się zaścianki,A komu na swym wąsie węzełek zawiąże,Ten zadrży, choćby to był sam Radziwiłł książę“.715Zawiązałeś ty węzeł i mojemu panu,Nieszczęśniku! I tyżeś? do takiego stanu?Jacek Wąsal kwestarzem! Wielkie sądy Boże!I teraz, ha! bezkarnie ujść tobie nie może,Przysiągłem: kto Horeszków krwi kroplę wysączył...“
720Tymczasem ksiądz na łożu usiadł i tak kończył:„Jeździłem koło zamku. Ile biesów w głowieI w sercu miałem, kto ich imiona wypowie!Stolnik zabija dziecię własne! mnie już zabił,Zniszczył! — Jadę pod bramę: szatan mnie tam wabił.725Patrz, jak on hula! co dzień w zamku pijatyka,Ile świec w oknach, jaka brzmi w salach muzyka!
I ten zamek na łysą głowę mu nie runie? —Pomyśl o zemście, to wnet szatan broń podsunie.Ledwiem pomyślił, szatan nasyła Moskali.730Stałem, patrząc. Wiesz, jak wasz zamek szturmowali.
„Bo fałsz, żebym był w jakiej z Moskalami zmowie.
„Patrzyłem. Różne myśli snuły się po głowie,Z razu z uśmiechem głupim, jak na pożar dziecko,Patrzyłem; potem radość uczułem zbójecką,735Czekając, rychło zacznie palić się i walić;Czasem myśl przychodziła: skoczyć, ją ocalić,Nawet Stolnika —
„Broniliście się, ty wiesz, dzielnie i przytomnie.Zdziwiłem się. Moskale padali wkoło mnie,740Bydlęta, źle strzelają! — Na widok ich klęskiZłość mię znowu porwała. — Ten Stolnik zwycięski!I także mu na świecie wszystko się powodzi?I z tej strasznej napaści z triumfem wychodzi?Odjeżdżałem ze wstydem. — Właśnie był poranek.745Wtem ujrzałem, poznałem: wystąpił na ganek,I brylantową spinką ku słońcu migotał,I wąs pokręcał dumnie, i wzrok dumny miotał,I zdało mi się, że mnie szczególniej urągał,Że mnie poznał, i ku mnie rękę tak wyciągał,750Szydząc i grożąc. — Chwytam karabin Moskala;Ledwiem przyłożył, prawie nie mierzył — wypala!Wiesz! —
„Przeklęta broń ognista! Kto mieczem zabija,Musi składać się, natrzeć, odbija, wywija,755Może rozbroić wroga, miecz w pół drogi wstrzymać;Ale ta broń ognista... dosyć zamek imać,Chwila, jedna iskierka...
„Czyż uciekałem, kiedyś mierzył do mnie zgóry?Utkwiłem oczy we dwie twojej broni rury,760Rozpacz jakaś, żal dziwny do ziemi mnie przybił!Czemuż, ach, mój Gerwazy, czemuś wtenczas chybił?Łaskę byś zrobił! Widać za pokutę grzechuTrzeba było...“
Tu znowu brakło mu oddechu.
„Bóg widzi — rzecze Klucznik — szczerze trafić chciałem!765Ileż ty krwi wylałeś twoim jednym strzałem,Ileż klęsk spadło na nas i na twą rodzinę,A wszystko to przez Waszą, Panie Jacku, winę!A wszakże, gdy dziś jegry Hrabię na cel wzięli,Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli,770Tyś go zasłonił, i gdy Moskal do mnie palił,Tyś mnie rzucił o ziemię: tak nas dwóch ocalił.Jeśli prawda, że jesteś księdzem zakonnikiem,Jużci sukienka broni cię przed Scyzorykiem.Bądź zdrów, więcej na waszym nie postanę progu;775Z nami kwita — zostawmy resztę Panu Bogu“.
Jacek rękę wyciągnął, — cofnął się Gerwazy:„Nie mogę — rzekł — bez mego szlachectwa obrazyDotykać rękę, takiem morderstwem skrwawionąZ prywatnej zemsty, nie zaś pro publico bono!“
780Ale Jacek z poduszek na łoże upadłszy,Zwrócił się ku Sędziemu, a był coraz bladszy,I niespokojnie pytał o księdza plebana,I wołał na Klucznika: „Zaklinam Wacpana,Abyś został; wnet skończę, ledwie mam dość mocy785Zakończyć — Panie Klucznik — ja umrę tej nocy!“
„Co, bracie? — krzyknął Sędzia — widziałem, wszak ranaNiewielka. Co ty mówisz: po księdza plebana?Może źle opatrzono — zaraz po doktora!W apteczce jest...“ Ksiądz przerwał: „Bracie, już nie pora!790Miałem tam strzał dawniejszy, dostałem pod Jena,Źle zgojony, a teraz draśniono — gangrenaJuż tu — znam się na ranach; patrz, jaka krew czarnaJak sadza. Co tu doktor? ale to rzecz marna.Raz umieramy: jutro czy dziś oddać duszę...795Panie Klucznik, przebaczysz mnie, ja skończyć muszę!
„Jest w tem zasługa nie chcieć zostać winowajcąNarodowym, choć naród okrzyczy cię zdrajcą!Zwłaszcza, w kim taka, jaka była we mnie duma!
„Imię zdrajcy przylgnęło do mnie jako dżuma.800Odwracali ode mnie twarz obywatele,Uciekali ode mnie dawni przyjaciele;Kto był lękliwy, zdala witał się i stronił,Nawet lada chłop, lada Żyd, choć się pokłonił,To mię zboku szyderskim przebijał uśmiechem.805Wyraz zdrajca brzmiał w uszach, odbijał się echemW domie, w polu. Ten wyraz od rana do zmrokuWił się przede mną, jako plama w chorem oku.Przecież nie byłem zdrajcą kraju.
