Anaktorya
Traducido del inglés por Jan Kasprowicz
Gorzka twa miłość; — oślepia me oczyWzrok twój i pali połysk twych warkoczy.Twój oddech ciało mi kraje i ducha,Żyły me rosną. krew w nich żywiej bucha.O nie oddychaj! nie mów! Spłoń na wieki,A śnij, iż życia twego kres daleki.Niechaj nas morze w swych głębiach pogrzebie,Niechaj nam ogień (nie przeraża ciebieŻar mojej żądzy, a tu pełnaś trwogi?)Odlepi mięso od kości! Jak mnogiLiść padający, niechaj się po roliRozsypią nasze popioły! Tak, boliCiebie ma boleść, krew twa — jać to czuję —Powstaje przeciw mej, twa warga kłujeMą wrzącą wargę i moje się żyłyNa straszną mękę dla twych spłomieniły.Owoc niech owoc, kwiat niech kwiat poniszczy,Pierś niech pierś spali i śród własnych zgliszczyNiech się z nich każda żagwi jeszcze chwilę!Przecz lichszych szukasz miłości? Nie w sileTwoje są ręce i czar ust twych młody,Aby iść mogły z mojemi w zawody?Klnę cię na żywot mój — o ty, przez Boga!Nazbyt łagodna, by twa stopa, sroga,A nieskalana, mogła tak zuchwalePodeptać miłość — klnę cię, niech w zapaleŻądzy twe usta dopóty się strzegąJej pocałunków lub też wargi jego,
Póki nie stanie słodsza się od mojej!Albo też może twe serce się boi.Że gołąb zwabi jaskółkę niewinną,Za Erotionem goniąc czy Erinną?Jakżeż ja pragnę, aby cię zabiłaMiłości mojej nieprzeparta siła!Rozkosz, iż żyjesz, a chcę, byś umarła.Aby, jak owoc, ziemia cię pożarła,By słodycz ust twych była li słodycząDla pełznych gadów! Żądze moje liczą,Jakieby znaleść dla ciebie katusze,Nadmiary tortur, by ci wydrzeć duszę;Jakby wytrząsnąć życie na twe wargiI pozostawić, by rozjękło w skargi;Jakby ci tchnienie wydobywać z łonaMęką, od której ciało twe nie skona!W jakich cię dręczyć przerwach, tę mam wolę,I jakie sprawiać nieskończone bole;Jak dech twój niecić, jak szarpać na ćwierciPrzygłuchłe tony i półtony śmierci!Już mnie twe dziwne nuży zachowanie,Dla słów twych słodkich już mi sił nie stanie;Już dni i nocy miłosnych rozkosze,Jak ciężar wielki, w swojem sercu noszę —Tych pocałunków słoną, morską pianę,Którą twe usta, tak rozcałowane,Jakgdyby z winem mieszają! — te oczy,Snadź błękitniejsze od chwil, skrytych w mroczy.Kiedy je rozkosz poi łzą, a woniąKwiatów wykarmia, co w sercu się płoniąOgniem, płynącym z wnętrza li przez poły,A których białość jest jako przyczoły
Niebieski okrąg rozkwitłego ziela!Dość mam twych powiek, tej, co się podścielaPod żar źreniczny, i górnej, a któreMiłość zamyka, uśmiech wznosi wgórę —;Męczy mnie pas ten, piękny, gdy na tobie,I włos twój męczy w tych lilij ozdobie.Twe zachowanie, słodkich słów twych moce,Dnia wonne kwiaty i nocy owoce,Usta raniące, winnych żarów pełne,Spienione w słoną morskiej piany wełnę,Z której się słodka rodzi Afrodyte; —Godzin miłosnych twe oczy niesyte,Gładkie jak kwiaty, jak ogień płomienne,O barwach mroków, co leżą bezdenneW sercu, lecz wokół ujęte w pożary,Jak mrok, i w błękit, jak mrok nocy szary,Dolną i górną zamknione powieką —Wszystkie twe wdzięki miłością mnie pieką —Ten pas, niepiękny już, bo już odpięty,Te