Pan Tadeusz — Księga dziewiąta: Bitwa

Adam Bernard Mickiewicz (1798–1855)

A chrapali tak twardym snem, że ich nie budziBlask latarek i wniście kilkudziesiąt ludzi,Którzy wpadli na szlachtę, jak pająki ścienne,Nazwane kosarzami, na muchy wpółsenne;5Zaledwie która bzyknie, już długiemi nogiObejmuje ją wkoło i dusi mistrz srogi.Sen szlachecki był jeszcze twardszy, niż sen muszy:Żaden nie bzyka, leżą wszyscy jak bez duszy,Chociaż byli chwytani silnemi rękoma10I przewracani, jako na przewiąsłach słoma.

Tylko jeden Konewka, któremu w powiecieNie znajdziesz równie mocnej głowy przy bankiecie,

Konewka, co mógł wypić lipcu dwa antały,Nim mu splątał się język i nogi zachwiały,15Ten, choć długo ucztował i usnął głęboko,Dawał przecie znak życia. Przemknął jedno oko,I widzi! istne zmory! dwie okropne twarzeTuż nad sobą, a każda ma wąsów po parze;Dyszą nad nim, ust jego tykają wąsami,20I czworgiem rąk wokoło wiją jak skrzydłami.Zląkł się, chciał przeżegnać się: darmo rękę chwyta,Ręka prawa jak gdyby do boku przybita;Ruszył lewą, niestety! czuje, że go duchySpowiły ciasno, jako niemowlę w pieluchy;25Zląkł się jeszcze okropniej, wnet oko zawiera,Leży nie dysząc, stygnie, ledwie nie umiera!

Lecz Kropiciel zerwał się bronić się, po czasie!Bo już był skrępowany we swym własnym pasie.Przecież zwinął się, i tak sprężyście podskoczył,30Że padł na piersi sennych, po głowach się toczył,Miotał się jako szczupak, gdy się w piasku rzuca,A ryczał jako niedźwiedź, bo miał silne płuca.Ryczał: „Zdrada!“ Wnet cała zbudzona gromadaChórem odpowiedziała: „Zdrada! gwałtu! zdrada!“

35Krzyk dochodzi echami zwierciadlanej sali,Kędy Hrabia, Gerwazy i dżokeje spali.Przebudza się Gerwazy, darmo się wydziera,Związany w kij do swego własnego rapiera;Patrzy, widzi przy oknie ludzi uzbrojonych,40W czarnych, krótkich kaszkietach, w mundurach zielonych.Jeden z nich, opasany szarfą, trzymał szpadę

I ostrzem jej kierował swych drabów gromadę,Szepcąc: „Wiąż! wiąż!“ Dokoła leżą jak baranyDżokeje w pętach, Hrabia siedzi nie związany,45Lecz bezbronny; przy nim dwaj z gołemi bagnetyStoją drabi. — Poznał ich Gerwazy, niestety!Moskale!!!Nieraz Klucznik był w podobnych trwogach,Nieraz miewał powrozy na ręku i nogach,A przecież się uwalniał; wiedział o sposobie50Rwania więzów, był silny bardzo, ufał sobie.Przemyślał ratować się milczkiem: oczy zmrużył,Niby śpi, zwolna ręce i nogi przedłużył,Dech wciągnął, brzuch i piersi ścisnął co najwężéj;Aż jednym razem kurczy, wydyma się, pręży,55Jak wąż głowę i ogon gdy chowa w przeguby,Tak Gerwazy z długiego stał się krótki, gruby;Rozciągnęły się, nawet skrzypnęły powrozy,Ale nie pękły! Klucznik ze wstydu i zgrozyPrzewrócił się i, w ziemię schowawszy twarz gniewną,60Zamknąwszy oczy, leżał nieczuły jak drewno.

Wtem ozwały się bębny; naprzód zrzadka, potemCoraz gęstszym i coraz głośniejszym łoskotem.Na ten apel rozkazał oficer MoskaliDżokejów z Hrabią zamknąć pod strażą na sali,65Szlachtę wieść na dwór, kędy stała druga rota.Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.

Sztab stał we dworze, a z nim zbrojnej szlachty wiele;Podhajscy, Birbaszowie, Hreczechy, Biergele,

Wszyscy Sędziego krewni albo przyjaciele.70Na odsiecz mu przybiegli, słysząc o napadzie,Zwłaszcza, że z Dobrzyńskimi byli zdawna w zwadzie.

Kto z wiosek batalijon Moskałów sprowadził?Kto tak prędko sąsiedztwo z zaścianków zgromadził?Asesor-li, czy Jankiel? Różnie słychać o tem,75Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas ni potem.

Już też i słońce wschodzi, krwawo się czerwieni;Brzegiem tępym, jak gdyby odartym z promieni,Nawpół widne, napoły w czerni chmur się chowa,Jak rozżarzona w węglach kowalskich podkowa.80Wiatr wzmagał się i pędził obłoki ze wschodu,Gęste i poszarpane jako bryły lodu;Każdy obłok w przelocie deszczem zimnym prószy,Ztyłu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy,Za wiatrem znowu obłok nadbiega wilgotny:85I tak dzień naprzemiany był chłodny i słotny.

Tymczasem Major belki, schnące pode dworem,Każe wlec, w każdej belce wysiekać toporemPółokrągłe otwory, w te otwory wtykaNogi więźniów i drugą belką je zamyka.90Oba drewna, goździami przebite po rogach,Ścisnęły się, jako psie paszczęki, na nogach;Zaś powrozami mocniej sznurowano ręceNa plecach szlachty. Major, ku większej ich męce,Kazał pierwej pozdzierać z głów konfederatki,95Z pleców płaszcze, kontusze, nawet taratatki,Nawet żupany. I tak szlachta, skuta w kłodzie,

Siedziała rzędem, dzwoniąc zębami na chłodzieI na deszczu, bo coraz wzmagała się słota.Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.