„Moskwa mnie uważała gwałtem za stronnika.810Dano Soplicom znaczną część dóbr nieboszczyka,Targowiczanie potem chcieli mnie zaszczycićUrzędem. — Gdybym wtenczas chciał się przemoskwicić! —Szatan radził — już byłem możny i bogaty;Gdybym został Moskalem, najpierwsze magnaty815Szukałyby mych względów, nawet szlachta braty,Nawet gmin, który swoim tak łacnie uwłacza,Tym, którzy Moskwie służą, szczęśliwszym — przebacza!Wiedziałem to, a przecież — nie mogłem.
„Uciekłem z kraju!820Gdziem nie był! com nie cierpiał!
„Aż Bóg raczył lekarstwo jedyne objawić.Poprawić się potrzeba było i naprawićIle możności to...
„Córka Stolnika, ze swym mężem, wojewodą,825Gdzieś w Sybir wywieziona, tam umarła młodo;Zostawiła tę w kraju córkę, małą Zosię.Kazałem ją hodować.
„Bardziej, niżli z miłości, może z głupiej pychyZabiłem: więc pokora, wszedłem między mnichy.830Ja, niegdyś dumny z rodu, ja, com był junakiem,Spuściłem głowę, kwestarz, zwałem się Robakiem,Że jako robak w prochu...
„Zły przykład dla Ojczyzny: zachętę do zdradyTrzeba było okupić dobremi przykłady,835Krwią, poświęceniem się...
„Biłem się za kraj, gdzie? jak? zmilczę. Nie dla chwałyZiemskiej biegłem tylekroć na miecze, na strzały.Milej sobie wspominam — nie dzieła waleczneI głośne, ale czyny ciche, użyteczne,840I cierpienia, których nikt...
„Udało mi się nieraz do kraju przedzierać,Rozkazy wodzów nosić, wiadomości zbierać,Układać zmowy. — Znają i GalicyjanieTen kaptur mnisi — znają i Wielkopolanie!845Pracowałem przy taczkach rok w pruskiej fortecy;Trzy razy Moskwa kijmi zraniła me plecy,Raz już wiedli na Sybir; potem Austryjacy,W Szpilbergu zakopali mnie w lochach do pracy,W carcer durum — a Pan Bóg wybawił mnie cudem,850I pozwolił umierać między swoim ludem,Z sakramentami.
„Może i teraz, kto wie? możem znowu zgrzeszył!Możem nad rozkaz wodzów powstanie przyśpieszył!Ta myśl, że dom Sopliców pierwszy się uzbroi,855Że pierwszą Pogoń w Litwie zatkną krewni moi!...Ta myśl... zdaje się czysta...
„Chciałeś zemsty? masz! boś ty był narzędziem karyBożej! twoim Bóg mieczem rozciął me zamiary.Tyś wątek spisku tyle lat snowany splątał!860Cel wielki, który całe życie me zaprzątał,Ostatnie moje ziemskie uczucie na świecie,Którem tulił, hodował jak najmilsze dziecię,Tyś zabił w oczach ojca, a jam ci przebaczył!Ty!...“
„Oby tylko równie Bóg — przebaczyć raczył! —865Przerwał Klucznik — jeżeli masz przyjąć wijatyk,Księże Jacku, toć ja nie luter, nie syzmatyk!Kto umierającego smuci, wiem, że grzeszy.Powiem tobie coś, pewnie to ciebie pocieszy:Kiedy nieboszczyk pan mój upadał zraniony,870A ja, klęcząc nad jego piersią pochylony,I miecz maczając w ranę, zemstę zaprzysiągnął,Pan głowę wstrząsnął, rękę ku bramie wyciągnąłW stronę, gdzie stałeś, i krzyż w powietrzu naznaczył;Mówić nie mógł, lecz dał znak, że zbójcy przebaczył.875Ja też pojąłem, ale tak się z gniewu wściekłem,Że o tym krzyżu nigdy i słowa nie rzekłem“.
Tu rozmowę przerwały chorego cierpienia,I nastąpiła długa godzina milczenia.Oczekują plebana. — Podkowy zagrzmiały,880Zastukał do komnaty arendarz zdyszały:List ma ważny, samemu Jackowi pokaże.Jacek bratu oddaje, głośno czytać każe.List od Fiszera, który był natenczas szefemSztabu armii polskiej pod księciem Józefem.885Donosi, że w cesarskim tajnym gabinecieStanęła wojna; Cesarz już po całym świecieOgłasza ją; sejm walny w Warszawie zwołany,
I skonfederowane mazowieckie stanyWyrzeką uroczyście przyłączenie Litwy.
890Jacek, słuchając, cicho odmówił modlitwy,Przycisnąwszy do piersi święconą gromnicę,Podniósł w niebo zatlone nadzieją źrenice,I zalał się ostatnich łez rozkosznych zdrojem:„Teraz, — rzekł — Panie, sługę Twego puść z pokojem!“
895Wszyscy uklękli; a wtem ozwał się pod progiemDzwonek: znak, że przyjechał pleban z Panem Bogiem.
Właśnie już noc schodziła, i przez niebo mleczne,Różowe, biegą pierwsze promyki słoneczne;Wpadły przez szyby, jako strzały brylantowe,900Odbiły się na łożu o chorego głowę,I ubrały mu złotem oblicze i skronie,Że błyszczał jako święty w ognistej koronie.