lilie zwiędłe i ten włos twój zmięty.Ty się o miłość nie troszcz; ta, co darzyMiłością swego kochanka, rozżarzyWraz się i k’ tobie! Więc poniechaj skargi!O duszo słodka! O wy słodkie wargiTego, co życie swe uśmiechem znaczy,Ona jest moją i ona przebaczy!Bo sen mi światłość zjawił, co się czyniW Pafos, w jej domu, w jej wzniosłej świątyni;Bo mi całunki i ciała i duszySłyszeć pozwolił, wnikające w uszyI w oczy śmiechem i łzami; bo płonieMiłość przede mną, na swym sławnym tronie,
Ku południowi patrzy i północy,Duszę ma pełną barw przedziwnej mocy,W ustach całunków i szeptów tysiące...I swoje lico nachyli śmiejąceI «któż cię martwi, Safo?» tak mi rzeknie.«Wszak twoje oczy to pieśń; z ust twych cieknieSłodka muzyka, tyś więcej ode mnie,Choć nie omdlewa głos mój, że aż w ciemnięŚwiat cały pada, choć szaleją ludzie,W głosu mojego zatopieni cudzie;Choć miłość płacze, zmienia się naturaI we śnie wstydu kraśnieje purpura.Ach! chcesz mnie zabić, by cię nie zabiłyTe pocałunków mych zabójcze siły?...»I potem do mnie ta serca królowaW te, uśmiechnięta, odezwie się słowa:«Ta, co ucieka, teraz idzie radaZ tobą i słodki podarek ci składa —Oto całować cię będzie, tak, ona,Co cię całować nie chciała, spłoniona,Kiedy całować nie było w twej chęci...»Ze wszystkich ludzi tyś w mojej pamięciJedna jedyna!... Żaliż pieśni mojeMogą jej serca stłumić niepokoje?O ty, jak życie dla śmierci, tak drogaI słodka dla mnie, czemuż dzisiaj trwogaBije na ciebie przed jej gniewem? ŻaliOna jest bogiem, twórcą morskiej faliI wieków ziemi? Żali ona torySłońcu wyznacza, i w jasne wieczoryBlaski miesięczne po niebie rozpina,I gwiazd przelewa zdroje, jak zdrój wina?
Ona-ż dziewice stwarza i młodzieńce,Bite rózgami, strojne w mirtów wieńce?Żali nie mamy ócz dla łez, a zasięUst dla miłości, gwiazd w porannym czasieDla stóp tych naszych, a słońca w południe,Miesięcznych w nocy zachwytów? PrzecudnieNie kwitnie-ż dla nas kwiat kobiet? Czyż młodejNie mamy wiosny i lata? To błonieLilij nie dla nas i nie dla nas wionieOmdlały powiew lesbijski po ziemi?Nad wzlatujących gołębi wartkiemiStopy czyż niema jeszcze innej drogi,Gdzie inną miłość inne chłoną bogi?Choć ona dla mnie smaga cię bezmiernie,Pod jej razami nie zakwitną ciernie,Krew, chociaż tryśnie, szkarłatem nie spłynie.Oby me wargi były w tej godzinieNieme, bezdźwięczne, li do twej smaganejTuląc się piersi, do jej kwietnej rany!Oby me usta, zamiast Muzy mleka,Krew twa karmiła, co kroplami ścieka!Obym też mogła kosztować językiemTych kropli słodkich, co drobnym strumykiemSączą ci z piersi aż po pas! W te żyłyOby się żądne moje wargi wpiły,Jak w puhar wina! Jako plastrem mioduObym twą piersią mogła mego głoduNasycić żary! Oby się me ciałoOd stóp do głowy w twojem pogrzebało!Ach! ach! twa piękność! Żre mnie nakształt zwierza,Kąsa jak żmija, jak pocisk uderza!Ach! słodkie! słodkie! po siedemkroć słodkie