100Darmo Sędzia za szlachtą instancyję wnosi,I Telimena łączy prośby do łez Zosi,Ażeby miano większy wzgląd na niewolników.Wprawdzie oficer rotny, pan Nikita Ryków,Moskal, lecz dobry człowiek, dał się udobruchać:105Cóż, kiedy sam majora Płuta musiał słuchać!

Ten major, Polak rodem, z miasteczka Dzierowicz,Nazywał się (jak słychać) po polsku Płutowicz,Lecz przechrzcił się; łotr wielki, jak się zwykle dziejeZ Polakiem, który w carskiej służbie zmoskwicieje.110Płut stał z fajką przed frontem, w boki się podpierał,I gdy mu kłaniano się, nos wgórę zadzierał,A za odpowiedź, na znak gniewnego humoru,Wypuścił z ust kłąb dymu i poszedł do dworu.

A tymczasem Rykowa Sędzia ułagadza,115I Asesora także na bok odprowadza;Przemyślają, jakby rzecz zakończyć bez sądu,A co jeszcze ważniejsza, bez mieszań się rządu.Więc do majora Płuta rzekł kapitan Ryków:

„Panie Major! co nam z tych wszystkich niewolników?120Oddamy pod sąd? będzie szlachcie wielka bieda,A Panu Majorowi nikt za to nic nie da.Wiesz co, Major? ot lepiej tę sprawę zagodzić:

Pan Sędzia Majorowi musi trud nagrodzić,My powiemy, że my tu przyszli dla wizyty,125A tak i kozy całe i wilk będzie syty.Przysłowie ruskie: wszystko można, lecz ostrożnie;I to przysłowie: sobie piecz na carskim rożnie;I to przysłowie: lepsza zgoda od niezgody,Zaplątaj dobrze węzeł, końce wsadź do wody.130Raportu nie podamy, tak się nikt nie dowie.Bóg dał ręce, żeby brać, to ruskie przysłowie“.

Słysząc to Major, wstaje i od gniewu parska:„Czy ty oszalał, Ryków? To służba cesarska,A służba nie jest drużba, stary, głupi Ryków!135Czy ty oszalał? Ja mam puszczać buntowników!W takim wojennym czasie! Ha, pany Polaki,Ja was nauczę buntu! Ha, szlachta łajdaki,Dobrzyńscy, oj, ja znam was! niech łajdaki mokną!(I zaśmiał się na całe gardło, patrząc w okno).140Wszakże ten sam Dobrzyński, co siedzi w surducie,— Hej, zdjąć mu surdut! — w roku przeszłym na reducieZaczął ze mną tę kłótnię. Kto zaczął? on, nie ja.On, gdy tańczyłem, krzyknął: „Precz, za drzwi złodzieja!“Że wtenczas za pułkowej okradzenie kasy145Byłem pod śledztwem, miałem wielkie ambarasy,A jemu co do tego? Ja tańczę mazura,On krzyczy ztyłu: „złodziej!“ Szlachta za nim: „ura!“Skrzywdzili mnie — a co? wpadł w me szpony szlachciura.

Mówiłem: ej, Dobrzyński! ej, przyjdzie do woza150Koza — a co, Dobrzyński? widzisz: będzie łoza!“

Potem Sędziemu szepnął, schyliwszy się, w ucho:„Jeśli chcesz, Sędzio, żeby to uszło na sucho,Za każdą głowę tysiąc rubelków gotówką;Tysiąc rubelków, Sędzio, to ostatnie słówko“.

155Sędzia chciał targować się, lecz Major nie słuchał,Znowu biegał po izbie, dymem gęsto buchał,Podobny do szmermelu albo do rakiety.Chodziły za nim prosząc i płacząc kobiety.„Majorze — mówił Sędzia — choć pozwiesz do prawa,160Cóż wygrasz? Tu nie zaszła żadna bitwa krwawa,Nie było ran; że zjedli kury i półgąski,Za to wedle statutu zapłacą nawiązki.Ja na pana Hrabiego nie zanoszę skargi,To tylko były zwykłe sąsiedzkie zatargi“.

165„A czy Sędzia — rzekł Major — żółtą księgę czytał?“„Co to za żółta księga?“ pan Sędzia zapytał.„Księga — rzekł Major — lepsza, niż wasze statuty,A w niej pisze co słowo: stryczek, Sybir, knuty;Księga ustaw wojennych, teraz w Litwie całéj170Ogłoszonych; już pod stół wasze trybunały!

Podług ustaw wojennych za takową psotęPójdziecie już to najmniej w sybirną robotę“.„Apeluję — rzekł Sędzia — do gubernatora“.„Apeluj — rzekł Płut — choćby do imperatora.175Wiesz, że gdy imperator zatwierdza ukazy,Z łaski swej często karę powiększa dwa razy.Apelujcie, ja może wynajdę w potrzebie,Mospanie Sędzio, dobry kruczek i na ciebie.Wszak Jankiel, szpieg, którego już rząd dawno śledzi,180Jest twoim domownikiem, w karczmie twojej siedzi.Mogę teraz was wszystkich wziąść w areszt odrazu.“„Mnie — rzekł Sędzia — brać w areszt? jak śmiesz bez rozkazu?“I przychodziło coraz do żywszego sporu,Gdy nowy gość zajechał na dziedziniec dworu.

185Wjazd tłumny, dziwny. Przodem, niby laufer, bieżyOgromny czarny baran, a łeb mu się jeżyCzterma rogami, z których dwa jako kabłąkiKręcą się koło uszu, ubrane we dzwonki,A dwa, od czoła na bok wysuwając końce,190Wstrząsają kulki krągłe, mosiężne, brzęczące.Za baranem szły woły, trzoda owiec, kozy,Za bydłem cztery ciężko pakowane wozy.

