Sen wiejski

Bolesław Leśmian (1877–1937)

SEN WIEJSKI

Śni mi się czasem wieś, którą wbrew losomWysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,Czując, jak przymus co chwila jej wzbraniaZniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom,Oczyma ledwo naznaczyłem w próżniMiejsce spotkania snu mego z błękitem.Drzewa mię nęcą naocznym rozkwitem —Czasem się tylko jakiś liść opóźniLub gałąź, nie tak zjawiona, przez szparySnu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary...A zresztą — wieczór żmudny, nieustanny,Z pola znużone wracają dziewczęta,Wadząc spódnicą o złote dziewanny,O których sen mój, że śnią się, pamięta.A kroki dziewcząt — uparte, bezgłośneI jednoczesne i dziwnie nieznośne,Jakby szły poto, by mi tylko dowieść,Że idą, dbałe o pył, co się zrywaZ pod stóp ku zorzy. I, jak we śnie bywa,Gdy życie wkracza we własną opowieść,Wiem o nich wszystko... A one mą wiedzęZgadują nawskroś, że nie ta i pusta,I dalej idą, wypełniając miedzęI umiejętnie rozchylając usta

Jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,Wiem, że śpiewają — i wsłuchany w ciszęIch warg, niemotą drętwych beznadziejną,Te słowa chwytam napozór kolejno:«Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?I czy to prawda, że wracamy z pola?I czy to prawda, że my w sobie — żywe?Śnijmy się nadal — zgodne i cierpliwe!»Choć słów tych niema, lecz słyszę je w chwili,Kiedy pomyślę, że tak być powinno.Zorza ku głębiom strumieni się chyli,Ściekając złotem i purpurą płynną,Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie —Wszystko to we śnie.

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,Dziewczęta chylą tak samo swe skronie...Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,Której nie było, a która, ustronieWprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwytaI na spotkanie idącym rozkwita,Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,Wśród której życie, przemieszane z zorzą,Przeświecające wraz z niebem przez liście,Purpurowieje mętnie i cieniście.Na widnokręgu obłoki się mnożą.Od dziewcząt cienie padają ukośneI jednoczesne i dziwnie nieznośne,Jak gdyby poto wysnuły się drogą,Aby mi dowieść, że mają od kogoI na co upaść... I błędne motyleNa pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwalą.

Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co faląPłynie po kwiatach — jest tyle a tyle,To wszystko, — liczby określić nie umiem,Ale ją nawskroś i żywcem rozumiem,Jak gdyby była nie liczbą, lecz spademCiał w głąb naoścież rozwartego ducha.Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,A w chacie mojej — noc lipcowa, głucha,A w polu wieczór dogasa sierpniowy.Jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?Mijają lipce i sierpnie i wrześnie...Wszystko to we śnie.

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,Nie przemijając. I trwa wieś niczyjaI wieczór, złotą znakowany smugą.O, jakże znikąd i jakże już długoIdą te z pola znużone dziewczęta!I ja wraz z niemi! Bo i mnie też pętaŻądza przebycia nad strumieni wodąNagłego lasu, co złudnie się spiętrza,Ale nie mogę wejść cały do wnętrzaMego snu: jestem sam sobie przegrodą.Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiemaDotykam kwiatów, wiem, że mnie tam niema.Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitnośćWskazują sobie moją tam niebytnośćI sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwekCzekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,I popod płotem tego właśnie saduSiadają rzędem na wspólny przyśniwekO tem, co serce niewoli do bicia —Czy pozyskanie, czyli strata życia?

I o tem jeszcze, co słodsze dla ciała —Sen, który gaśnie, czy jawa, co pała?I o tem jeszcze, skąd przyszła ich dola?I czy to prawda, że wracają z pola?I czy to prawda, że zjawiona w ciszyPierś ich tem żyje, że swój oddech słyszy?I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,A która dośni do końca — ta gaśnie.Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnieW ostatniej tli się snu reszta ostatnia,Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,A i ta zwolna do śmierci nawykaI w mgle samochcąc bez śladu zanika,W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie...Wszystko to we śnie.