Ślady, gdzie przeszły twoje stopy wiotkie!Nad sen wszelaki, nad powiewy letnie,Słodsze twych włosów spadające pletnie!Tak! choć mnie krzywdzą dziwnymi całunki,Twe usta słodsze mieszczą w sobie trunki,Niźli me wargi, wszelkiej pieśni pełne!Ramię twe bielsze nad najbielszą wełnę,A palce twoje o kwiatów słodyczy,Jak owa słodkość, skryta w tajemniczejKomórce plastru, jakby na to one,By gryźć i dręczyć — lekko zróżowioneKonchy o kształtach migdałów, u góryPłonące krwawem obrzeżem purpury.Na wargach twoich ryte bólu piętna.Tak ci je rani ma żądza namiętna!Oby ci życie miłość ma wydarła!Obym ja sama umarła, umarłaZ twych mąk, a moich rozkoszy! Jak w grobie,Z krwią twą zmieszana, obym legła w tobie!Czyż cię przemożnie śmierć ma nie udręczy?Czyż oczom twoim nie da krwawej tęczyŁez, które żalu odbiciem rozbłysły?Czyliż nie wnikną katusze w twe zmysły?Czyż kurcz nie pójdzie za kurczem, jak nutaIdzie za nutą, z poprzedniej wysnuta?Czyż w gardle twojem nie uwiężę jękuStrasznej muzyki siłą moich ręku?Twe członki żywe nie wyjdąż z mej dłoniZmienione w lirę bezskaźnych agonij?Nie będąż paść cię febry głodu strawąI wyszukanem pragnieniem? Pod krwawąMoją potęgą czyż się nie rozściele
Kurcz na twych ustach i czyż w twojem cieleŻycie na nowo palić się nie pocznie?Czyż duch się w tobie nie zerwie bezzwłocznie?Sroga-m? Wszak mądry, jak nieba, od piekłaZasię jest sroższy ten, kogo urzekłaMiłość, a we mnie miłość większą budziGorycz dla ciebie, niż ją ma dla ludziŚmierć! O, zaprawdę! Gdybym miała moceTego, co wszystko stwarza i druzgoce,I deptać mogła i gwiazdy, i słońca,I dusze ludzkie, którędy bez końcaIdzie ta Jego nieprzemienna droga,Byłabym sroższą — jak Bóg żyw! — nad Boga!Siłą swych modłów i dziękczynnych pieniKtóż tajemnicę srogości odmieni,Ten przymiot wszystkich? Lub czy ktoś zagadnie,Jaki to Bóg też, który wszystkiem władnie,Który panuje i bogom i latom,Aby tak sycił krwawych łez objatą,Żalnymi głosy rozpacznej żałoby,Z dziwnych płynącej krajów, tam, gdzie grobySą karmią wężów; — tchem spalonej wargiWięźniów; — tłumionem wywierzyskiem skargi,Co się z ginących wywiera okrętówPrzez zwarte usta spienionych odmętów: —Włosami komet, przez straszne wichuryRozwiewanymi w przestrzeni ponurej,Gdzie zmrok w głębokiem swem żlebisku kruczemJest, niby w kaźni uwięzion, pod kluczemI pod pieczęcią; — krnąbrnych gwiazd płomiennym,Dzikim oporem; — zaćmieniem, — bezsennymTrudem księżyców, — światłości przemianą, —
Ślepotą tworów, wieczną, niezmazaną; —Hukiem trzęsących się szczytów, — skrzydłamiNocy, w przestworzu zawisłej nad nami; —Płaczem strudzonych siedmiu Plejad, znojemPlanet śródnocnym —; któż w zdumieniu swojemZechce zapytać: co za władztwo bożeNiemiłosiernie tak wciąż sycić możeMelancholijną, niemą rozkosz nieba?Zaliż goryczą nazywać nie trzebaTego kadzidła? strawy tej katuszą?Zali się ludzie spotykać nie musząZ Jego ukrytem licem, z miedzianemiJego stopami, co wszystko na ziemiDepcą i w każdej godzinie? AzaliOn nam nie zsyła głodu i nie paliNiesytą żądzą ciała nam i ducha?Któż głośnej skargi wyschłych ust nie słucha?Któż każe woli nabrzmiewać, by potemW nikłym marniała czynie? Ducha lotemKtóż tak kieruje, że