Wszyscy odgadli, że to wjazd księdza kwestarza.Więc pan Sędzia, powinność znając gospodarza,

195Stał w progu witać gościa. Ksiądz na pierwszej bryceJechał, kapturem nawpół zasłoniwszy lice,Ale go wnet poznano, bo gdy więźniów minął,Zwrócił się ku nim twarzą, palcem na znak skinął.I drugiej bryki furman równie był poznany:200Stary Maciek Rózeczka, za chłopa przebrany.Szlachta zaczęła krzyczeć, skoro się pokazał,On rzekł: „Głupi“ — i ręką milczenie nakazał.Na trzecim wozie Prusak w kubraku wytartym,A pan Zan z Mickiewiczem jechali na czwartym.

205A tymczasem Podhajscy i Isajewicze,Birbasze, Wilbikowie, Biergele, Kotwicze,Widząc szlachtę Dobrzyńskich w tej ciężkiej niewoli,Zaczęli z dawnych gniewów ostygać powoli,Bo szlachta polska, chociaż niezmiernie kłótliwa210I porywcza do bitew, przecież nie jest mściwa.Biegą więc do Macieja starego po radę.On koło wozów całą ustawia gromadę,Każe czekać.

Bernardyn wstąpił do pokoju.Zaledwie go poznano, choć nie zmienił stroju,215Tak przybrał inną postać. Zwyczajnie ponury,Zamyślony, a teraz głowę wzniósł dogóry,I z miną rozjaśnioną, jak kwestarz rubacha,Nim zaczął gadać, długo śmiał się:

„Cha, cha, cha, cha,Kłaniam, kłaniam! Cha, cha, cha, wyśmienicie, przednie!220Panowie oficery, kto poluje we dnie,Wy w nocy! Dobry połów, widziałem zwierzynę;Oj, skubać, skubać szlachtę, oj, drzeć z nich łupinę!Oj, weźcież ich na munsztuk, bo też szlachta bryka!Winszuję ci Majorze, żeś złowił Hrabika,225To tłuścioszek, to bogacz, panicz z antenatów,Nie wypuszczaj go z klatki bez trzystu dukatów;A jak weźmiesz, na klasztor daj jakie trzy grosze,I dla mnie, bo ja zawżdy za twą duszę proszę.Jakem bernardyn, bardzo myślę o twej duszy!230Śmierć i sztabs-oficerów porywa za uszy!Dobrze napisał Baka, że śmierć dżga za katyW szkarłaty, i po suknie nieraz dobrze stuknie,I po płótnie tak utnie, jak i po kapturze,I po fryzurze równie, jak i po mundurze.235Śmierć matula, powiada Baka, jak cybula,Łzy wyciska, gdy ściska, a równie przytulaI dziecko, co się lula, i zucha, co hula!Ach! ach! Majorze, dzisiaj żyjem, jutro gnijem!To tylko nasze, co dziś zjemy i wypijem!240Panie Sędzio, wszakże to czas podobno śniadać?Siadam za stół, i proszę wszystkich ze mną siadać;Majorze, gdyby zrazów? Panie Poruczniku,Co myślisz? gdyby wazę dobrego ponczyku?“

„To prawda, Ojcze — rzekli dwaj oficerowie,—245Czasby już zjeść i wypić pana Sędzi zdrowie!“

Zdziwili się domowi, patrząc na Robaka,Skąd mu się wzięła mina i wesołość taka.Sędzia wnet kucharzowi powtórzył rozkazy:Wniesiono wazę, cukier, butelki i zrazy.250Płut i Ryków tak czynnie zaczęli się zwijać,Tak łakomie połykać i gęsto zapijać,Że w pół godziny zjedli dwadzieścia trzy zrazyI wychylili ponczu ogromne pół wazy.

Więc Major syt i wesół w krześle się rozwalił,255Dobył fajkę, biletem bankowym zapalił,I otarłszy śniadanie z ust końcem serwety,Obrócił śmiejące się oczy na kobietyI rzekł: „Ja, piękne Panie, lubię was jak wety!Na me szlify majorskie, gdy człek zjadł śniadanie,260Najlepszą jest po zrazach zakąską gadanieZ paniami tak pięknemi, jak wy, piękne Panie!Wiecie co? grajmy w karty? w welba-cwelba? w wista?Albo pójdźmy mazurka? he! do djabłów trzysta!Wszak ja w jegierskim pułku pierwszy mazurzysta!“265Zaczem ku damom bliżej chylił się wygięty,I puszczał naprzemiany dym i komplementy.

„Tańczyć! — zawołał Robak — gdy wychylę flaszę,To i ja, choć ksiądz, habit czasami podkaszę

I potańczę mazurka! Ale wiesz, Majorze,270My tu pijem, a jegry tam zmarzną na dworze?Hulać, to hulać! Sędzio, daj beczkę siwuchy,Major pozwoli, niechaj piją jegry zuchy!“„Prosiłbym — rzecze Major — lecz w tem niema musu“.„Daj, Sędzio — szepnął Robak — beczkę spirytusu“.275I tak, kiedy we dworze sztab wesoły łyka,Za domem zaczęła się w wojsku pijatyka.

Ryków kapitan milczkiem kielichy wychylał,Lecz Major pił i razem damom się przymilał,A wzmagał się w nim coraz tańcowania zapał,280Rzucił fajkę i rękę Telimeny złapał,Chciał tańczyć, lecz uciekła; więc podszedł do Zosi,Kłaniając się, słaniając, do mazurka prosi:„Hej! ty Ryków, przestańże tam trąbić na fajce;Precz fajka, wszak ty dobrze grasz na bałabajce,285Widzisz-no tam gitarę, pódź-no, weź gitarę,I mazurka! Ja, major, idę w pierwszą parę...“Kapitan wziął gitarę i struny przykręcał,Płut znowu Telimenę do tańca zachęcał.

