Koło święconej kredy II
Opisałam wkrąg siebie koło święconą kredą,kredą z pod klosza serwantki babcinej,nieprzekraczalne, nieodwołalne, niezawodne, jak śmierć.
Jestem jak nurek na dnie otchłani oceanukłębiącej się od mroźnych, olbrzymich, niemych sił,oddzielonych li nikłą, niewidzialną ścianką,kołem święconej kredy — dzwonem nurka.
Jestem w zaklętem kole z elektrycznemi świecami,z fabryczną Męką Pańską nad kaloryferem,siedzę na wyplatanem krzesełku, pod ścianą zdobną w przykazania:Nie pluć. Nie żebrać. I strzec się złodziei.Strzec się złodziei ...Amen. Amen. Amen.
Umówmy się, że tak jest! Umówmy się, że tak jest!Wszystko przecie można zastąpić, na wszystko się znajdzie namiastka.
i tylko nie powiedzmy nigdy nikomu — pamiętajcie — nigdy,że — niema rzeczywistości.Cicho... Więc cóż?Z koła święconej kredy, jak z pod klosza wypompowano powietrze prawdyi rzeczywistość — umarła.Więc cóż?!
Wy nikomu nigdy nie powiecie,nie powiecie nikomu ani wy, ani ja,że nas pustka dusi za gardła,że z koła świętej kredy, jak z pod klosza ze szkławytłoczono powietrze do dna, do dna, do dna —i rzeczywistość umarła...
Czemu jedno wspomnienie jak nóż tę pustkę przewierca,jak ciśnięty nóż bez litości...Przed szybą sklepu z tandetą kościelną,przed szeregiem brzydkich Chrystusów o malowanych na czerwono sercachstara chłopka uklękła na błocie ulicyi uderza się w piersi z prawdą nieśmiertelną:„O — Boże, bądź miłościw! Boże, bądź miłościwmnie — grzesznicy!“
Cień olbrzymiej pokory na koło kredy padai wstrząsa niem, jak młot uderzający w stal,jakaś potężna prawda w ciemności się spowiada,wchłonięta przez potężną, nieznaną, żywą dal.U jakiejś prawdy przedwiecznego progu— wtłoczone w ziemię kolana,bary, jak Krzysztofowe, zdolne podźwignąć Boga,wstrząsaną szlochem pierś bije pięść spracowana.Czemu stoi mi w oczach przed szybą sklepu z tandetą kościelną,przed szeregiem brzydkich Chrystusów o malowanych na czerwono sercach,stara chłopka, klęcząca na błocie ulicznemi bijąca się w piersi ruchem nieodpartej prawdy:„Boże, bądź miłościw... Boże, bądź miłościw!“
Pod czarną hostją latarni ulicznej we mglekrążą dziewczęta o jaskrawo umalowanych twarzach,śmieją się, kaszlą i zaczepiają pijanego przechodnia,zachwalając mu towar miłości, nagą, skłamaną prawdę.Na szarym chodniku ich cienieolbrzymie, wydłużone, połamane światłem latarni,tworzą posępne larwy groźnego misterjum,potężną Pietę mroków.
Pijak rzucił laską w latarnię — posypało się szkło —...Cienie wsiąknęły w mrok — ktoś splunął i zaklął.A pod nogami zgrzyt — zgrzyt szkła o kredę święconą,chrzęstliwy, niezapomniany.
To było już... Podwórzec niezliczonych baniek z przepalonego szkła,tęczujących jak bańki mydlane,Ogród szklany w kwadracie czerwonych fabrycznych ścian,a pod krokami chrzęst, a pod krokami zgrzyt,a w górze błękit i słońce.Zwiedzałam hutę szklaną z panem dyrektorem:nagie torsy na czerwonem palenisku rozżartych piecówi w łunach — dzieci. Pamiętam na ich oczach to samo szkliwo blasku,co na kruchych bańkach przepalonego szkła.„Nic nie zastąpi w szklarstwie pracy dzieci.“Stąpaliśmy po drobnych, skaczących, rozedrganych cieniach,które nam się płaszczyły u nóg.Dostałam szklaną laskę i gałkę przycisku,co leży w kole kredy na książce do nabożeństwa......Zgrzytliwe szkiełka pamięci...
Na książce do nabożeństwa, którą trzymałam w rękukiedy dzwonek kościelny zanosił się jak kokluszi szeplenił i drwił...
Na asfalcie chodnika siedzi rakowaty ślepieci dzwoni małym dzwonkiem na litość przechodniów.Natrętny, nieustępliwy brzęk metalowego serduszkaw łoskocie kół, świście syren i gwarze ulicznymzanosi się jak koklusz dziecinny i szepleni jak niemowa i drwi.A poprzez wielkie sale, przez widne korytarzeszedł siwy kapłan w komży, z krzyżem w rękuświęcić olbrzymią fabrykę gazów trujących...Szedł i błogosławił ludzi schylonych w zbożnym trudzie nad śmiercią brata:„W Imię Ojca i Syna i Ducha świętego. Amen.“W skupionem świetle sunął przed nim ogromny jego cieńolbrzymiejący coraz mroczniej i groźniejna cały gmach, na cały tłum, na cały świat pobojowisk,cień straszliwy, podobny idącej mogile.