ginie bez wieści,Gdy ciało jeszcze musi żyć? BoleściKtóż to rozkazał ożywiać popiołyUmarłych pragnień, a życiu wesołyPorzucać kwiat swój na pastwę złych losów?Jegobym chciała doścignąć, z niebiosówStrącić i zmiażdżyć, ludzkich tchów mych nożeW jego utopić zimne wargi boże,Ze śmiercią zbratać nieśmiertelność Jego!Po co nas stworzył? I cóż my to złegoUczyniliśmy, by tak żyć bez końcaI nienawidzieć jałowości słońca,Blednąć z księżycem, w miarę jak on blednie,
I, puls za pulsem śledząc w tętnic sednie,Czuć, jak w tych żyłach czas się nam przedłuża...?I ciebie lata nakryją! Jak różaBędziesz — jak róża, urodzona z zdrojaKrwi takiej samej, jak i krew jest twoja.Będziesz jak słowa, które już przebrzmiały,Jak wyśpiewany śpiew i, jak wspaniałyKwiat, tak upadniesz i zginiesz do szczątka,I nie zostanie z ciebie ni pamiątka.Bo Muza w włosy nie zaplotła tobiePieryjskiego kwiecia, co w ozdobieSwojej wyrasta ponad wszystkie krewneŚmiertelnej róży lata, nad rozlewne,Ogniste barwy dni, gasnących wkoło —;Bo nie wylała ci Muza na czołoKraśnej czerwieni, którą niebo płonie;Bo na twe blade z męki kwiatów skroniePurpurowego nie rzuciła cieniaIch przekrólewskich listków. W zapomnieniaZaginiesz fali, jak wylany trunek,Chyba, że ust mych promienny całunekNieśmiertelności wypali ci piętno.Człek się nie wsłucha w oceanu tętno,Nie wpatrzy w jasność ognia, ni w muzyceZatopi serce, ni wzrok w błyskawice,Lecące z nieba, z groźnie złocistemiStopy na skrzydłach bezpiórych — za niemiGrzmot, niby ogar za zwierzem w rozpędziePo niezoranych ugorach —: lecz wszędzie,W śmiechu i blasku promienistym, w jękuI wskroś melodyi, w drżeniu ust i ręku,W rozkołysaniu wodnych fal, co światu
Dają przeczuwać grozę majestatuCałego morza, szumnego ogromnie,Będzie miał pamięć i przenośnię o mnie!Do mnie podobny będzie nocnej ciszyOddech miarowy, kiedy ledwie dyszyMoc wszystkich wiatrów świata, co stuliłyZmęczone skrzydła i usta, bez siły,Zamkły z rozkoszy; — ta gwiazda, mdlejącaZ wielkiej tęsknicy ku zimnym miesiącaWargom, jak ja dziś ku twoim; — południaBiałe pustkowie, kiedy je wyludniaJałowy słońca żar: to wszystko razemStanie się wówczas mej duszy obrazem!Do mnie podobne będą i potokiLądu i rozszum morskich wód głęboki.Czas mnie tak męczy i nuży, jak onePrzypływ i odpływ; me żyły stęsknioneDają mi poznać żądze i tęsknotySzumów tych wodnych; blask mych ócz — to złotyI bezpromienny ogień, niepokojemGwiazd i księżyców nieustannym znojemWypełniający niebiosa: ma duszaWciąż je pochłania i ból ją porusza —Łakną ich żyły, jak łakną żądliwiePłodnej jędrności drzew, gdy lato żywie,A leniwego ich omdlenia w zimie.A zasię ziemia, swe łono olbrzymieObciążająca niezliczonym płodemŻycia i śmierci, wiecznym ssana głodemŚmierci i życia, te same boleści,Co ja, w oddechu urywanym mieści.Wiosna jej liści — zwiędłość; popiół szary —