„Słowo majorskie, Panno, nie Rosyjaninem290Jestem, jeżeli kłamię; chcę być sukinsynem,Jeżeli kłamię; spytaj, a oficerowieWszyscy poświadczą, cała armija to powie,Że w tej drugiej armii, w korpusie dziewiątym,W drugiej pieszej dywizji, w pułku pięćdziesiątym295Jegierskim, major Płut jest pierwszy mazurzysta.

Pódźże, Panienko! nie bądź taka narowista!Bo ja po oficersku ukarzę Panienkę...“

To mówiąc, skoczył, chwycił Telimeny rękę,I szerokim całusem w białe ramię klasnął,300Gdy Tadeusz, przypadłszy zboku, w twarz mu trzasnął.I całus i policzek ozwały się razem,Jeden za drugim, iako wyraz za wyrazem.

Major osłupiał, oczy przetarł, z gniewu bladyZawołał: „Bunt! buntownik!“ — i dobywszy szpady,305Biegł przebić. Wtem ksiądz dostał z rękawa krócicę:„Pal Tadeuszku! — krzyknął — pal jak w jasną świécę!“Tadeusz wnet pochwycił, wymierzył, wypalił,Chybił, ale Majora zgłuszył i osmalił.Porywa się z gitarą Ryków: „Bunt! bunt!“ woła,310Wpada na Tadeusza: lecz Wojski z za stołaMachnął ręką na odlew; nóż w powietrzu świsnąłMiędzy głowy, i pierwej uderzył, niż błysnął.Uderza w dno gitary, na wylot ją wierci,Schylił się na bok Ryków i tak uszedł śmierci,315Lecz strwożył się; krzyknąwszy: „Jegry! bunt! Jej Bogu!“Dobył szpady, broniąc się, zbliżał się do progu.

Wtem z drugiej strony izby wpada szlachty wielePrzez okna, z rapierami, Rózeczka na czele.Płut w sieni, Ryków za nim, wołają żołnierzy.

320Już trzech najbliższych domu na pomoc im bieży,Już przeze drzwi włażą trzy błyszczące bagnetyA za niemi trzy czarne schylone kaszkiety.Maciek stał u drzwi z Rózgą wzniesioną do góry,Lgnąc do ściany, czatował jako kot na szczury,325Aż ciął okropnie: może głowyby trzy zwalił,Lecz stary czy nie dojrzał, czy zbyt się zapalił,Bo nim szyję wytknęli, rąbnął po kaszkietach,Zdarł je, Rózga spadając brzękła po bagnetach.Moskale cofają się, Maciek ich wygania330Na dziedziniec —Tam jeszcze więcej zamieszania.Tam stronnicy Sopliców pracują w zawodyNad rozkuciem Dobrzyńskich, rozrywają kłody.Widząc to, jegry za broń porywają, biegą.Szerżant wpadłszy, bagnetem przebił Podhajskiego,335Dwóch drugich szlachty zranił, do trzeciego strzela;Uciekają. Było to przy kłodzie Chrzciciela.Ten już miał ręce wolne, gotowe ku walce:Wstał, podniósł dłoń i zwinął w kłąbek długie palce,I zgóry tak uderzył w grzbiet Rosyjanina,340Że twarz jego i skroń wbił w zamek karabina.Trząsł zamek, lecz zalany krwią proch już nie spalił,Szerżant u nóg Chrzciciela na swą broń się zwalił.Chrzciciel schyla się, chwyta karabin za rurę,I, wijąc jak kropidłem, podnosi go wgórę.345Robi młynka, dwóch zaraz szeregowych zwalaPo ramionach, i w głowę ugadza kaprala.Reszta zlękła od kłody cofa się z przestrachem:Tak Kropiciel ruchomym nakrył szlachtę dachem.

Zaczem rozbito kłodę, rozcięto powrozy.350Szlachta, już wolna, wpada na kwestarskie wozy,Z nich dobywa rapiery, pałasze, tasaki,Kosy, strzelby; Konewka znalazł dwa szturmakiI worek kul; wsypał je do swego szturmaka;Drugi, równie nabiwszy, ustąpił dla Saka.

355Jegrów więcej przybywa. Mieszają się, tłuką;Szlachta w zgiełku nie może ciąć krzyżową sztuką,Jegry nie mogą strzelać; już walczą wręcz, zbliska —Już stal ząb za ząb o stal porwawszy się pryska,Bagnet o szablę, kosa o gifes się łamie,360Pięść spotyka się z pięścią i z ramieniem ramię.

Lecz Ryków z częścią jegrów pobiegł, gdzie stodołaTyka płotów; tam staje, na żołnierzy woła,Ażeby zaprzestali bitwę tak bezładną,Gdzie, nie używszy broni, pod pięściami padną.365Gniewny, że sam nie może dać ognia, bo w tłumieMoskalów od Polaków rozróżnić nie umie,Woła: „Strój się!“ (co znaczy formuj się do szyku),Ale komendy jego nie słychać śród krzyku.

Stary Maciek, do ręcznych zapasów niezdolny,370Rejterował się, czyniąc przed sobą plac wolnyNa prawo i na lewo. Tu końcem szablicyOciera bagnet z rury, jako knot ze świecy;Tam, machnąwszy na odlew, ścina albo kole.I tak ostrożny Maciek ustępuje w pole.

