Confregit in die irae suae...

Cyprian Kamil Norwid (1821–1883)

Zarazy wszystkie przez tę Polskę wchodząDo Słowiańszczyzny naszej prawosławnéj.Francuzi siebie, a potem ją zwodzą.Siad konwulsyjny ruch — i tak już dawny!Gdyby skończyli tę dziecinną kłótnię,To ten lub przyszły może imperator,Jak drugi Nero, nastroiwszy lutnię,W Warszawie bawiłby się, jak amator.Któż-bo rad rządzić krwawo i okrutnie,Ilekroć boża tego nie chce sprawa,Złamanie przysiąg lub herezje nowe,Co chrześcijaństwa obrażają głowę,Albo ustawny dzieci bunt — Warszawa!

Element Polski nie jest elementem,Ale kończącym się czasów odmętem,A Słowiańszczyzna to Geist jeszcze młody.Co za obrębem wielkiej konwersacjiDuchowej leży, jak cedrowe kłody,Geologicznej godne dysertacji.Gdyby Polacy zamiast tej rozsypki.Co nawiązuje rwany wciąż rynsztunekI na dziecinne niszczy się zaczépki,Czas obrócili swój na sztudirunek,To — z ministerstwa zmianą — a następnieZ ideą, jasno skreśloną przedwstępnie,Możeby zczasem zyskali epitetNarodu, mając swój uniwersytet!Polacy dawno stradali pozycjęI polityczną sprawę opuścili,Nie wchodzą szczerze w państwa kompozycję,Mogliby wiele robić — ale czyliPojmują, jakie we wszechgrawitacjiKonstytucyjnej jest ich stanowisko?Stąd lud nie słucha swej arystokracjiI już na drogę wszedł niezmiernie śliską,I jedno rządu ojcostwo jest w sianiePodtrzymać ciągłe zdołu podrywanie.

Polacy wprawdzie króla nie zabiliI mają kilku niezłych męczenników,Ale kacerstwa sobie potworzyli,Coś od Kabalah i od Platończyków.W ojczyznę duszę całą utopili,Skąd niedość czynnych mają zakonników,Do Chin na misję żaden się nie kwapi;Kobiety ledwo że pojmują sprawę.Tylko odporny duch je czasem trapi,I niedość mężów biorą w rękę prawę.By w pojednaniu z świętą politykąPoznali, ile świat ten jest ateusz,I zatrudnili się cichą praktyką,Czekając, nowy co da jubileusz...Pisałem w Europie 1850.