Jej owoc; ciężar zgina jej konary;Jej korzeń, zszarpan i skręcon przez jady,Dołem oblazły pełzające gady,Topiąc weń zęby krzywe, wyostrzoneNa kościach bytów zmarłych, a koronęDzikiego ptactwa okrywają stada.Wszystko to stworzył Bóg; dłoń jego władaUtkała z tego jak gdyby okrycieDla boskiej myśli i słowa; i życieMoje powstało przezeń; On to stworzyłPieśń promienistą i w me usta włożył.I mnie ta ziemia nie zerwie, jak zioła,Wówczas, gdy ciebie na swą karm’ przywoła:Wylana będziesz jako łza wylana,A ja — gwiazd niechaj spełnia się przemianaI lat, niech ziemia płodzi w ciężkim trudzie,Niechaj się rodzą i konają ludzie,Niechaj Bóg wielki nowe byty stwarza,Dawne niech gasną w obliczu Mocarza,Który, silniejszym będąc od ich siły,Pcha je ku życiu albo do mogiły —Mnie On, stworzywszy, życia nie odbierze,Mnie nie zabije, nie nasyci w mierze,Jak ową tłuszczę ludzką, która trochaŚmieje się tutaj i conieco kocha,Zadowolona z całunków swej chyżej,Słodkiej miłości. — Śmierć się do nich zbliży,Śmierć wolnym krokiem ludzi tych dogoni:Czy nienawidzą czy miłują oni,Walczą czy gną swe kolana w pokorze,Rychły im koniec sprawią ręce boże.A nienawidząc, gdyby zamordował
I w głębiach morza srogiego pochował,Gdyby mnie ukrył w bladą topiel chłodnąI miał pociechę dla mnie, tłuszczy godną,Głębie odstąpił słodkie i olbrzymie,I jeszcze bardziej królewskie dał imięMorzu przeze mnie, i słodszem przeze mnieUczynił morze to wielkie: daremnie!Choć sama zasnę w śmiertelnej powłoce,Jeszcze-ć mną całą nie zawładną moceTej Jego woli!... Kwieciem strojne drzewa,Wiatr, co na wzgórzach pogodnie zawiewa,Żarnych słowików przenamiętne pienia,Pąki, śród nagłej wiosny w kształt płomieniaWybuchające; płowy, podmywanyPiasek i płonnych pełne żądz bałwany;Żagle, jak białe kwiaty na roztoczyMórz; one słowa, co łzy cisną w oczy;Melodya ptaków, co rośnie i rośnie,Aż świat się cały rozśpiewa rozgłośnie — :O tak, ja, Safo, z tem wszystkiem się stanęJednem na zawsze! Me lico, widzianeRaz w obcem miejscu, śpiew mój, raz w dalekiejPosłyszan stronie, przylgnie już na wiekiDo życia ludzi i dni ich spustoszySmętkiem, tęsknica i żądzą rozkoszy...Tak, ziemia — rzekną — dała z swego łonaMoc nowych bytów, lecz nowostworzonaŻadna jej istność nie dorówna! TworyLudzkie, dnie, wojny, wino, roku poryI pieśń stworzyła ziemia równocześnie,Lecz któż piękniejsze, doskonalsze pieśnieZnajdzie nad moją śród okręgów świata?
Jak wy mnie znali, gdym zeszłego lataKochała Atthis, — tak ci mnie w tym roku,Gdy kocham ciebie, poznawszy, co krokuWielbić mnie będą: «Jak my dzień swój mamy,Tak» — rzekną — «wszystek czas-li dla niej samejPrzypadł, więc nie ma żyć i nie mieć swojejJedynie woli?!...» Mój duch się nie boi:Nie umrę, chociaż ty umrzesz! Żyć muszę!Oni mi dadzą swe życie, swą duszę,Tchem mnie swym żywić będą, swą miłością,I walkę o mnie toczyć z Śmierci włością.Księżyc, śnieg, rosa już mnie nie uleczy,I wszelkie inne, chłód niosące rzeczy,Już nie uleczą mnie i nie ukoją,Aż sen najwyższy przyjdzie z ciszą swoją,Aż czas zaniknie w każdym swym okresie,Aż przeznaczenie jarzmo bogów zniesieI, by nasycić wszelką mą podnietę,Da mi na usta i Lotus i Lethę,Aż mnie pogrąży całą w mroków łożuI w wiekuistem, niezmożonem morzu.