375Lecz z największym na niego naciera uporemStary gifrejter, co był pułku instruktorem,Wielki mistrz na bagnety. Zebrał się sam w sobie,Skurczył się, a karabin porwał w ręce obie,Prawą u zamka, lewą wpół rury porywa,380Kręci się, podskakuje, czasem przysiadywa,Lewą rękę opuszcza, a broń z prawej rękiSuwa naprzód, jak żądło z wężowej paszczęki,I znowu ją wtył cofa, na kolanie wspiera:I tak kręcąc się, skacząc, na Maćka naciera.

385Ocenił przeciwnika zręczność Maciek stary,I lewą ręką włożył na nos okulary,Prawą rękojeść Rózgi tuż przy piersiach trzyma,Cofa się, gifrejtera ruch śledząc oczyma,Sam słania się na nogach, jakoby był pjany.390Gifrejter bieży prędzej i pewny wygranéj,Żeby uchodzącego tem łacniej dosiągnął,Powstał i całą prawą rękę wzdłuż wyciągnął,Popychając karabin, a tak się wysiliłPchnięciem i wagą broni, że aż się pochylił:395Maciek tam, kędy bagnet wkłada się na rurę,Podstawia swą rękojeść, podbija broń wgórę,I wnet spuszczając Rózgę, tnie Moskala w rękęRaz, i znowu na odlew przecina mu szczękę.Tak padł gifrejter, fechmistrz najpierwszy z Moskałów,400Kawaler trzech krzyżyków i czterech medalów.

Tymczasem koło kłódek lewe szlachty skrzydłoJuż jest bliskie zwycięstwa. Tam walczył Kropidło,

Widny zdala, tam Brzytwa wił się śród Moskali;Ten ich wpół ciała rzeza, tamten w głowy wali.405Jako machina, którą niemieccy majstrowieWymyślili i która młockarnią się zowie,A jest razem sieczkarnią, ma cepy i noże,Razem i słomę kraje i wybija zboże:Tak pracują Kropiciel i Brzytwa pospołu,410Mordując nieprzyjaciół, ten zgóry, ten zdołu.

Lecz Kropiciel już pewne porzuca zwycięstwo,Bieży na prawe skrzydło, gdzie niebezpieczeństwoNowe grozi Maćkowi. Śmierci gifrejteraMszcząc się, proporszczyk z długim szpontonem naciera,415(Szponton jest to zarazem dzida i siekiera,Teraz już zaniedbany, i tylko na flocieUżywają go, wówczas służył i piechocie).Proporszczyk, człowiek młody, zręcznie się uwijał,Ilekroć mu przeciwnik broń nabok odbijał,420On cofał się; młodego nie mógł Maciek zgonić,I tak nie raniąc, musiał tylko siebie bronić.Już mu proporszczyk dzidą lekką ranę zadał,Już wznosząc wgórę berdysz do cięcia się składał:Chrzciciel nie zdoła dobiec, lecz staje w pół drogi,425Okręca broń i ciska wrogowi pod nogi.Skruszył kość, już proporszczyk szponton z rąk upuszcza,Słania się; wpada Chrzciciel, za nim szlachty tłuszczaA za szlachtą Moskale od lewego skrzydłaBiegą zmieszani. Wszczął się bój koło Kropidła.

430Chrzciciel, który w obronie Maćka oręż stracił,Ledwie że tej przysługi życiem nie przypłacił,Bo przypadło nań ztyłu dwóch silnych Moskali,I czworo rąk zarazem we włos mu wplątali;Upiąwszy się nogami, ciągną jako liny435Sprężyste, uwiązane do masztu wiciny.Daremnie wtył Kropiciel ciska ślepe razy,Chwieje się — a wtem postrzegł, że blisko GerwazyWalczy, zawołał: „Jezus Marja! Scyzoryku!“Klucznik, trwogę Chrzciciela poznawszy po krzyku,

440Odwrócił się, i spuścił ostrze płytkiej staliMiędzy głowę Chrzciciela i ręce Moskali.Cofnęli się, wydawszy przeraźliwe głosy;Lecz jedna ręka, mocniej wplątana we włosy,Została się wisząca i krwią buchająca.445Tak orlik jedną szponę gdy wbije w zająca,Drugą, by wstrzymać zwierza, o drzewo uczepi,A zając targnąwszy się, orła wpół rozszczepi:Prawa szpona u drzewa zostaje się w lesie,A lewą zakrwawioną zwierz na pola niesie.

450Kropiciel wolny oczy obraca dokoła,Ręce wyciąga, broni szuka, broni woła;Tymczasem grzmi pięściami, stojąc mocno w krokuI pilnując się zbliska Gerwazego boku,Aż Saka, syna swego postrzega w natłoku.455Sak prawą ręką szturmak wymierza, a lewąCiągnie za sobą długie, sążniowate drzewo,Uzbrojone w krzemienie i guzy i sęki.(Niktby go nie podźwignął prócz Chrzciciela ręki).

Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył,460Chwycił je, ucałował, z radości podskoczył,Zakręcił je nad głową i zaraz ubroczył.

Co potem dokazywał, jakie klęski szerzył,Daremnie śpiewać, niktby Muzie nie uwierzył,Jak nie wierzono w Wilnie ubogiej kobiécie,465Która, stojąc na świętej Ostrej Bramy szczycie,Widziała, jako Dejów, moskiewski jenerał,Wchodząc z pułkiem kozaków, już bramę otwierał,I jak jeden mieszczanin, zwany Czarnobacki,Zabił Dejowa i zniósł cały pułk kozacki.

470Dosyć, że się tak stało, jak przewidział Ryków:Jegry w tłumie ulegli mocy przeciwników.Dwudziestu trzech na ziemi wala się zabitych,Trzydziestu kilku jęczy ranami okrytych,Wielu pierzchło, skryło się w sad, w chmiele, nad rzekę,475Kilku wpadło do domu pod kobiet opiekę.

