Starowinki
Traducido del francés por Bohdan Wydżga
W pokręconych zaułkach wielkich stolic świataNawet nędza przybiera kształty fantastyczne,Zaś ma dusza-włóczęga, kaprysem skrzydlata,Śledzi istoty dziwne — zgrzybiałe, a śliczne.
Te potworki dziwaczne były kobietami:Matki lub kurtyzany! — Potworki te krzywe,Wierzcie, miłości godne! Pod temi resztkamiSukienczyn, ciał znoszonych — biją serca żywe.
Wlecze się ich falanga wiatrami sieczona,Groźbą im w uszach huczą ciężkie omnibusy —Więc, drżąc, jak świętość tulą do chudego łonaWoreczek, haftowany w kwiaty lub rebusy;
Ruszają się, podobne figurkom z jasełki:To jak ranione zwierzę — ciche, w oku skarga —To ruchawe, choć sztywne — bezwolne kukiełki,Które Demon za nitkę bezlitosny targa!
Mimo zgrzybiałość oczy mają nieraz zwinneI zapalne jak iskry, co drzemią śród zgliszczy —Albo dziewicze, czyste spojrzenie niewinne,Zadziwione i rade wszystkiemu, co błyszczy.
— Czyście zauważyli, że staruszek trumnyBywają dziwnie małe — prawie że dziecięce?Śmierć uczenie wkłada tu symbol rozumnyW swe dzieło, ukazując go w małej trumience;
Bo gdy mię mija taka zjawa, drżąca cała,Co, przez tłum odtrącona, pod ścianami drepce,Wydaje mi się zawsze, że ta istność małaPodąża zwolna, cicho ku nowej kolebce. —
Jeśli mię, notabene, nie męczy pytanie,Zdumionego pokrzywień mnogich odmiennością:Czy też zawsze konceptu trumiennego stanie,By pogodzić kształt pudła z wszelką koszlawością?
— Są oczy — studnie suche, co łzy wypłakały,Lub jak metal zastygły, co zamroził ducha...Są oczy tajemnicze, których urok całyZna ten, kogo karmiła niedoli pierś sucha!
Zgasłego już Frascati Westalka-Sylfida,Czy też Talji Kapłanka, której imię tylkoNieboszczyk sufler wiedział; czy Efemeryda —Diva z Tivoli, której świetność była chwilką —
Skrzą się jak szampan stary! Odmienne obliczaTych, które z łez i bólu miód żywota sycą,Mówiąc do Poświęcenia, co skrzydeł użycza:„Hipogryfie, gdzie cierpią — tam nieś błyskawicą!”
Ta przez ojczyzny losy w bólu wyćwiczona,Tamtej mąż na ramiona cierpień zwalił brzemię,Ta — Madonna przez dziecko siedemkroć rażona —A każdaby nasycić łzami mogła ziemię!
Ileż razy śledziłem tych staruszek kroki!Pamiętam — jedna często o słońca zachodzie,Kiedy czerwona rana zakrwawia obłoki,W zadumaniu siadała na ławce w ogrodzie,
Łowiąc uchem wojskowych trąb fanfary grzmiące,Kiedy gawiedź się raczy muzyką solenną —Muzyką, która w owe wieczory krzepiąceCoś rycerskiego sączy w mieszczuchów krew senną.
Ta prężyła się sztywno, jak wiarus w spódnicy.Łakomie piła dźwięki śpiżu, grzmiące chwałą;Niekiedy oko błysło jak starej orlicy —Czoło z marmuru, zda się, na wawrzyn czekało!
Tak oto dożywacie, przez los srodze zmięte —Śród mrocznych zwalisk życia błądzicie bez skargi,Matrony z sercem krwawem — nierządne czy święte —Których głośne imiona znały wszystkie wargi.
Was, coście ongi były pięknością, lub sławą —Dziś obce, zapomniane, chyba na ulicyPijaczyna pozdrowi zaczepką plugawą. —Czasem się dzieciak sprośny plącze przy spódnicy...
Wstydząc się, że żyjecie, bojąc swego cienia,Zahukane, przyziemne, cichsze niźli trawa,Drżycie o kruchą trwałość nędznego istnienia,Szczątki ludzkiego bytu — dla wieczności strawa!
Ale ja uchem przy was przywarłem o miedzęI z niepokojem badam wasze chwiejne kroki —Z ojcowską niemal troską ciche bóle śledzę! —Bo niecicie tajemne dreszcze i uroki:
Zda się, wskrzeszone — wstają wasze żądze młode;Widzę was świetne, grzeszne w godzinie oklasków;Mnożąc się, serce pije wasz srom i urodę —Dusza się rozaniela od cnót waszych blasków!
Ruiny! Krewne moje! Dusze obolałe!Co wieczór, gdy was żegnam, napełnia mię troska —Bo gdzie będziecie jutro, wy, Ewy zgrzybiałe,Na których ciąży straszna, karząca dłoń boska?