Podróż do Cytery

Charles Baudelaire (1821–1867)

Traducido del francés por Bohdan Wydżga

Mój duch jak ptak radosny krążył ponad morzem,Omijając swobodnie maszty — reje — sznury;Okręt się nasz posuwał pod niebem bez chmury,Jak anioł upojony słońcem i przestworzem.

Cóż to za wyspa smutna, czarna? — To Cytera —Odrzeką — kraj wsławiony w legendzie i pieśni.Któryż stary kawaler o raju tym nie śni? —Gdy zbliska się ją widzi, szczera litość zbiera...

— Wyspo słodkich tajemnic, serdecznej ochoty,Klasycznej Afrodyty symbolu wspaniały,Nad twojemi wodami przez wieki się słałyUroki, lejąc w duszę miłość i tęsknoty!

Wyspo zielonych mirtów, pól kwietnych i godów,Przez niezliczone ludzkie czczona pokolenia,Gdzie serc ludzkich westchnienia, korne uwielbieniaSłały się jak kadzidło po różach ogrodów

Wraz z dzikiego gołębia gruchaniem wieczystem!— Ta Cytera pustkowiem była jeno dzikiem,Wrzaskliwie zakłócanem ptaków ostrym krzykiem.Lecz cóżeśmy ujrzeli na lazurze czystym?

Nie była to świątynia wśród gajów i wody,Dokąd młoda kapłanka, kwieciem umajona,Szłaby, tajnych pożądań ogniami trawiona,Rozchylając swą szatę na wiatru ochłody;

Otośmy, okrążając zbliska skalny wyprysI białemi żaglami płosząc ptactwa chmurę —Ujrzeli szubienicę! Ramiona ponureTrzy prężąc — na tle nieba czerniała jak cyprys.

Stada żartego ptactwa, łakome zgnilizny,Rwały wisielca szczątki dla uczty dostałe —Sprawne, nieczyste dzioby zanurzając całeW krwawe zakątki owej boskiej podobizny;

W miejsce oczu dwa doły, a z brzucha skazańcaZwisające wnętrzności spływały na uda —Zaś wszeteczne żarłoki, wietrząc smaku cuda,Ścięły go urągliwie dziobami w rzezańca.

Dołem się czerń zazdrosna pieszych drapieżników —Skomląc — wiła: zadartych, sprośnych pysków siła.Jedna bestja, największa, zda się, rej wodziła —Jakoby mistrz-oprawca wśród swych pomocników.

Synu Cytery — z bóstw i dziadów może dumny —Samotny, niemy, niosłeś krwawe pohańbieniejakgdyby dawnych, niecnych kultów odkupienie —I grzechu, co ci wzbronił pogrzebu i trumny.

Śmieszny wisielcze, twój srom piecze moje rany!Czułem, widząc twe członki owisłe od garła,jakby mi się wymiotów fala do ust parła —Fala starych udręczeń — żółci nazbieranej;

Wobec twego, biedaku, krwawego wspomnieniaPoczułem wszystkie dzioby oraz wszystkie szczękiKruków i panter czarnych, zadających męki —jak niegdyś — ciało moje drących bez sumienia.

— Niebo było prześliczne, morze znów płonęło;Lecz dla mnie w czerń świat cały i w krew stał się zdobny —I serce się jak w całun ciężki i żałobny,Sępiąc się, w alegorję ową owinęło.

Na twej wyspie, Wenero, przed oczami wstałoZłe godło — szubienica — i mój obraz nagi...— Ach, Panie, wiej mi tyle siły i odwagi,Bym bez wstrętu mógł patrzeć w swe serce i ciało!