Zwycięska szlachta biega z okrzykiem wesela,Ci do beczek, ci łupy rwą z nieprzyjaciela;Jeden Robak triumfów szlachty nie podziela.

On dotąd sam nie walczył (bo bronią kanony480Księdzu bić się), lecz jako człowiek doświadczony,Dawał rady, plac boju z różnych stron obchodził,Wzrokiem, ręką walczących zachęcał, przywodził,I teraz woła, aby do niego się łączyć,Uderzyć na Rykowa, zwycięstwo dokończyć.485Tymczasem przez posłańca wskazał do Rykowa,Że jeżeli broń złoży, życie swe zachowa;Jeżeli zaś oddanie broni będzie zwlekać,Robak każe otoczyć resztę i wysiekać.

Kapitan Ryków wcale nie prosił pardonu;490Zebrawszy koło siebie pół batalijonu,Krzyknął: „Za broń!“ wnet szereg karabiny chwyta,Chrząsnęła broń, a była już dawno nabita;Krzyknął: „Cel!“ rury rzędem zabłysnęły długim;Krzyknął: „Ognia koleją!“ grzmią jeden po drugim.495Ten strzela, ten nabija, ten chwyta do ręki,Słychać świsty kul, zamków chrzęsty, stęflów dźwięki.Cały szereg zdaje się być ruchomym płazem,Który tysiąc błyszczących nóg wywija razem.

Prawda, że jegry byli mocnym trunkiem pjani,500Źle mierzą i chybiają, rzadko który rani,Ledwie który zabije; przecież dwóch MaciejówJuż zraniono i poległ jeden z Bartłomiejów.Szlachta z niewiela rusznic zrzadka się odstrzela,Chce szablami uderzyć na nieprzyjaciela,505Ale starsi wstrzymują; kule gęsto świszczą,

Rażą, spędzają, wkrótce dziedziniec oczyszczą,Już aż po szybach dworu zaczynają dzwonić.

Tadeusz, który został w domu kobiet bronićZ rozkazu stryja, słysząc, że coraz to gorzéj510Wre bitwa, wybiegł; za nim wybiegł Podkomorzy,Któremu Tomasz wreszcie przyniósł karabelę;Śpieszy, łączy się z szlachtą i staje na czele.Bieży, broń wzniósłszy, szlachta rusza jego śladem;Jegry przypuściwszy ich, sypnęli kul gradem.515Legł Isajewicz, Wilbik, Brzytewka raniony.Zaczem wstrzymują szlachtę Robak z jednej strony,A z drugiej Maciej. Szlachta ostyga w zapale,Ogląda się, cofa się; widzą to Moskale:Kapitan Ryków myśli ostatni cios zadać,520Spędzić szlachtę z dziedzińca i dworem owładać.

„Formuj się do ataku! — zawołał, — na sztyki!Naprzód!“ Wnet szereg, rury wytknąwszy jak tyki,Schyla głowy, zrusza się i przyśpiesza kroku.Darmo szlachta wstrzymuje zprzodu, strzela zboku,525Szereg już pół dziedzińca przeszedł bez oporu;Kapitan, pokazując szpadą na drzwi dworu,Krzyczy: „Sędzio! poddaj się, bo dwór spalić każę!“„Pal — woła Sędzia — ja cię w tym ogniu usmażę“.

O, dworze Soplicowski! jeśli dotąd całe530Świecą się pod lipami twoje ściany białe,Jeśli tam dotąd szlachty sąsiedzkiej gromadaZa gościnnemi stoły Sędziego zasiada:

Pewnie tam piją często za Konewki zdrowie:Bez niego jużby było dziś po Soplicowie!

535Konewka dotąd małe dał męstwa dowody.Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,Choć zaraz znalazł w wozie swą miłą Konewkę,Swój szturmak faworytny i z nim kul sakiewkęNie chciał bić się; powiadał, że sobie nie ufa540Na czczo. Szedł więc, gdzie stała spirytusu kufa;Ręką, jak łyżką, strumień do ust sobie chylił.Dopiero, gdy się dobrze rozgrzał i posilił,Poprawił czapkę, z kolan wziął do rąk Konewkę,Zmacał stęflem naboju, podsypał panewkę,545I spojrzał na plac boju. Widzi, że błyszczącaFala bagnetów szlachtę bije i roztrąca;Przeciw tej fali płynie, schyla się do ziemiI, nurkuje pomiędzy trawami gęstemiŚrodkiem dziedzińca; aż tam, gdzie rosła pokrzywa,550Zasadza się, a Saka gestami przyzywa.

Sak, broniąc dworu, stanął z szturmakiem u proga,Bo w tym dworze mieszkała jego Zosia droga,Od której choć w zalotach został pogardzony,Kochał ją zawsze, zginąć rad dla jej obrony.

555Już szereg jegrów w marszu na pokrzywę wkracza,Gdy Konew ruszył cyngla, i z paszczy garłacza

Tuzin kul rozsiekanych puszcza śród Moskali;Sak puszcza drugi tuzin. Jegry się zmięszali.Przerażony zasadzką szereg w kłąb się zwija,560Cofa się, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.

Stodoła już daleko. Bojąc się odwoduDługiego, Ryków skoczył pod parkan ogrodu;Tam pierzchającą rotę zatrzymuje w biegu,Szykuje, lecz szyk zmienia: z jednego szeregu565Robi trójkąt, klin ostry wystawując zprzodu,A dwa boki opiera o parkan ogrodu.Dobrze zrobił, bo jazda nań od zamku wali.

Hrabia, który był w zamku pod strażą Moskali,Gdy pierzchła straż zlękniona, dworzan na koń wsadził,570I słysząc strzały, w ogień jazdę swą prowadził,Sam na czele z żelazem nad głowę wzniesionem.Wtem Ryków krzyknął: „Ognia pół-batalijonem!“Przeleciała po zamkach wzdłuż nitka ognista,I z czarnych rur wytkniętych świsnęło kul trzysta.575Trzech jezdnych padło rannych, jeden trupem leży,Padł koń Hrabi, spadł Hrabia; Klucznik, krzycząc, bieżyNa ratunek, bo widzi, jegry na cel wzięliOstatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli.Robak był bliższy, Hrabię ciałem swem zakrywa,580Dostał za niego postrzał, z pod konia dobywa,Uprowadza, a szlachcie każe się rozstąpić,Lepiej mierzyć, postrzałów nadaremnych skąpić,Kryć się za płoty, studnię, za ściany obory;Hrabia z jazdą ma czekać sposobniejszej pory.

585Plany Robaka pojął i wykonał cudnieTadeusz. Stał ukryty za drewnianą studnię;A że trzeźwy i dobrze strzelał z dubeltówki,(Mógł trafić do rzuconej w powietrze złotówki),Okropnie razi Moskwę. Starszyznę wybiera;590Za pierwszym zaraz strzałem ubił feldfebera,Potem z dwóch rur raz po raz dwóch szerżantów sprząta,Mierzy to po galonach, to w środek trójkąta,Gdzie stał sztab. Zaczem Ryków gniewa się i dąsa,Tupa nogami, szpady swej rękojeść kąsa:595„Majorze Płucie — woła — co to z tego będzie?Wkrótce tu nie zostanie nikt z nas przy komendzie!“

Więc Płut na Tadeusza krzyknął z wielkim gniewem:„Panie Polak, wstydź się Pan chować się za drzewem,Nie bądź tchórz, wyjdź na środek, bij się honorowie600Po żołniersku“. A na to Tadeusz odpowie:„Majorze! jeśli jesteś tak śmiałym rycerzem,A czegóż ty się chowasz za jegrów kołnierzem?Nie tchórzę ja przed tobą, wynijdźno z za płotów;Dostałeś w twarz, jam przecie bić się z tobą gotów!605Poco krwi rozlew! Między nami była zwada,Niechajże ją rozstrzygnie pistolet lub szpada,Daję ci broń na wybór, od działa do szpilki;A nie, to was wystrzelam jako w jamie wilki“.

I to mówiąc wystrzelił, a tak dobrze mierzył,610Że porucznika obok Rykowa uderzył.

„Majorze — szepnął Ryków — wyjdź na pojedynek,I pomścij się za jego raniejszy uczynek.Jeśli tego szlachcica kto inny zabije,To Major widzi, Major hańby swej nie zmyje.615Trzeba tego szlachcica na pole wywabić,Nie można z karabina, to choć szpadą zabić.Co puka, to nie sztuka; to wolę, co kole,Mówił stary Suwarów; wyjdź Majorze w pole,Bo on nas powystrzela; patrz, bierze do celu“.620Na to rzekł Major: „Ryków! miły przyjacielu!Ty jesteś zuch na szpady, wyjdź ty, bracie Ryków.Lub wiesz co? wyszlem kogo z naszych poruczników.Ja major, ja nie mogę odstąpić żołnierzy,Do mnie batalijonu komenda należy“.625Słysząc to Ryków, szpadę podniósł, wyszedł śmiało,Kazał ognia zaprzestać, machnął chustką białą;Pyta się Tadeusza, jaką broń podoba?Po układach, na szpady zgodzili się oba.Tadeusz broni nie miał; gdy szukano szpady,630Wyskoczył Hrabia zbrojny i zerwał układy.

„Panie Soplico! — wołał — z przeproszeniem Pana,Pan wyzwałeś Majora! Ja do KapitanaMam dawniejszą urazę: on do zamku mego“(Mów Pan, przerwał Protazy, do zamku naszego),635„On wpadł, — rzekł kończąc Hrabia, — na czele złodziejów,On, poznałem Rykowa, wiązał mych dżokejów.

Skarzę go, jakem zbójców skarał pod opoką,Którą Sycylijanie zwą Birbante-rokko“.

Uciszyli się wszyscy, ustało strzelanie,640Wojska ciekawe patrzą na wodzów spotkanie.Hrabia i Ryków idą, obróceni bokiem,Prawą ręką i prawem grożąc sobie okiem;Wtem lewemi rękami odkrywają głowyI kłaniają się grzecznie (zwyczaj honorowy,645Nim przyjdzie do zabójstwa, naprzód się przywitać).Już spotkały się szpady i zaczęły zgrzytać:Rycerze wznosząc nogi, prawemi kolanyPrzyklękają, wprzód i wtył skacząc naprzemiany.

Ale Płut, Tadeusza widząc przed swym frontem,650Naradzał się pocichu z gifrejterem Gontem,Który w rocie uchodził za pierwszego Strzelca.„Gonto — rzekł Major — widzisz ty tego wisielca?Jeśli mu wsadzisz kulę tam pod piątem żebrem,To dostaniesz ode mnie cztery ruble srebrem“.655Gont odwodzi karabin, do zamka się chyli,Wierni go towarzysze płaszczami okryli;Mierzy nie w żebro, ale w głowę Tadeusza.Strzelił i trafił blisko, w środek kapelusza.Okręcił się Tadeusz, aż Kropiciel wpada660Na Rykowa, a za nim szlachta krzycząc: „Zdrada!“Tadeusz go zasłania. Ledwie zdołał RykówZrejterować się i wpaść we środek swych szyków.

Znowu Dobrzyńscy z Litwą natarli w zawody,I pomimo dawniejsze dwóch stronnictw niezgody,665Walczą jak bracia, jeden drugiego zachęca.Dobrzyńscy widząc, jak się Podhajski wykręcaTuż przed szeregiem jegrów i kosą ich kraje,Zawołali z radością: „Niech żyją Podhaje!Naprzód bracia Litwini, górą, górą, Litwa!“670Skołubowie zaś widząc, jak waleczny Brzytwa,Choć ranny, leci z szablą wzniesioną do góry,Krzyknęli: „Górą Maćki, niech żyją Mazury!“Dodawszy wzajem serca, biegną na Moskali;Nadaremnie ich Robak z Maćkiem wstrzymywali.

675Gdy tak na rotę jegrów uderzano zprzodu,Wojski rzuca plac boju, idzie do ogrodu.Przy boku jego stąpał ostrożny Protazy,A Wojski mu pocichu wydawał rozkazy.

Stała w ogrodzie, prawie pod samym parkanem,680O który się opierał Ryków swym trójgranem,Wielka, stara sernica, budowana w kratkiZ balek nakrzyż wiązanych, podobna do klatki.W niej świeciły się białych serów mnogie kopy;Wkoło zaś wahały się suszące się snopy685Szałwii, benedykty kardy, macierzanki,Cała zielna domowa apteka Wojszczanki.Sernica wgórze miała wszerz sążni półczwarta,A u dołu na jednym wielkim słupie wsparta,Niby gniazdo bocianie. Stary słup dębowy690Pochylił się, bo już był wygnił do połowy,

Groził upadkiem. Nieraz Sędziemu radzono,Aby zrzucił budowę wiekiem nadwątloną;Ale Sędzia powiadał, że woli poprawiać,Aniżeli rozrzucać, albo też przestawiać.695Odkładał budowanie do sposobnej pory,Tymczasem pod słup kazał wetknąć dwie podpory.Tak pokrzepiona, ale nietrwała budowaWyglądała za parkan nad trójkąt Rykowa.

Ku tej sernicy Wojski z Woźnym milczkiem idą,700Każdy zbrojny ogromnym drągiem jakby dzidą;Za nimi ochmistrzyni dąży przez konopieI kuchcik, małe, ale bardzo silne chłopię.Przyszedłszy, drągi wparli w wierzch słupa nadgniły,Sami u końców wisząc pchają z całej siły,705Jako flisy uwięzłą na rapach wicinęDługiemi drągi z brzegu pędzą na głębinę.

Trzasnął słup: już sernica chwieje się i waliZ brzemieniem drzew i serów na trójkąt Moskali,Gniecie, rani, zabija; gdzie stały szeregi,710Leżą drwa, trupy, sery białe jako śniegi,Krwią i mózgiem splamione. Trójkąt w sztuki pryska,A już w środku Kropidło grzmi, już Brzytwa błyska,Siecze Rózga, od dworu wpada szlachty tłuszcza,A Hrabia od bram jazdę na rozpierzchłych puszcza.

715Już tylko ośmiu jegrów z szerżantem na czeleBronią się. Bieży Klucznik; oni stoją śmiele,Dziewięć rur wymierzyli prosto w łeb Klucznika;On leci na strzał, kręcąc ostrze Scyzoryka.Widzi to ksiądz, zabiega Klucznikowi drogę,

720Sam pada i podbija Gerwazemu nogę;Upadli, właśnie kiedy pluton ognia dawał.Ledwie ołów prześwisnął, już Gerwazy wstawał,Już skoczył w dym, dwom jegrom zaraz głowy zmiata.Uciekają strwożeni, Klucznik goni, płata;725Oni biegną dziedzińcem, Gerwazy ich torem;Wpadają we drzwi gumna, stojące otworem,I Gerwazy do gumna na ich karkach wjechał,Zniknął w ciemności, ale bitwy nie zaniechał,Bo przeze drzwi jęk słychać, wrzask i gęste razy.730Wkrótce ucichło wszystko; wyszedł sam GerwazyZ mieczem krwawym.

Już szlachta odzierżyła pole,Porozpędzanych jegrów ściga, rąbie, kole.Ryków sam został, krzyczy, że broni nie złoży,Bije się, gdy ku niemu podszedł Podkomorzy,735I wznosząc karabelę, rzekł poważnym tonem:„Kapitanie! nie splamisz czci twojej pardonem.Dałeś próby, rycerzu nieszczęsny lecz mężny,Twojej odwagi; porzuć opór niedołężny,Złóż broń, nim cię naszemi szablami rozbroim.740Zachowasz życie i cześć, jesteś więźniem moim!“

Ryków, Podkomorzego zwalczony powagą,Skłonił się i oddał mu swoję szpadę nagą,Skrwawioną po rękojeść, i rzekł: „Lachy, braty!Oj, biada mnie, żem nie miał choć jednej armaty!745Dobrze mówił Suwarów: „Pomnij Ryków kamrat,Żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat!“Cóż! jegry byli pjani, Major pić pozwolił!

Och, major Płut, on dzisiaj bardzo poswywolił!On odpowie przed carem, bo on miał komendę.750Ja, Panie Podkomorzy, wasz przyjaciel będę.Ruskie przysłowie mówi: kto się mocno lubi,Ten, Panie Podkomorzy, i mocno się czubi.Wy dobrzy do wypitki, dobrzy do wybitki,Ale przestańcie robić nad jegrami zbytki“.

755Podkomorzy, słysząc to, karabelę wznaszaI przez Woźnego pardon powszechny ogłasza;Każe rannych opatrzyć, z trupów czyścić pole,A jegrów rozbrojonych prowadzić w niewolę.Długo szukano Płuta; on w krzaku pokrzywy760Zarywszy się głęboko, leżał jak nieżywy;Wyszedł wreszcie, ujrzawszy, że było po bitwie.Taki miał koniec zajazd ostatni na Litwie.